RSS
 

cd – polski

18 lut

Wtorek, Dzień 14
Kilka wyjaśnień. Otóz nie ma tutaj dostępu do internetu, pierwsze wpisy do blogu przesłaliśmy z Cuenki, gdzie internet był, ale b. wolny. Dlatego pominęliśmy zdjęcia. Nowsze wpisy wraz z najciekawszymi zdjęciami chcieliœmy przesłać właśnie dzisiaj, z Quito, dokąd udaliśmy się (podwiezieni przez siostry) korzystając z wolnego dnia (wtorki na razie mamy wolne).Zatem zaczynamy zwiedzanie od Teleferiqo, kolejki wwożącej niemal na Pichinchę, wulkan tuż obok miasta, prawie 5000 m npm. Od stacji kolejki na szczyt Pichinchy trzeba dojść,  2 godziny marszu i to na sporej wysokości, tak że każdy krok to  wysiłek. Proces aklimatyzacji sie chyba jeszcze nie zakończył. Na górnej stacji kolejki (małe wagoniki, które zabierają po 6 osób) spotykamy polskich misjonarzy z ekwadorskiego wybrzeża oraz ich gości. Zatem Polacy są wszędzie. Tomek marudzi, chce mu się pić, zatem wracamy do restauracji, a Asia z Wojtkiem idą dalej. Po godzinie wreszcie wracają, umęczeni ale zadowoleni. Byli dość blisko Pichinchy. Zjeżdżamy na dół, gdzie chłopcy ciągną nas do wesołego miasteczka. Przede wszyskim gokarty! Potem próbujemy jeszcze samochodziki bum-bum, ale rano są nieczynne. Zatem taksówką (za 3 dolary) do centrum nowego miasta, do wiwarium. Bilety 3 USD dla dorosłego, 2 dla dziecka, a zwiedzania niewiele, uboguchno, ale strasznie – małe jadowite żabki no i wiele przeróżnych węży. Przewodniczka opuszcza nas po 5 minutach i dalej jesteśmy sami, oko w oko z nielicznymi ale groźnymi gadami i płazami. Oddziela nas od nich ledwie krucha szybka, drżąca przy dotyku.
Za przewodnikiem Lonely Planet (z 2007 roku) kierujemy się w stronę wybranej restauracji middle range (średnia cena). Przechodzimy przez nowe Quito, sporo nowoczesnych budynków, biur i samochodów (przede wszystkim Chevrolety, napotykamy także Chevroleta Corsę, są volksvageny Gol-e – takie mniejsze Golfy). Ale po półgodzinnych poszukiwaniach, okazuje się, że restauracji już nie ma (no hay) – jesteśmy zatem „in the middle of nowhere”, głodni i już mocno zmęczeni. Ale decydujemy się  na jeszcze jedno muzeum. Słońce praży mocno – dopiero wieczorem zdajemy sobe sprawę jak mocno, bo twarze mamy czerwioniutkie mimo faktoru 30 w kremie chroniącym przed opalaniem – wchodzimy do kolejnych kafejek, pijemy soki, ale ciągle zostajemy z nierozmienionymi pieniędzmi w studolarowym banknocie. Mamy nadzieję, że uda nam się je rozmienić w muzeum, bo to jedyne pieniądze, jakie mamy przy sobie – ale nic z tego! Nikt nie chce nam pomóc. Wsiadam do samochodu jakiejs mówiącej po angielsku senory, zawozi mnie do banku – tam na pewno rozmienią – mówi. – Potem wezmę taksówkę i wrócę pod muzeum. No cóż, nie do końca to się udaje. Po kilku wstępnych odmowach trafiam do szefa oddziału: System nie przyjmie nam 100-dolarówki – tłumaczy. To da się zrobić jedynie w banku centralnym, 20 minut stąd (samochodem!) A jest już prawie czwarta, godzina, kiedy zamykają banki, a poza tym nie mam przy sobie dokumentów (zeby mi ich nie ukradziono, tak doradzaly sisostry), a zapewne by ich ode mnie wymagano. Cóż, po raz kolejny zawodzi nas nasz książkowy przewodnik, nic w nim o takich trudnościach nie było. Siostry też zapomniały nas ostrzec. Zatem nie zostaje nic innego jak wykorzystac wariant awaryjny – dzwonimy (z pożyczonej nam komórki, nasza „no funciona alli”) do sióstr – po godzinie przyjeżdżają nas ewakuować… Z muzeum („Capilla del Hombre”, pokazującej cierpienia Indian z rąk konkwistadorów) korzysta jedynie Tomek, poniewaz ninos wchodzą gratis. Po 20 minutach wraca – nic ciekawego nie zobaczył. Decydujemy, że to już ostatnie muzeum w Quito, jakie chcemy zwiedzić,  bieda sektora publicznego pomimo podniesionych cen średnio o dolar w stosunku do tych podanych w przewodniku sprzed 3 lat jest dotkliwa, nie będzie tu miłych niespodzianek. Korzystniej będzie zaoszczędzone pieniądze zostawić siostrom.

Środa, dzień 15
We wtorek wieczór zmęczenie było totalne, dziś zaspałem na jutrznię o 5.20. Wstać tak wcześnie nie jest mi tutaj zbyt trudno, ponieważ chodzimy spac ok. 9. Dzisiaj jednak nie dałem rady.
Wracamy do zajęć szkolnych, nareszcie zajęcia wychodzą trochę lepiej u maluchów. W szkole ważny dzień, supervisor zatwierdza budynki szkolne, jeśli nie zatwierdzi, nie będzie zgody na dalsze funkcjonowanie szkoły w przyszłym roku. Nie ma jednak najmniejszej paniki, siostry pracują nad warunkami i nieustannie je polepszają, panuje zatem zupelny spokój. Nawet nie wszystkie wiedzą rano o tej wizycie.
Rozmowa z s. Maricą, prawą ręką s. Lenki. Jest to córka piłkarza z Paragwaju, niezwyle do niego podobna, także z charakteru, urodzona liderka. Bardzo pogodna, przebojowa zakonnica. W zeszłym roku przeszła  operację  raka mózgu, jest po chemioterapii, na slońce na dłużej wychodzi z parasolką, w grudniu zmarł jej 37-letni brat (grał w piłkę i nagle zasłabł, ojciec 3 dzieci). Opowiada o problemach, o których się dziś dowiedziała. Trójka dzieci z naszej szkoły jest molestowana seksualnie w domu, trzeba ostro zadziałać. „Mam sporo wrogów w okolicy – mówi – ale muszę zareagowac dla dobra dzieci”. Opowiada troche o dziewczynach z internatu. Każda z nich, gdy przygotowywały się do tańców Shuar (mamy nagrane filmiki!) chciała byc „chłopcem”. Życie mężczyzn u Indian – jak już pisałem – jest znacznie mniej uciązliwe niż kobiet, ma to też swoje odbicie w tańcu – kroki kobiet są monotonne i powtarzalne, znacznie więcej dzieje się w tańcu mężczyzn.

Czwartek w zeszłym tygodniu – o czym zapomniałem napisać – był „dniem kolibra”. Dwa razy widzielismy tego malutkiego, niebiesko-czarnego ptaszka z długim dzióbkiem tuż koło nas – najpierw w ogrodzie koło kwitnącego bananowca, potem wracając ze mszy, przez okno samochodu. Ciekawe, co zdarzy się jutro… Ileż śmiechu i radości w czasie kolacji! Siostry chichotki po raz kolejny udowadniają, że nie na próżno je tak nazwałem. Obawiam się, że w domach wokół nas tej radości się nie doświadczy. Choć po dzieciach, gdy już są w szkole, smutku specjalnie nie widać, na szczęście.

Czwartek, dzien 16
Po zajęciach ja z Wojtkiem udajemy się do Calderonu – najblizszej miejscowosci z internetem. I tu od razu musze przeprosić za nieregularność wpisów, która może zniechęcić nawet najbardziej wytrwałego czytelnika – ale do tej pory nawet wycieczka do Calderonu w natłoku zajęć nie była możliwa. Jedziemy autobusem, który zatrzymuje się wzdłuż swojej trasy na żądanie w dowolnym miejscu, a widząc przed sobą przechodniów trąbi, bo może akurat chcą się zabrać. Opłata wynosi 25 centów, biletów się nie wydaje. Kierowca wraz z konduktorem rozliczaja się pod koniec dnia z włascicielem, płacąc mu stałą kwotę, im więcej poza tym utargują, tym lepiej dla nich. W Calderonie znajdujemy kawiarnie internetową, gdzie spędzamy ponad godzinę zrzucając zdjęcia na naszą stronę. Potem zakupy w supermarkecie – płatki śniadaniowe, jogurty, proszek do prania i słodycze – przeciez to tłusty czwartek. Słodyczami pod wieczór częstujemy siostry i dziewczyny – w zamian – od dziewczyn także dostajemy czekoladę. Prosto z Calderonu na mszę na piątą, dzis Matki Boskiej z Lourdes. Jest to msza z chrztem. Tutaj ksiądz bardzo bezpośredno zwraca się do zgromadzenia. Gdy pyta: Czy chcecie, by to dziecko zostało przyłączone do społecznoœci chrześcijańskiej. Musimy wyraźnie odpowiedzieć:”Si”, ksiądz nie popuści. Potem głośno wyrzekamy się grzechu i szatana i wyznajemy naszą wiarę. Na koniec ceromonii, po obfitym polaniu główki dziecka z kubka i namaszczeniu krzyżmem św. wszyscy biją brawo. Chrzczony jednoroczniak ubrany jest w biały, marynarski kostium, białą szatę stanowi marynarska czapka.

Piątek, dzieñ 17
S. Lenka zabiera nas zaraz po naszych zajęciach do el Quinche. Tu znajduje się santuario nacional, najważniejsze sanktuarium w Ekwadorze, z figurką Matki Boskiej z 16. wieku. Figurka ta początkowo znajdowała sie w innym, niemal niedostępnym miejscu na zboczach przepaścistych Andów – tam zasłynęła licznymi cudami, pierwszymi na ziemi ekwadorskiej od czasów przybycia tu Hiszpanów, po czym za zgodą biskupa została przeniesiona tutaj (ponad godzinę jazdy na północ z Quito), by ułatwić licznym pielgrzymom dotarcie do niej. Gdy wjeżdżamy akurat odbywa się karnawałowa parada –  tłumy wystrojonych paradników i widzów, dużo hałasu.
Po powrocie chłopcy uczestniczą w wojnie na wodę z dziewczynami – taka to tutaj tradycja karnawałowa, zauważyliśmy to już w Calderonie. Sporo uciechy, pisków i krzyków. Mamy zdjęcia. Wieczorem znowu msza w sąsiedniej wiosce – podjeżdżamy pod peaje, zostawiamy samochód dla bezpieczeństwa na podwórku u znajomych sióstr i dalej idziemy na piechotę, ścieżką wzdłuż Panamericany. Zapalają świece, przychodzi ksiądz. Jedna świeca uparcie odmawia zapalenia. Kazanie znowu bardziej o tym, co znaczy słuchać głos Pana, a nie o błogosławionych ubogich. Czemu tak trudno mówić ubogim, że ubóstwo może być błogosławieństwem?

Sobota, dzieñ 18
Wycieczka – wraz z kilkoma dziewczynami, do la Mitad del Mundo – miejsca, gdzie przebiega równik. Tropami W. Cejrowskiego. Ciekawa ekspozycja chat i sprzętów Indian Shuar, są preparowane przez nich głowy, dmuchawki. Oprócz tego niezwykle ciekawe doświadczenia z wodą – na równiku przy spuszczaniu wody nie powstają żadne wiry, woda spływa pionowo, na półkuli południowej woda wiruje zgodnie ze wskazówkami zegara, na północnej przeciwnie. Modele zegarów słonecznych. Wracając spotykamy po raz pierwszy w akcji naszych znajomych producentów i sprzedawców lodów – przy „paeje” – miejscu, gdzie tworzą się kolejki samochodów płacących za Panamericanę. Poznają nas. Jesteśmy umówieni na wieczór.
Tym razem nie ma z nami s. Lenki i don Luci z gitarą, jest Chorwatka Lana i s.Patrycja. Wszystko przebiega podobnie, jak za pierwszym razem. Zaczynamy od tańca i śpiewu, potem katecheza – teraz o częsciach mszy świętej. Czytania z ewangelii na niedzielę – 8 błogosławieństw. Siostra prowadzi spotkanie bardzo sprawnie, sporo przykładów z życia
wiele śmiechu. Robię zdjęcia. Na koniec zapraszają nas na wtorek na 5. – na zabawę karnawałową.

Niedziela, dzien 19

Dziś wyjeżdżamy do Esmeraldas, nad Pacyfik. 7 godzin jazdy, mieszka tam Padre Marcelo z Włoch, w poniedziałek przypadają jego 71. urodziny. Aby tam dotrzeć, trzeba zjechać 2500 metrów w dół i stawić czoła tropikom w porze deszczowej. Przyroda zmienia się w sposób fantastyczny, najpierw jesteśmy w cloud forests, stale okrytych mgłą lasach porastających nieco niższe partie gór. Może uda nam się pod koniec pobytu pojechać do Mindo – żeby zobaczyć żywe i wykluwające się motyle. Teraz koło Mindo tylko przejeżdżamy, nie ma czasu, by się zatrzymać. Po 2 godzinach jazdy przed naszymi oczami jawią się sady z afrykańskimi palmami – nie tymi rodzącymi kokosy, ale inne owoce, z których wytwarza się olej. Sporo też plantacji bananów. Zatrzymujemy się przy przydrożnym bazarze, by zakupić owoce dla Padre i chłopców, którymi się opiekuje. Duży wybór, wielu owoców nie znamy, kupujemy takie większe truskawki z kolcami do spróbowania, częstują nas różnymi rodzajami bananów.Różnica w smaku jest odczuwalna, ale zawsze wiadomo, że to banan. Te smażone również, choc trochę bardziej kwaskowe. Jedziemy dalej, co chwilę zamykając okna, by nie zostać oblanymi przez zabawiających się ludzi, przeważnie młodych, ale nie tylko. Wjeżdżamy w małe, błotniste uliczki wioski przy miejscowości Esmeraldas – ludzie patrzą na nas z ciekawością. Sam bym się tu raczej nie zapuszczał. Stajemy przed jednym z okazalszych domów, dwaj mlodzi Murzyni otwierają bramę (tutaj przeważająca liczba mieszkańców to potomkowie niewolników przywożonych przez stulecia do pracy na roli, przy uprawie bananów – są rzeczywiście zdecydowanie wyżsi i silniejsi od ekwadorskich Indian). Dom padre Marcelo – pzeznaczony dla 5 osób, dziś musi pomieścić ponad 20 – goszczą tu bowiem także mieszkancy jego poprzedniej parafii, kilka rodzin z Guayaquil, największego miasta i portu w Ekwadorze. Ogromne zamieszanie – zupełnie nie wiemy, kto jest kim, czyje to dzieci. Trafiamy do naszej sypialni – panuje tam spory zaduch, nic nie pomaga otwarcie okna wychodzącego na przedpokój. Ledwo coś zjedliśmy, a już trzeba jechać dalej. O 5. msza u sióstr misjonarek z Włoch. Po drodze wysadzamy jeszcze kilka osób z dziećmi, które jadą zobaczyć karnawał w centrum miasta.

Kiedy wjeżdżamy na otoczony płotem teren na przedmieściach Esmeraldas, uderza nas piękna, zadbana roślinność, w klatkach dostrzegamy małpy i ptaki, na wybiegu  płochliwe strusie. Kościół na szczycie wzgórza, nowy ale bardzo estetyczny. Kopia kościoła z Loreto z Włoch. We mszy uczestniczą przede wszystkim podopieczne sióstr, które trafiały tutaj różnie, także przywożone przez policję. Padre Marceli bardzo pochlebnie wyraża się o pracy tych misjonarek, porownuje ich prace do parcy s. Lenki i jej zgromadzenia Na koniec, po mszy – gospodynie częstują nas słodyczami i piciem. Teraz jedziemy do centrum – padre Marcelo opowiada silnym, przyzwyczajonym do posłuchu głosem o terenach, przez które przejeżdżamy. Jest juz ciemno, wokół tłumy kłębiące się przy kawiarenkach i różnych budach z jedzeniem, piciem i muzyką. Musimy tu jakoś odnaleźć gości księdza. Kilkadziesiąt metrów od nas koncert muzyki i tańca afro, dziko brzmiące rytmy. W końcu odnajdujemy zagubionych i wracamy do domu. W busiku po mojej lewej ręce śpi Tomek, po prawej jakieś murzyniątko. Tak kończy sie dzień.

Zaczyna się noc. W pokoju 28 stopni Celsjusza, hałasy z ulicy i z domu, na dodatek komary. Tomek ma ogromną frajdę, że w lutym śpi w samych majtkach pod albo raczej obok – prześcieradła po czym  zasypia szybko i śpi spokojnie. Wojtek stwierdza: „Nie chcę tu być. Wracajmy jutro, z dziewczynami jest fajnie.”

Mam wrażenie, że nigdy nie zaśniemy. Udaje się nam to jednak wszystkim jeszcze dobrze przed świtem. 

dom przy drodze

Poniedziałek, dzień 20

Po śniadaniu padre zasiada na rowerek treningowy, żeby zrzucic zbędne kilogramy. W tym klimacie potrzeba na to silnego charakteru. Przed trenującym telewizja nadająca  (głośno) włoski program – mówia o wypadku kolejowym w Belgii. Obok niego, na wprost telewizora rozwieszony na stałe hamak. Jest jeszcze jeden taki, przed wejściem do domu, stale przez kogos zajęty.  Co chwila, jescze głośniej od telewizora, brzmią rozkazy wykrzykiwane przez padre do chlopców – prowadzi ich silną ręką, ale też trzeba im powiedzieć, co mają zrobić, sami inicjatywy nie wykazą. Poprzedni wychowankowie padre uczą się dalej w Quito lub pracują na pół etatu i do tego się uczą, padre pomaga im zdobyć zawód. Marco, który jest teraz przy nim, z nauką ma ogromne kłopoty. „Gdy mu mówię, co ma zrobić, pamęta tylko przez chwilę, zanim dojdzie do końca tego stołu, juz zapomina.” – tłumaczy padre Marcelo.

Jest tu przy padre także najmłodszy chłopiec (poprzedniego dnia, dodając sporo do mego zamieszania powiedział wskazując na 7-letniego Alejandro: „Esto es mi ultimo nino” – to moje ostatnie dziecko. Wtedy nie bardzo rozumiałem. Później mi wyjaśniono: ktoś podrzucił mu tego chlopca, jego matka mieszka z mężczyzna, który przy Alejandro miał powiedzieć: Nie chcę go tutaj. Padre pyta Alejandro o jego najwieksze marzenie: „Zobaczyć mamę” – odpowiada. Chlopiec nie potrafi zasnąć, dopóki nie zgasna światła w domu padre Marcelo. Boi się, że padre Marcelo go porzuci. Ciągle moczy się w nocy.

Jedziemy na plażę. Niedaleko, 20 minut. Najpiękniejsza plaża, na jakiej kiedykolwiek byłem, dzika,  nieopodal domki rybaków. Szeroka jak w Stilo koło Łeby, puściutka. Rybacy wychodzą z domu i udaja się na połów. Transportują łódkę z brzegu do morza. Wrócą wieczorem, nie narzekają, sporo tu ryb i langust. Chatka, w której mieszkają, niezwykła dla nas, choc bardzo typowa tutaj – jakieś 5 m na 5 metrów, z drewna (choć zdarzają się także z trzciny lub cegieł – takie mają nawet prąd), ze względu na dużą wilgoć stojąca na palach –  wysokich na kilka metrów, z przystawioną drabiną lub schodkami, bez szyb w otworach okiennych. W ciągu dnia życie toczy się na zewnątrz, w cieniu niskopiennych palm kokosowych lub na ziemi tuż pod podłogą izby (bo to chyba jedna tylko izba, bez podziału).  Gdy się jedzie koło takich domków najczęściej widać piorące kobiety, i stadko dzieci bawiących się wokoło lub siedzących i patrzących na przejeżdżające samochody. Mimo, że jesteśmy przy domku rybaków nie czuć smrodu ryb. Pacyfik spokojny, tylko woda błotnista, wymieszana z tutejszą ziemią. Ale jaka ciepła! – siedzę tam ponad 2 godziny i wcale mi się z niej nie chce wychodzić. Więcej powiem, zaraz po wyjściu chce mi się do niej natychmiast z powrotem wskoczyć. Mnóstwo krabów, pająków i inych stworzeń morskich i lądowych. Znajdujemy kilka ciekawych muszli. Urządzamy także wyścigi po plaży.

Po obiedzie jedziemy na inną plażę, turystyczną. Tu mnóstwo ludzi – ostatnie 2 dni karnawału w Ameryce Łacińskiej są oczywiście wolne od pracy – teraz jest czas na zabawę i to – jak chcą tego mieszkańcy Esmeraldas – najlepszą nad Pacyfikiem. Przy plaży kawiarenki i inne stargany ze wszystkim, co się nadaje do jedzenia i picia. Wskakujemy do wody – duża frajda, bo rozbijające się  fale są całkiem spore.

Wracamy do domu z tortem i prezentem (koszulka XXL) dla padre. śpiewamy sto lat we wszystkich dostępnych językach i długo siedzimy i rozmawiamy. Nikomu nie spieszno do sypialni.
Kolejna noc. Bez komentarzy.
PS

Jednak z komentarzem. Przechodzi ogromna ulewa, jakiej od lat tu nie widziano – kolejne doświadczenie. Temperatura wewnątrz  naszej sypialni  nie spada – nadal 28 stopni.

Wtorek, dzieñ 21
Trochę poprzeciekał dach, nasze łóżko mokre, jeden plecak też, ale nie mamy co narzekać, inni mają pozalewane całe domy. Ruszamy, żeby  przed powrotem (upragnionym!) w Andy zdążyć jeszcze na siódmą na mszę u mieszkających nieopodal sióstr. Gdy przejeżdżamy przez mosty woda niemal sie przez nie nie przelewa. Istnieje niebezpieczeństwo podmycia. Nieco dalej okazuje się, że droga nieprzejezdna – ziemia – częsty to tutaj przypadek – osunęła się na jezdnię, ponad pół metra błota na długości kilkudziesięciu metrów. Nie ma szans – potrzebny  ciężki sprzęt, a dzisiaj wszyscy świętują. Może jak przestanie padać jest mała nadzieja. Ale czy przestanie? W sezonie deszczowym potrafi lać  kilka dni bez przerwy…
Czekamy, Asia dość załamana, Wojtek nic nie mówi, Tomek wciąż pyta i nie może uwierzyć.
- Czy to jedyna droga, by się stąd wydostać?
- Jest jeszcze jedna, ale jak dotąd nie przejechał nią żaden autobus – odpowiada padre, odkładając telefon.

Po godzinie dobra wiadomość, wciąż jeszcze trochę pada, ale wody w rzekach opadają. Spróbujemy okrężną drogą, może nam się uda! Asia uśmiecha się z nadzieją.
Przejeżdżamy przez zalane wsie – ludzie uprzątają szkody. Eskortuje nas witany serdecznie padre  – przez 15 lat był tu proboszczem,  (w sumie jest w Ekwadorze 36 lat, nie przyleciał samolotem, ale płynął 24 dni statkiem). Dzieci pływają po ulicach zamienionych w rwące rzeki, woda w jednym ze sklepów po pas, ale sklep otwarty. Business is business. Szkód wielkich nie ma, bo i majątku tu żadnego. Tyle, że uciążliwość, ale i odmiana. Po drodze kilka osób usuwa jakąś mniejszą lawinę błotną z drogi – za to oczekują od przejeżdżających datków. Po chwili jednak nasze nadzieje gasną – dalej już nic nie pojedzie. Jest 11.40, niezbędny ciężki sprzęt pojawi siê tutaj (w wersji optymistycznej – najwcześniej o 3., w wersji pesymistycznej – dopiero nazajutrz). Wracamy.

Dobre wieści w domu. Nasza pierwotna droga bedzie wkrótce oczyszcona, ciężki sprzet pracuje, poczekamy. Zatem czas na obiad i w drogę. Biedna s. Lenka – ona tu jest kierowcą.

Rzeki błyskawicznie opadają, ludzie jakby nigdy nic zabierają się do oblewania przejeżdżających wodą. Zatem normalnie. Tylko jeden spory błotny korek – widzimy autobusy balansujace na krawędzi drogi i błotnistej mazi – ale wszystkim jakimś cudem się udaje – dalej jedziemy normalnie. W misji spotykają nas radosne siostry i dziewczyny. Jak dobrze, że wróciliśmy!

 

 

Sroda dzien 22

  Sroda popielcowa. Siostry rano jedzą chleb z wodą, posiłek popołudniowy (okolo 13., po zapakowaniu większoœci dzieci do samochodów, część 2-3 latków zostaje dłużej, do 15., śpią sobie u nas wygodnie czekając na powrót rodziców do domu) to normalny obiad (dziś jajko sadzone z papryką i ziemniakami), wieczorem gotowane warzywa. O 17. msza – okazuje siê jednak, że ksiądz nie dojedzie, przybywa tylko diakon, odprawia liturgię słowa. Inaczej niż u nas, nie posypuje głów popiołem, tylko robi wyraźny, czarny znak krzyża na naszych czołach.

 Wojtek coraz więcej czasu spędza z dziewczętami, nawet wieczorem stoją razem na patio w kregu i rozmawiają. Zamierza jutro wstać przed 6. aby wczeœniej niż zwykle zacząć im pomagać. Tomek będzie pracować z Don Luca przy wytwarzaniu metalowych okien do nowo zbudowanej części edukacyjnej.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. pawel wrabec

    19 lutego 2010 o 13:07

    Kochani,

    Wasz link zostal podlinkowany do portalu Opoka:

    http://www.opoka.org.pl/zycie_kosciola/misje/

     
  2. Jola

    21 lutego 2010 o 22:31

    Kochani! Z zainteresowaniem czytamy wszystkie wpisy na blogu, myślimy o Was i łączymy się z Wami w modlitwie. W piątek mamy spotkanie u Agaty, będziemy modlić się za Was, siostry i dzieci. Czekamy na filmiki. Uważam, że to bardzo dobry pomysł, będziemy mogli lepiej poznać dziewczęta.
    Pozdrawiam,
    Jola z rodziną

     
 

  • RSS