RSS
 

wpis 4 – polski

11 lut

Misja 3
Piatek, dzien 10

Zaraz po śniadaniu pakujemy busika – ma bagażnik na górze, idą tam nasze większe bagaże i dwa duże łóżka, które zawozimy na południe  Ekwadoru, do drugiego domu sióstr, niedaleko miejscowości Cuenca.

Cuenca – zgodnie z powszechna opinią – to jeden z najładniejszych rejonów Ekwadoru. Sporo mieszkańców z tamtej okolicy emigruje, nielegalnie, do USA, przez Meksyk, niektórym sie udaje, niektórzy umierają po drodze. W każdym razie ci, którym się udaje, wspierają swe rodziny w kraju – przesyłają pieniądze, pomagają budować  domy, budują także koscioły! Dzięki ich wsparciu właśnie siostry z naszego zgromadzenia od sierpnia zeszłego roku mają tam swój dom przylepiony do koscioła. Do nich właśnie zawozimy te łóżka, dla gości. Spodziewamy się deszczu, wszystko zatem owijamy folią.

Początkowo Pan Americana jest niespodziewanie szeroka i wygodna – 3 pasy ruchu w każdą stronę. Mijamy Quito jadąc z północy na południe – ponad 50 km, spory ruch. Po ponad godzinie  po lewej stronie dostrzegamy najwyższy czynny wulkan swiata – Cotopaxi, prawie 6000 m npm. Wystaje nad chmury, pokryty śniegiem, imponujący! Rozgladamy sie za lamami. Sa – dwie. I to wszystko. Spore rozczarowanie – przejeżdżamy całe ekwadorskie Andy i po drodze widzimy zaledwie 2 lamy. Zastąpiły je krowy, kozy i owce, jest trochę osłów i wołów używanych do transportu. I stoją takie krowy na zboczach gór – pewno im sie kręci w głowach od wysokosci, ale mleko dają.
 Za Riobambą droga sie zwęża, coraz częściej pojawiają się robotnicy pracujący przy jej naprawie. Wjeżdżamy w chmury, krajobraz się zmienia, zaskakuje nas bujna zieleń. Pierwszy deszcz, robi się chłodno i nam (po raz pierwszy tutaj). Tam gdzie naprawiany jest jeden pas ruchu – czekamy na sygnał od pracownika, czasem ponad 5 minut. Pod koniec, juz wieczorem zjeżdżamy za ciezarowka w dół – 10 km/godz. Niektóre samochody za nami, terenowe, wjeżdżają na przygotowywany pas – 40 cm wyższy od tego, na którym sie znajdujemy – betonowy, z wystającym na bok zbrojeniem, by po wyprzedzeniu ciężarówy – zeskoczyć z powrotem na nasz pas – ciekawie to wyglada. Ale my cały czas rozczarowani brakiem lam – czy w Peru też zniknęły? Dlatego  chyba tak mało tradycyjnych andyjskich wyrobów na targowiskach i w sklepach.

 Po jakims czasie przyzwyczajamy sie do widoków – piekne, majestatyczne Andy, co 10 – 15 minut wioska lub miasteczko – ze spowalniaczami na drodze, bialo-szarymi budynkami, maksymalnie 1-pietrowymi, Indianami  i Indiankami z dziećmi. Tam, gdzie pasą się jakiekolwiek zwierzęta, siedzi też ktoś, kto ich pilnuje. Ubogo, bardzo, wręcz ponuro.

W koncu, po 11 godzinach drogi – dojezdzamy. Jest juz ciemno, witaja nas serdecznie siostrzyczki. Stol obficie zastawiony, jest nawet wino (wloskie), ale Asia marzy tylko o toalecie – od polowy drogi jest lekko podtruta. No i zla wiadomosc – nie ma wody, awaria. Siostry byskawicznie daja nam jednak jakies wiaderko z zachowana woda i sytuacja (na jakis czas) uratowana. Nie pozostaje nic innego, jak po kolacji udac sie na spoczynek.

 

Sobota, dzien 11

Rano dowiadujemy sie, ze wody, wbrew zapewnieniom, nadal nie ma. Siostry cos zorganizowaly, i  w jednym wiaderku myjemy sie wszyscy jak potrafimy. Na chwile wchodzimy na internet, po raz pierwszy od naszego wyjazdu.  Wyruszamy, najpierw do miejsca objawien przy incaskiej gorskiej drodze do Guayaquil, ktore to objawienia mialy miejsce w 1997 chyba roku, nie sa jeszcze oficjalnie uznawane ale bardzo lokalnie popularne. S. Lenka jest tam po raz pierwszy, do tej pory nie miala czasu, by tam przyjechac. Ona ma swe obowiazki i swa wiare,  mocna, nie potrzebuje objawien, by ja potwierdzac. Mala ekspozycja ze zdjeciami, osoba ktorej Maryja sie objawia przyjeta przez Jana Pawla II, kilka stron informacji po hiszpansku. Przepiekne miejsce, w sam raz na objawienie, moze zdjecia to oddadza.
Zjezdzamy w dol do Cuenki i zwiedzamy katedry (nowa i stara – obecnie muzeum) oraz targ. Swietne witraze – z nich (i z ceramiki) slynie tutejsze rzemioslo.  Obiad jemy w jakiejs taniej budzie z lepiaca sie do butow podloga. Wracamy do naszych gospodyn – wieczorem mam miec tam msze z biskupem, odpust w parafii. Juz poprzedniego wieczoru w swietlicy  (tu z prawdziwego zdarzenia, sfinansowanej przez emigrantow) odbywaly sie jakies przygotowania. W oddali slychac muzyke i krzyki – ktos juz swietuje. Mieszkaniec domu naprzeciwko juz skonczyl swietowanie – lezy pijany na chodniku, dziecko patrzy na to z balkoniku i placze. Stoje po przeciwnej stronie ulicy i rozmawiam ze starsza Indianka. Pytam, czy aguardiente (wodka) tutaj to duzy problem. „Nie” – odpowiada. Robie jej zdjecia, bardzo jest z tego powodu zadowolona i mi dziekuje.

Tym razem ksiadz przyjezdza punktualnie – indianskie dzieci poprzebierane „po goralsku”, spiewaja i recytuja. Znowu duzo klaskania i spiewu. Komunie rozdaje s. Lenka – mysle ze w ten sposob ksieza wyrazaja uznanie dla wysilkow zakonnic – bez nich ewangelizacja zupelnie by tutaj lezala, tak wzrasta tez siostr autorytet. Caly czas przed kosciolem strzelaja fajerwerki, mamy wrazenie, ze dach wali sie nam na glowy. Po mszy jeszcze serenady do Maryi – zaspiewane z duzym ogniem i niezlym glosem – i spac. Jutro wracamy.

dary

Niedziela, dzien 12
Jazda i jazda, woda wrocila i moglismy sie troche lepiej umyc, ale klopoty z zoladkiem ma najpierw Tomek a potem Wojtek. U Asi lepiej. Ale nie wygada to (dla nas ) groznie, tylko siostry sie bardzo martwia. Zatrzymujemy sie nad laguna przed Quito – mala nitka torow kolejowych, nieco dalej przysypana ziemia. Miala tu kiedys miejsce katastofa – pociag zsunal sie do laguny. Na chodniku obok nas potezny (nie wiem skad takie sie biora) byk, na nim siedzi czlowiek i proponuje zdjecia. W nozdrzach byka metalowe  kolko.  

Poniedzialek, dzien 13
Zdrowie Tomka i Wojtka juz w porzadku, musimy tylko uwazac z dieta. Jak co poniedzialek dzieciaki odspiewuja hymn i rozchodza sie do klas.Tutaj posilek – chleb (bardzo tu nam smakuje) i mleko. S. Lenka uwaza, ze glodnym trudniej sie uczyc. Zreszta potwierdza to, o czym slyszalem i mowilem wczesniej – dla sporej grupy to jedyna szansa na regularne posilki. Dziewczeta (z internatu, ninas) od samego rana pracuja. Przygotowuja sniadanie, roznosza je, myja talerze, gotuja obiad, sa w klasie do pomocy nauczycielom (w tym takze nam, teacherom), sprzataja. Zajecia (zwlaszcza w najmlodszych klasach -z  5-6 latkami – to duzy wysilek. Jestesmy we dwoje, wspomagani czesto przez Tomka, a i tak mamy klopoty. U 5-latkow decydujemy sie robic zajecia 2 razy po 25 minut. Ale wracajac do las ninas, to nieprwdopodobne, ale caly czas sie usmiechaja, mimo obowiazkow, niezwykle serdeczne, ten okres spedzony z siostrami to dla nich prawdziwe blogosawienstwo, mysle, ze to taki slad, ktorego nic juz w ich zyciu nie wymaze. Jeszcze raz przypominaja mi sie chwile, gdy mowily  swych marzeniach. Czy sie spelnia? Jak potoczy sie dalej ich zycie, gdy skoncza tu edukacje i swoj pobyt? Sprobuje z kazda z nich zrobic maly filmik, w ktorym opowiedza cos o sobie, przeszlosci i planach na przyszlosc. Ale jeszcze nie teraz, musimy sie jeszcze lepiej poznac. Oby sie udalo. Lana, dziewczyna z Chorwacji, mowiac o swych marzeniach, mowila, ze wlasnie bedac tutaj, je spelnia. Dostala gorace brawa. Ja tez nie zaluje, ze o tym marzylem. 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS