RSS
 

Archiwum - Luty, 2010

Nad Pacyfikiem

26 lut

Pacyfik. Plaża nad oceanem


 …rybacka chata ukryta pod palmami….


…łodzie leżące na plaży…


…przed każdym wypłynięciem na połów rybacy muszą przetransportować łódź z głębi plaży do morza….

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

polski 6

25 lut

Wtorek, dzien 28

Dzis z rana pomagam Yadirze, woluntariuszce pracujacej w sekretariacie (ma takze kilka godzin zajec z dziewczynami). Jej rodzina pochodzi z okolic Tulcanu,  tato prowadzi firme transportowa. Ona skonczyla studia (z doskonalym wynikiem, byla studentka roku), po czym pracowala w urzedzie skarbowym, podejmujac strategiczne decyzje i znacznie poprawiajac wydajnosc tej instytucji. Teraz pomagam jej napisac zyciorys po angielsku, chce pracowac w dziale pomocy przy UNICEF. Wiekszosc z pracownikow szkoly to woluntariusze, czesc z nich to emeryci. Dzis takze przyjezdzaja pielegniarki, by szczepic dzieci przeciw grypie. (ciekawe kto namowil biedny rzad ekwadorski do podjecia tej kontrowersyjnej przeciez akcji i za jakie pieniadze). Tutaj nikt jednak o kontrowersjach nie mysli, wszyscy poddaja sie szczepieniom.
Korzystajac z wolnego przedpoludnia w szkole wyruszamy do nieodleglego ZOO. Do peaje podwozi nas s. Lenka, ktora jak co wtorek jedzie do mleczarni po mleko – 40 litrow jest jej darowanych, reszte kupuje. Przy peaje zatrzymujemy autobus i po 10 minutach jazdy jestesmy we trojke (Wojtek zostal z dziewczynami sadzic drzewka, ponad 70 dostalismy w prezencie od jakiejs szkolki) w Guallabambie. Stad 3 km marszu wzdluz bogatych, zadbanych domow i ogrodow docieramy na miejsce. Pada dosc intensywnie i mimo kurtek porzadnie przemoklismy. Tuz po 8-mej, jestesmy chyba pierwszymi goscmi. Teren zoologico pieknie zadbany, bujna, kolorowa roslinnosc no i zwierzeta, z wyjatkiem 3 lwow, wszystkie rdzenne. Ogromne zolwie z Galapagos (2 w bardzo intymnej sytuacji), malpy, niedzwiedzie, papugi no i oczywiscie wspaniale kondory. 3 godziny marszu, az do wyczerpania baterii w aparacie. Ale jaka radosc – Tomkowi udaje sie uchwycic na zdjeciu kolibra! Deszcz wkrotce przestaje padac i schniemy szybciutko. Najbardziej podobaja sie nam tigraillos i jaguar. Tapiry bardzo tluste, cala wioska indianska mialaby niezla uczte. Sa tez spasione swinki morskie (cuyos) i zujace cos niespokojnie lamy.

Wieczorem (po lekcjach) przyjezdza padre Marcelo z Esmeraldas z trojka chlopcow – Marco, Alejandro i jakims innym 20 latkiem, ze swej poprzedniej parafii). Bardzo nas ta wizyta cieszy. Mimo widcznego zmeczenia odprawia msze za swa umierajaca siostre i za mame Alejandro. Po mszy uroczysta kolacja, znowu pyszny tort urodzinowy, prezent. Ale to jeszcze nie koniec. Dziewczeta od kilku godzin przygotowywaly wystep, wciagajac w to wszystko Wojtka i Tomka. Zatem kolej na wystepy – tym razem wspolczesne tance, do muzyki z religijna inspiracja. Coz, takie swieto, ze trzeba zawiesic quaresme (post) i przez chwile sie poradowac.  Tomek tylko b. prosi, by go nie fotografowac, ale tanczy z wyraznym zadowoleniem. Wojtek wykonuje z dziewczynami 2 tance – zupelnie niezle. Padre Marcello jest wyraznie wzruszony. Dzekuje wykonawom, pokrotce omawia dzieje przyjazni ze wspolnota siostr, pakuje sie do samochodu i jedzie do Calderonu na nocleg. Jego chlopcy zmarznieci, w kurtkach, tesknia za upalami znad oceanu! Alejandro dopisuje wysmienity apetyt. Na Boze Narodzenie dostal spodnie, ktore na nim luzno wisialy, teraz nie moze ich dopiac. Chyba czuje, ze jest kochany.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

polski 5

25 lut

czwartek, dzien 23
Wielki Post, dla siostr praca jak co dzien. Obserwuje je w kuchni, nikt nie wydaje polecen, czasem nawet kucharek z 6, a mimo to obiad zawsze jest w pore, nikt nikomu w droge nie wchodzi. Czas na nasze kolejne pranie, na sloncu i wietrze wszystko schnie blyskawicznie – przywiezlismy tu tylko rzeczy konieczne po kilka sztuk. W pralni mala niespodzianka – spotykamy siostre Lenke jak pierze sobie recznie ubranie. W kuchni tez czesto zmywa po siostrach lub gotuje wraz z nimi. Zatem maestra pracuje jak wszyscy inni.  Ma ona ogromne wsparcie w s. Maricy (o ktorej juz pisalem), sposrod pozostalych siostr jeszcze s. Liz (jedyna biala, daleka potomkini mormonow z USA, ktorzy tu niegdys byli, zostawili liczne potomstwo i wyjechali, juz w wieku 13 lat podjela decyzje o wstapieniu do zgromadzenia) potrafi prowadzic samochod, pozostale nie podejmuja waznych decyzji, nawet w najprostszych zakupach konsultuja sie z maestra, ale maja duza samodzielnosc w pracy misyjnej i tu sprawuja sie doskonale. Zawsze jak jestesmy na mszy znak pokoju przeciaga sie niezwykle dlugo – kazdy probuje dotrzec do kazdego, najczesciej nie jest to zwykle podanie dloni ale serdeczne objecie ramionami i pocalunek – siostry pocalunkiem witaja sie juz wczesniej ze starszymi mieszkancami wiosek, przytulaja garnace sie do nich dzieci. U nas na misji tez usciskow i przytulen cale mnostwo. To z pewnoscia „dziedzictwo” naszych siostrzyczek. W kosciele w Santa Anita s. Sandra przedstawia nam swoja mame, a po chwili tate – okazuje sie, ze jest stad wlasnie, a s. Anita to jej rodzona siostra – poza tym jeszcze jedna z jej siostr przylaczyla sie do zgromadzenia Cristo Misionero Orante i obecnie pracuje w Cuence – rzeczywiscie, spotkalismy tam kogos o bardzo zblizonej urodzie…

Karina i Araceli

piatek dzien 24
Zmiana planow, czesty to tutaj przypadek, ale wiele rzeczy dzieje sie wokol i nie wszystko jest sie w stanie nawet z wyprzedzeniem 1 tygodnia zaplanowac. Tak jak uprzednio zamiast do Tulcan na granicy z Kolumbia pojechalismy do Esmeraldas, tak teraz odkladamy wyjazd do Tulcan po raz kolejny. W sobote za to dotrzemy na slynny targ w Otawalo.

Po poludniu troche czasu na lekture. „Opinie o Jezusie” V. Messoriego (wyd. pol. z roku 1994), jedyna ksiazka, jaka z soba przywiozlem. Rzecz niezwykle ciekawa, mimo ze tlumaczenie w wielu miejscach niestety wrecz niezrozumiale.
Fragment o Wolterze, „niezrownanym mistrzu logiki w demaskowaniu wykoslawien chrzescijanskich, obroncy swiatla rozumu przeciw obskurantyzmowi pochodzenia biblijnego, utalentowanym, piszacym z werwa przeciwniku kosciola.” W jednym ze swych artykulow Wolter osmiesza wierzacych, tych prostakow, ktorzy posrod mnostwa innych absurdow wierza rowniez ewangeliom sw. Mateusza jak i Lukasza. Otoz obie przynosza genealogie „Jozefa, meza Maryi, z ktorej narodzil sie Jezus zwany Chrystusem.”

Jednak, podczas gdy Mateusz wylicza tylko 42 prodkow, Lukasz podaje ich az 56. W dodatku przodkowie w obu tych przekazach mocno sie nie zgadzaja. Pomieszanie niemozliwe do pogodzenia – zauwaza filozof. Jak przypisac minimum wiarygodnosci historycznej tym tekstom, ktore od samego poczaku tak sie ksztaltuja?

Otoz przede wszystkim – pisze Messori – zaden specjlista w zakresie studiow chrzescijanskich nie bedzie udowadnial, ze owe „genealogie” nalezy traktowac zgodnie z nasza koncepcja historii. Maja one znaczenie nade wszystko teologiczne i symboliczne. Dalej jednak nastepuje dla mnie znacznie ciekawsze!

„Zauwazmy – pisze Messori – ze Wolter piszac o Ewangeliach byl b. wyrozumialy, biorac na zab jedynie genealogie u Mateusza i Lukasza. Co z napisem nad krzyzem Jezusa, co z kazaniem na gorze (jak jest u Mateusza), albo „na dole” (jak jest u Lukasza)?”

Mimo, ze nie dotycza (te roznice) spraw o podstawowym znaczeniu dla interpretacji zycia Jezusa, sa one tak liczne, ze wierzacy z pewnoscia nie czekali na Woltera , aby je dostrzec i przezyc – czesto w sposob dramatyczny jako dojmujacy niepokoj. – pisze Messori. (O tym jednak Voltaire w swej skad inad uzasadnionej pysze nie wie i nie chce pewnie wiedziec).

I dalej Messori odnosi sie do „ewangelii” sw. Piotra, powstalej juz w 150 r. po Chr. (obecnie uzawanej jako apokryf), gdzie probuje sie wlasnie wymazac te roznice , podaje tez tekst z roku 170 po Chr, zwany Diatessaron (dosl: poprzez cztery), gdzie inny pisarz chrzescijanski Tacjan uznal za stosowne zespolic w jedno zle zharmonizowane glosy 4 ewangelistow  i zaproponowal jednolity tekst. Z powodu tej niedogodnosci kosciol pierwotny przezyl naprawde b. powazny kryzys, gdy Marcjon zaproponowal wybranie tylko jednego z czterech tekstow – i zdecydowal sie na Lukasza. Kosciol wolal byl dopuscic do schizmy niz zgodzic sie na ow – wydawaloby sie b. logiczny – punkt widzenia zwolennikow Marcjona.

Jesli zatem na poczatku chrzescijanstwa jest tylko jakas nieokreslona materia, ktora mozna dowolnie przeksztalcac – jak chcial tego Francuz i jego uczniowie – jak wyjasnic tego typu absurdalne zachowanie sie Kosciola pierwotnego? Po coz Kosciol mialby wytworzyc te 4 niezgodne teksty, potem je rozpowszechnic i za wszelka cene (nierzadko schizmy) ich bronic? Dlaczego – korzystajac z tego, ze Jezus niczego nie zostawil na pismie, nie poprawiono tych tekstow, by zapewnic ich ostateczna zgodnosc? Jedynym rozsadnym wnioskiem wydaje sie byc ten, ze na poczatku musialo zaistniec prawdziwe wydarzene, dla rekonstrukcji ktorego trzeba bylo szukac i bronic swiadectw najbardziej godnych wiary, ktore zblizaly do siebie fakty z najmniejszym ryzykiem bledu.

Ciekawe pytania, jeszcze ciekawsze odpowiedzi. Mysle, ze popelnia sie duzy blad ustalajac program zajec z religii taki, jakim jest, katechizmowo-pamieciowy. Na zapoznanie sie z katechizmem zawsze bedzie czas – zreszta nie trzeba z tego rezygnowac – ale stajac wobec rzeczywistosci wolterowskiej – odrzucania wiary przez mlodziez, gdy jako argument podaje sie rozum i racjonalnosc, czemu nie pokazac jak rozum i racjonalnosc moga takze prowadzic DO wiary, czemu na tym sie wlasnie nie skupic? Oczywiscie, decyzje o odrzuceniu Chrystusa sa najczesciej uprzednie, motywowane wyborami o naturze moralnej, dopiero potem nastepuje ich racjonalizacja, ale jesli podyskutowac o tej racjonalizacji odejscia od wiary, moze latwiej byloby dojsc do przyczyn rzeczywistych? A to juz polowa sukcesu.

Wojtek nie odstepuje dziewczyn. A im to bardzo odpowiada.

Sobota, dzien 25

Otawalo. Kilkadziesiat kilometrow od nas, ponad godzina jazdy. Po drodze mijamy szklarnie, tu w ilosci milionow sztuk produkuje sie kwiaty, przede wszystkim roze, ktore nastepnego dnia trafiaja do kwiaciarni USA i Europy. Duzy eksport, spore zatrudnienie. Wydawaloby sie – nic, tylko sie cieszyc. Jest jednak ALE. Chemia. Aby uzyskac nieskazitelne okazy flory wylewa sie tu tony chemii, niestety – nie bez szkody dla zdrowia pracownic, ogromnej szkody. To jednak zupelnie nie przeszkadza importerom – wazny jest zysk, a przy tym my przeciez w ten sposob pomagamy biednym krajom. Coz z tego, ze w krajach rozwinietych taka produkcja zostala wiele lat temu zakazana. To nie szkodzi przeciez nam, tylko im, a o nich nikt sie nie upomni a wobec tego nie ma problemu.

Targ w Otawalo jest ogromny, zajmuje wiele ulic i cale centrum miasta. Duza roznorodnosc, mnostwo kolorow (w tym wiekszosc jaskrawych), sporo rekodziela, malarstwa, mniej rzezby. W Peru w kazdym regionie dominowaly inne barwy i wzory. Tu, mimo ze w Ekwadorze istnieja podobne roznice, wszystko wymieszane, takie zinternacjonalizowane. Po blizszym przyjrzeniu sie stwierdzam, ze te same produkty widzialem juz godzine temu w zupelnie innym miejscu, ceny roznia sie, ale niewiele. Ogolnie rzecz biorac tanio, chyba maly jednak popyt – balismy sie tlumow, wcale nie jest tloczno, na kilku straganach jestesmy pierwszymi z kupujacych. Pewnie tylko latem napotyka sie tu tlumy.  Sprzedajacy ubrani w wiekszosci bardzo elegancko i czysto. To jedyne masto w Ekwadorze, gdzie indigenos – ludnosc tubylcza, Indianie, sa srednio zamozni. B. ciezko pracowaly na to pokolenia wytworcow.

Zakupy ze wszech miar udane, piekne swetry, camisetas, Wojtek dostaje od s. Maricy sombrero w prezencie. Sam kupuje prezenty wszystkim dziewczynom (Wieczorem b. serdecznie, mnostwo usciskow – mu dziekuja. Zreszta zaraz sie tez odwzajemniaja – dostaje jakies dziewczece skarby). Wojtek kupuje  takze dwa szale, bo nie wypada kupic tylko jednego szala dla jednej dziewczyny. Kolor pomaga mu wybrac s. Marica – ona zna gusty Shuar, zupelnie inne od naszych. Napotykamy zebrakow. S. Lenka nigdy im nie odmawia, zawsze wysupla jakis grosz. My staramy sie czynic podobnie. Jeden z nich, spotkany jeszcze w Esmeraldas, po otrzymaniu jalmuzny (potrzebowal na leczenie w Quito) podszedl  do kapliczki na ulicy i zaczal sie modlic. Dziekowal opatrznosci.

Obiad w pizzerii (nareszcie – mowi Tomek) pizza familijna 16 dolarow, do tego soki i cola. Chlopcy zjedli po 2 kawalki i sa objedzeni, nam pozostalym (w tym s. Maricy i s. Liz) jeden kawalek ledwo co wystarczyl na zaspokojenie glodu.  

Teraz jedziemy na krater jednego z kilkudziesieciu ekwadorskich wulkanow. Czynny (o czym swiadcza bable wydobywajace sie z dna zalanego woda – stopnialy przed wielu lat snieg i lod – krateru.) Wyprawa lodka po kraterze. Asia z s. Liz zostaja na brzegu – spotykaja mieszkajaca w Quito Polke z przyjaciolmi ze Slaska. Oplywamy lagune i wracamy. Grupa turystow podryguje w rytm muzyki andyjskiej  - za chwile i ja sam jestem w srodku i tancze. Siostry korzystaja, ze jest tam jakis ksiadz i spowiadaja sie. Przy muzyce i tanczacych. Zycie.

 

Niedziela, dzien 26

Znowu pojawia sie ksiadz z Quito – to takze Wloch, zajmuje sie edukacja w seminarium – po raz kolejny swietnie przeprowadzony wyklad – o pokusach (ewangelia jest o kuszeniu Jezusa), o posluszenstwie. Potem msza.
Sporo wolnego, po raz pierwszy tutaj.
Wieczorem nieszpory polaczone (tradycyjnie) z rozwazaniami o zyciu i milosci – to takie przygotowanie dziewczyn do doroslosci, do tego, co moze sie zdarzyc, gdy wyjda spod opiekunczych skrzydel siostr. Jak okazywac uczucia, gdzie szczerosc i prawdziwa milosc?  oto tematyka rozwazan.

Poniedzialek, dzien 27
Po powrocie Sandy prowadzimy zajecia wspolnie z nia, ona pomaga nam w opanowaniu dzieciakow, my staramy sie robic swoje. Od piatku uczymy angielskiego – na prosbe Lany – takze jej 4-latkow. Ta grupa jest nieporownanie spokojniejsza od wszytkich pozostalych. Inny swiat – czy to zasluga Lany? – wspaniale sobie z nimi radzi, jakze jest opiekuncza i kochana dla tych maluszkow. Jest tu wsrod dzieci jedna biala dziewczynka. Pamietam, jaki szok przezylem bedac w Peru, gdy na wybrzezu posrod grupki obdartych indianskich dzieci zobaczylem blondynka, umorusanego jak i one. Do tak ubogich Indian sie juz przyzwyczailem, bialy wsrod nich to byla duza niespodzianka. Teraz to nie jest juz szok. Robie zdjecia, zblizenia. Wiekszosc dzieci pcha mi sie przed obiektyw, tylko nieliczne nie chca byc fotografowane.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

english2

18 lut

Dear frinds and students,
Sorry for not writng for so long and sorry for some spelling mistakes in part one. It shows how tired we are, I think.

So many things are happening to us and around us! We continue teaching, which is our basic activity here, our young students make us work really hard and we have to do our very best to attract their attention for more than 10-15 minutes. But we are satisfied and they ARE learning. Older students do not cause so many problems with discipline, their concentration is much better and they enjoy our Magic English films much more than the little ones. The sisters as well. This is one of our basic tasks here, but not the only one. We also intend to learn as much as possible about the sisters and their ninas and ninos at school and in the internat (dormitory), so that we can continue helping them when we get back home. The biggest problem is language and there is too little time to change this situation, but we try and learn more and more every day. The sisters on their part take care of us and try to show as much of Ecuador to us as possible. We have already been to el Quinche, the most important national place as concerns the indigenous cult of Mary (dating back to the first years after conquista), el Mitad del Mundo, a place on the equator with some fantastic exhibits of local jungle culture and some experiments to show what is special about being at the middle point of Earth. We have also been to Esmeraldas for two memorable nights (28 degrees in our bedroom, enormous humidity plus merciless mosquitos) and 2 memorable days: on-going carnival fiestas, incredible, beautiful beaches and local fishermen’s huts, the Pacific, extraordinery padre Marcelo (just turned 71) from Italy and his boys, staying with him because of the situation in their families. After that we experienced torrential rain (the heaviest in some twenty years they say) which cut us off from the world, but luckily we were saved and were able to return on the day we planned.

Another situation we were stranded and needed help of sister Lenka was when we had spent all our small banknotes and were left with just a 100- dollar note. Nobody was ready to accept it from us, even in the bank! They told us to go to Banco Central, but it was too late for that, they were closing. Something that our guidebook (LOnely Planet) never mentioned.

 Sister Lenka is still planning to take us to Tulcan on the Colombian border to Polish priests living there and to a sanctuary in Colombia. In the afternoons we have  attended a few masses in the neighbourhood, which has been quite an experience as well, there are some differences, people are warm and friendly, music is very important. Wojtek is very happy being with the girls and helping them, he has changed a lot, is more out-going and not so ashamed, Tomek is quite happy, very brave in Esmeraldas, trying to help as much as he can. We are well and happy, feeling that people here offer us much more than we are able to offer to them. Still, we see the poverty and the needs, there is a lot to do when we get back home.

Will write more when we return from Tulcan on Sunday.

Love,
Darek

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

cd – polski

18 lut

Wtorek, Dzień 14
Kilka wyjaśnień. Otóz nie ma tutaj dostępu do internetu, pierwsze wpisy do blogu przesłaliśmy z Cuenki, gdzie internet był, ale b. wolny. Dlatego pominęliśmy zdjęcia. Nowsze wpisy wraz z najciekawszymi zdjęciami chcieliœmy przesłać właśnie dzisiaj, z Quito, dokąd udaliśmy się (podwiezieni przez siostry) korzystając z wolnego dnia (wtorki na razie mamy wolne).Zatem zaczynamy zwiedzanie od Teleferiqo, kolejki wwożącej niemal na Pichinchę, wulkan tuż obok miasta, prawie 5000 m npm. Od stacji kolejki na szczyt Pichinchy trzeba dojść,  2 godziny marszu i to na sporej wysokości, tak że każdy krok to  wysiłek. Proces aklimatyzacji sie chyba jeszcze nie zakończył. Na górnej stacji kolejki (małe wagoniki, które zabierają po 6 osób) spotykamy polskich misjonarzy z ekwadorskiego wybrzeża oraz ich gości. Zatem Polacy są wszędzie. Tomek marudzi, chce mu się pić, zatem wracamy do restauracji, a Asia z Wojtkiem idą dalej. Po godzinie wreszcie wracają, umęczeni ale zadowoleni. Byli dość blisko Pichinchy. Zjeżdżamy na dół, gdzie chłopcy ciągną nas do wesołego miasteczka. Przede wszyskim gokarty! Potem próbujemy jeszcze samochodziki bum-bum, ale rano są nieczynne. Zatem taksówką (za 3 dolary) do centrum nowego miasta, do wiwarium. Bilety 3 USD dla dorosłego, 2 dla dziecka, a zwiedzania niewiele, uboguchno, ale strasznie – małe jadowite żabki no i wiele przeróżnych węży. Przewodniczka opuszcza nas po 5 minutach i dalej jesteśmy sami, oko w oko z nielicznymi ale groźnymi gadami i płazami. Oddziela nas od nich ledwie krucha szybka, drżąca przy dotyku.
Za przewodnikiem Lonely Planet (z 2007 roku) kierujemy się w stronę wybranej restauracji middle range (średnia cena). Przechodzimy przez nowe Quito, sporo nowoczesnych budynków, biur i samochodów (przede wszystkim Chevrolety, napotykamy także Chevroleta Corsę, są volksvageny Gol-e – takie mniejsze Golfy). Ale po półgodzinnych poszukiwaniach, okazuje się, że restauracji już nie ma (no hay) – jesteśmy zatem „in the middle of nowhere”, głodni i już mocno zmęczeni. Ale decydujemy się  na jeszcze jedno muzeum. Słońce praży mocno – dopiero wieczorem zdajemy sobe sprawę jak mocno, bo twarze mamy czerwioniutkie mimo faktoru 30 w kremie chroniącym przed opalaniem – wchodzimy do kolejnych kafejek, pijemy soki, ale ciągle zostajemy z nierozmienionymi pieniędzmi w studolarowym banknocie. Mamy nadzieję, że uda nam się je rozmienić w muzeum, bo to jedyne pieniądze, jakie mamy przy sobie – ale nic z tego! Nikt nie chce nam pomóc. Wsiadam do samochodu jakiejs mówiącej po angielsku senory, zawozi mnie do banku – tam na pewno rozmienią – mówi. – Potem wezmę taksówkę i wrócę pod muzeum. No cóż, nie do końca to się udaje. Po kilku wstępnych odmowach trafiam do szefa oddziału: System nie przyjmie nam 100-dolarówki – tłumaczy. To da się zrobić jedynie w banku centralnym, 20 minut stąd (samochodem!) A jest już prawie czwarta, godzina, kiedy zamykają banki, a poza tym nie mam przy sobie dokumentów (zeby mi ich nie ukradziono, tak doradzaly sisostry), a zapewne by ich ode mnie wymagano. Cóż, po raz kolejny zawodzi nas nasz książkowy przewodnik, nic w nim o takich trudnościach nie było. Siostry też zapomniały nas ostrzec. Zatem nie zostaje nic innego jak wykorzystac wariant awaryjny – dzwonimy (z pożyczonej nam komórki, nasza „no funciona alli”) do sióstr – po godzinie przyjeżdżają nas ewakuować… Z muzeum („Capilla del Hombre”, pokazującej cierpienia Indian z rąk konkwistadorów) korzysta jedynie Tomek, poniewaz ninos wchodzą gratis. Po 20 minutach wraca – nic ciekawego nie zobaczył. Decydujemy, że to już ostatnie muzeum w Quito, jakie chcemy zwiedzić,  bieda sektora publicznego pomimo podniesionych cen średnio o dolar w stosunku do tych podanych w przewodniku sprzed 3 lat jest dotkliwa, nie będzie tu miłych niespodzianek. Korzystniej będzie zaoszczędzone pieniądze zostawić siostrom.

Środa, dzień 15
We wtorek wieczór zmęczenie było totalne, dziś zaspałem na jutrznię o 5.20. Wstać tak wcześnie nie jest mi tutaj zbyt trudno, ponieważ chodzimy spac ok. 9. Dzisiaj jednak nie dałem rady.
Wracamy do zajęć szkolnych, nareszcie zajęcia wychodzą trochę lepiej u maluchów. W szkole ważny dzień, supervisor zatwierdza budynki szkolne, jeśli nie zatwierdzi, nie będzie zgody na dalsze funkcjonowanie szkoły w przyszłym roku. Nie ma jednak najmniejszej paniki, siostry pracują nad warunkami i nieustannie je polepszają, panuje zatem zupelny spokój. Nawet nie wszystkie wiedzą rano o tej wizycie.
Rozmowa z s. Maricą, prawą ręką s. Lenki. Jest to córka piłkarza z Paragwaju, niezwyle do niego podobna, także z charakteru, urodzona liderka. Bardzo pogodna, przebojowa zakonnica. W zeszłym roku przeszła  operację  raka mózgu, jest po chemioterapii, na slońce na dłużej wychodzi z parasolką, w grudniu zmarł jej 37-letni brat (grał w piłkę i nagle zasłabł, ojciec 3 dzieci). Opowiada o problemach, o których się dziś dowiedziała. Trójka dzieci z naszej szkoły jest molestowana seksualnie w domu, trzeba ostro zadziałać. „Mam sporo wrogów w okolicy – mówi – ale muszę zareagowac dla dobra dzieci”. Opowiada troche o dziewczynach z internatu. Każda z nich, gdy przygotowywały się do tańców Shuar (mamy nagrane filmiki!) chciała byc „chłopcem”. Życie mężczyzn u Indian – jak już pisałem – jest znacznie mniej uciązliwe niż kobiet, ma to też swoje odbicie w tańcu – kroki kobiet są monotonne i powtarzalne, znacznie więcej dzieje się w tańcu mężczyzn.

Czwartek w zeszłym tygodniu – o czym zapomniałem napisać – był „dniem kolibra”. Dwa razy widzielismy tego malutkiego, niebiesko-czarnego ptaszka z długim dzióbkiem tuż koło nas – najpierw w ogrodzie koło kwitnącego bananowca, potem wracając ze mszy, przez okno samochodu. Ciekawe, co zdarzy się jutro… Ileż śmiechu i radości w czasie kolacji! Siostry chichotki po raz kolejny udowadniają, że nie na próżno je tak nazwałem. Obawiam się, że w domach wokół nas tej radości się nie doświadczy. Choć po dzieciach, gdy już są w szkole, smutku specjalnie nie widać, na szczęście.

Czwartek, dzien 16
Po zajęciach ja z Wojtkiem udajemy się do Calderonu – najblizszej miejscowosci z internetem. I tu od razu musze przeprosić za nieregularność wpisów, która może zniechęcić nawet najbardziej wytrwałego czytelnika – ale do tej pory nawet wycieczka do Calderonu w natłoku zajęć nie była możliwa. Jedziemy autobusem, który zatrzymuje się wzdłuż swojej trasy na żądanie w dowolnym miejscu, a widząc przed sobą przechodniów trąbi, bo może akurat chcą się zabrać. Opłata wynosi 25 centów, biletów się nie wydaje. Kierowca wraz z konduktorem rozliczaja się pod koniec dnia z włascicielem, płacąc mu stałą kwotę, im więcej poza tym utargują, tym lepiej dla nich. W Calderonie znajdujemy kawiarnie internetową, gdzie spędzamy ponad godzinę zrzucając zdjęcia na naszą stronę. Potem zakupy w supermarkecie – płatki śniadaniowe, jogurty, proszek do prania i słodycze – przeciez to tłusty czwartek. Słodyczami pod wieczór częstujemy siostry i dziewczyny – w zamian – od dziewczyn także dostajemy czekoladę. Prosto z Calderonu na mszę na piątą, dzis Matki Boskiej z Lourdes. Jest to msza z chrztem. Tutaj ksiądz bardzo bezpośredno zwraca się do zgromadzenia. Gdy pyta: Czy chcecie, by to dziecko zostało przyłączone do społecznoœci chrześcijańskiej. Musimy wyraźnie odpowiedzieć:”Si”, ksiądz nie popuści. Potem głośno wyrzekamy się grzechu i szatana i wyznajemy naszą wiarę. Na koniec ceromonii, po obfitym polaniu główki dziecka z kubka i namaszczeniu krzyżmem św. wszyscy biją brawo. Chrzczony jednoroczniak ubrany jest w biały, marynarski kostium, białą szatę stanowi marynarska czapka.

Piątek, dzieñ 17
S. Lenka zabiera nas zaraz po naszych zajęciach do el Quinche. Tu znajduje się santuario nacional, najważniejsze sanktuarium w Ekwadorze, z figurką Matki Boskiej z 16. wieku. Figurka ta początkowo znajdowała sie w innym, niemal niedostępnym miejscu na zboczach przepaścistych Andów – tam zasłynęła licznymi cudami, pierwszymi na ziemi ekwadorskiej od czasów przybycia tu Hiszpanów, po czym za zgodą biskupa została przeniesiona tutaj (ponad godzinę jazdy na północ z Quito), by ułatwić licznym pielgrzymom dotarcie do niej. Gdy wjeżdżamy akurat odbywa się karnawałowa parada –  tłumy wystrojonych paradników i widzów, dużo hałasu.
Po powrocie chłopcy uczestniczą w wojnie na wodę z dziewczynami – taka to tutaj tradycja karnawałowa, zauważyliśmy to już w Calderonie. Sporo uciechy, pisków i krzyków. Mamy zdjęcia. Wieczorem znowu msza w sąsiedniej wiosce – podjeżdżamy pod peaje, zostawiamy samochód dla bezpieczeństwa na podwórku u znajomych sióstr i dalej idziemy na piechotę, ścieżką wzdłuż Panamericany. Zapalają świece, przychodzi ksiądz. Jedna świeca uparcie odmawia zapalenia. Kazanie znowu bardziej o tym, co znaczy słuchać głos Pana, a nie o błogosławionych ubogich. Czemu tak trudno mówić ubogim, że ubóstwo może być błogosławieństwem?

Sobota, dzieñ 18
Wycieczka – wraz z kilkoma dziewczynami, do la Mitad del Mundo – miejsca, gdzie przebiega równik. Tropami W. Cejrowskiego. Ciekawa ekspozycja chat i sprzętów Indian Shuar, są preparowane przez nich głowy, dmuchawki. Oprócz tego niezwykle ciekawe doświadczenia z wodą – na równiku przy spuszczaniu wody nie powstają żadne wiry, woda spływa pionowo, na półkuli południowej woda wiruje zgodnie ze wskazówkami zegara, na północnej przeciwnie. Modele zegarów słonecznych. Wracając spotykamy po raz pierwszy w akcji naszych znajomych producentów i sprzedawców lodów – przy „paeje” – miejscu, gdzie tworzą się kolejki samochodów płacących za Panamericanę. Poznają nas. Jesteśmy umówieni na wieczór.
Tym razem nie ma z nami s. Lenki i don Luci z gitarą, jest Chorwatka Lana i s.Patrycja. Wszystko przebiega podobnie, jak za pierwszym razem. Zaczynamy od tańca i śpiewu, potem katecheza – teraz o częsciach mszy świętej. Czytania z ewangelii na niedzielę – 8 błogosławieństw. Siostra prowadzi spotkanie bardzo sprawnie, sporo przykładów z życia
wiele śmiechu. Robię zdjęcia. Na koniec zapraszają nas na wtorek na 5. – na zabawę karnawałową.

Niedziela, dzien 19

Dziś wyjeżdżamy do Esmeraldas, nad Pacyfik. 7 godzin jazdy, mieszka tam Padre Marcelo z Włoch, w poniedziałek przypadają jego 71. urodziny. Aby tam dotrzeć, trzeba zjechać 2500 metrów w dół i stawić czoła tropikom w porze deszczowej. Przyroda zmienia się w sposób fantastyczny, najpierw jesteśmy w cloud forests, stale okrytych mgłą lasach porastających nieco niższe partie gór. Może uda nam się pod koniec pobytu pojechać do Mindo – żeby zobaczyć żywe i wykluwające się motyle. Teraz koło Mindo tylko przejeżdżamy, nie ma czasu, by się zatrzymać. Po 2 godzinach jazdy przed naszymi oczami jawią się sady z afrykańskimi palmami – nie tymi rodzącymi kokosy, ale inne owoce, z których wytwarza się olej. Sporo też plantacji bananów. Zatrzymujemy się przy przydrożnym bazarze, by zakupić owoce dla Padre i chłopców, którymi się opiekuje. Duży wybór, wielu owoców nie znamy, kupujemy takie większe truskawki z kolcami do spróbowania, częstują nas różnymi rodzajami bananów.Różnica w smaku jest odczuwalna, ale zawsze wiadomo, że to banan. Te smażone również, choc trochę bardziej kwaskowe. Jedziemy dalej, co chwilę zamykając okna, by nie zostać oblanymi przez zabawiających się ludzi, przeważnie młodych, ale nie tylko. Wjeżdżamy w małe, błotniste uliczki wioski przy miejscowości Esmeraldas – ludzie patrzą na nas z ciekawością. Sam bym się tu raczej nie zapuszczał. Stajemy przed jednym z okazalszych domów, dwaj mlodzi Murzyni otwierają bramę (tutaj przeważająca liczba mieszkańców to potomkowie niewolników przywożonych przez stulecia do pracy na roli, przy uprawie bananów – są rzeczywiście zdecydowanie wyżsi i silniejsi od ekwadorskich Indian). Dom padre Marcelo – pzeznaczony dla 5 osób, dziś musi pomieścić ponad 20 – goszczą tu bowiem także mieszkancy jego poprzedniej parafii, kilka rodzin z Guayaquil, największego miasta i portu w Ekwadorze. Ogromne zamieszanie – zupełnie nie wiemy, kto jest kim, czyje to dzieci. Trafiamy do naszej sypialni – panuje tam spory zaduch, nic nie pomaga otwarcie okna wychodzącego na przedpokój. Ledwo coś zjedliśmy, a już trzeba jechać dalej. O 5. msza u sióstr misjonarek z Włoch. Po drodze wysadzamy jeszcze kilka osób z dziećmi, które jadą zobaczyć karnawał w centrum miasta.

Kiedy wjeżdżamy na otoczony płotem teren na przedmieściach Esmeraldas, uderza nas piękna, zadbana roślinność, w klatkach dostrzegamy małpy i ptaki, na wybiegu  płochliwe strusie. Kościół na szczycie wzgórza, nowy ale bardzo estetyczny. Kopia kościoła z Loreto z Włoch. We mszy uczestniczą przede wszystkim podopieczne sióstr, które trafiały tutaj różnie, także przywożone przez policję. Padre Marceli bardzo pochlebnie wyraża się o pracy tych misjonarek, porownuje ich prace do parcy s. Lenki i jej zgromadzenia Na koniec, po mszy – gospodynie częstują nas słodyczami i piciem. Teraz jedziemy do centrum – padre Marcelo opowiada silnym, przyzwyczajonym do posłuchu głosem o terenach, przez które przejeżdżamy. Jest juz ciemno, wokół tłumy kłębiące się przy kawiarenkach i różnych budach z jedzeniem, piciem i muzyką. Musimy tu jakoś odnaleźć gości księdza. Kilkadziesiąt metrów od nas koncert muzyki i tańca afro, dziko brzmiące rytmy. W końcu odnajdujemy zagubionych i wracamy do domu. W busiku po mojej lewej ręce śpi Tomek, po prawej jakieś murzyniątko. Tak kończy sie dzień.

Zaczyna się noc. W pokoju 28 stopni Celsjusza, hałasy z ulicy i z domu, na dodatek komary. Tomek ma ogromną frajdę, że w lutym śpi w samych majtkach pod albo raczej obok – prześcieradła po czym  zasypia szybko i śpi spokojnie. Wojtek stwierdza: „Nie chcę tu być. Wracajmy jutro, z dziewczynami jest fajnie.”

Mam wrażenie, że nigdy nie zaśniemy. Udaje się nam to jednak wszystkim jeszcze dobrze przed świtem. 

dom przy drodze

Poniedziałek, dzień 20

Po śniadaniu padre zasiada na rowerek treningowy, żeby zrzucic zbędne kilogramy. W tym klimacie potrzeba na to silnego charakteru. Przed trenującym telewizja nadająca  (głośno) włoski program – mówia o wypadku kolejowym w Belgii. Obok niego, na wprost telewizora rozwieszony na stałe hamak. Jest jeszcze jeden taki, przed wejściem do domu, stale przez kogos zajęty.  Co chwila, jescze głośniej od telewizora, brzmią rozkazy wykrzykiwane przez padre do chlopców – prowadzi ich silną ręką, ale też trzeba im powiedzieć, co mają zrobić, sami inicjatywy nie wykazą. Poprzedni wychowankowie padre uczą się dalej w Quito lub pracują na pół etatu i do tego się uczą, padre pomaga im zdobyć zawód. Marco, który jest teraz przy nim, z nauką ma ogromne kłopoty. „Gdy mu mówię, co ma zrobić, pamęta tylko przez chwilę, zanim dojdzie do końca tego stołu, juz zapomina.” – tłumaczy padre Marcelo.

Jest tu przy padre także najmłodszy chłopiec (poprzedniego dnia, dodając sporo do mego zamieszania powiedział wskazując na 7-letniego Alejandro: „Esto es mi ultimo nino” – to moje ostatnie dziecko. Wtedy nie bardzo rozumiałem. Później mi wyjaśniono: ktoś podrzucił mu tego chlopca, jego matka mieszka z mężczyzna, który przy Alejandro miał powiedzieć: Nie chcę go tutaj. Padre pyta Alejandro o jego najwieksze marzenie: „Zobaczyć mamę” – odpowiada. Chlopiec nie potrafi zasnąć, dopóki nie zgasna światła w domu padre Marcelo. Boi się, że padre Marcelo go porzuci. Ciągle moczy się w nocy.

Jedziemy na plażę. Niedaleko, 20 minut. Najpiękniejsza plaża, na jakiej kiedykolwiek byłem, dzika,  nieopodal domki rybaków. Szeroka jak w Stilo koło Łeby, puściutka. Rybacy wychodzą z domu i udaja się na połów. Transportują łódkę z brzegu do morza. Wrócą wieczorem, nie narzekają, sporo tu ryb i langust. Chatka, w której mieszkają, niezwykła dla nas, choc bardzo typowa tutaj – jakieś 5 m na 5 metrów, z drewna (choć zdarzają się także z trzciny lub cegieł – takie mają nawet prąd), ze względu na dużą wilgoć stojąca na palach –  wysokich na kilka metrów, z przystawioną drabiną lub schodkami, bez szyb w otworach okiennych. W ciągu dnia życie toczy się na zewnątrz, w cieniu niskopiennych palm kokosowych lub na ziemi tuż pod podłogą izby (bo to chyba jedna tylko izba, bez podziału).  Gdy się jedzie koło takich domków najczęściej widać piorące kobiety, i stadko dzieci bawiących się wokoło lub siedzących i patrzących na przejeżdżające samochody. Mimo, że jesteśmy przy domku rybaków nie czuć smrodu ryb. Pacyfik spokojny, tylko woda błotnista, wymieszana z tutejszą ziemią. Ale jaka ciepła! – siedzę tam ponad 2 godziny i wcale mi się z niej nie chce wychodzić. Więcej powiem, zaraz po wyjściu chce mi się do niej natychmiast z powrotem wskoczyć. Mnóstwo krabów, pająków i inych stworzeń morskich i lądowych. Znajdujemy kilka ciekawych muszli. Urządzamy także wyścigi po plaży.

Po obiedzie jedziemy na inną plażę, turystyczną. Tu mnóstwo ludzi – ostatnie 2 dni karnawału w Ameryce Łacińskiej są oczywiście wolne od pracy – teraz jest czas na zabawę i to – jak chcą tego mieszkańcy Esmeraldas – najlepszą nad Pacyfikiem. Przy plaży kawiarenki i inne stargany ze wszystkim, co się nadaje do jedzenia i picia. Wskakujemy do wody – duża frajda, bo rozbijające się  fale są całkiem spore.

Wracamy do domu z tortem i prezentem (koszulka XXL) dla padre. śpiewamy sto lat we wszystkich dostępnych językach i długo siedzimy i rozmawiamy. Nikomu nie spieszno do sypialni.
Kolejna noc. Bez komentarzy.
PS

Jednak z komentarzem. Przechodzi ogromna ulewa, jakiej od lat tu nie widziano – kolejne doświadczenie. Temperatura wewnątrz  naszej sypialni  nie spada – nadal 28 stopni.

Wtorek, dzieñ 21
Trochę poprzeciekał dach, nasze łóżko mokre, jeden plecak też, ale nie mamy co narzekać, inni mają pozalewane całe domy. Ruszamy, żeby  przed powrotem (upragnionym!) w Andy zdążyć jeszcze na siódmą na mszę u mieszkających nieopodal sióstr. Gdy przejeżdżamy przez mosty woda niemal sie przez nie nie przelewa. Istnieje niebezpieczeństwo podmycia. Nieco dalej okazuje się, że droga nieprzejezdna – ziemia – częsty to tutaj przypadek – osunęła się na jezdnię, ponad pół metra błota na długości kilkudziesięciu metrów. Nie ma szans – potrzebny  ciężki sprzęt, a dzisiaj wszyscy świętują. Może jak przestanie padać jest mała nadzieja. Ale czy przestanie? W sezonie deszczowym potrafi lać  kilka dni bez przerwy…
Czekamy, Asia dość załamana, Wojtek nic nie mówi, Tomek wciąż pyta i nie może uwierzyć.
- Czy to jedyna droga, by się stąd wydostać?
- Jest jeszcze jedna, ale jak dotąd nie przejechał nią żaden autobus – odpowiada padre, odkładając telefon.

Po godzinie dobra wiadomość, wciąż jeszcze trochę pada, ale wody w rzekach opadają. Spróbujemy okrężną drogą, może nam się uda! Asia uśmiecha się z nadzieją.
Przejeżdżamy przez zalane wsie – ludzie uprzątają szkody. Eskortuje nas witany serdecznie padre  – przez 15 lat był tu proboszczem,  (w sumie jest w Ekwadorze 36 lat, nie przyleciał samolotem, ale płynął 24 dni statkiem). Dzieci pływają po ulicach zamienionych w rwące rzeki, woda w jednym ze sklepów po pas, ale sklep otwarty. Business is business. Szkód wielkich nie ma, bo i majątku tu żadnego. Tyle, że uciążliwość, ale i odmiana. Po drodze kilka osób usuwa jakąś mniejszą lawinę błotną z drogi – za to oczekują od przejeżdżających datków. Po chwili jednak nasze nadzieje gasną – dalej już nic nie pojedzie. Jest 11.40, niezbędny ciężki sprzęt pojawi siê tutaj (w wersji optymistycznej – najwcześniej o 3., w wersji pesymistycznej – dopiero nazajutrz). Wracamy.

Dobre wieści w domu. Nasza pierwotna droga bedzie wkrótce oczyszcona, ciężki sprzet pracuje, poczekamy. Zatem czas na obiad i w drogę. Biedna s. Lenka – ona tu jest kierowcą.

Rzeki błyskawicznie opadają, ludzie jakby nigdy nic zabierają się do oblewania przejeżdżających wodą. Zatem normalnie. Tylko jeden spory błotny korek – widzimy autobusy balansujace na krawędzi drogi i błotnistej mazi – ale wszystkim jakimś cudem się udaje – dalej jedziemy normalnie. W misji spotykają nas radosne siostry i dziewczyny. Jak dobrze, że wróciliśmy!

 

 

Sroda dzien 22

  Sroda popielcowa. Siostry rano jedzą chleb z wodą, posiłek popołudniowy (okolo 13., po zapakowaniu większoœci dzieci do samochodów, część 2-3 latków zostaje dłużej, do 15., śpią sobie u nas wygodnie czekając na powrót rodziców do domu) to normalny obiad (dziś jajko sadzone z papryką i ziemniakami), wieczorem gotowane warzywa. O 17. msza – okazuje siê jednak, że ksiądz nie dojedzie, przybywa tylko diakon, odprawia liturgię słowa. Inaczej niż u nas, nie posypuje głów popiołem, tylko robi wyraźny, czarny znak krzyża na naszych czołach.

 Wojtek coraz więcej czasu spędza z dziewczętami, nawet wieczorem stoją razem na patio w kregu i rozmawiają. Zamierza jutro wstać przed 6. aby wczeœniej niż zwykle zacząć im pomagać. Tomek będzie pracować z Don Luca przy wytwarzaniu metalowych okien do nowo zbudowanej części edukacyjnej.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wpis 4 – polski

11 lut

Misja 3
Piatek, dzien 10

Zaraz po śniadaniu pakujemy busika – ma bagażnik na górze, idą tam nasze większe bagaże i dwa duże łóżka, które zawozimy na południe  Ekwadoru, do drugiego domu sióstr, niedaleko miejscowości Cuenca.

Cuenca – zgodnie z powszechna opinią – to jeden z najładniejszych rejonów Ekwadoru. Sporo mieszkańców z tamtej okolicy emigruje, nielegalnie, do USA, przez Meksyk, niektórym sie udaje, niektórzy umierają po drodze. W każdym razie ci, którym się udaje, wspierają swe rodziny w kraju – przesyłają pieniądze, pomagają budować  domy, budują także koscioły! Dzięki ich wsparciu właśnie siostry z naszego zgromadzenia od sierpnia zeszłego roku mają tam swój dom przylepiony do koscioła. Do nich właśnie zawozimy te łóżka, dla gości. Spodziewamy się deszczu, wszystko zatem owijamy folią.

Początkowo Pan Americana jest niespodziewanie szeroka i wygodna – 3 pasy ruchu w każdą stronę. Mijamy Quito jadąc z północy na południe – ponad 50 km, spory ruch. Po ponad godzinie  po lewej stronie dostrzegamy najwyższy czynny wulkan swiata – Cotopaxi, prawie 6000 m npm. Wystaje nad chmury, pokryty śniegiem, imponujący! Rozgladamy sie za lamami. Sa – dwie. I to wszystko. Spore rozczarowanie – przejeżdżamy całe ekwadorskie Andy i po drodze widzimy zaledwie 2 lamy. Zastąpiły je krowy, kozy i owce, jest trochę osłów i wołów używanych do transportu. I stoją takie krowy na zboczach gór – pewno im sie kręci w głowach od wysokosci, ale mleko dają.
 Za Riobambą droga sie zwęża, coraz częściej pojawiają się robotnicy pracujący przy jej naprawie. Wjeżdżamy w chmury, krajobraz się zmienia, zaskakuje nas bujna zieleń. Pierwszy deszcz, robi się chłodno i nam (po raz pierwszy tutaj). Tam gdzie naprawiany jest jeden pas ruchu – czekamy na sygnał od pracownika, czasem ponad 5 minut. Pod koniec, juz wieczorem zjeżdżamy za ciezarowka w dół – 10 km/godz. Niektóre samochody za nami, terenowe, wjeżdżają na przygotowywany pas – 40 cm wyższy od tego, na którym sie znajdujemy – betonowy, z wystającym na bok zbrojeniem, by po wyprzedzeniu ciężarówy – zeskoczyć z powrotem na nasz pas – ciekawie to wyglada. Ale my cały czas rozczarowani brakiem lam – czy w Peru też zniknęły? Dlatego  chyba tak mało tradycyjnych andyjskich wyrobów na targowiskach i w sklepach.

 Po jakims czasie przyzwyczajamy sie do widoków – piekne, majestatyczne Andy, co 10 – 15 minut wioska lub miasteczko – ze spowalniaczami na drodze, bialo-szarymi budynkami, maksymalnie 1-pietrowymi, Indianami  i Indiankami z dziećmi. Tam, gdzie pasą się jakiekolwiek zwierzęta, siedzi też ktoś, kto ich pilnuje. Ubogo, bardzo, wręcz ponuro.

W koncu, po 11 godzinach drogi – dojezdzamy. Jest juz ciemno, witaja nas serdecznie siostrzyczki. Stol obficie zastawiony, jest nawet wino (wloskie), ale Asia marzy tylko o toalecie – od polowy drogi jest lekko podtruta. No i zla wiadomosc – nie ma wody, awaria. Siostry byskawicznie daja nam jednak jakies wiaderko z zachowana woda i sytuacja (na jakis czas) uratowana. Nie pozostaje nic innego, jak po kolacji udac sie na spoczynek.

 

Sobota, dzien 11

Rano dowiadujemy sie, ze wody, wbrew zapewnieniom, nadal nie ma. Siostry cos zorganizowaly, i  w jednym wiaderku myjemy sie wszyscy jak potrafimy. Na chwile wchodzimy na internet, po raz pierwszy od naszego wyjazdu.  Wyruszamy, najpierw do miejsca objawien przy incaskiej gorskiej drodze do Guayaquil, ktore to objawienia mialy miejsce w 1997 chyba roku, nie sa jeszcze oficjalnie uznawane ale bardzo lokalnie popularne. S. Lenka jest tam po raz pierwszy, do tej pory nie miala czasu, by tam przyjechac. Ona ma swe obowiazki i swa wiare,  mocna, nie potrzebuje objawien, by ja potwierdzac. Mala ekspozycja ze zdjeciami, osoba ktorej Maryja sie objawia przyjeta przez Jana Pawla II, kilka stron informacji po hiszpansku. Przepiekne miejsce, w sam raz na objawienie, moze zdjecia to oddadza.
Zjezdzamy w dol do Cuenki i zwiedzamy katedry (nowa i stara – obecnie muzeum) oraz targ. Swietne witraze – z nich (i z ceramiki) slynie tutejsze rzemioslo.  Obiad jemy w jakiejs taniej budzie z lepiaca sie do butow podloga. Wracamy do naszych gospodyn – wieczorem mam miec tam msze z biskupem, odpust w parafii. Juz poprzedniego wieczoru w swietlicy  (tu z prawdziwego zdarzenia, sfinansowanej przez emigrantow) odbywaly sie jakies przygotowania. W oddali slychac muzyke i krzyki – ktos juz swietuje. Mieszkaniec domu naprzeciwko juz skonczyl swietowanie – lezy pijany na chodniku, dziecko patrzy na to z balkoniku i placze. Stoje po przeciwnej stronie ulicy i rozmawiam ze starsza Indianka. Pytam, czy aguardiente (wodka) tutaj to duzy problem. „Nie” – odpowiada. Robie jej zdjecia, bardzo jest z tego powodu zadowolona i mi dziekuje.

Tym razem ksiadz przyjezdza punktualnie – indianskie dzieci poprzebierane „po goralsku”, spiewaja i recytuja. Znowu duzo klaskania i spiewu. Komunie rozdaje s. Lenka – mysle ze w ten sposob ksieza wyrazaja uznanie dla wysilkow zakonnic – bez nich ewangelizacja zupelnie by tutaj lezala, tak wzrasta tez siostr autorytet. Caly czas przed kosciolem strzelaja fajerwerki, mamy wrazenie, ze dach wali sie nam na glowy. Po mszy jeszcze serenady do Maryi – zaspiewane z duzym ogniem i niezlym glosem – i spac. Jutro wracamy.

dary

Niedziela, dzien 12
Jazda i jazda, woda wrocila i moglismy sie troche lepiej umyc, ale klopoty z zoladkiem ma najpierw Tomek a potem Wojtek. U Asi lepiej. Ale nie wygada to (dla nas ) groznie, tylko siostry sie bardzo martwia. Zatrzymujemy sie nad laguna przed Quito – mala nitka torow kolejowych, nieco dalej przysypana ziemia. Miala tu kiedys miejsce katastofa – pociag zsunal sie do laguny. Na chodniku obok nas potezny (nie wiem skad takie sie biora) byk, na nim siedzi czlowiek i proponuje zdjecia. W nozdrzach byka metalowe  kolko.  

Poniedzialek, dzien 13
Zdrowie Tomka i Wojtka juz w porzadku, musimy tylko uwazac z dieta. Jak co poniedzialek dzieciaki odspiewuja hymn i rozchodza sie do klas.Tutaj posilek – chleb (bardzo tu nam smakuje) i mleko. S. Lenka uwaza, ze glodnym trudniej sie uczyc. Zreszta potwierdza to, o czym slyszalem i mowilem wczesniej – dla sporej grupy to jedyna szansa na regularne posilki. Dziewczeta (z internatu, ninas) od samego rana pracuja. Przygotowuja sniadanie, roznosza je, myja talerze, gotuja obiad, sa w klasie do pomocy nauczycielom (w tym takze nam, teacherom), sprzataja. Zajecia (zwlaszcza w najmlodszych klasach -z  5-6 latkami – to duzy wysilek. Jestesmy we dwoje, wspomagani czesto przez Tomka, a i tak mamy klopoty. U 5-latkow decydujemy sie robic zajecia 2 razy po 25 minut. Ale wracajac do las ninas, to nieprwdopodobne, ale caly czas sie usmiechaja, mimo obowiazkow, niezwykle serdeczne, ten okres spedzony z siostrami to dla nich prawdziwe blogosawienstwo, mysle, ze to taki slad, ktorego nic juz w ich zyciu nie wymaze. Jeszcze raz przypominaja mi sie chwile, gdy mowily  swych marzeniach. Czy sie spelnia? Jak potoczy sie dalej ich zycie, gdy skoncza tu edukacje i swoj pobyt? Sprobuje z kazda z nich zrobic maly filmik, w ktorym opowiedza cos o sobie, przeszlosci i planach na przyszlosc. Ale jeszcze nie teraz, musimy sie jeszcze lepiej poznac. Oby sie udalo. Lana, dziewczyna z Chorwacji, mowiac o swych marzeniach, mowila, ze wlasnie bedac tutaj, je spelnia. Dostala gorace brawa. Ja tez nie zaluje, ze o tym marzylem. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wpis3 – english

06 lut

Ecuador 1
Dear friends and students. Here we are in an exotic and extremely friendly Ecuador. It is quite hard to find time to write – I started in Polish and now perhaps some reflections in English. The journey was tiring but pleasant, we were impressed by the airport in Madrid – underground train taking you from one terminal to another especially. In quito we were welcomed by sisters from the mission and travelled through crowded Quito in its rushhour and via PanAmericana to the remote but very decent buildings of the mission. The houses are neat, very clean, even comfortable. The school buildings are still being enlarged, and the classes that already exist are practical. The food is excellent, far better than we expected, with lots of unknown to us fruit and vegetables. We have been able to see how hard life can be to the people here, especially when on Saturday night we visited an ice-cream makers’ community near our place. Priests never get there, so s. Lenka is the only person who brings them some formal statements of catholic faith, gives advice and encouragement. The huts were very basic, clothes old and torn, but our hosts turned out to be very open, ready to talk on religious subjects, smiling and kind. It was amazing! Another most memorable thing was coming of age of one of the girls in the internat here, she just turned fifteen (it is like 18 with us). The girl was Shuar, like most of the 15 girls living here on permanent basis, and escaped from the jungle just a few years ago. They escaped because they didn’t want to become another wife (polygamy) of some old man, and they also escaped the hardship of life there. The girl’s friends prepared the whole programme of dances and speaches, including some Shuar dances – excellent! We also started teaching yesterday – two groups of very young children (5 and 6 year-olds) in classes of about 20 students in each, which was not easy at first but promises to be OK, and with the older girls and a few of the „hermanas” (sisters from the mission) as well, which was much easier – they all are eager to learn. Soon we are going (for the second time) to visit Quito – for a mass with an archbishop. So far we haven’t been impressed by this city, but it has got its charm and beauty. There is still a lot to see there. The weather has been beautiful – sunny and warm, he best of spring. We here of some heave snowfalls in Poland and northern Italy. Very amazing scenes happen when young students arrive here loaded into two little vans (the rest just walk here) and start the day with lots of cheers, songs and prayers. The youngest are just 2 years old and sometimes do not hold what they are supposed to hold and hermanas have to help them into bathrooms. Very sweet children, asking Tomek to play with them – the olders girls are also extremely happy to be in a company of Wojtek of course, he already danced with some of them at the fiesta, which had never happend before in his life. Amazing!
Well, that must be all for today, thank you for your prayers!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wpis2 – polski

06 lut

Misja 2
Dzien 8. Sroda ctd.
My uczymy.3 lekcje rano, 2 po poludniu. Wojtek twierdzi, ze mamy duzo latwiej od niego. Po poludniu mecz koszykowki – graja nasi chlopcy, i kilka dziewczyn. Pod koniec Don Luca dolacza do gry. Chlopcy umordowani, ale szczesliwi. Po obiedzie przychodzi do nas mala Anahi (ta, co karmi chlopca na obrazku, mieszka wraz z mama na terenie misji, w osobnym domku z pralnia) – siedzi w fotelu – zabawia ja Tomek. Nie jest to chyba latwe, bo po chwili prosi nas o pomoc.

 

 

Dzien 9. Czwartek

S. Lenka probuje nam zorganizowac wiekszosc wolnego czasu, kiedy tylko moze. Jedynymi dniami wolnymi sa dla niej weekendy, ale juz jutro zabierze nas do drugiego domu misyjnego, na poludniu Ekwadoru – 8 godzin jazdy busikiem. Planujemy zostawic pieniadze, ktorych nie wydamy, sistrom, pod koniec naszego pobytu – teraz okazuje sie, ze dzieki pomyslom i trosce s. Lenki – razem z nia zwiedzac bedziemy jutro cale ekwadorskie Andy po drodze kilka wulkanow), w przyszlym tygodniu polnoc kraju i troche Kolumbii – zatem zostanie nam sporo pieniedzy. Dzis rano wymuszam na s. Lence, by przyjela pieniadze na zakup nowych opon – planowala to zrobic i tak, za czesc pieniadzy, ktore przywiezlismy od darczyncow z Polski, ale w koncu tlumacze jej, ze i tak pieniadze nam zostana i jej damy, wiec je przyjmuje. Stare opony – nie zrobilismy zdjecia, ale byly to w zasadzie opony motocyklowe, zadnego rowka! O 5 msza – jak to tutaj w zwyczaju co czwartek. Dziewczyny na angielskim nie chcialy uwierzyc, ze zabieramy im Wojtka na 3 dni – kto bedzie pomagal w kuchni – tak szybko sie uczy, kto bedzie gral z nimi w koszykowke?
Jest juz wieczor, wrocilismy z gornej czesci wsi, jej centrum, z malym placykiem, kosciolem, nowa szkola panstwowa. Teraz jest darmowa, wczesniej trzeba bylo placic. Nie przyjmuja tu jedak wszystkich, jest jakas segregacja, „nasze” dzieci nie moga tam chodzic ze wzgledow spolecznych lub dlatego, ze zbyt wolno sie ucza, czy tez ze sa zbyt ruchliwe. Gdyby nie siostry, tam by nie trafily. Msza zaczyna sie z polgodzinnym opoznieniem – ksiadz udzielal namaszczenia chorych w okolicy. Wiele osob umiera tu na raka watroby – pija, mezczyzni i kobiety… Prawa strona koscola zajeta jest przez nasze dziewczyny, siostry siedza w roznych miejscach, prowadza modlitwy i spiew. Raz, po komunii, spiewaja  dwie kobiety w jezyku quichua – choc jak sie dowiadujemy mlodziez i dzieci czasem jeszcze rozumieja ten jezyk Inkow, ale juz nim w zasadzie nie mowia. Kazanie – ksiadz rezygnuje z mikrofonu,wychodzi kilka metrow przed oltarz – mowi prostym jezykiem, tak ze rozumiemy b. duzo. Ewangelia o rozeslaniu uczniow – Jezus jako organizator. Wy tez organizujcie swe zycie, planujcie je, prace, opieke nad dziecmi, tak aby starczylo tez czasu na Pana Boga. „Bylo tak duzo pracy, ze nie starczylo czasu ani sil na modlitwe” – to tez tlumaczenie tubylcow. Caly czas w pierwszej lawce siedzi chlopiec a przed nim duzy beben – w czasie spiewu wybija na nim rytm. Ludzie reaguja zywiolowo, spiewaja calym soba. Nie ma ich wiele, moze jeszcze raz tyle, co nas – sa tez mezczyzni, ale w mniejszosci. Musze zapytac, czy maja tam msze w niedziele.

Na nieszporach padlo wazne pytanie: o marzenia dziewczat (choc nam tez nie odpuscily, musielismy o swoich marzeniach tez powiedziec. Wzruszajaca scena, gdy mowila mama Anahi – tej dziewczynki ze zdjecia. Mowi ze lzami w oczach, lamie sie jej glos. Proste marzenia, jak ona kocha swe dziecko! Niektore dziewczeta chca pomagac innym, tak jak siostry, wiekszosc marzy o wyksztalceniu, tos chce zostac piosenkarka, pilotem, artystka. Mowia wszystkie, czasem nie jest to latwe, trudno mowic o marzeniach w tak surowym, okrutnym wrecz swiecie – sporo jeszcze ze swej przeszlosci pamietaja.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wpis1 – polski

06 lut

 
Hiszpania, Dzien 1.
Lot spokojny. Do centrum dojezdzamy autobusem, zostawiamy bagaz i ruszamy nad morze – nasza gospodyni wraca do domu dopiero po 18. Przechodzimy przez park z mamutem (Tomek nie wierzy, ze to oryginalne rozmiary – wydaje mu sie za duzy -widzimy i slyszymy zielone ptaki i przechodzimy obok platanow – fantastyczna gmatwanina galezi. Temperatura po minus 18 we Wroclawiu calkiem niezwykla – na plazy Tomek moczy spodnie w niespodziewanej fali. Ruszamy z powrotem i z calym bagazem z trudem docieramy do metra. Potem jeszcze 10 minut marszu i jestesmy. Mary – nasza gospodyni wraz z 2 dzieci przyjmuja nas bardzo serdeczie – zwlaszcza ciekawie przebiega modlitwa prowadzona przez 6-letnia corke w domowej „kaplicy” – domku -namiocie do zabaw. Sa swieczki, spiewy z Taize, modlitwa.. Nawet chlebki udajace komunikanty.

 

Dzien drugi.
Zwiedzamy katedre Sagrada Familia( trwaja prace, nie ma sie gdzie pomodlic) oraz park Guel i wracamy na obiad. Wieczorem odwiedzamy lokalna biblioteke – mnostwo ludzi, biblioteka tetni zyciem: dzieciom opowiadana  jest bajka, mlodziez korzysta z czytelni i internetu, emeryci czytaja gazety i magazyny. Ciekawe.

 

Dzien 3 Hiszpania – Ekwador
Taksowka dojezdzamy na lotnisko, lecimy prawie pustym samolotem do Madrytu. Gory, pustynia, Madryt. Ogromne lotnisko, zeby dojsc do naszej bramki (gate R) potrzeba 22 minut, z czego ponad 5 minut jedziemy podziemnym pociagiem. Gdy wsiadamy do samolotu, okazuje sie, ze nie ma doslownie zadnego wolnego miejsca. Iberia i LAN polaczyly sily i 100% sukcesu. W koncu daja nam posilek – Asia zaczynala juz watpic – i wszystko toczy sie bardzo sprawnie – Iberia dba o pasazerow. Podrozni z wielu krajow, sa Indianie z rodzinami. No i ladowanie. Sporo osob krzyczy z wrazenia, bo samolot musi sie bardzo szybko obnizyc wylatujac zza gor – troche nami pokolysalo i juz po strachu. Od razu biurokracja – jeszcze w czasie lotu wypelniammy landing cards, a na lotnisku karty do odprawy celnej. Wojtek ma pierwsza przygode – zdobywa wozek na bagaz, ktory mu zostaje blyskawicznie odebrany. „Nie podoba mi sie to” – mowi. Za wozek trzeba dac dolara, poza tym spora kolejka, wiec mimo lekkich zawrotow i bolu glowy (zmeczenie i wysokosc 2800 m npm) decydujemy sie wziac bagaz w garsc i przejsc do odprawy. Nie jest daleko. Za chwile jestesmy juz w sali przylotow – czekaja na nas siostry, ladujemy bagaz i przebijamy sie przez korki – jazda tutaj to wolna amerykanka. Pierwsze slumsy ogladane na zywo, jedziemy Panamericana, tuz przed pierwszymi bramkami z oplata skrecamy i jedziemy ostro w dol. Mucho polvo – kuz i dziury i biedna wioska. To juz San Francisco de Oyacoto. Na nasze przywitanie napisy „Bienvenidos”, wychodza wszysycy, mucha gente, same dziewczyny, choc jest tez tajemniczy Don Luca z Wloch. Ale o nim potem. Misja ogrodzona, w oknach kraty i brama otwierana wieczorem tylko na klakson, ale atmosfera rozluzniona i niezwykle goscinna. Budynki zaskakujaco przyzwoite – dostajemy cale mieszkanie do dyspozycji – 2  sypialnie, pokoj gosciny, lazienka z  prysznicem, umywalka i toaleta. Wszystko tak czyste, jak to tylko mozliwe u siostr. Tyle, zeby pamietac, ze papier toaletowy ma wyladowac nie w toalecie, ale stojacym obok koszu. Szczelnym. Tomek idzie od razu spac, my jeszce jemy kolacje i blizej zapoznajemy sie z siostrami, ktore nazywam „chichotkami”, bo tyle smiechu i radosci. Klopoty z zapamietaniem imienia: Wojtek zostaje u siostry Tati nazwany Boy-tek.

 

Dzien 4. Sobota. Ekwador
Ja z Tomkiem budzimy sie wczesnie, za wczesnie. Jeszcze spore emocje. Sniadanie, zwiedzam ogrod, mamy tu swoje bananowce i kawe, mango i  limonke, kroliki, kury, 2 swinki morskie, jescze nie na patyku. Siostra Lenka zawozi nas do centrum Quito – dopiero teraz zauwazamy jak lyse moga byc opony w jezdzacym samochodzie i  zwiedzamy Stare Quito. Nie robi takiego wrazenia jak Lima czy Cuzco, ale ciekawe i tloczne. Pijemy soki na ulicy, jemy lody i deser owocowy w lodziarni i szczesliwi wracamy na misje. Po obiedzie jedziemy jeszce raz PanAmericana, zeby zaraz zjechac w lewo przez podwojna ciagla linie. Jestesmy w malej spolecznosci (8 rodzin) mieszkajacych na stromym zboczu gory, ktorzy zajmuja sie wyrobem lodow. Potem sprzedaja je przy PanAmericanie. Schodzimy do miejscowej „swietlicy” – budyneczku w stanie surowym otwartym, polanym piwem, ktorego zapach unosi sie wciaz w powietrzu. Podloga to po prostu udeptana ziemia. Do nich nie dociera nigdy ksiadz, wiec teraz, w sobote wieczor s. Lenka przeczyta wraz z nimi czytania niedzielne i ewangelie. Ktos majstruje przy zewnetrznym kablu  i podlacza prad, siostry przynosza kilka krzesel, reszta z nas siedzi na pustakach i deskach.Pod nogami piach. Przychodzi kilkanascie osob. Jedno z czytan to 1. list sw. Pawla do Koryntian, o milosci. I siostra Lenka tlumaczy im, potem rozmawiaja, czym ta prawdziwa milosc jest, jak zyc. I ci prosci ludzie z lepianek tuz obok rozmawiaja, nie krepuje ich nasza obecnosc. Pytaja, jak nam sie podoba Ekwador, czy chcemy tu przyjechac jeszcze raz. Na oba pytania odpowiadamy, ze tak, bardzo. Jaka szkoda, ze nie mowimy lepiej po hiszpansku! Moze jeszce troche zdazymy sie nauczyc, ale to bedzie za malo. Don Luca gra na gitarze, modlimy sie spiewajac. Nie wzielismy aparatow, szkoda, nie wiem czy tu jescze wrocimy.

 

Dzien 5. Niedziela
Dzisiaj przyjezdza ksiadz – nie w kazda niedziele sie to udaje. Najpierw ponad godzinny wyklad, gdzie siostry zadaja pytania, ciekawy – o ile go potrafilem zrozumiec – naprawde dobrze przeprowadzony, z dowcipami, przykladami z zycia. Potem msza – dziekczynna za nasz szczesliwy przyjazd oraz w intencji Clarity w jej 15 urodziny. Clarita, tak jak wiekszosc  mieszkajacych tu w inernacie 14 dziewczyn, uciekla z Selvy. Pochodzi z plemienia Shuar. Wczesniej, na modlitwach porannych, siostry czytaly jakies opowiadanie, potem rozmawialy z dziewczynami. Potem mi wytlumaczono, ze pytanie dnia bylo: kiedy  chcialy popelnic samobojstwo. Kazda z nich kiedys chciala. Uciekly – zeby nie byc kolejna zona jakiegos starego Indianina, uciekly przed rzeczywistoscia, w ktorej niemal caly ciezar zycia spada na kobiety. Zatem siedzimy w  pierwszym rzedzie krzesel, po bokach, na srodku Clarita, ubrana swiatecznie. Dziewczyny modla sie i spiewaja czystymi, delikatnymi glosami. Nie pamietam, kiedy slyszalem tak modlace sie osoby. Po obiedzie fiesta. Wystepy – dziewczyny z internatu maja praktycznie codziennie zajety caly dzien – pomagaja siostrom przy sprzataniu, gotowaniu, w zajeciach z mlodszymi dziecmi. Maja tez sale z maszynami do szycia, gdzie szyja wszystko na potrzeby misji. Poza tym przygotowuja tance, na fiesty taka jak ta. 15. urodziny (dziewczyn) tutaj to tak, jak u  nas 18. No i bylo tych tancow wiele – na mnie najwieksze wrazenie wywarly tance indian Shuaru wlasnie – czesc dziewczy prabrana za chlopcow, z dzidami. Widac bylo po ich twarzach, ze pamietaja jak ich rodzice to tanczyli, ciekawe czy dziadkowie ich byli jeszcze kanibalami? Po tancu kilka dziewczyn sklada jubilatce zyczenia, ta siedzi nieruchomo na srodku sali z nieporuszona, indianska mina. Zyczenia najpierw w jezyku shuaru, potem po hiszpansku. Na koniec tancza wszyscy – nawet Wojtek Boy-tek wyciagniety przez potomkinie lowcow glow – w Polsce nigdy sie to (wyciagniecie go do tanca) przedtem nikomu nie udalo. Po chwili do zabawy przylacza sie takze Tomek. Mnostwo radosci i smiechu.Tak niewiele tu w zyciu radosnych chwil, kazda fiesta jest zatem przezyciem waznym i ma byc radosna. Tanczymy takze tance indianskie – to wychodzi mi najlepiej. Wieczorem ustalamy z Sanda, jedna z 2 Chorwatek, ktora na dwa tygodnie (przyjechaly tu na rok, sa 6 miesiecy, 4 dni spedzila w szpitalu – jakies bakterie) jedzie do Quito na kurs biblijny. Dwiadujemy sie od niej, ze jezdzila samochodami rajdowymi, potem pracowala w Porsche banku w Zagrzebiu, jako wicedyrektor, rzucila to wszystko by przyjechac tutaj. Moze wrocic do swej pracy, ale nie wie, czy chce. Po to wlasnie ten kurs, by po powrocie tym sie zajac – poglebiac tradycyjna wiare Chorwatow. Zatem przez 2 tygodnie przejmujemy jej zajecia.

Dzien 6. Poniedzialek
Zaczynamy dzien od jutrzni o 5.20. Trwa ponad godzine, z lektura o swietych, krotkim wykladem s. Lenki. Potem sniadanie i witamy przyjezdajace dzieci. A w zasadzie to one nas witaja, skandujac nasze imiona, by je zapamietac. Potem tradycyjne modlitwy na rozpoczecie dnia, hymn Ekwadoru, prawa reka na piersi, powazne miny nawet u 2-latkow. Pierwsze zajecia – klasa 1, 5-latki. Grupa ok. 20 dzieci, trudno nad nimi zapanowac, troche chaosu. Przerwa i lekcja druga, z klasa 2. Tu dzieci spokojniejsze, chetne do nauki. W przerwie dziewczyny proponuja Tomkowi zabawe, on niespecjalnie sie na to godzi. Dziwia sie, ze w Polsce nie mowimy po hiszpansku i prosza o zdjecia. To Tomek robi chetnie. Ale zdjecia maja byc nie tylko wspolne, ale takze „uno por uno”. i to udaje sie zrobic. Wojtek tymczasem pomaga Don Luce – Wlochowi, zlotej raczce. Don Luca nie chce wracac do Italli, jest tu od 6 lat, to jego trzeci pobyt. Ma chyba zone Indianke, teraz przezywaja jakis kryzys, ale z nim na ten temat nie rozmawialem. Bardzo cieply, wesoly czlowiek. Tomek zasmiewa sie, gdy ten udaje zwierzeta na fiescie. Dzieciaki odjezdzaja po drugim posilku – dzisiaj byla to zupa. Pakuja sie do 2 busikow, upchane jak sardynki. Cos jest nie tak, jedna siostra wsadza glowe do srodka i po zapachu i minie dociera do prawdy – ktos nie utrzymal tego, co utrzymac nalezalo bylo – entonces do lazienki, by nieszczesnika wymyc, pozostali cierpliwie czekaja nie zwracajac specjalnej uwagi na upal panujacy w srodku busika. Tu jakos upal nie przeszkadza, ranki, gdy temperatura spada do ok. 15 stopni siostry i dzieci nakladaja szale, rekawice, czapki, cieple poncha. My chodzimy (jeszcze?) w koszulkach. Po poludniu zajecia z dziewczynami Shuar oraz siostrami (jest jedna siostra biala, reszta to indianki Quichua) – tu duzo latwiej i przyjemniej. To bardzo bystre dziewczyny – siostry sa mocno zmeczone, ale tez pelne zapalu. Bedzie dobrze. Wieczorem nieszpory i rozwazania (tym razem, inaczej niz na jutrzni, obecne sa takze dziewczeta. Na koniec s. Lenka rozdaje komunie – tak tu musza sobie radzic pod nieobecnosc ksiedza, we wspolnocie trudno bez czestej komunii.

 

Dzien 7. Wtorek
Po jutrzni sniadanie i jedziemy wszyscy do Quito – dzis swieto ofiarowania Panskiego w swiatyni. Najpierw docieramy na jeden z wielu szczytow wokol (i w srodku) stolicy, na ktorym stoi ogromny pomnik Virgen de Quito – Matki Boskiej ze skrzydlami aniola, opiekunki miasta. Tam po raz pierwszy napotykamy sie na ludowe, andyjskie stroje. Mozna tu kupic piekne swetry po 12 (cena poczatkowa negocjacji) – 10 dolarow. Pokazuje Asi piekny sweter – postanawiamy jednak czekac, az pojedziemy do slynacego z takich produktow Otavalo, gdzie na targu sprzedaja znajomi siostr. Potem jednak Asia zaluje – takiego ladnego swetra mozemy juz nie dostac! Najstarsza z dziewczyn – Mercedes zaczyna na trawie fikac koziolki, staje na glowie. Dolacza do niej Don Luca – potrafi ustac kilka minut! Moi chlopcy tez cos probuja. S. Lenka zauwaza, ze jedna z dziewczyn jest smutna – sadzi, ze cos sie miedzy nimi wydarzylo. Podchodzi do niej – rozmawiaja. Potem dziewczyna jest weselsza. Ile zaufania i serdecznosci pomiedzy siostrami a dziewczynami! A przy tym jest i dystans – dziewczeta doskonale znaja swoje obowiazki we wspolnocie, wchodzac do pomieszczen siostr (np. jadalni) zawsze pukaja i czekaja na wezwanie. A przy tym w czasie modlitw i rozwazan chetnie i otwarcie rozmawiaja, dziela sie swoimi myslami, nawet intymnymi. Do tej pory nie zauwazylismy zadnych wybuchow gniewu wsrod dziewczyn najczesciej sa zawsze usmiechniete i wyciszone, modla sie pieknie. Jesli chodzi o siostry – s. Lenka, przelozona i zalozycielka zgromadzenia (jest jeszcze drugi dom, po drugiej stronie Ekwadoru, jedziemy tam w piatek) nazywana jest maestra – i to ona podejmuje decyzje, zezwala na wyjazdy i od niej przktycznie wszystko zalezy, a przy tym pracuje tak samo ciezko (a moze ciezej) od innych, innym usluguje. Jest niezwykle wyciszona, usmiecha sie rzadziej od innych, nie wybucha smiechem (chichotki), czuje chyba na sobie ciezar utrzymania i rozwijania misji, nie podnosi glosu (moze nie ma potrzeby – siostry daja z siebie bardzo duzo – widac to pod koniec dnia).Jestesmy na mszy.  Akompaniuja jakies siostry z gitara – no coz – spiewaja niezle, choc pewnie mozna sobie wyobrazic lepsza oprawe muzyczna. Biskup indigeno – najpierw szybko czyta kazanie, potem zarliwie mowi. Na Padre nuestro wszyscy bierzemy sie za rece. Tuz po mszy – ksieza procesja wychodza zza oltarza – do biskupa zbliza sie szybkim krokiem stara Indianka z tobolkiem – handlarka z ulicy. Jeden z ksiezy daje jej znak reka, by stanela, ta jednak nie zwaza na to. Podchodzi do biskupa nie zatrzymywana przez nikogo – cos do niego mowi – ten czyni znak krzyza na jej czole i blogoslawi jej tobolki – kobieta z usmiechem odwraca sie i odchodzi. Msza sie skonczyla. Zjezdzamy w dol do starego miasta, powolutku, bo korek, wraz z nami biegnie sprzedawca kapeluszy, oferujac nam swe towary. Wygladaja niezle i po chwili targwania sie kupujemy kapelusz dla Tomka – duze rondo chroniace oczy i twarz – za 8 dolarow. Dziewczyny chwala wybor, Tomek szczesliwy, sprzedawca tez.
Nie latwo jest zaparkowac w centrum, korzystamy z platnego parkingu – ok. dolara za 3 godziny. Dochodzimy do katedry, gdzie msze ma sprawowac arcybiskup (potem okazuje sie, ze msze odprawi biskup pomocniczy). Poniewaz jest to dzien wspolnot zycia konsegregowanego – katedra wypelniona jest przez – w wiekszosci – zakonnice najrozniejszych zgromadzen, zakonnikow i troche osob swieckich. Po poludniu lekcja z dziewczynami i filmy o Padre Pio. (Troche sie kolejnosc wydaren przemiszala, w notatniku nie do konca sobie z tekstem radze)
Dzien 8. sroda
Wojtek spedza caly dzien w kuchni pomagajac dziewczynom – kroi banany do smazenia, zmywa i szykuje jedzenie dla psow  (ograniczone zaufanie?)  

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS