RSS
 

Spotkanie w szkole podstawowej

07 sty

Bardzo dziekuję Pani Dyrektor oraz
wszystkim nauczycielom za zaproszenie nas do Was na spotkanie.

Otóż chciałbym Wam dzisiaj
opowiedzieć krótką historię pewnej szkoły – podobnej do
waszej – bo uczęszczają tam również dzieci młodsze, już
dwulatki. Najstarsze dzieci w tej szkole mają w tym roku 9 lat.
Szkoła ta znajduje się w San Francisco. Słyszeliście o takiej
miejscowości? Tylko że ja opowiem Wam o szkole w San Francisco de
Oyacoto, górskiej wiosce położonej ponad 2500 metrów
npm w przepięknych Andach. Zatem wiecie już, na jakim kontynencie
znaduje się ta szkoła?

Historia zaczyna się zaledwie 7 lat
temu. Pewna siostra zakonna Helena (zdrobniale s. Lenka) wybiera się
na misję na zupełnie inny kontynent. Jest sama, nie ma pieniędzy,
lecz ma sporo przyjaciół w rodzinnej Chorwacji oraz we
Włoszech. Trafia w wysokie góry niedaleko stolicy Ekwadoru
Quito – bo wie, że tam jej potrzebują. Ekwador – Ecuator –
wiecie skąd ta nazwa? Jest stamtąd najbliżej do nieba, najdalej
od środka ziemi. Jak sądzicie, jaki tam panuje klimat?

Jak myślicie, jakie cechy charakteru
musiała siostra posiadać, aby jej się powiodło?

Siostra Lenka dzięki swej niezwykłej
odwadze, poświęceniu i umiejętniościom (mówi świetnie po
hiszpańsku i włosku, nieźle po niemiecku i angielsku) znajduje
właściwe miejsce pod szkołę, buduje ją, obok stawia budynki
gospodarcze, kaplicę, internat. Gromadzi wokół siebie grupę
sióstr zakonnych – rdzennych Indianek. Dlaczego ważny jest
dla s. Lenki j. hiszpański? Jakimi innymi językami mówi się
w Płd. Ameryce?

Po 7 latach do szkoły chodzi już
(dokładnie: jest przywożonych) ponad 100 dzieci. Dostają tam one 2
posiłki, uczą się religii i innych przedmiotów szkolnych.
Te posiłki to często ich jedyne pożywienie w ciągu dnia. Co
jedzą? No, akurat nie ziemniaki (choć to one są rdzennym warzywem
południowoamerykańskim), bo pewno z ich obieraniem dla tylu osób
byłby problem, ale ryż + dodatki. Mleko jest rarytasem, na który
stać ich tylko kilka razy w miesiącu.

Sporo sukcesów, jak na jedną
kobietę, siostrę zakonną, w ciągu 7 lat. A wiecie, że codziennie
rano – tak sobie to wyobrażam, mimo tych ogromnych sukcesów
siostra Lenka budzi się – powtórzę – tak sobie wyobrażam
– i musi się bać. Przynajmniej ja na jej miejscu taki lęk bym
odczuwał. Dlaczego?

Otóż dźwiga na sobie ogromne
brzemię odpowiedzialności. Nie ma stałych dochodów, może
trochę pieniędzy odłożyła, ale nie starczą jej na długo.
Pokochała te swoje dzieciaki, a codziennie nie wie, czy będzie w
stanie tę nadzieję, którą w nich obudziła, nadzieję na
posiłek, edukację, poczucie bezpieczeństwa – czy to wszystko uda
jej się im zapewnić. Bo to wszystko zależy od ludzi – takich jak
my tutaj – na całym świecie. Jeśli ci, którzy jej do tej
pory pomagali zaczną myśleć tylko o swoich problemach – a na
pewno mają ich sporo – wiadomo – kryzys, to pewnego dnia
jedzenia może zabraknąć. Jak sobie s. Lenka z takimi myślami
radzi? Czy będzie im kiedyś musiała powiedzieć: „Lo siento” -
„Przykro mi”. „No puedo”. – „Nie mogę.” Mam nadzieję,
że nie.

Otóż 27 stycznia ja z żoną
oraz z Wojtkiem (niedawno jeszcze był uczniem tej szkoły) oraz
znanym Wam Tomkiem jedziemy do Ekwadoru – na 6 tygodni – aby im
pomóc. Jedziemy, aby wspomóc te siostry. Aby powiedzieć
tym dzieciakom, że jest ktoś, kto o nich myśli. Że ich nadziei na
lepszą przyszłość postaramy się nie zawieść.

Jak myślicie, ile potrzeba, aby jedno
dziecko w Communidad Cristo Misionero Orante przez jeden dzień
wyżywić, uczyć, przywieźć a potem odwieźć do domu?
Równowartość 2 złotych, 22 dolary USA miesięcznie.

Czyli jak z Waszym hiszpańskim? Co
znaczy: Lo siento? No puedo?

Chcę Wam rozdać takie małe zdjęcia,
zrobione w zeszłym roku w Ekwadorze. Na zdjęciu tym zobaczycie małą
dziewczynkę- Anahi, karmiącą swego rówieśnika – Kevina.
Mała, słaba dziewczynka pomagająca swemu koledze.

Co wiem o tej konkretnej dwójce
dzieci? Rodzice trzyletniego Kevina nigdzie nie pracują. On sam jest
małym rozrabiaką, ale mimo to lubianym przez kolegów (i nie
tylko, jak widać na zdjęciu). Bardzo kocha swą mamę i uwielbia
bawić się, że do niej telefonuje, a ona zaraz przychodzi.

Anahi mieszka sama z mamą. Jej mama ma
21 lat i uczy katechezy, przygotowuje dzieci do pierwszej komunii.
Anahi pomaga mamie i szybko uczy się hiszpańskiego.

Jestem tu dzisiaj również po
to, aby zaproponować Wam zadanie, pewnie niełatwe, ale ufam, że
możecie się go podjąć i nie zawieźć.Ten obrazek mnie
zainspirował – otóż my też, mimo że jest nam ciężko,
możemy pomóc tym, którzy bez tej pomocy sobie po
prostu nie poradzą.

Proponuję Wam, abyście tak jak Anahi
pomaga Kevinowi, spróbowali pomóc jednemu z nich lub im
obojgu. Potrzeba do tego odpowiednio 60 lub120 złotych miesięcznie.
Co miesiąc. Choćby do wakacji.

Czy społeczność tej szkoły jest w
stanie i czy zechce uzbierać 60 złotych miesięcznie, aby zapewnić
posiłki i edukację Kevinowi lub Anahi? A może im obojgu? Jest w
tym oczywiście Wasza całkowicie wolna wola. Zastanówcie się,
proszę.

Być może niektórych z Was,
mimo najszczerszych chęci, na taką pomoc po prostu nie stać. Nie
dlatego, że nie chcecie, tylko dlatego, że „no se puede”. Nie
jest to na pewno powód do wstydu. Ale pamiętajcie, że macie
ogromny potencjał. Przez stałe kształtowanie swego charakteru,
solidną naukę teraz, możecie zdobyć umiejętności, które
pozwolą każdemu z Was nie tyle czekać na pomoc, co tej pomocy
udzielać. Proszę, nie zmarnujcie tej szansy.

Na plakacie, który oglądałem w
domu z Tomkiem (przywiozę go Wam w poniedziałek) widać grupkę
fajnych dzieci stojących przed domem. Domem – to może za dużo
powiedziane. Kilka blaszanych ścian skleconych do kupy, wszystko to
przykryte od góry jakąś trzciną i drewnem. „Muszą być
bardzo biedni” – zauważył Tomek. „Tak, bardzo.” -
odpowiedziałem.

Kiedy 20 lat temu sam byłem w Ameryce
Południowej zdarzyła mi się taka sytuacja. Siedzę z dwójką
przyjaciół w restauracji – jemy duży obiad – bardzo
rzadko mogliśmy sobie na tak obfity posiłek pozwolić. Najczęściej
chodziliśmy głodni, spodnie na mnie wisiały. Do stolika podchodzi
młodziutki Indianin i stoi, nic nie mówiąc. Stoi godnie,
patrząc nam w oczy. Co zrobić? Wyobrażacie sobie te zastygłe w
powietrzu widelce ze smakowitą potrawą, która nie może
trafić do naszych głodnych żołądków? Wreszcie jeden z
nas, Władek, podsuwa talerz chłopcu.

Trudno jest opowiedzieć, trudno sobie
wyobrazić, jak biedni mogą być ludzie. Ja długo po powrocie z
Peru nie mogłem zapomnieć. To było jak jakiś zły sen, koszmar.
Chyba pamiętam do dzisiaj, dlatego tam jadę.

.

A teraz kilka słów na temat,
jak tam chcemy dotrzeć. (opis planu podróży)

.Po powrocie też bardzo chciałbym się
z Wami spotkać, aby móc opowiedzieć o nowych przyjaźniach,
o tym co się udało dla nich zrobić, o planach. Uwierzcie mi, wcale
nie czuję, że jadę tam po to, by coś dać. Ja naprawdę sądzę,
że więcej stamtąd przywiozę. Ci Indianie, mimo swej nędzy, są
bardzo serdeczni, radośni, otwarci. To też chcę przywieźć z
powrotem. No i wrażliwość na potrzeby człowieka.

Te wrażliwość wy też w sobie macie.
Dlatego pamiętajcie o drugim człowieku, tam daleko w Ekwadorze, o
Anahi i Kevinie, a także o kimś dużo bliżej, może po sąsiedzku.
Tylko pamiętajcie, że ubogi to nie znaczy gorszy. To też człowiek,
który ma swoją godność. Uważajmy, by ich nie zranić.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Margarita

    18 stycznia 2010 o 22:24

    Que te vaya bien! Vaya con Dios!

     
  2. Drina

    6 lutego 2010 o 00:09

    Como les va? Hna. Lenka esta encantada con ustedes : ) Y yo estoy orgollosa! Ahora es 1. viernes del mes febrero! Estamo pensando y recando para ustedes!

     
 

  • RSS