RSS
 

misja 14

14 sie

Śluby, kajdany i błogosławieństwo

„Błogosławionaś ty między niewiastami” – powiedział do Maryi Archnioł Gabriel. Ja dziś też się tak czuję – mówi h. Liz na mszy pod przewodnictwem kardynała po złożeniu ślubów. I po chwili dodaje: – Dziękuję Maestrze, za formację duchową, dziękuję wszystkim świętym siostrom ze zgromadzenia, za wzór życia.

Oto najważniejse słowa, jakie tego dnia usłyszałem, kolejne potwierdzenie moich spostrzeżeń sprzed lat. Potrzebne to potwierdzanie, bo czasem naprawdę trudno uwierzyć, że to co się wokół mnie dzieje to rzeczywistość, nie sen ani przewidzenie dyktowane pragnieniem serca. I nawet teraz, gdy patrzę przez okno i widzę budynki, te materialne dowody majestatycznie potwierdzające prawdę tego, co jest, a które powstały przez ostatnich 17 lat z potrzeby, nie dla próżności (bo czasem nasze budowanie, nawet dla Boga z próżności właśnie wynika) to nie chcę od nich oderwać wzroku, żeby za chwilę, gdy w ich stronę znowu popatrzę, nie dojrzeć pustki. Tej samej pustki, o jakiej był przekonany Herod, gdy magów posyłał do Betlejem. Że nikogo/nic tam nie będzie. Lecz jego przekonanie wynikało z pragnienia, by żyć pustką; pragnieniem sióstr jest żyć agape.

Szkoła musiała się rozrosnąć, by pomieścić wszystkich chętnych, nieprawdopodobne jest to, że zbudowano ją tylko dzięki życzliwości ludzi, którzy poznali siostrę Lenkę i pozostałe siostry po czym bez wahania im zaufały.
Ja nie mam pieniędzy, mam tylko wiarę. I obietnicę Jezusa: „proście, a otrzymacie”. I nigdy, ale to nigdy się niezawiodłyśmy.
Może dlatego, że nie było w nich ani krzty próżności, tylko chęć służenia, niczym u św. Franciszka lub św. Klary, której wspomnienie obchodziliśmy kilka dni temu?

Padre Marcin pokazał mi wpisy na FB swego dawnego kolegi z seminarium. Radykalnego w wyrażaniu swej wiary, który w pewnym momencie zrezygnował z pracy na parafii i wyszedł na ulice Wrocławia, by tam głosić Chrystusa. Lecz ponieważ zabrakło mu materialnego wsparcia załamał się i w ogóle odszedł od kapłaństwa. Teraz jest ojcem rodziny i pisze o kajdanach, które udało mu się zrzucić i o swoim obecnym szczęściu.

Nie wątpiąc w jego szczęście wynikające z odnalezienia powołania do życia w rodzinie zastanawiam się, skąd u niego ten uparty radykalizm, choć tym razem słowny tylko. Bo gdy w czasie mszy z kardynałem słyszę słowa o „kajdanch miłości Bożej”, wiem, że są to kajdany słodkie i upragnione. Tak samo jak kajdany przykazań Bożych, bez których szamotałbym się tylko w życiu na próżno szukając kursu, który mógłby mi się na dłużej niż tylko na chwilę wydać sensownym. Dlaczego zatem używać słów, które nie mają żadnego pokrycia, choćby w życiu tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy, jak wczoraj Eli wiernośc Bogu przysięgli i wierni przysiędze żyją absolutnie szczęśliwie?

A co do ewangelizacyjnego wyjścia na ulice, to zanim podejmiemy ten odważny krok musimy najpierw stanąć w prawdzie wobec samego siebie. Co nami kieruje: autentyczna miłość, czy pycha? No i potrzeba tu też postawy Biedaczyny; ten, gdy bracia z klasztoru wysłali go w drogę bez płaszcza, a działo się to śnieżną zimą, szczerze im błogosławił, za całą miłość, którą mu okazali. A gdy go innym razem zbójcy dopadli i do krwi obili błogosławił Panu, że w ten sposób mógł odpokutować grzechy, z których się nie spowiadał, bo ich sobie nie uświadamiał. To chyba jest prawdziwy radykalizm wiary, zero próżności. Ale któż z nas dorówna św. Franciszkowi?

PS
Można było oczywiście na miejscu Franciszka po wyżej opisanych zajściach obrazić się na Boga i cały świat, ścigać winnych po sądach, zgorzknieć lub stracić wiarę w człowieka. On wybrał drogę błogosławieństwa, tak jak i Święta Rodzina, przed wiekami, gdy dziękowała Bogu również za to, że pobłogosławił ich biedą i miłością.

Darek

PPS Ponieważ to ja wstawiam to na bloga, mam okazję prosić o odzew w formie komentarzy, po pierwsze – bo mojemu tacie jest trochę przykro i fajniej by mu się pisało, i po drugie – bo może ktoś z Was czytając takie rozważania mojego ojca wpadnie na jakąś dobrą myśl, wartą podzielenia się z nami.

A teraz uwaga, zadaję pytanie i oczekuję odpowiedzi: co sądzicie o zdjęciach i, co istotne, czego wam brakuje?

Tomek

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia ze ślubów Eli

14 sie

IMGP9530

Choć ubiór może mylić, do Oyacoto nie przybył papież, a jedynie padrecito Juan Diego.

IMGP9532

IMGP9559

Siostra Eli tuż po złożeniu przyrzeczeń i otrzymaniu welonu, różańca i krzyżyka – jej wyposażenia jako siostry CMO

IMGP9564
Ksiądz Marcin z kardynałem Raulem Chiribogą

IMGP9536

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja 13

14 sie

Pamięć, czyli Eli w Polsce

Co z tego, co przeżywamy jest dla nas ważne, co nam zostaje w pamięci? Przyznam, że zaskoczyła mnie rozmowa z Eli, którą obiecywałem przeprowadzić (sobie i innym) już dawno. Chodziło o jej pobyt (dokładniej o jedną, ostatnią noc czuwania) na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, gdzie ją zawieźliśmy po jej pełnej przygód i emocji podróży z Chorwacji do Ponikwy. Zawieźliśmy i zostawiliśmy, a gdy młoda misjonarka wróciła do Wrocławia, ja z rodziną byliśmy już na wakacjach.

Spodziewałem się barwnej opowieści o wspólnym przeżywaniu wiary młodzieży z całego świata, o zawartych przyjaźniach, słowach, które zapadły w pamięć. A Eli całą tę noc skwitowała krótko: piękna jedność. A przede wszystkim mówiła o swoim lęku przed tym spotkaniem, o tym, jak bardzo ważne były dla niej najpierw nasze czekanie na nią do drugiej w nocy, aż dojedzie z Chorwacji, a potem staranie, by trafiła do swej grupy, by ktoś się nią na miejscu zaopiekował, by w upale przetrwała ten dzień, by miała jak wrócić. A potem wspominała wizytę we Wrocławiu, nocleg u drogiej dla niej Dory, zwiedzanie miasta z Paulą, spotkanie Maki i Piotra.

Myślę, że dla nas wszystkich organizujących wtedy pobyt Eli opieka nad nią była czymś zupełnie naturalnym i jeśli do tych chwil wracamy pamięcią, to dlatego, że cieszyło nas pokazywanie jej drogich nam miejsc, tak różnych od tego, co ta młoda dziewczyna zdążyła osobiście poznać (Quito i okolice + Split, gdzie zatrzymała się z s. Lenką), cieszyło to, że jednak uda się nam ją dostarczyć na spotkanie młodzieży, że coś tam pięknego przeżyje. A jej pamięć zachowała przede wszystkim nasz trud i troskę. A teraz w sobotę Eli będzie składać śluby w CMO i cieszę się bardzo, z tego co się już wydarzyło i na to, co dopiero nastapi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wyjaśnienia p. Agnieszki

11 sie

Drodzy Państwo, pięknie dziękuję. Jeśli wolno – mogę nanieść trzy korekty?
W Argentynie pracowałam pół roku.
Przeniosłam się do Ekwadoru ze względu na zdrowie i dodatkowe sytuacje (powrót do Polski siostry, która mnie zaprosiła do współpracy, ale tego nie ma co pisać )
Więc może po prostu dobrze byłoby napisać:
„Z Villa Dolores w Prowincji Cordoba Agnieszka przeniosła się na placówkę do Ekwadoru”.

Nauczanie katechezy to u nas cotygodniowe spotkania a to robią katechiści. My odwiedzac możemy wioski zwykle raz na miesiac. Lepiej napisać.
„Wiosek, które należa do parafii misji polskich Bernardynów, gdzie pracuje Agnieszka jest w sumie 35″.
Serdecznie pozdrawiam i jakby co czekamy na info o przyjeżdzie.
Z Bogiem

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 12

11 sie

Prace syzyfowe?

Zaraz na początku naszego pobytu, przy okazji nowenny przed fiestą św. Anny w Santa Anita, padre Marcin wyraża wobec prowadzącej modlitwę hermany Sandry zdziwienie:
Siostra mówi do nich, jak ja mówię do uczniów z drugiej klasy podstawówki.

Kilka modlitw później (tak tu chyba najlepiej odmierzać czas) s. Sandra odnosi się do tych słów:

Wiem, że nasze działania ewangelizacyjne nie zawsze przekładają się na widoczny wzrost wiary i świadomości u ludzi. Panie Boże, dodawaj nam misjonarkom sił, otwieraj serca i umysły ludzi, wśród których pracujemy, Ty możesz wszysto. Dodawaj nam wytrwałości w chwilach zwątpienia.

Wczoraj siostra Lenka przywiozła z lotniska do CMO podróżującą przez Quito Agnieszkę – Polkę, świecką misjonarkę z diecezji przemyskiej. Mieliśmy czas tylko na krótką rozmowę, już nad ranem wylatywała do Loja, aby stamtąd dojechać do franciszkańskiej placówki misyjnej w dżungli. Przez rok pracowała jako katechetka w Argentynie. Latem temperatury sięgały tam 40 stopni Celsjusza, zimą zeszłego roku za sprawą el Nino ochłodziło się tak znacznie, że spadł śnieg. A domy nie przystosowane do chłodu, żadnego ocieplenia ani ogrzewania.

Ze względu na zdrowie pani Agnieszka przeniosła się do Ekwadoru. Zastała tu temperatury znacznie stabilniejsze, ale porozrzucane po selwie Indiańskie wioseczki stanowią równie trudne wyzwanie. Zwłaszcza przy wezbranych po deszczach rzekach, które potrafią zabrać Indiańskie chatki i przemieszczających się w łodziach ludzi. Ostatnio tak zginęła jedna z lokalnych katechetek, których pracę p. Agnieszka koordynuje. Informację o tym Polka zamieściła w jednym z niedawnych wpisów na swoim blogu, po polsku i angielsku, nie powtórzyła jej jednak ani prasa południowoamerykańska ani europejska, jak to się dzieje w przypadku śmierci misjonarza. Śmierć Indianki nie jest wydarzeniem medialnym. Może także dlatego, że jest tak powszednia, jak juka (odpowiednik chleba) w ich codziennej diecie.

Wiosek, w których polska misjonarka naucza katechezy jest w sumie 35. Żeby do nich trafić potrzeba często całego dnia, łodzią, potem na piechotę. Zatem odwiedza swe ukochane dzieciaki nie częściej niż raz na miesiąc. One wprawdzie na spotkania z nią czekają z niecierpliwością, ale katecheza siłą rzeczy musi być znacznie okrojona. I wyniki nie takie, jak by pragnęła. O co się modli pani Agnieszka (Ines) nie zapytałem. Nie wiem, czy widzi skuteczność swych wysiłków. Ale wracała do swoich z radością. Może uda się nam ją tam odwiedzić?

Przyglądając się pracy misjonarzy czy samemu próbując nauczyć Indian w ich przekonaniu jednego z najtrudniejszych języków świata tj. angielskiego, można pomyśleć, że to syzyfowe prace. Ale ludzie na misjach, których poznałem, na to akurat nie narzekają. Tak jak i my nie narzekamy, że nasi sąsiedzi zobojętnieli na sprawy Boże i zatracili radość życia.

Na misjach jednak praca wre. Może czas odkryć konieczność misyjnych działań w coraz mniej chrześcijańskiej Europie? I na całego się tym zająć? A dopiero resztę zostawić Panu Bogu i nie martwić się tym, co bogowie greccy kiedyś złośliwie wymyślili.

PS
blog p. Agnieszki http://szczyt-w-dolinie.blogspot.com/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z misji i Antisany

11 sie

IMGP2417 IMGP2441

Wczoraj pojechaliśmy do Parku Narodowego Antisana, gdzie niestety nie udało nam się pochodzić po wulkanie, a jedynie po gorce nad laguną, to przed odjazdem natknęliśmy się na coś niespodziewanego. Dostrzegliśmy włochate stworzenie. Alpakę. Rzuciliśmy się więc od razu do fotografowania i nawet głaskania, choć nie wszystkie były zadowolone. Jedna spojrzała na Staśka, charknęła i zrobiła tfu tfu. Mialem ubaw fotografując.

IMGP2557

 

IMGP2496

Tomek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 11

10 sie

Z pomocą czy po pomoc?

 

Dzisiaj na kazaniu ks. Marcin mówił o dwóch rodzajach śmierci, cielesnej i duchowej oraz o codziennej konieczności duchowego odradzania się. I myślami wróciłem do tragicznych wydarzeń w życiu naszej rodziny i do wizyty na misji w Ekwadorze niespełna rok po śmierci Gabrysi. Z perspektywy siedmiu lat nadal wyraźnie dostrzegam błogosławiony wpływ decyzji, by do sióstr pzyjechać, by w życiu zaznać uczucia (wtedy jeszcze jedynie mgliście przeczuwanego), jakie powstaje w nas, gdy zupełnie bezinteresownie próbujemy coś z siebie dać. Uczucia odnawiającego w nas wolę życia, nadającego najgłębszy sens naszemu działaniu. Z takiej perspektywy patrząc była to śmierć, która zrodziła jednak w nas wszystkich nowe duchowe życie, przynoszące (także dzięki wielu z Was) konkretne owoce.

 

Zamiatając boisko przed sobotnią fiestą z okazji ślubów Eli rozmawiam ze spokrewnioną z siostrą Rosą jedenastoletnią Glorią, Gdy pyta mnie o rodzinę, pewnie pod wpływem wcześniejszych rozmyślań, opowiadam jej o Gabrysi.

  • Zatem przyjechaliście tutaj zaraz po jej śmierci po pomoc – mówi dziewczynka, choć być może nie do końca rozumiem, być może powiedziała:
  • Zatem przyjechaliście by pomagać zaraz po jej śmierci.

    Ale nie proszę o wyjaśnienia, bo nie widzę już różnicy w tak postawionych pytaniach. Każde z nich, jest pytaniem o to samo. Bo pomagając pomoc otrzymujemy. Bo ofiarując chleb biednemu sami sycimy się jego sytością.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks. Marcin 7-9

10 sie

Poniedziałek (07.08)

La calma se termina (Spokój się kończy) …

Najpierw nocne manewry … noc była ciężka … i krótka dla mnie … pracę zakończyłem przed 23.00 … w pokoju … najpierw problemy ze spłuczką … woda nie leci, ale syczy … sporo się nakombinowałem … udało się … kładę się spać … ale nie mogę zasnąć … znaczy, że ktoś potrzebuje pomocy … koronka za zmarłych … około 1.00 … Tomek ma rewolucję żołądkową … dziewczyny podnoszą alert … ktoś kręci się koło Misji … sprawdzamy … nic się nie dzieje … kładę się znowu … zasypiam … po 3.00 … telefon z Polski … ktoś nie wie, że jestem po drugiej stronie kuli ziemskiej … znowu problem z zaśnięciem … no i po 7.00 … jakaś kobieta weszła do Misji … szuka hermany Lenki … budzi mnie … no i już po spaniu …

Jutrznia … śniadanie … tylko trzy osoby … p. Asia, Eva i ja … reszta gdzieś na terenie … w czasie posiłku … na obiad ma być królik … ale nie ma kto go poćwiartować … dwa króliki w całości … nikt tego nie chce zrobić … ja mogę … ochotnik … kilka razy patrzyłem, jak to robi Proboszcz …

Chwila wolnego … robię zdjęcia naszej misji … z Tomiris i Michael szukamy kwoki z pisklakami … trochę nauki hiszpańskiego … wracam do kuchni … wykonać zadanie … operacja … „el conejo” (królik) … wszystkie noże tępe … wybieram najlepszy … w ruch idzie siekierka … najpierw głowa … potem reszta … nie wiem czy Proboszcz byłby zadowolony z takiego ucznia … ale operację uznaję za udaną … pacjent NIE będzie żył … ale będzie smakował …

Czas na naukę hiszpańskiego … zabawa z dziewczynkami … razem z don Darek otrzymujemy określenie „lobo” (wilk) … bo chcemy je zjeść … dużo radości dla dziewczynek … ja jestem lobito joven (młody wilczek) … :P :P :P … don Darek … lobito …

Obiad … królik pyszny … dobrze „pokrojony” … :D :D :D … na obiad miały wrócić siostry … ale zadzwoniły … będą koło wieczora … po obiedzie … w sali „Internetu” … hol, w którym jest najlepszy zasięg internetu … Eva, Josipa i ja … zaczyna się „niewinnie” … :P :P :P … rozmowa o książce do nauki hiszpańskiego … potem schodzimy na cięższe tematy … jest chwila spokoju … możemy pogadać na temat szkoły i uczniów … Eva jest tu prawie pół roku … sporo już widziała …

Dzieciaki z trudnych rodzin … bardzo często maltretowane … bite … wykorzystywane seksualnie … ta szkoła to ucieczka dla nich … również … ta szkoła to jedyna w tym rejonie … bez las drogas (narkotyków) … siostry bardzo tego pilnują … robią przeszukania … plecaków, rzeczy i kontrolę osobistą … znalezione narkotyki … „wylatują ze szkoły” … dzieciaki się tego boją …

Każdy dzieciak … to oddzielna historia … bardzo pogmatwana … szukają oparcia … dużo rozmawiają z Evą … mają do niej zaufanie … ale ona teraz już się dystansuje … sama nie wyrabia psychicznie …

Opowiada mi historię dwóch chłopaków … opętani … to nie jest przenośnia … ojciec jednego z nich satanista … jeden zabił pod wpływem narkotyków … Eva widziała … co się działo z tymi chłopcami … jak działał w nich zły duch … opowiada to bardzo poruszona … Padre Juan Diego z siostrami … modlił się … aby wyrzucić złego ducha …

Aż się nie chce wierzyć … dziewczyny mówią, że w kraju … dużo jest satanistów … ateistów … to się dzieje naprawdę … mimo, że brzmi … jak scenariusz filmu …

Wracają siostry … serdeczne przywitanie … specjalnie mieszam imiona sióstr … „tyle Was nie było, że już zapomniałem” … skarżę się na Evę i Josipę … że na mnie krzyczały i były dla mnie niedobre … dużo radości … siostry bardzo zadowolone z rekolekcji … planujemy Nieszpory i Mszę …

Znowu w pełnym składzie … w czasie Mszy … kazanie … po rekolekcjach … to moje kazanie pewnie dla nich … jak katecheza w przedszkolu :P … myśl jest … ale jeszcze brakuje słów … żeby wszystko wyrazić … modlitwa wiernych … w pewnym momencie … Michael (7 lat) … modli się za wszystkich … każdego wymienia z imienia … ale zamiast don Darek … mówi … por lovito (za wilka) … :P :P :P

Po Mszy … kolacja … i wizyta gości … znajomi don Darka … Ekwadorczycy … bardzo miłe małżeństwo … przed i w czasie posiłku … standardowe un lio (zamieszanie) … ale bardzo je lubię … siostra Sandra … jak zwykle w formie … dużo żartuje … zwłaszcza z Padrecito Martin … siostry … do których się przysiadłem … zdziwione, że tyle mówię … a ja zdziwiony, że one są zdziwione … bo ja zawsze dużo mówię … otrzymujemy zaproszenie od gości na piątek … na wizytę u nich … w Mitad del Mundo …

Wraz z powrotem sióstr … zakończył się czas spokoju … co przyniesie jutro … ??? … vamos a ver (zobaczymy) …

+ JMJ

Wtorek (08.08)

Dia a dia (dzień za dniem) …

Dzisiaj mijają trzy tygodnie pobytu w Ekwadorze … leci ten czas … jeszcze trzy przede mną … wiele się dzieje … dlatego czas szybko ucieka … jak to mówią „tempus fugit a czas leci” …

Noc spokojna … pobudka wcześnie … 6.30 … modlitwy … Jutrznia … Msza … kazanie … śniadanie …

Po śniadaniu … rozmowa na fb z mamusią … muszę o niej wspomnieć … bo zaraz mi wypomni … że o rodzicielce to zapominam … nowinki z Dobromierza zebrane … z życia rodziny także … w czasie rozmowy … hermana Lenka prosi, żeby pojechać do Calderonu … hermana Rosa potrzebuje jechać do okulisty … ma duże problemy z oczami …

Wyruszamy … ekipa spora … 6 osób … ale jeszcze pod drodze do jakiegoś znajomego … ale siostra się zagadała … zapomniała … cofamy … Calderon … dzisiaj spokojnie … nie ma fiesty … siostra do lekarza z ekipą … ja z p. Asią idziemy zrobić „rozeznanie w terenie” … dwa sklepy z wyrobami z masy … bardzo ładne … i ekwadorskie … sporo wyrobów z drewna … św. Rodzina … i … szopki bożonarodzeniowe … ten asortyment sprzedaje się w Ekwadorze cały rok … różne … różniste …

Wypatrzyłem sobie rzeczy, które chciałbym sobie kupić … ale cierpliwość rzecz święta … znajdujemy kolejne sklepy … cały mini-rynek z wyrobami z masy … przedstawione różne rejony Ekwadoru … ciężko spamiętać …

W drugim sklepie … oglądamy wyroby … podchodzi sprzedawca … zachwala różne towary … w końcu pokazuje jakiś samochód … z piłkarzami … podobno jakaś znana drużyna z Ekwadoru … p. Asia idzie oglądać dalej … wywiązuje się rozmowa … sprzedawca zagorzały kibic … o polskiej reprezentacji … o transferach … o zarobkach piłkarskich … o Realu i Manchesterze (niestety Man Utd przegrał mecz o Superpuchar Europy) … trochę czasu nam to zajęło …

El mercado (targ) … zakupy owocowe … przechodzimy przez kilka innych sklepów … ekipa zmienia miejsce … idą do dentysty z Michael … my dalej „buszujemy” … aż sobie zapisałem, co chciałbym kupić … jesteśmy w jednym ze sklepów … przechodzi nasza ekipa … i rozmawia o nas … że ciężko będzie nas znaleźć … czujny Padrecito … spotkanie :P

Zakupy w supermercado (market) … wracamy … jeszcze do San Miguel … na wysokości wjazdu … jest z góry … ok. 80 km/h … „Padrecito … aqui” (Ojcze, tutaj) … woła hermana Rosa … znowu zapomniała … wjazd zamknięty … szlaban opuszczony … przed złodziejami … jeżdżą samochodami i wywożą wszystko, co się da … jedziemy do kolejnego zjazdu … komendy … aqui, alli (tutaj,tam) … mnie nic nie mówią … dla siostry znaczą wszystko … a la derecha, a la izquierda, recto … to komendy, które kierowca rozumie … trochę ciężko … jadę po swojemu … docieramy do celu … siostra szuka las carpas (dużych namiotów) … udaje się załatwić … na sobotę … jeszcze do domu Tomiris … na wzniesieniu … śliczne widoki …

Wracamy … na obiad … okazja spotkać Padre Juan Diego … wypytuje o Msze w sobotę … w czasie posiłku … rozmowa … chcemy w końcu pojechać na Pichinchę … jest pomysł na coś lepszego … ANTISANA … wulkan … ok. 5 700 m.n.p.m. … śnieg … super …


http://areasprotegidas.ambiente.gob.ec/…/reserva-ecológica-…

Decyzja podjęta … jutro wyruszamy … trzeba się przygotować … hermana Tanita będzie guia turistica (przewodniczką) … jest stąd …

Po obiedzie … czas na naukę hiszpańskiego … coraz więcej słówek … mnożą się jak grzyby po deszczu … ale jest moc … może w przyszłości coś z tego będzie … jednak zauważam, jakby małe zmęczenie językiem … mimo wszystko … nadal dla mnie to język obcy … wymaga wysiłku intelektualnego … ciągłe mówienie po hiszpańsku … ale też duża przyjemność …

Wieczorem chwila spotkania z mieszkańcami domu … rozmowa … Nieszpory … kolacja … dzisiaj szybciej idziemy spać … jutro dzień zaczyna się o 4.30 …

+ JMJ

Środa (09.08)

La cita de ciegas con Antisana (randka w ciemno z Antisaną) …

Pobudka … 4.30 … ciężko przejrzeć na oczy … ociągam się ze wstaniem … śniadanie … mamy wyjechać o 5.00 … ale „wciągnął” na „czas ekwadorski” … 5.30 … jedziemy busetą … prowadzi siostra Patricia … okazja, żeby się przespać … zajmuję ostatnie miejsce … oooo … na siedzeniu leży poduszka … super …

Droga … na początku super … ale po połowie … jedziemy jakimiś drogami lokalnymi … dziura na dziurze … i do tego jeszcze … las chapas (leżący policjanci) … po co takie ograniczniki? … ta droga to już jedna wielka chapa … jedziemy przez jakiś kamieniołom … obok kursują ciężarówki … dokąd jedziemy? … po jakimś czasie … robi się jasno … zaczynają się widoki …

Początkowo … nie robią na mnie wrażenia … zimno … i wieje … dojeżdżamy do … zamkniętego szlabanu … nikt nie wychodzi … czekamy … pojawia się pracownik parku … wjeżdżamy do Rezerwatu Antisana … specjalna wizytówka … droga lepsza … i widoki lepsze …

Dojeżdżamy do kolejnego szlabanu … zamknięty na amen … i nikogo nie ma … zawracamy … jedziemy w innym kierunku … dojeżdżamy do Laguny Antisana …

Nie mamy szczęścia … zimno … mocno wieje … i zaczyna padać … wyposażony jestem w sprzęt z Tatr … temperatura ok. 3-4 st. C … wspinamy się na punkt obserwacyjny … Lagunę widać … ale wulkan zasłonięty całkowicie … wchodzi mi się całkiem nieźle … trochę brakuje oddechu … szybciej się człowiek męczy … ale i tak „targam” do przodu … zostawiam wszystkich w tyle … wysokość 4 100 m.n.p.m. … na takiej jeszcze nie byłem … krajobrazy ładne … jak wiatr przewieje chmury … trzeba jednak przyznać … że chmury tworzą piękne kształty …

Co chwilę drogę przecinają nam … mini-króliczki … u nas się nazywają zającami … tutaj mówią el conejo (królik) … są malutkie … i bardzo … bardzo szybkie … ciężko zrobić im zdjęcie … a przebiegają przed samymi nogami …

Zaczyna mocniej padać … wytrwale idziemy … wiatr trochę rozwiewa chmury … okazja, żeby zrobić zdjęcia … coraz więcej błota … ślisko …

Obchodzimy szlak Laguny … schodzimy do strażników parku … w planie jest wulkan … nie możemy iść … nie mamy el permiso (zezwolenia) … poza tym … warunki są bardzo niesprzyjające … to nie Karkonosze … tutaj wszystko ma znaczenie … każą nam dzwonić za 2 tygodnie … jak warunki się poprawią … mój wielki zawód … bo bardzo liczyłem na to wejście …

Wracamy do auta … przemoczeni … przewiani … głodni … mały posiłek … czekamy … hermana Tanita … twierdzi, że zobaczymy wulkan …

Po jakimś czasie … wychodzę z auta … idę zrobić zdjęcia … odsłania się z chmur podnóże wulkanu … kilka zdjęć … wracam … i wtedy zauważam … lamy … ooo … sensacja … idziemy z Tomkiem i Staszkiem … zastajemy je w bardzo intymnej sytuacji … są w trakcie przekazywania życia … na łące … 4 lamy … dwie bardzo blisko … najpierw się przyglądają … potem … wychodzą na drogę … podchodzą do nas … jedna zaczepia mnie … przechodzą na drugą stronę … idę za nimi … chcę z nimi zdjęcie … trochę muszę je gonić … udaje się … jedna lama stoi na wzniesieniu … Staszek chce zrobić selfie z lamą … pozuje mu idealnie … jeszcze pyskiem stuka go w głowę … lamy wracają na swoje pastwisko … trochę śmierdzą … ale i tak są ładne … ja wracam do auta … Staszek i Tomek idą za lamami … w pewnym momencie … za bardzo je zdenerwowali … jedna chciała Staszka … opluć … :P :P :P

Czekamy w aucie … nie ma co … trzeba wracać … nie zanosi się na przejaśnienia … to nie był nasz czas … hermana Patricia prosi, żebym wracał … jedziemy wolniutko … jeszcze okazja, żeby zrobić zdjęcia … bo się ładnie przejaśniło z drugiej strony gór … i po jakimś kilometrze … no może trochę więcej … kiedy już mamy odjeżdżać … Antisana zaczyna odsłaniać swoje wdzięki … jest jak „kokietka” … zaczyna od podnóża … zatrzymujemy się … niebo robi się niebieskie … białe chmury okalają szczyt … widać coraz więcej … śnieg bieli się na graniach … piękne … cudne widoki …

Ale twarzy … nie pokazała … w końcu to pierwsza randka … i to w ciemno …

Zdjęcia … zdjęcia … zdjęcia … pięknie … ale nadal nie wiem … czy tutaj czy w Tatrach piękniej … w sumie … nie będę oceniał … wracamy … w drodze różaniec w językach …

Wyjeżdżamy z parku … niedługo potem … blokada na drodze … znowu coś się dzieje … nie … kontrola policyjna … kontrolują wszystkich … podjeżdżam … „Su licencia de manejar” (Pana uprawnienia) … daję mu dokumenty samochodu … prawo jazdy międzynarodowe i polskie … jak dobrze, że zrobiłem to międzynarodowe … po hiszpańsku czyta … na polskie patrzy … i nie wie co z nim zrobić … :P :P :P … daje drugiemu … zobaczył … obrócił … wzruszył ramionami … oddał … mówię, że z Polski … oddał dokumenty … jechać dalej …

Na marginesie … wczoraj pisałem … że nie wiem czy mogę jeździć busetą na 15 pasażerów … wygląda na to, że tak … wieczorem od siostry dowiedziałem się … że tutaj autobus zaczyna się od 25 osób …

Po jakimś czasie … w żółtych uniformach … na wzniesieniu … w la maskaras (maskach) … kto to jest? … pracownicy policji … kontrolują prędkość … robią zdjęcia … zdaje się, że ja nie przekroczyłem dozwolonej prędkości … wjeżdżam na główną trasę PanAmericany … strzałki każą zmienić pas … a przez całą długość po lewej stronie … linia ciągła … :D :D :D

Wracamy justo a tiempo (dokładnie na czas) … obiad … po obiedzie rozmowa z hermaną Lenką … o Kościele w Ekwadorze … o problemach … o sytuacji dzieciaków … i o tym, że … chciałbym tu wrócić … nie wiem, w jakim charakterze … na pewno chcę tu wrócić … uśmiech na twarzy siostry wymowny …

Chwila na odpoczynek … kładę się na łóżko … pukanie … Padre, potrzebujemy jechać do Calderonu … a nie ma nas kto zawieść … mówi siostra Sandra … jedziemy … po powrocie … drzemka … i nauka hiszpańskiego …

Nieszpory o 18.00 … w czasie modlitwy dołącza jakaś młoda dziewczyna … po Nieszporach … Don Darek przedstawia … „Szczęść Boże!” … po polsku … Polka z Przemyśla … Agnieszka … jest w podróży na południe … misjonarka … pracuje w Ekwadorze … potrzebuje noclegu … zna się z hermaną Lenką … ukradli jej telefon zaraz przed wejściem do samolotu …

Msza … po Ewangelii … zaczynam kazanie … zapominam słowa … pytam Don Darka … Agnieszka … Ojciec potrzebuje żeby tłumaczyć … no i się załamałem … aż tak źle z moim językiem :P

Kolacja … trzeba odwieźć Agnieszkę do Marianas … no to jedziemy … po drodze trzeba odebrać z Calderonu siostrę Sandrę … to odbieramy … zajeżdżamy do Marianas … a tam wszystko pozamykane … dzwonimy … nikt nie otwiera … Josipa gwiżdże … siostra Sandra szuka innego wejścia … jest drugi dzwonek … dzwonię nim … hermana Sandra … on nie działa, dwa lata tu mieszkałam i nie działał … więc teraz na pewno też nie działa … „takie rzeczy tylko w Ekwadorze” … kwitujemy z siostrą Sandrą … w końcu ktoś otwiera … pożegnanie … wracamy …

Jest po 22.00 … a jeszcze trzeba siąść do pracy … bo w Polsce czekają … za chwilę wstaną … i będą chcieli dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się w Ekwadorze … a w czasie pracy … pisze do mnie uczeń z LB … od tak przypomniało mu się o starym katechecie … miło …

idę spać … dobrego dnia …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja 10

10 sie

Michel

 

Kiedyś ta zabawa wielce przypadła do gustu siostrze Michel, Joannie. Teraz „postraszyłem” raz jeszcze i już zostałem „lobito” czyli wilkiem z zabawy, nawet w czasie modlitwy wiernych. „I proszę jeszcze za Lobito” – modli się od wczoraj za mnie Michel, a wszyscy się uśmiechają. Mnóstwo bowiem radości wprowadza w życie zgromadzenia ta mała istotka z dużymi problemami z rodziną i zębami. Choćby wtedy jak podchodzi do p. Marcina do ołtarza w czasie modlitwy Padre Nuestro, bo sam tam tak stoi biedaczek, na straży Najświętszego Sakramentu, podczas gdy w głębi kaplicy my wszyscy modlimy się trzymając za dłonie. Albo, gdy w czasie tej samej modlitwy wymienia z imienia wszystkich obecnych, starając się nie zapomnieć o nikim. Ale przede wszystkim w dalszym ciągu modli się za „mamę Rositę” mamę naturalną i wszystkich swoich braciszków i siostrzyczki, które mają w życiu okazję doświadczyć trochę więcej miłości od rodzonej mamy niż ona.

 

A z leczeniem zębów Michel było tak, że początkowo chciano to robić pod narkozą, ale siostry się nie odważyły na to. Potem pewien dentysta zażądał 140 USD za ząb (a w buzi Michel jest ich sporo do naprawy), lecz w końcu okazało się, że w grupie modlitewnej prowadzonej przez s. Rosę też jest dentysta i od jakiegoś czasu leczy jej zęby za darmo.

 

PS

Wcześniej w rozmowie z bratem Tomiris, Jesusem, a dziś także w rozmowie z córką człowieka zawezwanego do naprawy pralki pojawiły się słowa: Estados Unidos (USA), niczym magiczne wezwanie, mocą którego odmienia się rzeczywistość i trafia bezboleśnie do raju. Czy za kilka lat marzenia Michel też zwrócą się w tę stronę?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja 9

08 sie

Powrót

 

Wszystkie powroty wymagają choćby małej fiesty. Ten powrót zaś nie był małym powrotem, trzy lata nieobecności to dużo.

 

Najpierw zabrano nam z pokoju materac, potam siostry krzątały się na górze czyszcząc i sprzątając małą izdebkę. Potem spotkaliśmy ją wraz z siostrą i mamą przy kuchennym stole. I okazało się, że nie jest to tylko przyjacielska wizyta. Siostra Silvia wraca do zgromadzenia!

 

Za pierwszej naszej wizyty w Ekwadorze misjonarka ta mieszkała na południu w Azogues, gdzie trafiliśmy po całym dniu podróżowania z Oyacoto. Przywitanie i uczta były radosne, a s. Silvia – tak ją wtedy zapamiętałem – postwiła na stole butelkę wina. I jedliśmy, piliśmy i radowaliśmy się obecnością wśród sióstr, które tutaj bez samochodu, na piechotę, pokonywały codziennie wiele kilometrów, chodząc od chatynki do chatynki i opowiadając o Życiu i Miłości.

 

Potem, już w Polsce, dowiedziałem się o odejściu s. Anity oraz s. Silvii. Zatem spośród trzech rodzonych sióstr z sąsiadującej z Oycoto wioski Santa Anita, które zgodnie współpracowały wewnątrz CMO, pozostała tylko s. Sandra. A teraz ten powrót – niespodzianka. O tyle duża, że wcześniej Maestra deklarowała, że jeśli ktoś opuści zgromadzenie, to nie będzie powrotu.

 

Siostra Silvia komentuje swój powrót krótko: „Odczułam pokusę, by zgromadzenie opuścić, teraz wiem, że był to duży błąd.” Siostrę zgromadzeniu oddaje łamiącym się głosem Anita: „Sama pracowałam w zgromadzeniu przez rok, wiem że jest to miejsce Boże.” Hermana Lenka ufnie stwierdza: „Wierzę, że taka była wola Boża. Cieszymy się.”

 

W czasie celebrowanej przez padre Marcina mszy siostry modlą się za owoce swej pracy, za dzieci bez domu i miłości. I znowu wiem, że ich praca to nie tylko kiedyś dokonany wybór, a teraz tylko dzielne trwanie. W ich głosie dostrzegam autentyczne, niezmienne od lat, pragnienie niesienia pomocy. I mniej lęku we mnie o przyszłość zgromadzenia, a dzięki temu pojawia się miejsce na miłość. Na ufające w przyszłość tworzoną przez innych zobojętnienie także, ale (oby!) przede wszystkim na miłość.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS