RSS
 

Zdjecia z rozpoczęcia

06 wrz

 

Wstawiam zdjęcia z rozpoczęcia roku szkolnego w szkole Mi Pequeno Jesus.
Nieco się spóźniłem (obiecałem wstawić wczoraj), co było spowodowane tym, że cały ranek mialem niezwykle zajęty, gdyż zajmowałem się dziećmi z zerówki.

Poniżej maluchy podczas uroczystej mszy na boisku.
IMGP2595
Dziewczyny z internatu na rozpoczęciu.

IMGP2603
IMGP2660
Padrecito chroniony przed wstającym słońcem. Chronić go trzeba, bo już za chwilę zostanie wyznaczony n dyrektora szkoły.
IMGP2617
I liczne grono nauczycielskie, złożone głównie z sióstr oraz opłacanych okolicznych nauczycieli. Oraz Ewy – wolontariuszki z Chorwacji, która będzie uczyła angielskiego. Współczuję.

IMGP2716

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks. Marcin 25 – 01

04 wrz

Uwaga, notka techniczna. Pod ostatnim już wpisem padre, który jak zwykle krótki nie jest, znajduje się nowy wpis mojego taty („Czekając na Boga?”). Tomek

Piątek (25.08)
Wstaję o 7.30 … śniadanie … trochę „ubogie” … jak za 10 soli … zimna woda … a hotel ma
niby trzy gwiazdki … ktoś powie … narzekam … ale płacę 80 zł za noc … i od 5 dni myję
się w zimnej wodzie … na dworze nie jest gorąco … trochę „wychładza” człowieka … po
powrocie … może się zdarzyć … będę chłodny w relacjach … :D :D :D
Po śniadaniu … wyjście na Mszę o 9.00 … katedra … poznaję proboszcza … i kolejnego
padre … odprawiamy razem Mszę … Ewangelia … po Mszy … serdeczna rozmowa …
bardzo przyjemnie … podchodzi do mnie pani kościelna … „ksiądz jest z ojczyzny Jana

Pawła II” … chwile rozmawiamy … kolejny komplement o moim hiszpańskim … wracam
… w drodze szukam … piekarni … trzeba kupić jakiś chleb … nic nie ma … kręcę się …
pytam … i nic … za rogiem … za rogiem … za rogiem nic nie ma … wracam do hotelu …
zbieram rzeczy …
Rodzina Don Darka pojechała na terminal … łapiemy ze Staszkiem taxi … pytam o
piekarnie … zatrzymuje się … chleb … docieramy do celu … chwila oczekiwania …
jedziemy … rozpoczynamy powrót do Quito … szacowany czas … 25 godzin … samej
jazdy … plus oczekiwanie na autobus … dwie przesiadki … pierwsza w Chiclayo po 4
godzinach … druga w Guayaquil … po 13 – 15 godzinach … w tym przekroczenie granicy

W drodze … zmogło mnie na wejście … brewiarz usypia … :P :P :P … sen ponad 2 godziny
… potem film … pierwszy raz nie „mordobicie” … sympatyczny amerykański musical …
myślę, że z lat 60 tych … dojeżdżamy do Chiclayo …
Obiecywali, że terminale sąsiadują ze sobą … i powiedzieli prawdę … mają nawet
wspólne podwórko … mamy godzinę na zjedzenie czegoś … szukamy … jakiś facet
wskazuje najbliższą restaurację … znowu la Chifa (chińska) … no trudno … nie ma co
wybrzydzać … zamówienie … idziemy ze Staszkiem wydać ostatnie sole … ale nie ma na
co … wracamy … jedzenie już jest … bardzo szybko trzeba jeść … wracamy na terminal …
prosto do odprawy … wsiadamy … kolejne godziny przed nami …
Zachodzące słońce … barwi na czerwono niebo … cudny widok … siedzę z nosem
przyklejonym do szyby … w słuchawkach … „Now we are free” … z Gladiatora …
rozmyślam … to samo słońce … wczoraj zachodziło … nad Indianami … gdy składali mu
ofiary … dziś zachodzi nad nami … jutro będzie zachodzić bez nas …
W telewizorze lecą znowu … „zabijanki” … słabo słychać … bardziej trzeba czytać napisy
… po angielsku … jestem zmęczony … ale nie chcę zasnąć … wolę się pomęczyć … po
przekroczeniu granicy … pójdę spać …
Piura … zatrzymujemy się na terminalu … chwila na rozprostowanie kości … dosłownie
„chwila” … zdążyłem w ostatniej chwili … odjazd … nie ma dziewczyny … siedziała obok
nas … zgłaszam to azafacie … wzrusza ramionami … szok … nie patyczkują się … na
szczęście dziewczyna się znalazła … gdzieś była w autobusie … :D :D :D
Pomysł z czuwaniem … do granicy … chybiony … podobno dopiero ok. 1.00 w nocy … śpi
się dobrze … autobus wygodny … mało ludzi … nikt koło mnie nie siedzi … można
„wygodnie’’ spać … przebudziłem się w nocy … aha i wypełniłem pięć formularzy
granicznych …
Jest przed 3.00 w nocy … budzą mnie zapalone światła … granica … z paszportem i
formularzem … dwa przejścia w jednym pomieszczeniu … opuszczamy Peru … wracamy
do Ekwadoru … formularze okazały się zbędne … wracamy do autobusu … chwila
czekania … wchodzi pies … szuka w autobusie las drogas (narkotyków) … jedziemy dalej
… słodki sen …

+ JMJ
Sobota (26.08)
El regreso (powrót) …
Spałem do 8.00 … ostatnio sporo mi się śni … z dzisiejszej nocy pamiętam … trzy sny …
jeden o Proboszczu … wiózł mnie gdzieś … szalał autem … wgl nie w jego stylu … drugi o
znajomej z LB … wołałem ją i jej rodzinę do kościoła … trzeci o mojej nauczycielce języka
polskiego z Liceum … Anna Zalewska … niektórzy mogą kojarzyć z telewizji … ostatnimi
czasy głośno o niej … przeniosłem się w czasy licealne …
Znowu nas oszukali … mieliśmy dojechać … najpóźniej o 7.30 … dojechaliśmy o 8.30 …
16 godzin jazdy … potężny terminal … miasto portowe … Guayaquil … największe w
Ekwadorze … niebezpieczne …
Szukamy autobusu … informacja turystyczna … jest o 9.20 … bilety … chwila na
ogarnięcie … wsiadamy do kolejnego autobusu … podróż ma trwać ok. 8-9 godzin … już
do Quito … miła niespodzianka … pierwszy autobus z Wi-Fi … można trochę popracować
… siedzimy na górze … jako pierwsi … szyba panoramiczna … widać całą drogę …
Większość drogi po równym … pod koniec wjeżdżamy w góry … zaczyna padać deszcz …
chmury osiadły na górach … tworząc cudowne krajobrazy … w pewnym momencie
przed nami … wielka kaskada … w dużej wysokości … pionowo w dół spada woda …
witajcie góry …
Droga zaczyna się dłużyć … zmęczenie daje się we znaki … zatrzymujemy się na jakiejś
stacji … rozprostowanie nóg … jedziemy dalej … końca nie widać … wjeżdżamy do Quito
… każde światła … każde zatrzymanie … trochę droga przez mękę … bo już by się chciało
wysiąść … mija 31 godzina jazdy …
W końcu terminal … czeka na nas siostra z Josipą … wracamy … jednak droga ciągnie mi
się jeszcze bardziej … musimy objechać prawie całe Quito … ponad godzina jazdy … 32
godzina podróży … w sumie prawie 1400 km … sama droga powrotna … na najbliższe
dni starczy … chociaż w tym tygodniu … drugie tyle do przebycia … w samolocie …
Kolacja … Msza … dzisiaj obowiązkowo … uroczystość Mateczki z Częstochowy … w
kaplicy u sióstr … po polsku … bo nie ma tekstów po hiszpańsku … bo to polskie święto
… bo zmęczony … po raz pierwszy od długiego czasu … odprawiam Mszę po polsku …
dziwne uczucie … ze dwa razy … z rozpędu chciałem zacząć po hiszpańsku … ale jeszcze
się kontrolowałem … :D :D :D
Czas na odpoczynek … w końcu … prysznic … i łóżko …

+JMJ
Niedziela (27.08)

El dia para descansar (dzień, żeby odpocząć) …
Budzika nawet nie nastawiałem … jak się zbudzę to wstanę … 8.30 wybiła na zegarze …
kiedy otworzyłem oczy … standardowo … brewiarz … toaleta … śniadanie … w misji
życie tętni swoim rytmem … trwają rekolekcje … dla nauczycieli …
Zwyczaj w misji … przed rozpoczęciem roku … wszyscy nauczyciele przyjeżdżają na
rekolekcje … nie gadane … przemodlone … hermana Lenka … przy śniadaniu …
nauczyciele potrzebują mocy … bo mamy mnóstwo problemów z młodzieżą … opowiada
o chłopaku … uwikłany w biznes narkotykowy … przez wiele godzin nie wstawał z kolan
… dzięki modlitwie wstawienniczej … tej nocy modlili się, aż do 4.00 nad ranem … to się
nazywa wiara … komentarza nie potrzeba …
Po śniadaniu … sporo się kręciłem … trochę na komputerze … trochę nauki
hiszpańskiego … brewiarz … wchodzę do kaplicy … muzyka … nastrojowa … na środku
siostry … otaczają jedną z nauczycielek … wystawiony Najświętszy Sakrament …
modlitwa wstawiennicza … towarzyszy im Padre Juan Diego …
Zakończenie rekolekcji … Mszą Świętą … miało być o 12.00 … było o 17.30 … czas z mocą
dla nauczycieli … myślę, że … nam by się coś takiego przydało …
Przed południem … z Evą i Tomkiem … jedziemy po wodę … droga zamknięta … musimy
jechać na około … przy okazji zakupu wody … okazja zjedzenia lodów … wracamy do
Misji … trochę modlitwy … trochę medytacji … dzień piękny … słońce świeci … gorąco
nie jest …
Obiad … kaczka … chyba un poco viejo … twarda skóra i mięso … dawno się tak nie
zmęczyłem … przy jedzeniu … :P :P :P … sztućce odłożyłem na bok … „palcyma” …
najłatwiej … układamy plany z hermaną Lenką … choć tutaj „planear” … to słowo może
znaczyć wszystko … :D
Po obiedzie … coś mnie łamie sen … nie będę się mu sprzeciwiał … godzina snu … nawet
muzyka z kaplicy … nie przeszkadza … jeszcze chwilę potrwa … odzyskiwanie sił po
podróży …
Przebudziły mnie głosy z kuchni … zachodzę na górę … jak w ulu … Padre Juan Diego i
siostry … mieszanka wybuchowa … ekwadorska … wgl się nie słuchają … gadają …
gadają … byle głośniej … próbuję się czegoś dowiedzieć odnośnie Mszy … niby słowa
rozumiem … niby zdania rozumiem … ale jak zebrać to w całość … nie mam pojęcia o co
im chodzi … stosują takie skróty myślowe … że nawet, jakby to samo po polsku mi
powiedzieli … nie wiedziałbym … o co im chodzi … :P :P :P … wracamy do codzienności
Misji … :D :D :D
Jest 16.45 … Msza o 17.00 … nawet się nie ruszam z miejsca … mówię … „no creo” (nie
wierzę) … tyle komentarza … i oczywiście miałem racje … Msza zaczyna się o 17.30 …
przy stole chwile rozmawiamy o ewentualnym powrocie … zapraszają bardzo
serdecznie … Pan Bóg ma swoje plany … vamos a ver (zobaczymy) …

Odprawiam sam … Padre wczoraj odprawił … 7 (słownie: siedem) Mszy … dzisiaj chce
choć trochę odpocząć … wykorzystuje to … że jeszcze tu jestem … Msza z nauczycielami
… kazanie … staram się odwołać do pracy nauczycieli … żeby wychowywać i uczyć …
sami musimy się ciągle uczyć … na koniec pytam czy zrozumieli … Polacy mówią, że tak
… nauczyciele też kiwają głowami … ale jakoś mnie nie przekonali … wniosek jeden …
jeśli chciałbym przyjechać tu znowu … muszę poprawić hiszpański … więcej muszę
mówić kazań … w sumie uczę się hiszpańskiego od 1,5 roku …
W czasie Komunii … w trzech językach … Ciało i Krew Chrystusa … el Cuerpo i la Sangre
de Cristo … Tijelo i Krv Kristova … bardzo mi to pasuje …
Po Mszy … szykujemy się na Mszę w Oyacoto … wyjazd … towarzyszy mi grupa …
ochotników na następną Mszę … oczywiście … według „norm ekwadorskich” … Msza
zaczyna się 19.15 … zmieniam kazanie … żeby „ochotnicy” nie musieli słuchać … znowu
tego samego … dzisiaj wspomnienie św. Moniki … odnoszę się do jej życia … Patronka
Mam księży …
Na koniec Mszy … siostra Rosa … dziękuje za moją posługę … „to ostatnia niedziela, w
czwartek się rozstaniem” … od razu w głowie mam starą … polską piosenkę …
Mieczysława Fogga … proszę ludzi o modlitwę … w intencji powrotu … z kościoła głos …
kiedy powrót do Ekwadoru … ??? … wesoło … po Mszy wiele życzliwości … chwila
rozmowy … mimo, że śpieszę się do San Miguel … żegnam się z ludźmi …
Wsiadam do auta … Eva i Estefi ze mną … podchodzi jakaś kobieta … prosi o modlitwę …
uciekł jej syn … 14 lat … nie ma go od 15 dni … jakaś masakra … potem się okazuje …
wujkowie … prowadzą narcotrafico (handel narkotykami) … prawdopodobnie się do
nich przyłączył …
Jedziemy do San Miguel … w mieście fiesta … muzyka gra … na cały regulator … w
kościele mało ludzi … wszyscy na fieście … jednak możemy odprawiać … tyle, że Padre
zapomniał dać nam klucz … od wejścia do zakrystii … nikt inny nie ma go … bez „sprzęu”
… Mszy odprawić się nie da … pytam czy wszyscy byli wczoraj na Mszy … mówią, że tak
… jedna z kobiet prosi o błogosławieństwo dziecka … stoimy chwilę … rozmawiamy …
mają nadzieję na Mszę ze mną w czwartek … Padre Juan Diego ma sporo problemów … z
tą wspólnotą … mnie się bardzo dobrze tutaj dogaduje … i od Padre wiem … że oni też za
mną przepadają … (co za skromność z mojej strony) … :P :P :P … wyprowadzam ich z
błędu … w czwartek o tej porze … będę gdzieś nad Oceanem Atlantyckim …
Chwilę jeszcze rozmawiamy … wspólne zdjęcia … dużo zdjęć … bo każdy ma swój aparat
… jeszcze wymiana adresów … na facebook’u … i rozstania nadszedł czas … „żal
odjeżdżać” … oni też pytają o możliwość powrotu … Boże plany … ja sobie mogę chcieć …
bez Niego nic nie da rady … Ojcze, Twoja wola …
Wracamy do Misji … w drodze rozmowa … zwłaszcza z Evą … o misjach … o warunkach
… o tym, jak to wygląda w Polsce … o obawach … o różnej mentalności … Eva przyznaje
mi rację … ona może z hermaną Lenką porozmawiać po chorwacku … hermana ją
rozumie … ma tę samą mentalność … urodziła się i żyła w Europie …
W Misji … kolacja … plany na jutro … mamy jechać do Quito …

Ten dzień … minął bardzo szybko … tak, jak pobyt tutaj … szkoda …

+ JMJ
Poniedziałek (28.08)
Las artesanias (rękodzieło, bardziej po polsku – pamiątki z Ekwadoru) …
El despertador (budzik) … zadzwonił o 6.20 … wcześnie … zachodzę do kaplicy … tylko
dwie osoby … czekamy … sporo … zjawiają się następni … Jutrznia … Msza …kazanie …
mówi mi się ciężko … nawet bardzo ciężko … mimo, że … wiem, co chcę powiedzieć … ale
chyba coś trafiło … w czasie modlitwy wieczornej … siostry będą się odwoływać do
kazania …
Śniadanie … rozmowy przy stole … decyzja … jedziemy do Quito … przygotowuję się do
wyjazdu … przede wszystkim myślę … co muszę kupić … jedziemy buestą … prowadzę …
najpierw jedziemy do Calderonu odstawić camionetę … do mechanika … hermana Lenka
jedzie pierwsza camionetą … droga nadal zamknięta … jedziemy objazdem … po piachu
… nagle … wzniesienie … raczej góra … niemalże pionowa … koła ślizgają się po piasku …
siostra przejechała bez problemu … jadę za nią … nowe doświadczenia … mnóstwo dziur
… szkoda auta … zwłaszcza, że nowe …
Mechanik … odda auto w piątek … jedziemy do Quito … duży ruch … po doświadczeniach
Peru … wydaje mi się … że na ulicy … panuje porządek … mimo, że jeden kierowca …
prawie wjechał mi pod koła … na jednym ze skrzyżowań … policjanci pchają zepsuty
samochód … co za obrazek … to znaczy służyć … w Polsce … tylko mojemu koledze …
także ksiądz … policjanci zmienili koło … i wyprawili w drogę … chyba tylko dlatego …
żeby przestał gadać …
Dojeżdżamy do el mercado (rynku) … z pamiątkami z Ekwadoru … jak targ „u Ruskich”
… kilka uliczek … wypełnionych straganami … rozpoczyna się „szał” zakupów …
wszystko przyciąga oko … mnóstwo kolorów … każdy sprzedawca … zaczepia …
reklamuje swoje produkty … pyta czego potrzebujesz … obserwuje … co oglądałeś na
poprzednim stoisku … i pokazuje swoje produkty … szał … kiedy pokazują jakąś rzecz …
od razu nastawiają się na jej sprzedanie … nie chcę od razu kupować … najpierw trzeba
się rozejrzeć … to dobra strategia … przyniosła korzyść … zaoszczędzone pieniądze …
Razem z hermaną Lenką … przemierzamy morze pamiątek … siostra negocjuje ceny …
oczywiście sam też to mogę zrobić … i robię … sweter z alpaki … 28 dolarów … kupiony
za 15 … mnóstwo rzeczy … które chciałbym kupić … ale nie ma na tyle miejsca w plecaku
… żeby to wszystko przewieźć …
Spotykamy rodzinę Jesusa i Tomiris … w tym czasie … zagubił się Don Darek z p. Asią …
szukam ich … po jakimś czasie są … także już po zakupach … wracamy do auta …
jedziemy do siedziby Konferencji Episkopatu Ekwadoru … nie ma kobiety .. która może
załatwić sprawy hermany Lenki … idziemy do jakiegoś sklepu … kupić jakieś gliniane
garnki …

Pora wracać … znowu spory ruch … w Calderonie … trzy sklepy … wracamy do domu …
obiad już czeka … pyszna mieszanka warzyw i mięsa … oczywiście z ryżem … w czasie
obiadu … hermana Sandra … un reto (wyzwanie) … gra w piłkę z kobietami … wie, że nie
przepadam za tym … zaczepia mnie … podejmuję rękawicę … „justo a punto” (dokładnie
na czas) … o 16.00 … tutejszego czasu …
Chwila na odpoczynek … rekonesans artesanias … równo o 16.00 … melduję się na
szkolnym boisku … wszyscy są … hermana Patrica, Tanita, Estefi … i UWAGA UWAGA …
Padre Juan Diego … jest na czas … należy to odnotować w annałach historii … Padre nie
jest „atrasado” (spóźniony) … jest też Eva, kilkoro dzieci … Tomek, Don Darek i ja … a
hermany Sandry nie widać … dołączyła dopiero … 30 minut później …
Szybkie wybranie dwóch drużyn … już wiele radości … jestem z hermaną Patricia … z
Don Darkiem … Tomkiem … i kilkoma osobami … przeciwnicy mają przewagę liczebną …
pierwsze podania … hermana Patricia ma jakieś ogarnięcie w piłce … szybko
wychodzimy na prowadzenie …
Mało ważne … zasady gry stosowane wybiórczo … faul goni faul … piłka daleko za linią
autu … ale nadal w grze … gdzie piłka tam większość zawodników … a właściwie
zawodniczek … dominujący rodzaj żeński … każdy próbuje się odnaleźć … nawet mała
dziewczynka … której imienia nie pamiętam … daje z siebie wszystko … jak to kobieta …
nie zna słowa odpuść … jak grać … to na całość … jak kochać … to na zabój … jak
nienawidzić … to do grobowej deski … :P :P :P
Mecz rozwija się bardzo szybko … piłka wędruje od bramki do bramki … co chwilę
stwarzana jest groźna … sytuacja podbramkowa … ciężko określić … drużynę
dominującą … obie co chwilę … wyciągają asa z rękawa … niekonwencjonalne zagrania …
triki … sztuczki … przeradza się to w „profesjonalną piłkę” … :P :P :P … wiele
zmarnowanych akcji … wiele strzałów tuż obok bramki … lub w słupek, czy poprzeczkę
… jednym słowem mecz zacięty … i padają bramki … więcej wykorzystuje sytuacji …
Padrecito Martin i jego drużyna … nie wiem, ile strzeliłem … ale sporo … no i zwycięską
… ostatnią bramkę … wynik 20:12 … hokejowy … ale tak się umówiliśmy … gramy do 20

Zwycięstwo cieszy … ale jest ono troszkę „pyrrusowe” … okupione kontuzjami …
hermana Patricia … stłuczona noga … Don Darek poważnie stłuczony łokieć … przy
kolacji nie może ruszać ręką … p. Asia nie daje mu żyć … „a mówiłam, żebyś nie grał” …
niestety nie zna radości z prawdziwej walki … na la cancha (boisku) …
Kąpiel … brewiarz … Nieszpory … dzisiaj rozbudowane … połączone z modlitwą
spontaniczną … i rozmyślaniem … jest z nami mała zawodniczka … pięknie się modli …
m.in. za dzieci cierpiące … za młodzież mającą problemy z narkotykami … ma cichy …
bardzo sympatyczny … nastrojowy … można powiedzieć „uduchowiony” głos …
Kolacja … sporo rozmów … śmiechu … wspomnień z rozegranego spotkania … siadam do
pracy … trzeba coś napisać … pisze do mnie na fb … chłopak … członek zespołu
muzycznego … który gra w San Miguel … wczoraj wymieniliśmy adresy fb … rozmowa
się ciągnie … w sumie obcy dla mnie człowiek … i ja obcy dla niego … ale „gadka” się klei
… rodzice mieszkają w Hiszpanii … on tutaj z wujkiem i jego rodziną … studiuje tutaj … i

woli tutaj mieszkać … odwiedza rodziców w Hiszpanii … zapraszam go do Polski … pyta
o język … :P :P :P … szalony … czyżby chciał się go uczyć … ??? … skutecznie go
zniechęcam … jeden z najtrudniejszych na świecie …
Kolejny dzień za nami … jutro chcemy jechać do Otavalo … ale planowany jest jakiś
strajk w całym Ekwadorze … oby w czwartek nie strajkowali …
Coraz mniej czasu zostało … więc cieszy każda chwila … i ta na boisku … i ta w kaplicy …

+ JMJ
Wtorek (29.08)
Quisa me acostumbro (chyba się przyzwyczaiłem) …
Spać poszedłem dopiero po północy … po opublikowaniu posta na fb … zaczął pisać … el
munagillo (ministrant) … z San Miguel … no i kontynuowałem rozmowę … z Joseth (czyt.
Josi) … trochę to trwało …
W nocy … przebudził mnie szum … woda leci z prysznica … ??? … nie, deszcz … cud …
prawdziwy cud … pierwszy raz od długiego czasu … normalnie deszczu nie uświadczysz
… telefon dzwoni o 6.40 … deszcz dalej pada … szok … dla nas to normalny deszcz … dla
nich „ulewa” … i błogosławieństwo …
Chwilę po siódmej … wchodzę do kaplicy … dwie osoby … hermana Rosa … mówi coś do
mnie … ale tak szybko … że po polsku bym nie zrozumiał … mój wyraz twarzy … Polak
na kazaniu w języku mandaryńskim … wolniej … zmiana planów … mieliśmy wyjeżdżać
o 9.00 … przełożone na wcześniej … co może oznaczać wszystko … zaczynamy modlitwy
… tak mało to nas jeszcze nie było … w połowie Jutrzni … przychodzi hermana Rosa …
hermana Lenka już czeka … w kuchni … kończę brewiarz … idę na śniadanie …
Szybkie śniadanie … strajku nie ma … możemy jechać … musimy wcześniej … bo o 15.00
… spotkanie w sprawie szkoły … szybka kanapka … ciepła herbata … i … „w drogę z nami
wyrusz Panie” … jedziemy busetą … droga nadal zamknięta … objazd … sporo błota …
pod górę … nie dało rady … za dużo dziur … żeby się rozpędzić … za ślisko … żeby jechać
wolno … inny objazd … dłuższy …
Droga spokojna … mały ruch … zero szalonych kierowców … trochę starych aut …
utrudniających ruch … w drodze rozmowy … o szkole … o dzieciakach … o opętanych …
siostra opowiada przypadki … opętanych uczniów … masakra … rozmawiamy o wielu …
wielu rzeczach … sympatycznie … wjeżdżamy do Otavalo …
Parking … wyruszamy na targ … zakupy … runda druga … o tej godzinie … dopiero się
rozkładają … jesteśmy jednymi z pierwszych klientów … sprzedawcy … zachęcają …
reklamują … i współpracują ze sobą … !!! … jeśli dany sprzedawca … nie ma takiego
koloru … lub rozmiaru … jaki potrzebujesz … biegnie do kolegi/koleżanki … i przynosi
od niego … jak oni się potem rozliczają … Pan Bóg raczy wiedzieć … ale często tak robią

Szukam konkretnych rzeczy … kręcę się … rozglądam … gadam ze sprzedawcami …
jedna … druga rzecz kupiona … rozdzielamy się … hermana Lenka w swoją stronę … p.
Asia w swoją … ja w swoją … szukam koszul … przy jednym ze stoisk … facet reklamuje
swoje koszule … oglądam … wybieram … targuję się … udaje się … to jeszcze el mantel …
tak samo … stargowana cena … płacę … facet robi znak krzyża … mówi … pierwszy klient
… błogosławieństwo od Boga … „pewnie, że błogosławieństwo, jak pierwszym klientem
jest ksiądz” … wyraz jego twarzy … bezcenny … za wszystko inne … zapłaciłem dolarami

Spotykam p. Asię … obładowana zakupami … zagubiła nam się siostra … szukamy … w
między czasie … oglądając stragany … jeszcze zakupy … po dłuższym czasie …
odnajdujemy hermanę Lenkę … proszę ją … o znalezienie sklepu z tequilą … szukamy …
przechodzimy obok sklepu z koszulkami … motywy ekwadorskie … tylko na chwilę …
dwie koszulki więcej … w reklamówce … znajdujemy sklep … z jakimiś materiałami …
pytam siostry … co to jest … textilia … z tequili … zrobiła textilia … „aaa, el tequila, no se
donde podemos comprar” (nie wiem, gdzie możemy kupić) … bez komentarza …
Wracamy do auta … proponuję po zewnętrznej … względem targu … siostra upiera się
przez targ … no i dostrzegam ją … koszulka reprezentacji Ekwadoru … do grania w piłkę
… także ląduje … w reklamówce … BASTA … zacząłem obawiać się o swój plecak … on
jest rozciągliwy … ale ma granice … ??? …
Wracamy … także spokojnie … w drodze różaniec … po drodze jeszcze jedna sprawa do
załatwienia … znowu rozmowy … bardzo miło … wracamy do domu …obiad …
Po obiedzie … czas planować powrót … w drodze powrotnej … 8,5 godziny czekania … w
Bogocie … dochodzę do wniosku … trzeba zwiedzić stolicę Kolumbii … aplikacja … żeby
zamówić taksówkę … na ulicy lepiej nie łapać … aplikacja … z planem miasta …
ściągnięte … przewodnik przejrzany … adresy wpisane w plan miasta … droga
opracowana … muzea … góra z sanktuarium … kościół najstarszy w Kolumbii … i
zaczynam się zastanawiać … czy mi czasu starczy … jest kilka formalności do załatwienia
… odprawa … przejście graniczne … formularze … i wymiana pieniędzy … i jeszcze mnie
zaniepokoili … że mogą mnie nie wypuścić … bo lecę dalej … mam nadzieję, że nie … bo
co ja będę robił 8 godzin … na lotnisku …
Czas na chwilę odpoczynku … sporo energii pochłonęły … przygotowania … chwila
drzemki … brewiarz … ale nie w czasie snu … Nieszpory … w kaplicy … znowu 3 osoby …
Padrecito może prowadzić … no to prowadzę …
Msza … z kazaniem … znowu ciężko się mówi … chyba odczuwam zmęczenie …
mówienia kazań po hiszpańsku … :P :P :P … albo brak inwencji … niepotrzebne skreślić

Kolacja … w połowie … wchodzi Padre Juan Diego … od razu robi się głośniej … znowu
zamieszanie … ale jakoś nie przeszkadza … tylko jak się rozmawia … ale chyba już się
przyzwyczaiłem … myślę o tym … jak to będzie … kiedy wrócę … na cichą plebanię na
Klecinie …

Pakowanie czas zacząć … en progreso (w trakcie)… zasiadam do pisania … zamieszanie
… Sarita … mieszka obok … sali internetu … mysz … wszyscy postawieni na nogi …
hermana Rosa … la matadora de los ratones (zabójczyni myszy) … :D :D :D … w między
czasie … piszą chłopaki z San Miguel … w liczbie trzech … trochę ciężko … opisywać
dzień … odpisywać na wiadomości … i łapać mysz …
Aaaa … mysz uciekła … :D :D :D … a pół domu obudzone … jutro … el ultima dia (ostatni
dzień) …

+ JMJ
Środa (30.08)
El ultimo dia (ostatni dzień) …
Znowu położyłem się … po północy … rozmowa z Bryanem dała mi dużo do myślenia …
ciężko było przerwać rozmowę … gdy dotyczy spraw ważnych … noc krótka zatem …
zwłaszcza … że po trzeciej … nieznany numer zaczął dzwonić …
Pobudka … nie idę na Jutrznię … bo nie wyrobię się … modlitwa prywatna …
przygotowuję rzeczy do spakowania … ile tego jest !!! … mam coraz większe obawy …
czy uda się wszystko spakować … wszystkie rzeczy zrolowane … pogrupowane …
śniadanie … przygotowanie do … dzisiejszej wyprawy … Rucu Pichincha … wygasły
wulkan … górujący nad Quito … 4698 m.n.p.m. …
Wyjeżdżamy … ja, Tomek, Staszek … ekipa „górska” … Don Darek i p. Asia … hermana
Lenka … przeprawa przez Quito … niecałą godzinę później … stajemy przed wejściem …
hermana Lenka zostawia nas … mamy do niej zadzwonić … jak będziemy schodzić …
Krótkie podejście … do teleferico (kolejka górska) … zakup biletów … bardzo miła pani …
daje mi nawet mapę szlaku … wyruszamy … gondola … wiezie nas na wysokość ok. 4000
metrów … po raz pierwszy … w górach … korzystam z kolejki … i tak stałem się
„wozidupkiem” … zawsze się śmiałem w Tatrach … z kolejki … do kolejki na Kasprowy …
wejście to 3 godziny więcej … jedziemy 20 minut … piękne widoki … wysoko …
zawieszona gondola nad ziemią … widać całe miasto … rozkłada się na wzgórzach …
Wysiadamy … rozpoczynamy podróż … najpierw rekonesans … stwierdzam … brak
profesjonalnego … odpowiednika naszego GOPR … przy mirador (miejsce obserwacji) …
spotykam mężczyznę i kobietę w średnim wieku … zagadują … chwilę rozmawiamy …
pyta skąd jestem … zna Polskę … był w Warszawie i Zakopanem … WOW … pierwszy
Ekwadorczyk spotkany … który wie, gdzie Polska … zaprasza ponownie po powrocie z
góry … na muzykę andyjską … właśnie rozkłada swój stragan …
Wyruszamy … Rucu Pichincha … w chmurze … powietrze rześkie … dobrze się idzie …
najpierw … mało wymagające wejścia … zdjęcia … podziwianie … jeszcze nie jestem
zachwycony … przemieszczamy się dalej … pierwsi spotkani … Kanadyjczycy … i mój
osobisty dramat … zdania sklecić nie mogę po angielsku … po ponad miesiącu gadania

po hiszpańsku … nie mogę przeprogramować głowy … na angielski … zaczynam zdanie
po angielsku … i kończę po hiszpańsku … masakra …
Idziemy dalej … kolejna grupa … dogoniona … 3 mężczyzn … z przewodnikiem …
zatrzymujemy się … warto zasięgnąć informacji … o sytuacji w górach … w Polsce jestem
w stanie przewidzieć … pogodę w górach … tutaj jest zupełnie inaczej … dłuższa
rozmowa … pyta skąd jesteśmy … „Polska” … nie tylko wie, gdzie … ale wypowiada
nazwę kraju … po polsku … Que bonito (jak pięknie) … dopytuje, co robimy w
Ekwadorze … pod koniec … „Usted habla espanol muy bien” (Pan mówi bardzo dobrze
po hiszpańsku) … znowu ktoś połechtał … moje ego … :P :P :P
Droga zaczyna zakręcać … chmury coraz bliżej … robi się piękniej … idzie się trudniej …
wiatr andyjski jest mocny … ale softshel daje radę … i da radę do końca … nie potrzebuje
polaru … chmury przemieszczają się coraz szybciej … podobno ma padać popołudniu …
na wysokości ponad 4000 metrów … słupy wysokiego napięcia … jak oni je tam ustawili
… odległość jednego od drugiego … ponad kilometr …
Wchodzimy w chmurę … droga cały czas wije się wokół góry … roślinność … wgl jej nie
znam … zupełnie dla mnie egzotyczna … ale piękna … w końcu ukazuje się nam grań
Pichinchy … i to robi wrażenie … ostra … niedostępna … wysoka … stroma … niemalże
pionowa … szlak wznosi się coraz bardziej … przeszkody jak na tatrzańskich szlakach …
jednak w pewnych momentach … szlak przerwany … woda wymywa wszystko na swojej
drodze … zaczynamy wspinać się mocniej … dogania nas para … pytam skąd … z Czech …
sąsiedzi … idą równo z nami … wyprzedzają nas … jednak zawrócą spod samego szczytu

Na szlaku … zaczyna się piasek … mocno osuwa się spod nóg … trudno się idzie …
wysokość daje się odczuć … włącza się „helikopter” … zawroty głowy … mało tlenu w
powietrzu … ale daję radę … piasek zmienia się w błoto … mocno ślisko … jeszcze
trudniej … ale idziemy dalej … na skałach … kamienie … bardzo luźne … uciekają spod
butów … damy radę … dochodzimy do znaku na grani … okazuje się … ostatni znak na
szlaku … teraz to sami musimy znaleźć drogę na szczyt … chwilę wcześniej minęliśmy …
grupę Ekwadorczyków … chwila rozmowy … facet tutejszy … zna drogę … daje
wskazówki …
I zaczyna się zabawa … nie ma znaków … jak w Polsce … sami wyznaczamy sobie szlak …
prowadzę … staram się wybierać najłagodniejsze przejścia … w pewnych momentach …
jest troszeczkę niebezpiecznie … doświadczenie jednak daje znać o sobie … (kolejny
dowód na moją skromność) … :D :D :D … powoli … bo brakuje oddechu … i trzeba
wyznaczyć szlak … wspinamy się … najgorsze, że jesteśmy w chmurze … i nie wiadomo
… ile jeszcze do szczytu … gdzieniegdzie spotykamy … resztki śniegu … po dłuższym
wspinaniu się … jest … szczyt … prawie 4 700 m.n.p.m. … pierwszy raz tak wysoko
zaszedłem … duma … :D :D :D … a wszystko w 2 godziny … na dole twierdzili minimum 3
godziny … dobre tempo …
Mamy pecha … chmura nie chce … sobie pójść … trochę zdjęć … drugie śniadanie … w
pewnym momencie … blisko mojej głowy … przelatuje ptak … spory … zatacza koło … i
ląduje przy niedaleko mnie … w tym czasie wchodzi grupa Ekwadorczyków … ptak wgl
się nie boi … podchodzi do mnie … liczy na moje śniadanie … trochę dostaje … kręci się

koło mojego plecaka … robimy sobie zdjęcia z nim … i nagle niespodzianka … zaczyna
padać ŚNIEG … tyle na to czekałem … super …
Czas schodzić … ślisko … luźne kamienie … piasek … nie sprzyjają … ale idzie szybko …
po drodze trochę zdjęć … muszę pilnować … żeby trafić na szlak … wiatr dmucha mocno
… spotykamy jeszcze … jakiś śmiałków … wspinających się do góry … dajemy im
wskazówki … zwłaszcza dotyczące szlaku … im niżej … tym cieplej …
Wysyłam sms’a i dzwonię do hermany Lenki … nikt nie odpowiada … liczę, że jednak
odczyta wiadomość … mamy ok. 1 godziny do umówionego miejsca … tyle, ile potrzebuje
siostra na przyjazd … wybieramy inny szlak do zejścia … obok kościoła … chmury się
rozwiały … ukazują się piękne widoki … cudnie … idyllicznie wręcz …
Dochodzimy do stacji górnej teleferico … zachodzę do „znajomego muzyka” … znowu
rozmawiamy … pamięta w Polsce stare pieniądze … opowiada historię … wymiany
pieniędzy na polskie złotówki … dostał ponad milion złoty … sądził, że chyba wygrał w
totolotka … :P :P :P … ach, ta Polska … zawsze zaskakuje … kupuję u niego płytę …
ruszamy na dół … znowu teleferico … piękne widoki … w promieniach słońca … całe
Quito …
Schodzimy na umówione miejsce … hermany Lenki nie widać … dzwonię … nic nie
widziała … musimy czekać … godzinę czasu … siadamy przy punkcie opłat … na
chodniku … nogi w „rynsztoku” … duży kanał na wodę deszczową … spory ruch aut …
ludzie nam się przypatrują … chłopaki buty ściągnęli … plecaki rozłożyliśmy … „Rumuni”
… taksówkarze zaczepiają … czy nie trzeba podwieźć … wzbudzamy zainteresowanie …
przechodzą trzej starsi panowie … zaczepiają … czy nie potrzeba pomocy … miłe to …
gramy w „Czarne historie” … jest sytuacja … trzeba zgadnąć … co się stało … zadając
pytania … moja historia … miała być dla żartu … trzech facetów … siedzi w rynsztoku …
przy punkcie opłat … co się stało? … jeden z nas … nie załapał … zaczął grać … grał do
przyjazdu siostry … :P :P :P
W czasie gry … przychodzi do nas pies … Staszek … „i teraz czuje się jak prawdziwy
bezdomny” … i tak zostałem bezdomnym … pies upodobał sobie Staszka … stoi przy nas
… podjeżdża autobus … pies podchodzi do drzwi … nic nie dostaje … wraca … chyba
poszedł … coś nam załatwić … takie niemoty siedzą … „to coś im skombinuję” … :D :D :D

Przyjeżdża hermana Lenka … zmieniamy się za kierownicą … podróż spokojna … nie ma
dużego ruchu … wjeżdżamy na drogę do Calderonu …kontrola policyjna … policjant …
jakby zatrzymywał mnie … ale okazuje się … auto za mną … przejechałem może z 10
metrów … zatrzymuje mnie policjantka … podaje dokumenty … tłumaczę … prawo jazdy
polskie … i międzynarodowe … na polskie się uśmiechnęła … wgl to bardzo ładna pani …
pyta ile tu jestem … siostra mówi … jutro wyjeżdża … policjantka chce sprawdzić …
trójkąt, gaśnicę i apteczkę … siostra szuka … w tym czasie … pani ogląda prawo jazdy
międzynarodowe … patrzy na zdjęcie … „niepodobny” … mam okulary przeciwsłoneczne
… zdejmuję i szeroko się uśmiecham … „na zdjęciu, Pan jest grubszy” … :D :D :D … „a
dziękuję” … śmiech … „i mam koloratkę, bo jestem księdzem” … dodaję … rzeczywiście w
tym dokumencie … mam zdjęcie … widać kawałek koloratki … przygląda mi się uważnie
… „Padre???” … podchodzi sprawdzić wyposażenie … brak gaśnicy … „Antes de salir,

tiene que pagar la multa” (przed wyjazdem, musi Pan zapłacić mandat) … „A lo mejor
no?” (a może nie?) … wyraz jej twarzy … nieprzebłagany … uśmiecham się szeroko …
próbuję zrobić „kotka ze Shreka” … mnie to nie wychodzi … „el precio de la multa es … la
oracion para mi” (cena mandatu to … modlitwa za mnie) … „La bedicion, Padrecito”
(błogosławieństwo Padrecito) … zamyka oczy i czeka … udzielam jej błogosławieństwa
… oddaje dokumenty … i tak stałem się „przestępcą korupcyjnym” …
Do końca drogi … nie mogę się nacieszyć … dzisiejszymi przygodami … rozmawiamy z
siostrą … wracamy do misji … obiad …
Kończę pakowanie … plecak spory … sądzę, że waży więcej niż 23 kg … „przyjdzie płacić”
… brewiarz … czuje się rozpalony … trochę boli mnie głowa … okazuje się … że się
opaliłem bez słońca … wiatr …
Przyjeżdżają siostry z Marianas z Władką … Msza … pożegnalna … przychodzą wszyscy
… chcą pożegnać Padrecito Martin … mówię kazanie … trochę mi się język pląta … ze
zmęczenia … ale chyba źle nie było … na koniec podziękowania … jak ten czas zleciał …
Kolacja … przygotowania specjalnie pizza … przez wolontariuszki z Chorwacji … w
kuchni wielki napis … „Buen viaje Padrecito Martin” (Dobrej podróży) … wzruszony …
siadamy do stołu … wesoło … dużo życzliwości … ciepłych słów … podziękowań … „cóż
powiedzieć, żal odjeżdżać” (Jan Paweł II) …
Po kolacji … Estefi prosi o spowiedź … idziemy do kaplicy … następnie … próbuję się
odprawić … nie da się … próbuję w szkole … lepszy internet … nie da się … o co chodzi?
… dobrze, że hermanita Tanita była ze mną … nieźle daje sobie z tym radę …
elektroniczny bilet przekierowywał mnie na złą stronę … a już miałem nadzieję … że
zostanę … :P :P :P
Kończy się ostatni dzień … to, co dobre … szybko się kończy … trzeba więc zacząć … coś
nowego dobrego …

+ JMJ
Czwartek (31.08)
Bogota …
Znowu spać poszedłem po północy … zmęczony … znowu ktoś o trzeciej w nocy …
dzwonił … ten sam … nieznany numer … budzę się przed telefonem … chyba nerwy …
jest po piątej … pakuję ostatnie rzeczy … Jutrznia … idę na Mszę …
Msza … g. 6.30 … przyjeżdżają siostry z Marianas … que lindo! (jak miło) … modlimy się
wspólnie … ostatni raz … w tym roku … :D :D :D … kazanie krótkie … ale treściwe … a
przynajmniej tak mi się wydaje …
Śniadanie … wchodzę do kuchni … hermana Sandra … każe zamknąć mi oczy … prowadzi
mnie do mojego miejsca … na stole … ręcznie wykonana … moja podobizna … figurka …

papierowa … wypisz, wymaluj … Padrecito Martin … wesoło … ogłaszam … pożegnania
przyjmuję … punktualnie o 8.20 … przy aucie …
Pożegnanie … przychodzą wszyscy … bardzo miło … kilka osób jedzie ze mną na lotnisko
… dziewczynki … Michael i jej koleżanka … od trzech dni w convencie … nie chcą mnie
wypuścić … Padrecito zostaje tutaj … :D :D :D … kilka drobnych pamiątek … o wielkim
znaczeniu emocjonalnym … dziewczyny z Chorwacji … napisały mi po chorwacku …
„Padrecito rozumie to sobie pretłumaczy” … :P :P :P
Zapakowani do busety … ostatni raz prowadzę … w Ekwadorze … w tym roku … :D :D :D
… lotnisko … bagaż … nadany … nic nie powiedziała … sympatyczna pani … pomyliłem
bilety … z uśmiechem na twarzy wydrukowała nowe … bez problemów … jeszcze chwila
do przejścia na strefę wolnocłową … rozmawiamy … śmiejemy się … wygłupiamy …
ostatnie pożegnanie … un regalo (podarunek) … dla hermany Lenki … przechodzę … do
Migraciones … odprawa paszportowa … przeprawa przez bramki … i zostałem sam …
zdany na własne siły … i własne rozumienie języka … :D :D :D … ależ tragicznie to brzmi

Przechadzka po strefie … nic ciekawego … kupiona woda … odnajduję la salida
(wyjście/bramkę) … dużo ludzi leci do Bogoty … siadam przypadkowo … okazuje się
obok grupy muzykującej … po chwili … wyciągają gitarę i zaczynają śpiewać … Coro
Fraternidad … super … umilają czas … przyłączają się inni ludzie … inni nagrywają … na
koniec oklaski … śpiewają kilka piosenek … aż wzywają nas … do wejścia na pokład …
Samolot prawie pełny … w czasie lotu … mało ciekawych rzeczy … wziąłem gazetę
ekwadorską … o polityce wobec USA … o nowych gatunkach ptaków … co 2 dni
odkrywanych w dżungli … no i o meczach eliminacji MŚ … zaserwowali kanapki na
ciepło … napoje … kultura … w LOT tego nie ma … na krótkich dystansach …
Lądowanie … wychodząc pytam la azafata … o możliwość wyjścia na miasto … nie ma
problemu … upewniam się w informacji … idę do la migracion … wypuszczają mnie …
kontrola na bramkach … i mogę iść „w miasto” … szukam la guarda de equipaje
(przechowalnię bagażu) … trochę kosztuje … nie chcę z laptopem i plecakiem … łazić po
mieście … cel dla złodziei … i nie wygodnie …
La guarda de equipaje … odcisk palca … zdjęcie … spisane dane … pełna ochrona … idę
wymienić pieniądze … kolejka … długo stoję … i tutaj dopiero „zabawa” … paszport … su
profecion (zawód) … odcisk palca … !!! … tak nie pomyliłem się … tysiąc pytań … żeby
wymienić kilka dolarów … pytam policjanta … o bezpieczne taksówki … żółte … con la
placa (z licencją) … pytam pierwszego wolnego … mówi za szybko … wolniej … jedziemy
… najpierw do Cerro de Monserrat … bardzo sympatyczny młody człowiek … szybko
wywiązuje się dyskusja … pierwszy Polak … którego wiezie … „Ust dobrze mówi po
hiszpańsku” … „pocito” (troszeczkę) … w pewnym momencie … psuje się skrzynia
biegów … zjeżdża na bok … już nie daleko … załatwia inną taksówkę … także … bardzo
uprzejmy młody człowiek … rozmawiamy … ale bardziej oficjalnie …
Corre de Monserrat … jadę el teleferico … bardzo europejsko … wysokie standarty … na
górze sanktuarium … Cierpienia Chrystusa … wzgórze Matki Bożej … wysokość 3 152
m.n.p. … widać całą Bogotę … wysokość miasta ok. 2 500 m.n.p.m. … najpierw

sanktuarium … bardzo ładne … jest 14.55 … o 15.00 … odmawiam Koronkę do
Miłosierdzia Bożego … w sanktuarium Cierpienia Chrystusa …
Obchodzę wzgórze … zdjęcia … targ z mnóstwem pamiątek … mnóstwo ludzi
anglojęzycznych … Amerykanie … Kanadyjczycy … prawie nie słychać hiszpańskiego …
bajo (na dół) … łapię taksówkę … bardzo serdeczny kierowca … proszę do centrum … do
kościoła św. Franciszka … od razu wywiązuje się serdeczna rozmowa … „co Pan robi, że
tak dobrze mówi po hiszpańsku” … :D :D :D … jest katolikiem … mówi … że dużo tu
protestantów … oferują pracę … pieniądze … żyją trochę … jak zamknięta sekta …
opowiada historię … kobiety-pastorki … guru w grupie religijnej … mnóstwo pieniędzy
… i mnóstwo oszustw …
W całym mieście … w sklepach … mnóstwo podobizn i pamiątek … z papieżem
Franciszkiem … 06.09 … przylatuje do Kolumbii …
Kościół św. Franciszka … Msza o 17.00 … chwila na jedzenie … obok MacDonald … nie
mam dużo czasu … więc la comida rapida (fast food) … wracam do kościoła … spotykam
przesympatycznych franciszkanów … wiekowego ojca i młodego ojca … wiekowy
wypytuje o Polskę … „Padre bardzo dobrze mówi po hiszpańsku, z akcentem, ale
wszystko jest zrozumiałe” … ale mnie dzisiaj wychwalili … razem z młodym odprawiamy
Mszę … kościół przecudny … drugi … co do wieku w Kolumbii … wystrój drewniany … w
zakrystii „mini-muzeum” … ornaty … figury … krzyże … naczynia liturgiczne … cudo …
Po Mszy … mówię do ojca … „franciscano verdadero” (prawdziwy franciszkanin) … z
uśmiechem … z radością … z otwartością … szacunek … żegnam się … czas wracać na
lotnisko … kawałek trzeba przejść … centrum historyczne … bez ruchu aut … łapię
taksówkę … kolejny sympatyczny kierowca … od razu wypytuje … o wiele rzeczy … ale
nie wykształcony … za bardzo … nie wie, gdzie Polska leży … to jeszcze nic … nie zna
Ojca Świętego Jana Pawła II … najlepszy „znak” rozpoznawalny Polski … do tej pory nie
zdarzyło mi się … żeby ktoś nie znał „naszego Papieża” … mimo wszystko … bardzo
sympatycznie … bardzo ciekawa i wielowątkowa rozmowa … i kolejna osoba … która
pyta o mój hiszpański … serdeczne pożegnanie … jak za każdym razem …
Lotnisko … odbieram bagaże … przechodzę odprawę … wymieniam pieniądze … znowu
odciski palców … i czekam na lot … co wydarzyło się dalej? … w następnym odcinku …
jak będę już w Europie …

+ JMJ
Piątek (01.09)
Wiele miałem planów na Bogotę … Museo del Oro … Museo/Iglesia de Santa Clara … La
Plaza de Bolivar … nie starczyło czasu … za dużo trwają formalności … sporo czasu
zabiera podróżowanie … jeszcze tu wrócę … Kolumbia też mi się podoba … choć bardziej
europejsko … ludzie też inni … pod względem fizycznym … i mentalnym … niestety coraz
bliżej im … do Europejczyków … zapomniałem napisać wczoraj … młody ojciec
franciszkanin … próbował dać mi pieniądze na taksówkę …

Wejście do samolotu … przydzielone miejsce … obok rodziny … dwójka dzieci … bardzo
małych … obawiam się co będzie w nocy … ale damy radę … młodszy zaczepia mnie … na
początek … macha do mnie rączką … odmachuję … zaczepia minami … potem … autkiem
… „Tengo nuevo amigo” (Mam nowego przyjaciela) … mówię do taty … wywiązuje się
serdeczna rozmowa … tato siedzi koło mnie … bardzo miły młody człowiek …
Kolumbijczyk … informatyk … bardzo spokojny … ma wiele serca do dzieci … leci do
Brukseli … pracował w Łodzi … odwiedził Kraków … Warszawę … ale Wrocławia nie zna
… „hańba” … :P :P :P … pyta skąd znam tak dobrze hiszpański … jak był w Polsce … nie
mógł się dogadać … w ojczystym języku … jeszcze przed startem … podchodzi la azafata
… chce mnie przesadzić … żeby dla dzieci … było więcej miejsca … wędrujemy … miejsce
przy wyjściu ewakuacyjnym … rewelacja … mnóstwo miejsca na nogi … przestronnie …
blisko do „samolotowego baru” …
Startujemy … un poco atrasado (trochę spóźnieni) … Bogota z lotu ptaka … niesamowity
widok … iskrzące się światła … jest przed 22.00 … duże miasto … pięknie wyglądające …
kilka miast widziałem już nocą … z lotu ptaka … to mnie zaskoczyło …
Lecimy … żegnaj Ameryko … Europo … wracam …
Noc spokojna … przebudziłem się … toaleta … wracam … na moim miejscu … siedzi jakaś
Niemka … podchodzę … patrzy na mnie … zaczyna coś nawijać … po niemiecku … ale tak
szybko … że nic nie rozumiem … mówię, że to moje miejsce … przeprasza … :D :D :D
przebudziłem się znowu … coś mi świeci za oknem … wyprzedziliśmy dzień …
Dzisiaj jest 01.09 … kolejna rocznica … wybuchu Drugiej Wojny Światowej … niemieckiej
agresji na Polskę … a ja w Niemczech …
Wysiadamy … trzeba oddać 7 godzin … przed chwilą było … dla mnie rano … a już jest
popołudniu … przejście przez lotnisko … we Frankfurcie … to „mała pielgrzymka” …
włącznie z jazdą … mini-metrem … kieruję się znakami … w pewnym momencie … idę
sam … zastanawiam się … nie pomyliłem drogi? … granica … kontrola osobista … Niemcy
sprawdzają wszystko … bardzo dokładnie … zwłaszcza kiedy się wjeżdża …
Jadąc w maju nad morze … zapakowałem do podręcznego plecaka … krem do opalania …
zapomniałem o tym … przeszedł wszystkie kontrole … znaleźli go dopiero teraz …
sprawdzali szczegółowo mój plecak … :P :P :P
Czas oczekiwania … na ostatni lot … trochę się dłuży … lot opóźniony o 35 minut … w
końcu lecimy … lotnisko Warszawa … w tym czasie nic ciekawego … ale na koniec …
znowu przygoda … na rozstanie …
Wyjście z samolotu … razem z tłumem podążam do wyjścia … przeczesujemy teren w
poszukiwaniu … „wyrzutni” bagażu … ustawiamy się przy numerze 2 … „jak wół”
napisane … FRANKFURT … wyjeżdżają bagaże … sporo … czekam i czekam … nie ma …
ostatni bagaż … wrota się zamykają … mojego nie wyrzuciło … a tak właśnie myślałem w
czasie lotu … okazuje się nie tylko ja … kilka osób z mojego lotu też czekają na bagaż …
idę do punktu reklamacji … nic nie ma … człowiek z reklamacji … dopytuje, gdzie
czekałem … idzie ze mną … prowadzi mnie … do „wyrzutni” numer 1 … :D :D :D … tutaj
są bagaże z LOT-u … dopiero wyjeżdżają …

Chyba zmęczenie … ja … i kilka osób z mojego lotu … nie widzieliśmy, że jest napisane …
Frankfurt … ale Lufthansa … były dwa loty z Frankfurtu …przepraszam faceta … bagaż …
wyjście … Grzegorz już czeka … wracamy … dziękuję Grzegorz Kozioł …
W domu o 2.00 … spać przed 3.00 … pobudka o 6.00 … trochę mało … dzisiaj jeszcze ślub
w Bolesławcu … tutaj jednak zaczyna się nowy Sezon …
+ JMJ
El resumen
Tak kończy się … Misja w Ekwadorze … piękny czas … mnóstwo doświadczeń i
wspomnień … rok przygotowań … intensywnych i wieloaspektowych … zwieńczony
takimi przeżyciami i doświadczeniami …
Pragnę wyrazić wdzięczność WSZYSTKIM OSOBOM, KTÓRE TOWARZYSZYŁY MI W
CZASIE TEJ WYPRAWY PRZEZ MODLITWĘ I WSPARCIE WYRAŻONE W RÓŻNY SPOSÓB
(m.in. czytanie wpisów, komentowanie, zainteresowanie moim stanem zdrowia itd.)
Z całego serca dziękuję i zapewniam o mojej pamięci modlitewnej. Za każde dobre
słowo, wsparcie modlitwą, zainteresowanie, towarzyszenie duchowe w tej wyprawie –
DIOS LES PAGE (Bóg zapłać) Y DIOS LES BENDIGA (niech Pan Was błogosławi) …
Z Chrystusowym błogosławieństwem
Padrecito Martin
Ps. Szczególne słowa podziękowania dla Jose Arturo Bravo Gonzalez – nauczyciela,
wytrwałego i cierpliwego

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 20 – Czekając na Boga?

04 wrz

Czy im się zaciął sprzęt, czy co? – dziwię się widząc pojawiającą się na ekranie po raz kolejny czołówkę komedii sensacyjnej „Golden Child” z Eddy Murphym w roli głównej. – Już raz to widziałem, wystarczy! – kontynuuję dialog wewnętrzny, a nie wiem wtedy jeszcze, że za dwie godziny film ten „zaproponują” po raz trzeci. W autobusie z ekranem tuż przed sobą i z głośnikami nad uchem trudno takiej propozycji skutecznie się oprzeć.

Zatem nie ma rady, skazany jestem raz jeszcze na przygody o dzielnym Amerykaninie uwalniającym buddyjskiego „mesjasza” z rąk wcielonego zła.

Ci ludzie do końca chyba zapomnieli, z jakiej kultury się wywodzą, oni naprawdę potrzebują jeszcze tybetańskiego chłopca raz na 10 000 lat, by zbawiać świat? – myślę o twórcach filmu. – A jeszcze, żeby było to bardziej strawne dla zachodniego odbiorcy, „ubogacili” buddyzm przyprawiając go odrobiną (ale zawsze jednak) seksulnego podtekstu. Chrześcijaństwo w Stanach zaadoptowali do swych potrzeb już nawet na katolickich uniwersytetach, teraz oto mamy buddyzm na usługach przyjemności – kotłują mi się niespokojne myśli.
No tak, ale czy ja kiedykolwiek w życiu czekałem na Mesjasza? – przychodzi nagła refleksja. Tak jak Izraelici, gdy czekali z prawdziwej potrzeby serca, przez wieki, niecierpliwie, z poczuciem, że bez Niego wszystko jest niepełne, świat niedoskonały, człowiek byle jaki, bezwzględnie wymagający Odkupiciela?

Urodziłem się dwadzieścia wieków po Chrystusie, to prawda. Nie da się czekać na kogoś, kto już się urodził. Ale czy kiedykolwiek, już po Jego zbawczej śmierci, naprawdę Go potrzebowałem? I nie chodzi mi tu o wymawianie przeze mnie imienia „Jezus” w różnych kontekstch, głównie w prośbach i błaganiach, ale o autentyczną potrzebę bycia razem z Nim.

W wolności – czasem trudnej choć zawsze koniecznej, definiującej, kim jest człowiek stworzony na obraz Boży – dzieło Bożego Odkupienia mogę odrzucić, dzieje się to zresztą od wieków na wielką skalę. Bóg szanuje naszą wolność do końca, do swojej śmierci na krzyżu z naszych rąk, ale też do naszej cielesnej śmierci; On akceptuje to, że mogę chcieć umrzeć bez Niego, bez pragnienia spotkania Miłości. Stąd rozróżnienie: Chrystus – Odkupiciel wszystkich, ale Zbawiciel tylko tych, którzy zechcą „narodzić się na nowo”.

Bóg akceptuje też sytuację nieco inną, gdy nam wydaje się, że jesteśmy blisko Niego i żyjemy nie odczuwając Jego braku, nie tęskniąc, nie potrzebując Go.
Panie Boże – radzę sobie świetnie, tyle dobrych rzeczy mi wyszło; zgoda, świetnie że jesteś. Ale daj mi dalej działać samemu, nie wtrącaj się zbytnio, bo jeszcze coś popsujesz…

Czy czekam na Mesjasza, czy czekam na Boga, innymi słowy, czy odczuwam Jego brak w moim życiu?

Fakt, że Bóg się urodził i wiele razy w życiu kolędy na ten temat ze wzruszeniem śpiewałem, niekoniecznie znaczy, że ja Go dziś nadal potrzebuję, że na Niego czekam. On urodził się dwa tysiące lat temu, zrobił swoje, teraz już poradzę sobie na drodze zbawienia w dużej mierze sam. Nie będę specjalnie się wygłupiał, zatem nie zrezygnuję z sakramentów, jak robi to wielu moich braci w wierze (może mi akurat przychodzi trwać przy sakramentach łatwiej, niż im, jaka w tym moja zasługa?), ale żeby czekać z niecierpliwością na każde Jego słowo, czytać je i kontemplując zrobić krok dalej – żyć nim?

Pan Bóg szanując naszą wolność nie używa argumentu lęku, nie mówi do nas w trzęsieniu ziemi, wichurze wyłamującej drzewa, uderzeniu pioruna. On spotyka nas w cichym powiewie wiatru, w uśmiechu dziecka, czasem w… trzykrotnie wyświetlonym filmie.

 

PS
Boga kochać to okazywać miłość człowiekowi. Ale czy umiem prawdziwie pokochać bliźniego, gdy nie płakałem szczerze nad cierpieniem i śmiercią Boga-Przyjaciela na drodze krzyżowej? Doprawdy nie wiem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Wrażliwość

02 wrz

Misja 19

Wrażliwość

1.

Pędzimy starym osobowym gruchotem 120 km/godzinę z impetem wbijając się w ciemność lepkiej nocy, ale drogi proste i asfalt w niezłej formie – zatem nasze życie nie jest już chyba zagrożone. Prawdziwie szaleni kierowcy autobusów zostali na krętych, górskich drogach Ekwadoru. Wprawdzie język ten sam i melodie też, ale „bienvenidos en Peru” – „witajcie w Peru” wydają się krzyczeć na cały głos płynące z odbiornika piosenki. Kierowca najwyraźniej lubi jeździć i słuchać na całość.

- Czy może pan ściszyć trochę radio? – z trudem przekrzykuję wszelkie hałasy i zapachy. Największe głośniki w samochodzie zamontowano bowiem w bagażniku, a tam…

Dziadek, ledwo do bagażnika wciśnięty, oddzielony od przemycanej z Ekwadoru ropy cienką warstwą tektury, przykryty na dodatek naszymi plecakami, ze sznureczkiem ( w ręku? w ustach?) przytrzymującym bagażnik przed niekontrolowanym samoistnym otwarciem się, pewnie ledwo dyszy. Może jak ściszyć muzykę, to będzie mu trochę … no nie, wygodniej na pewno nie, może trochę lżej?

Kierowca – facet w średnim wieku, uznał tę sytuację za normalkę, nie miał najmniejszych obiekcji przed wpakowaniem go tam. Wręcz przeciwnie. Maleńki samochód w jego naganiającej klientów opowieści nabrał rozmiarów busety, w której nasza piątka, wypchane plecaki, gitara plus kierowca w największym komforcie w ciągu niecałej półtorej godziny dotrze do miasta o niewiele nam mówiącej nazwie. Cóż, nie okazaliśmy się mistrzami w przemieszczaniu. Mapa Peru została na misji… Mogliśmy jedynie zaufać.

- Tam bez trudu złapiecie dalsze połączenie. – przekonuje nas, dalej wątpiących, właściciel, ale brakuje mi w tym zapewnieniu przyjaznego uśmiechu…. Staruszek zaś w ogóle się w tej optymistycznej opowieści na temat naszego luksusowego tour de Peru nie pojawia. Stoi obok niej, obok samochodu, obok nas, tak jak i my wsłuchany w błyskawicznie wypluwane przez przedsiębiorczego właściciela pojazdu słowa, setki słów. A potem z trudem gramoli się do środka. Środka bagażnika, rzecz jasna. Na nim lądują nasze bagaże. Magia słów i czynów, która pozostawia nas oniemiałymi.

Zaraz, zaraz, to nie tak miało być. Co z zapewnieniami po tamtej stronie żywcem zjadanej przez komary granicy, że czekać na nas będą tu samochody, dużo dużych samochodów dla dużych i bardzo dużych podróżnych? Gdzież one są?

- W tej sytuacji nie możemy go opuścić. Jedziemy! – Drogi Czytelniku – to nie są nasze słowa, to nie wzruszenie i nie niepewność co do dalszych losów bezwolnego staruszka kazała nam wsiąść razem (choć osobno) z nim. Kierowały nami zupełnie inne motywy. No bo i skąd mogliśmy mieć pewność, że znajdzie się tej pogryzionej przez komary nocy jeszcze jakiś kierowca i to bez staruszka? No niby skąd?

Kilometry mijają szybciej niż minuty, już niedaleko. Zatrzymujemy się zaraz za kolejnym „śpiącym policjantem” w najbliższej wiosce, żeby kierowca nie wychodząc z samochodu mógł kupić coś do picia. Przed chwilą minęliśmy kilku policjantów, którzy, ponieważ czujnie nie spali, rzucili okiem do środka bagażnika w naszym ponadczasowym wehikule czasu i przestrzeni i … bez słowa przyjęli od kierowcy łapówkę. Ile dał? Nie wiem. Teraz za „gaseosę” (widać coś go suszy) płaci kilka groszy. Poza jednym, brzmiącym jak warknięcie psa niemieckiego żandarma z czasów wojny słowem – zamówieniem, nie mówi nic. Wyciągnięta dłoń kierowcy zamyka się na podanym mu uprzejmie napoju. Na sprzedawcę nawet nie spojrzy. Najwyraźniej umysł jego zaprzątnięty jest innymi ważnymi sprawami, daleko stąd. Dwadzieścia minut później siedzimy już wygodnie rozdzieleni w dwóch oficjalnie oznakowanych taksówkach wiozących nas bezpiecznie do pustynnej Piury.

Pytacie o dziadka? Dziadek przeżył. Po wyjściu nie odezwał się do nas żadnym słowem. Nawet, gdy go pytaliśmy o samopoczucie. Ale ponieważ wcześniej też nic nie powiedział, wnioskuję, że był po prostu z natury małomówny.

2.

Obok naszej busety zaparkowanej na bocznej ulicy Calderonu przechodzi staruszka w stroju, z którego łatwo odczytać samotność oraz to, że ona walczyć o swoje już w tym życiu nie będzie. Idzie wolno, zatrzymuje się, by podnieść z ziemi rozjechaną przez samochody plastikową torebkę. Po kilku krokach, gdy kobieta orientuje się, że nic w niej użytecznego nie znajdzie, torebka z powrotem ląduje na jezdni.
Co ona ma na nogach? – zastanawiam się. – Ile ma lat, skąd i dokąd idzie? – pytam się dalej. Warto by było zrobić jej zdjęcie – myśli sennie formują mi się w głowie, wola jednak jest w jeszcze większym uśpieniu. W samochodzie ciepło od słońca, cały dzień w górach też zrobił swoje. Nagle obok mnie poruszenie. Rozsuwają się boczne drzwi i z samochodu wyskakuje hermanita Tanita, nawet nie hermanita jeszcze, postulantka zaledwie. Podbiega kilka kroków, zatrzymuje staruszkę i zdumionej wręcza dwie mandarynki. Tanita z uśmiechem wraca do busety, w której przed chwilą jeszcze śpiewaliśmy wszyscy razem, z uczuciem i przekonaniem, religijne pieśni o ubogich na świecie.

Dzisiaj po obiedzie podziękowałem młodej misjonarce za dwie mandarynki, którymi obdarowała staruszkę bez przyszłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Czyli o finansach

01 wrz

Misja 18

To też się nie zmieniło – czyli o finansach

Zakupy z siostrą Rosą zwykle nie nużą. Wszystko odbywa się sprawnie. Tym razem było jeszcze sprawniej. Siostra wyszła ze sklepu nic nie płacąc.
- Sprzedawcy-przyjaciele poczekają – uspokaja mnie tonem, jakby mówiła do dziecka.
Może pożyczę? – proponuję.
Nie, don Darek, nie trzeba.
Powoli zaczynam rozumieć. Na misji nie ma pieniędzy.

Tak było miesiąc temu. Mimo świadomości groźby finansowej zapaści na misji budzę się co dzień ze znośną lekkością bytu i to nie dlatego, że schudłem dobrze, ani też, że nie ode mnie zależy zakup żywności na kolejny dzień (Maestra również na sen nie narzeka). Tę znośną lekkość bytu nabyłem w parze z zaufniem. Pomogło. A jedzenie do dziś na stole się pojawia.

Zaufanie sióstr graniczy z brawurą. Nie tylko bowiem ufają one, że starczy. One wierzą, że na gościach nie wolno oszczędzać. Nie o nas, Polaków, mi teraz chodzi, choć siostry spełniają wszelkie nasze zachcianki bez mrugnięcia okiem. Mam na myśli choćby gości zaproszonych na fiestę z okazji ślubów Eli. Każdy z nich wyszedł z dużą (plastikową niestety) torbą jedzenia, bo nie było chyba śmiałków, co by zwycięsko zmierzyli się z całą zawartością swych talerzy. W związku z tym pozostałe jedzenie zabrali z sobą do domu. Warto sobie w tym momencie przypomnieć Bożą hojność, gdy po cudownym rozmnożeniu chleba na łąkach koło Betsaidy zostało jeszcze dwanaście koszy ułomków. Istnie Boska rozrzutność, implikująca potrzebę wiary w Boga hojnego, jeśli my hojnie z innymi się chcemy dzielić. Taka jest wiara sióstr, najwyraźniej.

Do przedwczoraj myślałem, że brawura sióstr wiąże się jednak jakoś z wpływami za szkołę. Siostra Lenka rozwiała moje nadzieje. Na szkole siostry (jak zawsze) tracą. Na mundurkach, na jedzeniu (ci, co mogą płacą 10 dolarów miesięcznie, ale to nie pokrywa kosztów), ale największym wydatkiem są oczywiście płace nauczycieli (500 dolarów miesięcznie x 11 nauczycieli x 12 miesięcy) Ministerstwo oświaty w zasadzie zgodziło się, że formalnie nie ma przeszkód, by to ono płaciło nauczycielom, ale nie płaci, ponieważ … nie ma pieniędzy. Czasem „profes” dostają mniej, bo Maestra nie ma z czego zapłacić.Godzą się na to, gdyż w szkołach państwowych, gdzie zarabia się około 800 USD, co jak na tutejsze warunki jest bardzo dużo (stąd może strajki nauczycieli w sąsiednim Peru?) pracy dla nich nie ma.
Skąd zatem misja ma pieniądze? – pytam.
Jakoś pieniądze zawsze się znajdują. – odpowiada s. Lenka. I ilustruje to przykładem. – Gdy zepsuła się nam buseta (pojazd na 15-30 osób) wiedziałam, że potrzebuję około 65 tysięcy dolarów na zakup w miarę nowego samochodu. Cła na towary luksusowe są u nas bardzo wysokie. Nie śmiałam o taką kwotę prosić naszych przyjaciół z charytatywnej organizacji katolickiej z Włoch – w ogóle bym nie ośmieliła się ich prosić, gdyby nie chodziło o bezpieczeństwo dowożonych przez nas do szkoły dzieci – wobec tego powiedziałam im, że potrzeba 40 tysięcy. Następnego dnia pieniądze miałam na koncie. Liczyłam na dodatkowych 15 000 USD od przyjaciół z Chorwacji, a 10 000 obiecała nam Conferencia Episcopal w Quito. Tak uzbierałabym całość. Tymczasem, gdy w rozmowie z Peterem z Monachium, rezydującym w Quito i organizującym tu przyjazdy wolontariuszek z Niemiec powiedziałam o naszym problemie, on zaproponował, że sprzeda nam swój samochód, bo takiego dużego potrzebował tylko kilka razy do roku, a sam kupi sobie coś mniejszego Obiecał jeszcze, że zwróci nam różnicę w cenie samochodów, bo mniejszy samochód miał kosztować mniej. I tak dostałyśmy prawie nową busetę – VW za jedyne 30 tysięcy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Niedługo zasiądą tu w ławce

01 wrz

Misja 17

Niedługo zasiądą tu w ławce

Padre wyjechał już rano, z żalem, tak jak z żalem go tu żegnano. Tymczasem w szkole przygotowania do roku szkolnego – głównie czyszczenie, bo pył z dworu bezlitośnie przenika przez wszystkie szpary i niedomknięte okna i osiada na każdej z ławek. Do pracy przybyli wszyscy nauczyciele, trochę młodzieży. Oprócz tego siostry i my.

Trudno się pracuje na misji, choć nikt nie goni i nie patrzy, ile zrobiłem. Sal lekcyjnych wiele, w każdej kilkanaście ławek, każda zakurzona, co chwila trzeba zmieniać wodę. Mimo rozluźnionej atmosfery po chwili takiej pracy zaczyna boleć i swędzieć wszystko. Poobijany na rozegranym kilka dni temu meczu piłkarskim prawy bark wciąż dokucza. Kilka razy zmieniam wodę, potem sam potrzebuję prysznica. Może lepiej byłoby jutro zaprosić starsze dzieciaki i z nimi sprzątać? Takie wychowanie przez pracę by to było.

Nauczyciele – dość przypadkowo pozbierani chętni niekoniecznie z najbliższych okolic – już po weekendowych rekolekcjach. Siostry przygotowały ten czas bardzo intensywnie, wiedzą, że sam człowiek w starciu z tym wszystkim, co uczniom tutaj utrudnia czy uniemożliwia uczenie – nie wystarczy. Potrzeba wsparcia z góry i tam płyną modlitwy. Na serio. Z wiarą lecz też i świadomością grzechu. Zatem spowiedź, modlitwa wstawiennicza nad każdym z osobna, wykłady. Po czterech godzinach snu znowu do Boga. Nie słyszałem o innej szkole katolickiej, gdzie tak dbano by o stan ducha nauczycieli. Ale chęć pomocy uczniom (duchowej także!) i samo wyzwanie znacznie większe. Niedługo zasiądą tu w ławce Jesus z Hitlerem, i nie wiadomo, który z nich będzie lepszym uczniem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z misji

31 sie

W odpowiedzi na Państwa prośbę wstawiam zdjęcia z misji i okolic. Trochę się to odwlekło, ponieważ mieliśmy sporo zajęć,  dzisiaj wchodziliśmy na Pichinchę, a poza tym miałem zaległości ze zdjęciami z Peru.

Patio na misji. Schody prowadzą do kuchni sióstr, gdzie dzieje się teraz większość życia (no, być może jest na drugim miejscu, po kaplicy)
IMGP0181

Malowanie ławek szkolnych – przygotowania do rozpoczęcia nauczania.
IMGP0187

Wiekowa Indianka na drodze przed bramą na misję. Po lewej można dostrzec budynki mieszkalne sióstr i internat dla dziewczyn Shuar.
IMGP0193

Dzieciaki z Oyacoto. Siostra bawiła się z młodszym bratem rowerkiem trzykołowym. Była to ładna scenka rodzajowa, więc podszedłem i spytałem, czy zgodziliby się, żebym im zrobił zdjęcie. Dziewczynka odpowiedziała: „Si, claro”, ale niestety zamiast kontynować zabawę z bratem, dając mi okazję do zrobienia zdjęć, natychmiast zaczęła pozować. No, ale zdjęcia tak czy owak nie jest złe.
IMGP0194

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 16 – marzenia

29 sie

 

Jej obecność, przed chwilą zbawienna, teraz krępowała. Bardzo. Przez szparę w drzwiach widzę, jak siedzi na murku tuż za drzwiami i dla urozmaicenia oczekiwania macha nogami ze spokojem przyglądając się, jak po drugiej stronie placu Indianie z jej wioski przygotowują salę do mszy, którą odprawi padre Marcin. Ines (Agnieszka) prowadzi krótką katechezę, padre Seweryn, który nas tu przywiózł, tak jak ja siedzi w małej komórce. Ale on spowiada, podczas gdy ja….

  • Bardzo dziękuję, już sobie poradzę, możesz iść. – powtarzam błagalnym tonem. Wskazała mi to miejsce, po co zatem jeszcze czeka? W wiosce nie ma placu zabaw, więc chwila spędzana na murku z rozhuśtanymi stopami to najwyraźniej przednia zabawa, której dziewczynka nie ma zamiaru przerywać. W swoim dziesięcioletnim życiu w chatce Indian Shuar widziała i słyszała dużo, niewiele ją zaskoczy. Ale niewielkie to dla mnie pocieszenie.Podróżując po Ameryce Południowej z rewolucją (żołądkową też) należy się liczyć, ale ile pokory trzeba, by sobie z nią radzić w dżungli! Lub w autobusie. Wprawdzie w każdym takim pojeździe oprócz niezwykle wygodnych siedzeń jest i toaleta, ale można jej użyć tylko w sprawach natury lżejszej. W związku z tym podróżując trzymamy ścisłą dietę, niemal na chlebie i wodzie, by nic nas nie zaskoczyło, ale te kiełbaski z wczoraj u padre Seweryna, ta nagła odmiana diety… Pocieszam się jedynie, że lepiej taka rewolucja niż inna. „Lenin prezydentem” – „Rewolucja obywatelska” – wiele takich haseł tutaj widzieliśmy. I choć nie rosyjskiego Lenina napisy na murach przywołują, lecz odnoszą się do imienia obecnego prezydenta kraju równika, to jednak i tak szokują. Jak i imiona „Stalin” czy „Hitler”. Ale to w miastach raczej, wśród bardziej światłych Ekwadorczyków, nie tutaj.

 

Znowu dziś mam czytanie, przywołują mnie niecierpliwie, ileż można czekać. Skąd w białym człowieku tyle niecierpliwości? – myślę.

 

  • O czym marzysz? – zadaję Indianeczce, która już zeskoczyła z murka i kroczy dzielnie obok mnie, moje ulubione pytanie, czasu tak niewiele.
  • Chcę pójść do szkoły średniej. Lubię matematykę. – odpowiada dziesięciolatka. Tylko tyle? – pytam się w myślach.
  • No i nigdy nie chcę wyjść za mąż. – dorzuca.

 

W jeszcze bardziej egzotycznym otoczeniu, po podróży łodzią w górę rzeki i prawie godzinnym człapaniu po błocie, rozmawiam z Indianami w innej wiosce. Tym razem ja się spieszę, znowu do toalety. Oni chcą się dowiedzieć, jak żyje się w raju. Brat jednego z nich już tam przed wieloma laty wyjechał, ale ponieważ nigdy się więcej w rodzinnej wiosce nie pojawił, nie wiedzą.

 

- To wcale nie raj. – odpowiadam. Krótka to będzie rozmowa. Chcę mówić o konsumpcjonizmie, przeżuwaniu życia, niestałości związków, problemach rodzinnych w Europie i Stanach. Ale to przecież nie ma sensu. Bo jak przekonać głodnego, że przejadanie się nie jest zdrowe ani dla ciała, ani dla duszy? Albo jak im mówić, o coraz większych problemach w rodzinach, skoro dla nich to już codzienność? Dopiero potem, już w drodze powrotnej do cywilizacji, przychodzi mi na myśl biedna wspólnota szczęśliwych siostrzyczek z CMO. Ich życie oddane drugiemu, ich radość. Moja radość z życia rodzinnego. Ale Indianie o anglojęzycznych imionach już się o tym ode mnie nie dowiedzą. Znowu coś przegapiłem. Również i to, żeby im powiedzieć, że droga, na zbudowanie której tak bardzo czekają, która przybliży ich do świata, niekoniecznie będzie drogą do sytego szczęścia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

28 sie

Pola ryżowe niedaleko granicy Ekwadoru i Peru – straszliwa wylęgarnia komarów. Podczas wypełniania formalności na przejściu granicznym nieskutecznie staraliśmy sie opędzić od tych krwiożerczych bestii, oprócz swędzenia roznoszących jeszcze malarię. IMGP9836W Puerto Eten, po drugiej nocy w Peru, wybraliśmy się na spacer brzegiem Pacyfiku. W pewnym miejscu Indianin pilnował pasących się krów i grabił ściętą trawę na ognisko. Stwierdziłem, że krowy za zasłoną z dymu to ciekawy motyw na zdjęcie i skierowałem się w tamtą stronę, ale mężczyźnie nie spodobało się, że ktoś chce uwiecznić na fotografii jego bydło, więc odrzucił grabie i podniósł strzelbę leżącą na ziemi, pomachał mi nią i krzyknął, żebym sobie poszedł. Staram się być uprzejmy dla nieznajomych, więc posłusznie zawróciłem do reszty Polaków.

IMGP9893

 

IMGP9994

Parę dni później wybraliśmy się do pre-inkaskich ruin twierdzy Kuntur Wasi. Szybko spostrzegliśmy, że na ziemi co parę kroków leży jakiś okruch ceramiczny. Zacząłem im się z uwagą przyglądać i po jakimś czasie udało mi się wybrać, spośród wielu całkowicie zatartych, parę interesujących odłamków.
IMGP0030
Położone na wzniesieniu ruiny twierdzy.
IMGP0034
Las Ventanillas de Combayo, miejsce pochówku Indian z kultury Cajamarca.
IMGP0059
Chan Chan – olbrzymia stolica ludu Chimu. Zdjęcie przedstawia maleńki fragment najmniejszego spośród kilkunastu zachowanych pałaców.

IMGP0141

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z wyprawy cz.1

27 sie

Te zdjęcia są jeszcze z Ekwadoru – wspólnej wycieczki z wolontariuszkami do Azogues i Cuenca – pierwsze dwa zdjęcia – a dalsze są z odwiedzin u ojca Seweryna i niedawno poznanej polskiej wolontariuszki Agnieszki, na wschodzie Ekwadoru.

 

 

IMGP9615

Quenca zadziwia.

IMGP9640

Po drodze do Shaimi, jednej z wiosek, w ktorej ewangelizują polscy misjonarze, jest niemało trudności do pokonania. Na początku dwie godziny terenówką po wertepach, potem pół godziny (tyle co nic, według ojca Seweryna) w łódce po bystrzach.

IMGP9699

Na koniec niecała godzina marszu przez selvę i jesteśmy w Shamataka. Trzeba było trochę poczekać na zebranie się społeczności, bo choć msza miała być o jedenastej i spóźniliśmy się pół godziny, nie czekał jeszcze nikt. Dopiero po naszym przybyciu zaczęto się schodzić.

IMGP9765

Po mszy pierwszokomunijnej i chrzcielnej zarazem, odbyło się poświęcenie nowo wybudowanego „sanktuarium świętej piłki” jak to określiła Agnieszka, codziennie przyciągającego tłumy wiernych.

IMGP9766

Po Shaimi pojechaliśmy do Lawantza, gdzie natknęliśmy się na masę dzieciaków spragnionych mlecznych cukierków rozdawanych przez nas. Rozochocone chciały jechać z nami na pace.

IMGP9792

Kiedy już udało nam się je ściągnąć, wróciliśmy wyczerpani do Guaysimi, a padre Seweryn zabrał księdza Marcina na jeszcze jedną mszę.

P.S. Przepraszam za tak długi brak zdjęć, ale do Peru nie braliśmy laptopa, więc wstawianie ich było niemożliwe.

Tomek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS