RSS
 

wpis1 – polski

06 lut

 
Hiszpania, Dzien 1.
Lot spokojny. Do centrum dojezdzamy autobusem, zostawiamy bagaz i ruszamy nad morze – nasza gospodyni wraca do domu dopiero po 18. Przechodzimy przez park z mamutem (Tomek nie wierzy, ze to oryginalne rozmiary – wydaje mu sie za duzy -widzimy i slyszymy zielone ptaki i przechodzimy obok platanow – fantastyczna gmatwanina galezi. Temperatura po minus 18 we Wroclawiu calkiem niezwykla – na plazy Tomek moczy spodnie w niespodziewanej fali. Ruszamy z powrotem i z calym bagazem z trudem docieramy do metra. Potem jeszcze 10 minut marszu i jestesmy. Mary – nasza gospodyni wraz z 2 dzieci przyjmuja nas bardzo serdeczie – zwlaszcza ciekawie przebiega modlitwa prowadzona przez 6-letnia corke w domowej „kaplicy” – domku -namiocie do zabaw. Sa swieczki, spiewy z Taize, modlitwa.. Nawet chlebki udajace komunikanty.

 

Dzien drugi.
Zwiedzamy katedre Sagrada Familia( trwaja prace, nie ma sie gdzie pomodlic) oraz park Guel i wracamy na obiad. Wieczorem odwiedzamy lokalna biblioteke – mnostwo ludzi, biblioteka tetni zyciem: dzieciom opowiadana  jest bajka, mlodziez korzysta z czytelni i internetu, emeryci czytaja gazety i magazyny. Ciekawe.

 

Dzien 3 Hiszpania – Ekwador
Taksowka dojezdzamy na lotnisko, lecimy prawie pustym samolotem do Madrytu. Gory, pustynia, Madryt. Ogromne lotnisko, zeby dojsc do naszej bramki (gate R) potrzeba 22 minut, z czego ponad 5 minut jedziemy podziemnym pociagiem. Gdy wsiadamy do samolotu, okazuje sie, ze nie ma doslownie zadnego wolnego miejsca. Iberia i LAN polaczyly sily i 100% sukcesu. W koncu daja nam posilek – Asia zaczynala juz watpic – i wszystko toczy sie bardzo sprawnie – Iberia dba o pasazerow. Podrozni z wielu krajow, sa Indianie z rodzinami. No i ladowanie. Sporo osob krzyczy z wrazenia, bo samolot musi sie bardzo szybko obnizyc wylatujac zza gor – troche nami pokolysalo i juz po strachu. Od razu biurokracja – jeszcze w czasie lotu wypelniammy landing cards, a na lotnisku karty do odprawy celnej. Wojtek ma pierwsza przygode – zdobywa wozek na bagaz, ktory mu zostaje blyskawicznie odebrany. „Nie podoba mi sie to” – mowi. Za wozek trzeba dac dolara, poza tym spora kolejka, wiec mimo lekkich zawrotow i bolu glowy (zmeczenie i wysokosc 2800 m npm) decydujemy sie wziac bagaz w garsc i przejsc do odprawy. Nie jest daleko. Za chwile jestesmy juz w sali przylotow – czekaja na nas siostry, ladujemy bagaz i przebijamy sie przez korki – jazda tutaj to wolna amerykanka. Pierwsze slumsy ogladane na zywo, jedziemy Panamericana, tuz przed pierwszymi bramkami z oplata skrecamy i jedziemy ostro w dol. Mucho polvo – kuz i dziury i biedna wioska. To juz San Francisco de Oyacoto. Na nasze przywitanie napisy „Bienvenidos”, wychodza wszysycy, mucha gente, same dziewczyny, choc jest tez tajemniczy Don Luca z Wloch. Ale o nim potem. Misja ogrodzona, w oknach kraty i brama otwierana wieczorem tylko na klakson, ale atmosfera rozluzniona i niezwykle goscinna. Budynki zaskakujaco przyzwoite – dostajemy cale mieszkanie do dyspozycji – 2  sypialnie, pokoj gosciny, lazienka z  prysznicem, umywalka i toaleta. Wszystko tak czyste, jak to tylko mozliwe u siostr. Tyle, zeby pamietac, ze papier toaletowy ma wyladowac nie w toalecie, ale stojacym obok koszu. Szczelnym. Tomek idzie od razu spac, my jeszce jemy kolacje i blizej zapoznajemy sie z siostrami, ktore nazywam „chichotkami”, bo tyle smiechu i radosci. Klopoty z zapamietaniem imienia: Wojtek zostaje u siostry Tati nazwany Boy-tek.

 

Dzien 4. Sobota. Ekwador
Ja z Tomkiem budzimy sie wczesnie, za wczesnie. Jeszcze spore emocje. Sniadanie, zwiedzam ogrod, mamy tu swoje bananowce i kawe, mango i  limonke, kroliki, kury, 2 swinki morskie, jescze nie na patyku. Siostra Lenka zawozi nas do centrum Quito – dopiero teraz zauwazamy jak lyse moga byc opony w jezdzacym samochodzie i  zwiedzamy Stare Quito. Nie robi takiego wrazenia jak Lima czy Cuzco, ale ciekawe i tloczne. Pijemy soki na ulicy, jemy lody i deser owocowy w lodziarni i szczesliwi wracamy na misje. Po obiedzie jedziemy jeszce raz PanAmericana, zeby zaraz zjechac w lewo przez podwojna ciagla linie. Jestesmy w malej spolecznosci (8 rodzin) mieszkajacych na stromym zboczu gory, ktorzy zajmuja sie wyrobem lodow. Potem sprzedaja je przy PanAmericanie. Schodzimy do miejscowej „swietlicy” – budyneczku w stanie surowym otwartym, polanym piwem, ktorego zapach unosi sie wciaz w powietrzu. Podloga to po prostu udeptana ziemia. Do nich nie dociera nigdy ksiadz, wiec teraz, w sobote wieczor s. Lenka przeczyta wraz z nimi czytania niedzielne i ewangelie. Ktos majstruje przy zewnetrznym kablu  i podlacza prad, siostry przynosza kilka krzesel, reszta z nas siedzi na pustakach i deskach.Pod nogami piach. Przychodzi kilkanascie osob. Jedno z czytan to 1. list sw. Pawla do Koryntian, o milosci. I siostra Lenka tlumaczy im, potem rozmawiaja, czym ta prawdziwa milosc jest, jak zyc. I ci prosci ludzie z lepianek tuz obok rozmawiaja, nie krepuje ich nasza obecnosc. Pytaja, jak nam sie podoba Ekwador, czy chcemy tu przyjechac jeszcze raz. Na oba pytania odpowiadamy, ze tak, bardzo. Jaka szkoda, ze nie mowimy lepiej po hiszpansku! Moze jeszce troche zdazymy sie nauczyc, ale to bedzie za malo. Don Luca gra na gitarze, modlimy sie spiewajac. Nie wzielismy aparatow, szkoda, nie wiem czy tu jescze wrocimy.

 

Dzien 5. Niedziela
Dzisiaj przyjezdza ksiadz – nie w kazda niedziele sie to udaje. Najpierw ponad godzinny wyklad, gdzie siostry zadaja pytania, ciekawy – o ile go potrafilem zrozumiec – naprawde dobrze przeprowadzony, z dowcipami, przykladami z zycia. Potem msza – dziekczynna za nasz szczesliwy przyjazd oraz w intencji Clarity w jej 15 urodziny. Clarita, tak jak wiekszosc  mieszkajacych tu w inernacie 14 dziewczyn, uciekla z Selvy. Pochodzi z plemienia Shuar. Wczesniej, na modlitwach porannych, siostry czytaly jakies opowiadanie, potem rozmawialy z dziewczynami. Potem mi wytlumaczono, ze pytanie dnia bylo: kiedy  chcialy popelnic samobojstwo. Kazda z nich kiedys chciala. Uciekly – zeby nie byc kolejna zona jakiegos starego Indianina, uciekly przed rzeczywistoscia, w ktorej niemal caly ciezar zycia spada na kobiety. Zatem siedzimy w  pierwszym rzedzie krzesel, po bokach, na srodku Clarita, ubrana swiatecznie. Dziewczyny modla sie i spiewaja czystymi, delikatnymi glosami. Nie pamietam, kiedy slyszalem tak modlace sie osoby. Po obiedzie fiesta. Wystepy – dziewczyny z internatu maja praktycznie codziennie zajety caly dzien – pomagaja siostrom przy sprzataniu, gotowaniu, w zajeciach z mlodszymi dziecmi. Maja tez sale z maszynami do szycia, gdzie szyja wszystko na potrzeby misji. Poza tym przygotowuja tance, na fiesty taka jak ta. 15. urodziny (dziewczyn) tutaj to tak, jak u  nas 18. No i bylo tych tancow wiele – na mnie najwieksze wrazenie wywarly tance indian Shuaru wlasnie – czesc dziewczy prabrana za chlopcow, z dzidami. Widac bylo po ich twarzach, ze pamietaja jak ich rodzice to tanczyli, ciekawe czy dziadkowie ich byli jeszcze kanibalami? Po tancu kilka dziewczyn sklada jubilatce zyczenia, ta siedzi nieruchomo na srodku sali z nieporuszona, indianska mina. Zyczenia najpierw w jezyku shuaru, potem po hiszpansku. Na koniec tancza wszyscy – nawet Wojtek Boy-tek wyciagniety przez potomkinie lowcow glow – w Polsce nigdy sie to (wyciagniecie go do tanca) przedtem nikomu nie udalo. Po chwili do zabawy przylacza sie takze Tomek. Mnostwo radosci i smiechu.Tak niewiele tu w zyciu radosnych chwil, kazda fiesta jest zatem przezyciem waznym i ma byc radosna. Tanczymy takze tance indianskie – to wychodzi mi najlepiej. Wieczorem ustalamy z Sanda, jedna z 2 Chorwatek, ktora na dwa tygodnie (przyjechaly tu na rok, sa 6 miesiecy, 4 dni spedzila w szpitalu – jakies bakterie) jedzie do Quito na kurs biblijny. Dwiadujemy sie od niej, ze jezdzila samochodami rajdowymi, potem pracowala w Porsche banku w Zagrzebiu, jako wicedyrektor, rzucila to wszystko by przyjechac tutaj. Moze wrocic do swej pracy, ale nie wie, czy chce. Po to wlasnie ten kurs, by po powrocie tym sie zajac – poglebiac tradycyjna wiare Chorwatow. Zatem przez 2 tygodnie przejmujemy jej zajecia.

Dzien 6. Poniedzialek
Zaczynamy dzien od jutrzni o 5.20. Trwa ponad godzine, z lektura o swietych, krotkim wykladem s. Lenki. Potem sniadanie i witamy przyjezdajace dzieci. A w zasadzie to one nas witaja, skandujac nasze imiona, by je zapamietac. Potem tradycyjne modlitwy na rozpoczecie dnia, hymn Ekwadoru, prawa reka na piersi, powazne miny nawet u 2-latkow. Pierwsze zajecia – klasa 1, 5-latki. Grupa ok. 20 dzieci, trudno nad nimi zapanowac, troche chaosu. Przerwa i lekcja druga, z klasa 2. Tu dzieci spokojniejsze, chetne do nauki. W przerwie dziewczyny proponuja Tomkowi zabawe, on niespecjalnie sie na to godzi. Dziwia sie, ze w Polsce nie mowimy po hiszpansku i prosza o zdjecia. To Tomek robi chetnie. Ale zdjecia maja byc nie tylko wspolne, ale takze „uno por uno”. i to udaje sie zrobic. Wojtek tymczasem pomaga Don Luce – Wlochowi, zlotej raczce. Don Luca nie chce wracac do Italli, jest tu od 6 lat, to jego trzeci pobyt. Ma chyba zone Indianke, teraz przezywaja jakis kryzys, ale z nim na ten temat nie rozmawialem. Bardzo cieply, wesoly czlowiek. Tomek zasmiewa sie, gdy ten udaje zwierzeta na fiescie. Dzieciaki odjezdzaja po drugim posilku – dzisiaj byla to zupa. Pakuja sie do 2 busikow, upchane jak sardynki. Cos jest nie tak, jedna siostra wsadza glowe do srodka i po zapachu i minie dociera do prawdy – ktos nie utrzymal tego, co utrzymac nalezalo bylo – entonces do lazienki, by nieszczesnika wymyc, pozostali cierpliwie czekaja nie zwracajac specjalnej uwagi na upal panujacy w srodku busika. Tu jakos upal nie przeszkadza, ranki, gdy temperatura spada do ok. 15 stopni siostry i dzieci nakladaja szale, rekawice, czapki, cieple poncha. My chodzimy (jeszcze?) w koszulkach. Po poludniu zajecia z dziewczynami Shuar oraz siostrami (jest jedna siostra biala, reszta to indianki Quichua) – tu duzo latwiej i przyjemniej. To bardzo bystre dziewczyny – siostry sa mocno zmeczone, ale tez pelne zapalu. Bedzie dobrze. Wieczorem nieszpory i rozwazania (tym razem, inaczej niz na jutrzni, obecne sa takze dziewczeta. Na koniec s. Lenka rozdaje komunie – tak tu musza sobie radzic pod nieobecnosc ksiedza, we wspolnocie trudno bez czestej komunii.

 

Dzien 7. Wtorek
Po jutrzni sniadanie i jedziemy wszyscy do Quito – dzis swieto ofiarowania Panskiego w swiatyni. Najpierw docieramy na jeden z wielu szczytow wokol (i w srodku) stolicy, na ktorym stoi ogromny pomnik Virgen de Quito – Matki Boskiej ze skrzydlami aniola, opiekunki miasta. Tam po raz pierwszy napotykamy sie na ludowe, andyjskie stroje. Mozna tu kupic piekne swetry po 12 (cena poczatkowa negocjacji) – 10 dolarow. Pokazuje Asi piekny sweter – postanawiamy jednak czekac, az pojedziemy do slynacego z takich produktow Otavalo, gdzie na targu sprzedaja znajomi siostr. Potem jednak Asia zaluje – takiego ladnego swetra mozemy juz nie dostac! Najstarsza z dziewczyn – Mercedes zaczyna na trawie fikac koziolki, staje na glowie. Dolacza do niej Don Luca – potrafi ustac kilka minut! Moi chlopcy tez cos probuja. S. Lenka zauwaza, ze jedna z dziewczyn jest smutna – sadzi, ze cos sie miedzy nimi wydarzylo. Podchodzi do niej – rozmawiaja. Potem dziewczyna jest weselsza. Ile zaufania i serdecznosci pomiedzy siostrami a dziewczynami! A przy tym jest i dystans – dziewczeta doskonale znaja swoje obowiazki we wspolnocie, wchodzac do pomieszczen siostr (np. jadalni) zawsze pukaja i czekaja na wezwanie. A przy tym w czasie modlitw i rozwazan chetnie i otwarcie rozmawiaja, dziela sie swoimi myslami, nawet intymnymi. Do tej pory nie zauwazylismy zadnych wybuchow gniewu wsrod dziewczyn najczesciej sa zawsze usmiechniete i wyciszone, modla sie pieknie. Jesli chodzi o siostry – s. Lenka, przelozona i zalozycielka zgromadzenia (jest jeszcze drugi dom, po drugiej stronie Ekwadoru, jedziemy tam w piatek) nazywana jest maestra – i to ona podejmuje decyzje, zezwala na wyjazdy i od niej przktycznie wszystko zalezy, a przy tym pracuje tak samo ciezko (a moze ciezej) od innych, innym usluguje. Jest niezwykle wyciszona, usmiecha sie rzadziej od innych, nie wybucha smiechem (chichotki), czuje chyba na sobie ciezar utrzymania i rozwijania misji, nie podnosi glosu (moze nie ma potrzeby – siostry daja z siebie bardzo duzo – widac to pod koniec dnia).Jestesmy na mszy.  Akompaniuja jakies siostry z gitara – no coz – spiewaja niezle, choc pewnie mozna sobie wyobrazic lepsza oprawe muzyczna. Biskup indigeno – najpierw szybko czyta kazanie, potem zarliwie mowi. Na Padre nuestro wszyscy bierzemy sie za rece. Tuz po mszy – ksieza procesja wychodza zza oltarza – do biskupa zbliza sie szybkim krokiem stara Indianka z tobolkiem – handlarka z ulicy. Jeden z ksiezy daje jej znak reka, by stanela, ta jednak nie zwaza na to. Podchodzi do biskupa nie zatrzymywana przez nikogo – cos do niego mowi – ten czyni znak krzyza na jej czole i blogoslawi jej tobolki – kobieta z usmiechem odwraca sie i odchodzi. Msza sie skonczyla. Zjezdzamy w dol do starego miasta, powolutku, bo korek, wraz z nami biegnie sprzedawca kapeluszy, oferujac nam swe towary. Wygladaja niezle i po chwili targwania sie kupujemy kapelusz dla Tomka – duze rondo chroniace oczy i twarz – za 8 dolarow. Dziewczyny chwala wybor, Tomek szczesliwy, sprzedawca tez.
Nie latwo jest zaparkowac w centrum, korzystamy z platnego parkingu – ok. dolara za 3 godziny. Dochodzimy do katedry, gdzie msze ma sprawowac arcybiskup (potem okazuje sie, ze msze odprawi biskup pomocniczy). Poniewaz jest to dzien wspolnot zycia konsegregowanego – katedra wypelniona jest przez – w wiekszosci – zakonnice najrozniejszych zgromadzen, zakonnikow i troche osob swieckich. Po poludniu lekcja z dziewczynami i filmy o Padre Pio. (Troche sie kolejnosc wydaren przemiszala, w notatniku nie do konca sobie z tekstem radze)
Dzien 8. sroda
Wojtek spedza caly dzien w kuchni pomagajac dziewczynom – kroi banany do smazenia, zmywa i szykuje jedzenie dla psow  (ograniczone zaufanie?)  

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. irenka

    9 lutego 2010 o 12:05

    Kochani!
    Cieszę się, że jesteście tam cali i zdrowi. My jesteśmy w Niemczech pamiętamy w modlitwie. Tomcio buziaki od Uli Joasi Grzesia i od nas. Wojtusiu ciocia zjadłaby Twoje jedzonko nawet to dla psów… Tęsknimy za Wami. Bardzo chciałabym z Wami potańczyć…
    Niech Bóg ma WAs w swojej opiece.Asiu, Darku buziaki
    Tokarscy tez Was pozdrawiają
    Irenka

     
 

  • RSS