RSS
 

Archiwum - Marzec, 2010

pożegnania

30 mar

Sobota, dzień 39

Ostatnia wizyta w świetlicy u wytwórców lodów. Tego wieczoru s. Lenka ma dla naszych gospodarzy prezenty – nowiutkie biblie.

„Los Polacos pomogli nam je ufundować, są tutaj z nami już ostatni raz.” – tłumaczy

„Czy wrócicie?” – pada pytanie.

„Naturalnie” – odpowiadamy.

Dziękują za prezenty, widzę po ich twarzach, że jest to dla nich duża sprawa. Podchodzą do mnie, bym się podpisał – rozumiem, że jako nowy przyjaciel, którego na jakiś czas żegnają, lecz który zostawia po sobie cenną pamiątkę. 

„Ale to nie on jest autorem tej książki” – śmieje się Asia. 

Lecz to dla wszystkich tutaj jest chyba oczywiste. Częstują nas chlebem i herbatą. Rozumieją, czemu nie dotarliśmy dwa tygodnie wcześniej na zakończenie karnawału. Podchodzi do mnie starszy pan z siwym wąsem, którego widzę po raz pierwszy. 

„Pracuję w hydroelektrowni na północy, przyjeżdżam do rodziny rzadko. Ale chciałbym pana prosić o książkę, która pomoże mi w pracy” – mówi. 

Ale narozrabiałem, podpisując się w biblii! – myślę. – Teraz mnie pokarało.

„Siostra Lenka” – rzucam dość rozpaczliwie i ciągnę go za sobą. Może do nieporozumienia dochodzi na linii językowej? – czepiam się tej nadziei. 

„Ten pan chce również otrzymać biblię” – tłumaczy mi s. Lenka.

„Też chcę dostać tę książkę, żeby zmieniać me życie” – wyjaśnia ostatecznie i odchodzi, nowy i dumny czytelnik Słowa. A ja? Najpierw chcę mu podpowiedzieć, żeby zaczął od Nowego Testamentu, że tak poza tym to mogą być problemy, że to w zasadzie wspaniałe, ale… Ale patrzę w ufne oczy hermany Lenki i przestaję się martwić. Będzie dobrze – myślę, i uśmiecham się, bo wiem, że cytuję JPII z prywatnej rozmowy z polskim dominikaninem  na kilka miesięcy przed śmiercią papieża. I czuję się już trochę bardziej jak misjonarz.

Niedziela, dzień 40

Wykład padre Antonio, jak zawsze poruszający, również o tym, dlaczego trzęsienie ziemi w Chile nie było żadną karą bożą i dlaczego mamy się nie martwić: „Wyjeżdżacie już jutro, szanse na trzęsienie u nas do jutra są znikome” – uśmiecha się Włoch. Po czym, już na mszy, dopowiada: „Bądźcie misjonarzami także w Europie, Europa też potrzebuje misjonarzy.” 

[Rano była jutrznia, w której uczestniczyły wszystkie dziewczyny, więc ja także. Siostra Sandra podczas modlitwy powszechnej prosiła, za moją rodzinę, za mnie, żebym mógł wrócić na tą misję za rok na rok, popatrzyłem się na nią zaskoczony. Po południu zaczęła się fiesta na nasze pożegnanie. Każda dziewczyna przygotowała pożegnalne słowa dla nas i czytała je na środku sali. Dziewczyn było piętnaście, więc i piętnaście tańców wykonanych przez nie, później tańczyli wszyscy. Po fieście (skończyła się w miarę późno) długo jeszcze siedziałem na dworze i przytulałem się na dobrznoc już po raz ostatni w tym roku. Dziewczyny domagały się potwierdzenia złożonej już wcześniej przysięgi, że wrócę.]

[Wojtek] Janet, Karina, Diana

Karinawitamy na pożegnaniu

 

Poniedziałek, dzień 41

[Cały ranek spędziłem w klasie pierwszej, u siostry Tati, z Kariną i Marielą. Przy okazji zrobiłem kilka zdjęć ninas, siostrom, a także ninos ze szkoły. Po obiedzie zaczęliśmy się (niechętnie) przygotowywać do wyjazdu. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia, otrzymałem ostatnie listy i prezenty. Zaczęliśmy się pakować do busa. Na pożegnanie dzieczyny składały nam życzenia i przytulały się. Później szybko uciekły, mama mówiła, że poszły płakać, ale ja podejrzewałem coś innego. Odjechaliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się w Calderonie,  siostra Lenka odebrała małe prezenty ze sklepu. Dojechaliśmy na lotnisko, a tam (ja domyślałem się, że tak będzie) czekały na nas dziewczyny, a z nimi kolejna fala pożegnań - przytulania się - MOCNO - mówiła siostra Marica - to już ostatni raz w tym roku.]

[Wojtek]

Prezenty, miłe sercu drobiazgi, listy, pamiątki. Ileż tego. Ile uścisków, pocałunków, przytuleń.

Don Darek, no se vaya – mówią niektóre dzieciaki. 

Necesitamos, pero vamos a volver – odpowiadam i faktycznie wierzę, że niedługo tu wrócimy. Mam wspaniałego sojusznika w osobie Wojtka, który dzielnie znosi dzisiejsze rozstania, ale będzie też zaraz napierał na powrót. Opozycja? – nie istnieje. Jedynie szara materia, brak funduszy, ale to nic, bierzemy się do solidnej pracy i żyjemy oszczędnie. I wracamy. Do radosnych, roześmianych przyjaciół, którzy mimo niezwykle trudnej przeszłości i mocno niepewnej przyszłości zachowują taką pogodę ducha jakiej nie widziałem nigdzie indziej. Są w nich wiara, nadzieja i miłość. Czy trzeba czegoś jeszcze?

Adios, mis amigos. Adios. 

grupa 3 (najstarsza) przedszkolaklasa 2klasa 3klasa 4klasa 1grupa 2 przedszkolagrupa 1 przedszkolaklasa 1DianaKarina, s. Rosa, jaKarina i jaTomek i MayaJonatan, Veronica, Fernando, TomekKarina. Maya, MarielaKarina, Maya, ja, Marielaninas + ja

 

 
[We wcześniejszych wpisach pojawiły się zdjęcia. Przepraszam za trochę jednostronny wybór zdjęć (starałem się go ograniczyć).] [Wojtek]

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

english 3

09 mar

English3

Dear friends,
again I did not keep my promise of writing and again I’m asking you for understanding. There is so much to write about and it takes most of my free time to complete the blog in Polish. Besides, being a family man carries some additional responisibilities thus limiting my time for contemplation and writing. Anyway, once we are back in Poland I promise to try and translate some of my Polish blog entries to you. Anyway, thank you very much for your notes on the blog – being aware that you are interested in what is happenning here gives an additional dimension to what we are doing!

It is Friday, March 5 today. With just a few days to go (we are leaving for Barcelona on Monday evening) it is time to analyse what we have managed to do and see here. Definitely, it has been a time of blessing for us. As I have already written we all feel that we have been receiving much more than we have been able to offer. All the kindness and warmth on the part of the sisters and ninas has had (I hope)  an indelible influence upon us all. The change can be easily seen in the smiles of Wojtek, first of all, and his determination to come back to the mission as quickly as possible. Tomek has also proved to be very brave, facing the hardships of travelling, different food and climate. As concerns me and Joanna, we have grown stronger in our determination to share more with those in need.

We believe that the job the sisters are doing is absolutely necessary and their choices of priorities are just right. Since Ecuador is a country of resources and moderate climate (at least high in the Andes) the people should be able to live  sustainable lives of reasonable comfort. Why it has not been as it should have been with so many of them is a matter of another consideration and my knowledge on the subject is of a limited nature at the moment. Sill, I am convinced that those of them who are most desperate, and to whom the sisters have turned all their hearts and attention, are being helped by our missionaries in the best possible way. The hermanas are trying to show them the importance of faithful family life, help them with problems of alcoholism, show them (by the example of their own lives) Christ and His love and they also  take care of their children and provide the little ones with necessary food and education, try to form their character, strengthen their will and perseverence. The job may often seem „mission impossible”, but miracles do happen and I think I have witnessed such a miracle with some of the ninas and ninos happening here – thank you my Lord!

Being here has offered me an opportunity to see some people giving their lives to help others. What is most astonishing of all for me is that this sacrifice is not understood as sacrifice by the sisters and so many others doing their missionary job. It comes as something very natural, and the feeling of sacrifice is – it seems – not being felt. Still, their lives are  full of joy (I’d risk to say they are  even more cheerful than most of us are in  our normal family lives without such an obvious sacrifice), and although they are only human and everybody here has their moments of weaknesses, it is life in a form close to its fullness and completeness.

I presume it is our common experience, that offering ourselves for the sake of others brings you happiness, still we do not often take the risk to live our lives as constant offering, one wonders why. Here I have seen that such life is possible, and that the happiness derived from it may be extremely intense, making our lives fuller of sense and joy.

Once again, thank you for your prayers!

I hope to hear from you soon.

darek

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja ostatni wpis

06 mar

misja 10

wtorek, dzien 35

Siostry podwoza nas na poludniowy dworzec autobusowy w Quito (przypominam, ze stolica Ekwadoru rozciaga sie ponad 40 km z polnocy na poludnie, wcisnieta pomiedzy nie tylko wulkaniczne szczyty Andow). Jestesmy zaskoczeni wygladem dworca, niezwykle nowoczesny, czysciutki, doskonala informacja. O tym, ze nasz autobus jest gotowy do odjazdu dowiadujemy sie z okrzykow jednej z kasjerek „Banos, Banos”. Wiemy zatem, gdzie sie zaopatrzec w bilety i w ktora strone podazyc.

 W autobusie ( z napisem w srodku: usmiechnij sie, Jezus cie kocha) spedzamy cztery godziny. Spora czesc tego czasu ogladamy film (meksykanska historia o mlodych ludziach uwiklanych w gangi, film konczy sie wraz ze smiercia ostatniego z bohaterow – Tomek prostuje, ostatni bohater przezyl jednak), ale znacznie ciekawsze (dla mnie, nie dla Tomka) sa czeste wizyty sprzedawcow wszelkiego mozliwego towaru. Sprzedawca taki wsiada do autobusu, nadaje pokrzykujac ile sie da, wtyka rozne pakieciki do rak podroznych po czym odbiera – pakieciki lub pieniadze i wyskakuje, ustepujac miejsca kolejnemu. I tak w kolko. Niektorzy – bardziej ambitni, robia przy tym wyklady – sporo sie dowiedzialem w tej podrozy o pasozytach ludzkich – znacznie wiecej niz na lekcjach biologii dawno temu w szkole.  Dla zainteresowanych: jest juz doskonaly srodek na pasozyty prosto z amazonii, pomaga przy tym obnizyc cholesterol. Mozna go nabyc na linii Ambato- Banos. Cena przystepna.

Banos to rewelacyjnie polozona miejscowosc (troche otoczeniem przypominajaca Miedzygorze), gdzie kilka lat temu ruch turystyczy niemal sie nie zalamal po wzmozeniu aktywnosci pobliskiego wulkanu Tungurahua. Teraz sytuacja sie unormowala i turystow znowu sporo. Ale poniewaz jest to srodek tygodnia miejsca w hotelu pod dostatkiem. Ceny wyzsze niz przed 4 laty o 3 dolary, ale „Plantas i Blanco” to oryginalny hotelik z kawiarnia na dachu i z darmowym dostepem do internetu. Przepyszne sniadania (Asia, poniewaz jest na diecie, zamawiala podwojne, no bo skad mogla wiedziec, ze daja tak duzo. Zreszta my tez nie bedac na diecie zamawialismy podwojnie i od stolu wstawalismy z duzym trudem – polecamy podwojne nalesniki z owocami, smietana i cukrem z trzciny, moga tez byc owoce z jogurtem i platkami, tosty kubusia puchatka, no i w zasadzie wszystko inne tez). Obiady w restauracji tez pyszne i sycace, o 10 % drozsze niz widnieje to w karcie, podatek niespodzianka, aby wspomoc trawienie. Po posilku wskakujemy do wody – do tej tylko na chwile, bo parzy, do tamtej na jeszcze krocej, bo lodowato, w tej jest przyjemniej, ale tloczno. Najfajniej, ze juz wieczor, tlum miedzynarodowy, wysoko w gorze oswietlony krzyz, lekko na prawo i troszke wyzej – to juz gwiazda. Nieprawdopodobne.

sroda, dzien 36
Prawie mi sie udalo! Ale nie do konca. Poczekam do nastepnego razu, wtedy tak latwo nie odpuszcze. Mowie oczywiscie o podrozy do prawdziwej dzungli – stad juz naprawde niedaleko, jak sie zjezdza z Banos do Puyo widac niekonczace sie morze drzew. Jednak Tomek mowi w koncu zdecydowane „nie”, i na zorganizowana (jednodniowa) „wyprawke” do selwy przyjdzie jeszcze poczekac.  A jak sie zjezdza z Banos do Puyo widac tez cos innego, wszyscy chca robic interesy na gringos. (Czytaj: na nas) Ciekawie ksztaltuja sie tu ceny biletow, trzeba sie sporo wyklocic. A i w autobusie nie ma juz nic o usmiechu i Jezusie. Jest za to: „Nie niszcz siedzen”.
Jednak najciekawsze za oknami – roslinnosc zmienia sie jeszcze okazalej, niz gdy zjezdalismy do Esmeraldas.  Zielono i egzotycznie.
Zaraz na dworcu w Puyo podchodzi do nas wlasciciel firmy turystycznej – don Marco. Proponuje wycieczke, pokaze najciekawsze okazy flory i troche z fauny. Tez te najciekawsze, malpy i papugi. No i jeszcze gwarantuje splyw canoe. Moze tez byc dalej i drozej. Decydujemy sie na taniej i blizej. I rzeczywiscie po 10 minutach drogi w malenkim i starenkim fiaciku (Gdzie on nas wiezie? – Asia; Czy nic nam nie zrobi – Tomek) docieramy do domku w dzungli. I tu jest bardzo ciekawie! Ja nie uwierze nikomu, kto by mowil, ze na ziemi jest cos ciekawszego od lasow tropikalnych. Zwiedzanych z dobrym przewodnikiem, a takim na pewno jest don Marco. I w koncu nie boimy sie juz wiecej (mowie o innych, ja bylem oczywiscie odwazny od poczatku), gdy czestowal nas tropikalnymi owocami i oferowal do zabrania liscie (schowalismi skrzetnie, bedziemy suszyc i parzyc w domu, odwaznych juz zapraszamy). Zaproponowal cos jeszcze – moze nam wybudowac u siebie (5 hektarow lasow, przez teren przeplywa rzeka, taka Czarna Hancza, bez piranii, plywalismy po niej i o malo co w niej – canoe) dom i razem poprowadzimy business, a przynajmniej tu zamieszkamy. Vamos a ver! – ciekawych zapraszam do nauki hiszpanskiego w celu przetlumaczenia powyzszego.  
Na koniec nasz przewodnik obdarowuje Tomka maczeta i po wymienieniu sie adresami i usciskami – zegnamy go, by zwiedzic miasto. Samo Puyo nie jest specjalnie ciekawe, daja dobre soki, ludzie sa sympatyczni i wyraznie sie nie spiesza (nawet samochody na siebie tak nie pohukuja), ale gdy docieramy nad rzeke, by pomoczyc nogi, to jest brudno i nieciekawie. I na nic nie zdaja sie zaklecia Tomcia, ze wykarczuje nam maczeta wygodne dojscie, Asia i Wojtek sie uparli i maczety tym razem nie uzyjemy.
  W drodze powrotnej takze musze walczyc o zwrot 2 dolarow za bilety u konduktora, ale o wszystkich niedogodnosciach zapominamy delektujac sie pyszna pizza, lodami, ciastem (dosc dietetycznym, choc z cukrem i cynamonem) i owocami w restauracyjce prowadzonej przez amerykansko (ona) – ekwadorska (on) pare. Juz w Banos, rzecz jasna. On jest zachwycony tym, ze mieszka tutaj, niskie koszty zycia, wygoda, piekno przyrody. Szczesliwy facet. Milo sie z takimi gada. Tego wieczoru jest troche mniej milo z Wojtkiem i Tomkiem. Moze sie to zmieni, jak zamieszkaja w dzungli? Warto sprobowac?

czwartek, dzien 37
Wojtka ciagnie nieodparcie do las ninas, wstaje zatem przed 6., budzi nas i przed sniadaniem jeszcze idziemy do wod termalnych, drugich, troche za miastem. Pol godziny pod gore, ostro. Na szczescie banos to banos, jest gdzie pot zmyc. No i tutaj mozna poplywac – bajka! A i prysznice (obowiazkowe przed wejsciem do wody, z mydlem, hultaje, z mydlem, dokladnie) z ciepla woda. Ale Wojtek pogania, tuz (45 minut) po sniadaniu zwlekamy sie z lozek i lezakow (wreszcie wyszlo slonce i mozna polezec na dachu, ale grzeje, czapki na glowy) i przez katedre (Maria de Agua Santa, krolowa Banos, na obrazach widac ile razy wyratowala od smierci podroznych spadajacych z watlych mostkow) dochodzimy  do dworca. I znowu nawolywania, walka o klienta. Wsiadamy (za namowa Wojtka) do autobusu bezposredniego. I czekamy. Czekamy, rzecz jasna, na pasazerow, pusty autobus nie pojedzie. Ze 40 minut, Wojtek czerwony ze zlosci, ale nic nie mowi, sam odpuscil (juz drugi) autobus do Ambato. No ale puscili film (telewizor jest w kazdym niemal autobusie), Fireproof – tytul filmu, czyli Bombero z hiszpanska, niezly, bardzo religijny i pouczajacy jak ratowac rozpadajace sie malzenstwo. Podbudowani tym filmem – w dobrych nastrojach docieramy na poludnie Quito. Tu tez lapiemy kolejny autobus z telewizorem (tym razem nie puszczaja filmu, tylko leci telewizja – telenowela, reklamy, telenowela itd), ale w zasadzie bez silnika (cale szczescie sa hamulce). Pod gorke wjezdzamy na jedynce, z gorki ostro, zeby sie troche wtoczyc pod druga. Asia blada na twarzy, cos malo zaufania do sprawnosci wozu. Na szczescie w telenoweli wszystko sie poukladalo, mozna odetchnac z ulga. Bardzo dziekujemy kierowcy, gdy w koncu doczlapalismy do rozpoznawalnego przez nas supermercado Santa Maria i wysiadamy. Dalsza czesc podrozy to pestka. S. Lenka czeka na nas z obiadem. Zasypiamy o 20., by obudzic sie przed 7 dnia nastepnego.

PS
Jeszcze dwie uwagi z podrozy po Ekwadorze. Widac spora obecnosc wojska, nie ma wprawdzie uzbrojonych patroli na ulicach ani wozow opancerzonych w miescie (Peru AD 1989), ale przy glownych trasach co chwila natykamy sie na jednostki lub szkoly wojskowe. Takie memento dla wszystkich (rowniez politykow), choc przede wszystkim wojsko takze i tu ma sluzyc obronie przed agresorem zewnetrznym. O dziwo, w Ameryce Lacinskiej, gdzie (moze oprocz Brazylii)  granice krajow zostaly ustalone mocno arbitralnie, a w momencie wojny wyzwolenczej bohater calej Ameryki Poludniowej Simon Bolivar jeszcze w 1821 r.mocno wierzyl w to, ze walczy o wyzwolenie jednego kraju – kontynentu, to do podzialow doszlo blskawicznie, a wojny i spory terytorialne do dzis nekaja wiele sposrod tutejszych krajow. (Ekwador doprowadzil do kompromisowego rozwiazania w sprawie sporu terytorialnego z Peru dopiero kilka lat temu.
Sport.
Wszyscy tu (oprocz numero uno – futbolu), graja namietnie w volley. Nie tlumacze tego jako siatkowka, bo tez to troche inny sport – siatka zawieszona jest znacznie wyzej niz u nas. No bo i dlaczego wyzsi mieliby miec przewage nad nizsymi? Jesli siatke zawiesic wystarczajaco wysoko bedzie bardziej demokratycznie – NIKT (taka odwrotność demokratycznego: wszyscy) nie bedzie mogl pilki nad siatka sciac. I tak tez jest w przypadku sportu o nazwie volley. Poza tym podbnie jak w siatkowce, oprocz tego, ze aby pilke przebic zawodnicy mocno ja pchaja. No i nawet w Oyacoto jest boisko do volley ze sztucznym oswietleniem. No coz, grac tu mozna na dworze caly rok, zas ciemno robi sie juz przed 7. A grac lubia tu wszyscy.

piatek, dzien 38
 
Ostatnie zajecia z klasami 3. i 4. Jest na prawde fajnie, polubilem tych lobuziakow i bedzie mi ich brakowac. Widac po nich, ze ze wzajemnoscia. A zatem nasz pobyt tutaj na cos sie przydal i innym. Bogu niech beda dzieki.
 
 
PS
To ostatni wpis dokonany w Ekwadorze (chyba, ze nastapi cos nieprzewidzianego, o czym koniecznie trzeba napisac). Jeszcze raz dziekuje za cierpliwosc i wytrwalosc. O tym, jak siostry i dziewczyny zegnaly Wojtka i Tomka i nas napisze juz z Polski. Jeszcze raz Wam wszystkim dziekuje.
Adios.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja9

06 mar

misja9

sobota dzien 32 cd.
W koncu docieramy do naszych franciszkanow. Klasztor znajduje sie w centrum miasta, duze zabudowania, wszystko estetycznie wykonczone. Ojcowie (jest ich tu aktualnie 3, czwarty przebywa na urlopie w Polsce, jest tez jeden lokalny postulant – kandydat do zakonu) – o czym wiedzialem, ale jak widzi sie to na wlasne oczy, dopiero wtedy mozna sobie to doglebnie uswiadomic – musza robic w zasadzie wszystko sami – rozwieszone w kruzgankach pranie zostalo wyprane przez nich wlasnorecznie, ciasto, ktorym nas czestuja po kolacji, tez sie jakos samo nie upieklo. Czesto tez musza tu uczyc sie rzemiosl zgola nowych, po to tylko, by zapewnic sobie minimum komfortu. Bo Tulcan  znajduje sie prawie na 3 tysiacach metrow, w zwiazku z czym – zwlaszcza w grubych klasztornych murach – po prostu marzna.
 ”Tu jest chlod zupelnie inny niz w Europie – bardziej dokuczliwy” – mowi jeden z mlodych ojcow. (nad ranem termometr w naszej sypialni wskazuje 16 stopni – tyle co w naszym gorskim domku w Kotlinie Klodzkiej w zimowe poranki, tam jednak otuleni jestesmy w puch – potem w ciagu dnia robi sie wszedzie troche cieplej).
 W czasie mszy korzystamy ze spowiedzi – ojciec spowiednik wita mnie po hiszpansku, szybko jednak przechodzi na polski – mowi duzo, moze przyjemnie mu jest w koncu wyspowiadac kogos w rodzimym jezyku. Sam konfesjonal to polaczenie tradycji z nowoczesnoscia – wejscie od strony lewej konfrontuje nas ze spowiednikiem oko w oko – siedzi sie na przeciw siebie, „spowiedz to bardziej rozmowa” – komentuje to potem Tomek – „po raz pierwszy po spowiedzi czuje sie tak lekko”. Mozna tez pojsc do spowiedzi od strony prawej i wyznac swe grzechy przez kratke w pozycji kleczacej – przy czym przy nastawieniu spowiednika do dlugich wypowiedzi – jest to forma zdecydowanie mniej wygodna.

Do naszych pokoi po mszy wchodzimy prosto z kosciola, ostrymi schodami na pierwsze pietro. Przechodzimy kolo obrazow z podobiznami 2 franciszkanow z tego samego zgromadzenia, ktorzy zostali zamordowani przez partyzantow z Sendero Luminoso w Peru w 1991 roku. Tylko dwa lata po mojej pierwszej (i jedynej) wizycie w tym kraju. Mlodzi ludzie, niemal rowiesnicy, Michal Tomaszek i Zigniew Strzalkowski – meczennicy za wiare. W chwili smierci jeden z nich mial tylko 31 lat.

Mimo, ze nie ma tu parafii ludzie i tak ciagna do naszych zakonnikow, kosciol w sobote wieczor prawie calkiem zapelniony. Do spowiedzi – oprocz naszej czworki – przystepuje tez kilka innych osob. Dowiaduje sie, ze franciszkanie z Tulcanu maja ponad 70 czlonkow trzeciego zakonu, ale w wiekszosci starszych, juz wiele, wiele lat po obloczynach. Mlodych tez ojcowie staraja sie przyciagnac – spora oferta spotkan – nas najbardziej przyciaga stol pingpongowy na przystosowanym do zajec sportowych strychu. O. Marcin mloci nas niemilosiernie, tlumaczymy sie, ze nie mamy wlasnych rakietek.

Ojcowie mowia miedzy soba po polsku mieszajac slowa i zdania hiszpanskie. Kazanie na mszy jest czytane, nie ma chyba jeszcze potrzebnej swobody wypowiedzi w j.hiszpanskim, takiej jak u p. Marcelo, czy chociazby Don Luci, ale tez nasi franciszkanie sa tu znacznie krocej, a z polskiego duzo dalej do hiszpanskiego niz z wloskiego.

niedziela, dzien 33
Na sniadanie zaproszeni jestesmy do domu Yadiry – pysznie i goscinnie. Zaraz potem udajemy sie do Kolumbii, na msze do sanktuarium w Las Lajas. W naszym przewodniku ostrzegaja o granicznych kontrolach – dzis jednak przejezdza sie przez granice swobodnie, nikt nawet nie sprawdza naszych paszportow. Zaraz za granica dostrzegamy wyrazna roznice – budynki sa zamozniejsze, juz na pierwszy rzut oka widac, ze standard zycia jest tu wyzszy niz „u nas” w Ekwadorze. „To narkodolary, ktore w koncu inwestuje sie w legalne przedsiewziecia na terenie kraju” – tlumaczy Yadira. Taki paradoks. Nie jedyny zreszta. Wiadomo powszechnie, ze Kolumbia „slynie” z produkcji kokainy. Rownoczesnie jednak jest to kraj ludzi mocno wierzacych, tu trudno jest znalezc otwarty sklep w niedziele i swieta. Po ekwadorskiej  stronie granicy nawet drogi naprawia sie 7 dni w tygodniu, tutaj juz nie. Mysle o Polsce, o naszej zywej wierze ale takze o wszechobecnym alkoholizmie Polakow i o innych problemach, chocby z kradziezami. Czyz w Kolumbii nie jest podobnie?  Dobro i zlo posplatane ze soba, czesto trudne do rozsuplania. Czyz nie jest tak, ze tam gdzie duzo dobra zaraz dobija sie zlo? Ale i odwrotnie, gdzie duzo grzechu, tam i laski bez miary.

Na koniec udajemy sie do supermarketu (inne sklepy pozamykane), zeby sprawic przezenty ninas na misji i posmakowac kolumbijskiej kawy i czekolady. Nieprzyjemnie zaskakuja nas ceny – wyzsze niz polskie. Zywnosc i paliwo kosztuja w Kolumbii duzo wiecej niz w Ekwadorze.  Aha, zarowno w Kolumbii, jak i w Ekwadorze nigdzie nie widac ludzi palacych papierosy! Jesli ktos pali, to tylko turysci.
las LajasŚwinka morska na patyku

Poniedzialek, dzien 34

Przygotowujemy sie do wyjazdu do Banos (wody termalne) i Puyo (najwieksze miasto na obrzezach dzungli), a takze do wizyty pana Ferdinanda Flores (poprzedniego ambasadora Ekwadoru w Polsce) z zona. Robimy zakupy, siostry (biedactwa) sprzataja kuchnie i otoczenie. Wieczorem odbieramy szanownych gosci przy peaje i dalej prowadzimy ich bezdrozami do zabudowan misyjnych. Po – nazwijmy to umownie – „drodze” – zatrzymujemy sie na chwile, by uprzatnac kamienie – nisko zawieszony samochod gosci moglby miec z tym problem.
 
Do kolacji zasiada z nami tylko s. Marica. S. Lenka skrecila rano noge i lezy w lozku. Pozostale siostry i Don Luca jedza w kuchni wraz z las ninas – chyba nie maja nam tego za zle.

Ambasador okazuje sie niezwykle sympatycznym czlowiekiem, zakochanym w Polsce, ktory pojmuje swa prace jako sluzbe prostemu czlowiekowi. Goscie swietnie mowia po angielsku, po polsku znaja tylko pare slow, rozmowa toczy sie glownie w j. hiszpanskim.  Opowiadam, ze  prelekcja ambasadora na temat Ekwadoru w Warszawie zrobila na sluchaczach duze wrazenie, cieszy sie. Chetnie podejmuje temat pomocy w zorganizowaniu przy wspoludziale kancelarii Prezydenta RP biblioteki przy naszej misji. S. Marica porusza trudny temat drogi do misji – to nadzieja na pomoc w uzyskaniu decyzji na remont tejze  byla ostatnim impulsem do zaproszenia przeze mnie p. Flores. Dyplomata i s. Marica wspolnie ustalaja, od kogo zalezy decyzja o remoncie, pojawia sie realna szansa na poprawe sytuacji. (Tumany kurzu, ktory wdychaja dzieciaki dowozone do szkoly, nawet teraz jest to dokuczliwe, a co dopiero w porze suchej, gdy niebieskie mundurki doslownie szarzeja po drodze) Na koniec robimy obchod zabudowan misyjnych – ambasador dziekuje nam i naszym przyjaciolom z Polski za pomoc finansowa. „Bez wsparcia z zagranicy takie dziela bylyby zupelnie niemozliwe” – przyznaje. „Ludzie w Europie (spedzil tam jako dyplomata ponad 20 lat) czesto nie zdaja sobie zupelnie sprawy, jak tu u nas jest”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

polski 8

01 mar

Piatek, dzien 31

Rano zajecia. Mimo problemow z koncentracja i wynikajacymi stad problemami z zachowaniem (z naszego, nauczycielskiego punktu widzenia) sa to strasznie przyjazne dzieciaki i lgna do nas jak tylko moga, przytulajac sie, lapiac za dlonie i nie chcac nas puscic. Jak  sie zatem na nich zloscic? Doskonale tu widac, ze potrzeba milosci jest najwieksza potrzeba w zyciu. Wszystkich. I widac tez, ze mozna zyjac w skrajnej biedzie byc szczesliwym i radosnym.

Mysle, ze Wojtek jest tu wlasnie tak szczesliwy, jak dawno juz nie byl. Jako maly chlopczyk chodzil caly czas radosny i usmiechniety, tutaj takze usmiech nie schodzi mu z twarzy (no, moze czasem tak, w kontaktach z Tomkiem, ale nie wymagajmy cudow, nie jest zle i w tym przypadku). Juz zastanawia sie, czy gdyby po skonczeniu gimnazjum poszedl do Artystycznego Liceum Autorkiego (ALA) we Wroclawiu, to czy udaloby mu sie korzystajac z panujacej tam swobody w doborze tempa i sposobu nauki – spedzac pol roku tutaj a pol w szkole. Jutro wyjezdzamy do lezacego na polnocy o 500 metrow wyzej niz Oyacoto  „zimnego” Tulcanu. Wojtek wyraznie wolalby zostac w Oyacoto.

Odbył się uroczysty apel z okazji dnia flagi. Dziewczyny tańczyły. Niektóre dzieci dostały dyplomy.

nauczycielka klasy 2pani pielęgniarkapani EsperanzaDiana

 


Sobota, dzien 32

Podroz do odleglego od nas o 250 km Tulcanu zajmuje zwykle okolo 4 godzin, srednia predkosc jazdy zatem podobna do tej w Polsce, lecz tu droga wiedzie caly czas w wysokich gorach i mysle ze tutejsi kierowcy jezdza jeszcze mniej rozwaznie, niz Polacy. Ale my sie nie spieszymy. Busik prawie pelen, 11 osob, jest z nami udajaca sie w swe rodzinne strony Yadira,  to u jej przyjaciol – polskich misjonarzy mamy nocowac. Po drodze zatrzymujemy sie kilka razy. Najpierw aby dokonczyc to, co niedokonczone, czyli zakupy w Otavalo.

Wszystko przebiega pomyslne i po niespelna 3 godzinach mozemy ruszac dalej. Znajdujemy tam nawet urzad pocztowy i wreszcie jestesmy w stanie wyslac kartke pocztowa do szkoly Tomka. Z poczta jest tu bowiem dziwnie, inaczej niz u nas. Listonosz na wies (i do mniejszych miasteczek chyba tez) nie dojezdza. Urzedow tudziez skrzynek pocztowych ani w Calderonie ani w Gullabambie nie zastalismy. Siostry maja wprawdzie skrzynke pocztowa do odbierania poczty, ale w centrum Quito, zatem docieraja tam niezwykle rzadko (prawie 2 godziny drogi w jedna strone). A poniewaz na razie po jakichs zmianach w telefonii nie maja takze internetu, kontakt z nimi mozliwy jest tylko telefonicznie. (Oczywiscie maja telefony komorkowe. Zasieg niezly.)

Kolejny postoj juz w miejscu upalnym, bo zjechalismy na zaledwie 1500 m npm. Zaraz na pamiec przychodzi wyprawa do Esmeraldas. Zatrzymujemy sie w restauracji by zjesc swoj wlasny prowiant (kurczak z ryzem, jak by sie ktos pytal). Poniewaz popijamy napojami gazowanymi zakupionymi na miejscu – nikomu to nie przeszkadza. Godzine drogi dalej zjezdzamy w bok, kierujac sie na La Paz. Nie to w Boliwii, tylko tutejsze, ekwadorskie – i znacznie mniejsze. Ale tez wysoko w gorach, droga tradycyjnie wiedzie nad przepasciami, czasem trzeba sie wyminac, raz s. Marica decyduje sie na manewr wyprzedzania. Bo trzeba nadmienic, ze nasze sisotrzyczki prowadzac samochod zachowuja sie z duzym rozsadkiem i rozwaga, ale temperamentem nie odbiegaja zbytnio od innych, i z klaksonu potrafia skorzystac, i droge zajechac – inaczej sie po prostu nie da.  
 Mimo to, zastanawiamy sie, czy by z powrotem nie pojsc na piechote. Ale dokad to wlasnie dojechalismy? Znowu do polozonego wsrod przepieknej przyrody sanktuarium – w grocie, nad nia klasztor s. klarysek.Swiadectwa licznych uzdrowien, pamiatkowe tablice przybite do skaly. Figurka Matki Boskiej otoczona wieloma swiecami. Sporo pielgrzymow. Troche ponizej groty mozna zejsc do basenu z termalna woda, widac kapiacych sie. 

Do Tulcanu docieramy po 5., najciekawszy do zobaczenia jest tu cmentarz, ze wzgledu na imponujaca sztuke ksztaltowania cyprysow. Wiekszosc z zywoplotowych rzezb nawiazuje do lokalnej kultury prekolumbijskiej, sporo  wizerunkow zwierzat, slonca -  czczonych przez Inkow. O chrzescijanskim charakterze miejsca swiadcza tylko nagrobki i kilka cytatow z … Leonardo da Vinci. O milosci, przemijaniu, smierci. Cmentarz tutejszy jest ponoc ulubionym miejscem do spotkan zakochanych. Ciekawe, czy kontempluja tutaj slowa przysiegi malzenskiej: Slubuje … az do smierci.

Cayambe

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

polski 7

01 mar

Sroda, dzien 29
Im wiecej chodzimy po okolicy i spokojniej sie moge wszystkiemu przyjrzec, tym bardziej mi sie krajobraz okoliczny podoba. Co prawda duzo wokol smieci i budyneczki bardzo liche i monotonne, sporo niedokonczonych, wiekszosc nieotynkowanych, ale przyroda – zwlaszcza po ostatnich deszczach – wybujala; szczegolnie dramatycznie przedstawiaja sie zapadliska i skaly, ziemia porosla kaktusami. Wokol wysokie gory, w miejscach dogodniejszych pooblepiane domami, troche (niewiele) tarasow. Skalista ziemia nie jest chyba szczegolnie podatna na ksztaltowanie dlonia czlowieka.

Wraz z Tomkiem wyruszamy wzdluz najblizszej nam rozpadliny, po raz pierwszy idziemy dalej na lewo droga, ktora przechodzi obok budynkow misji. Rozpadlina zaczyna sie tuz po drugiej stronie drogi i jest w tym miejscu szeroka na kilkadziesiat metrow. Potem zweza sie ona, ale za to staje sie bardziej urwista, wrecz niebezpieczna. B. ostroznie teraz zblizamy sie do jej brzegow. Po drugiej stronie domek i poletko, ciekawe, jak do niego dojsc. Schodzic w dol po skarpie , by wspiac sie na druga strone – niepodobna. Po 20 minutach marszu od drugiej strony urwiska dziela nas zaledwie 2-3 metry, ale skakac przeciez nie bedziemy, w najlepszym razie wyladujemy w objeciach owocujacych tu kolczastych opuncji figowych (jak je zerwac i pozbyc sie kolcow z owocow pokazywaly naszym chlopcom las ninas), ale bardziej prawdopodobne, ze stoczymy sie z 50 metrow w dol. Wreszcie zagadka domostw po drugiej  stronie sie wyjasnia, obie strony przepasci spina drewniany mostek. Ciekawe, ile metrow dalej trzeba by przejsc, by rozpadlina sie zakonczyla. Ile tez tych rozpadlin wokolo. Istna gmatwanina, nieregularne ksztalty, ciagna sie we wszystkich kierunkach szatkujac ziemie i poletka, utrudniajac zycie, przypominajac, ze ziemia tu stosunkowo mloda i pod cienka skorupa dzieja sie rzeczy tyle niezwykle co  niebezpieczne. „Budujemy, zyjemy  i mamy nadzieje, ze sie nic nie stanie” – odpowiada mi pozniej s. Lenka. Male komary tna niemilosiernie, zawracamy. Tomek planuje zaprowadzic w ten zakatek Mame, bedzie jej przewodnikiem. Spogladam w dol zbocza. W tym miejscu sporo smieci. Wrzucanie ich tutaj nie jest to chyba najlepszy sposob na ich pozbycie sie, brud to niestety nieodlaczny towarzysz biedy. Pocieszam sie, ze potrzeba z tysiaca lat, by zasypac cala te rozpadline. Pozostale smieci sie tutaj pali, czesto wieczrem przez otwarte okno dochodzi nas swad spalenizny. Z drugiej jednak strony mozna sobie wyobrazic smieci czekajace w nieskonczonosc na przyjazd smieciarki, zuzyty papier toaletowy fruwajacy wokolo. Coz robic…

Gdy pisze te slowa w naszym pokoju goscinnym (Donacion de Adriana Bellutti, Arco – Trento – Italia) widze przez przeszklone drzwi  zbocza wzgorz – mimo bliskosci ludzi nikt sie nigdy na nie pewnie nie wspinal – dzikie i niegoscinne. A przeciez sa tak blisko. Moze kiedys… Tylko po co? – zapytaja lokalni gorale.

nowoposadzone drzewa

 

czwartek dzien 30
Dni biegna bardzo szybko, juz niecale 2 tygodnie do powrotu. W kafejce internetowej w Calderonie po raz kolejny sprawdzamy poczte i dokonujemy wpisu do blogu – dziekuje za Wasze wpisy, ciesze sie, ze ktos to chce czytac. Mamy dzis z Wojtkeim sporo radosci, gdy dowiedujemy sie o 4 medalach na olimpiadzie w Vancouver.

Dzis rano dzieci przygotowywaly sie przez ponad godzine do dnia flagi, ktory beda obchodzic jutro. Muzyka, marsz, znowu powazne miny maluszkow. Po poludniu cwiczyly takze ninas – z szarfami – czesc z nich wymowila sie od angielskiego, ale chyba rzeczywiscie do swych wystepow podchodza powaznie, bo teraz (a jest juz prawie 21.00) – dalej cwicza.  Troche przez to wszystko skrocily sie lekcje, a to juz prawie ostatnie nasze zajecia z klasa 4 i 3. Jeszcze tylko raz w przyszly piatek, jak wrocimy z Banos, gdzie chcemy przez trzy dni odpoczac i pozyc jak typowi turysci – w hoteliku.

Tak jak w kazdy czwartek ksiadz sie spoznil na msze ponad pol godziny. S. Marica rozpoczela nabozenstwo, padre zjawil sie juz po czytaniu z ewangelii. Dalej msza – juz pod przewodnictwem ksiedza – przebiegla sprawnie.

Rozmowa z s. Lenka. Potrzebuje woluntariuszy, pyta czy znamy kogos, kto chcialby przyjechac i zastapic Lane i Sande (wyjezdzaja w czerwcu). Poniewaz potrzeby  spolecznoci lokalnej sa duze, chce rozwijac swa szkole. Do tej pory jakos sie finansowo udawalo, ufa ze tak bedzie dalej. W selva de selva (gleboko w dzungli) czeka  ponad 20 kolejnych dziewczyn, ktore pragna zamieszkac w internacie. Rosna tez nastepne roczniki kandydatow do szkoly.

Co tydzien od poniedzialku do piatku zamieszkuje na terenie zgromadzenia dwojka dzieci – 7-letni chlopiec i dziewczynka, ktorzy do osieroconych domow trafiaja tylko na weekendy. Uczestnicza w nieszporach, jezdza z nami na msze, razem gramy w koszykowke, i w pilke, spiewamy. (A proposito: z jakim zaangazowaniem te Indianki – mowie teraz o nastoletnich  ninas – graja, biega taka w japonkach a tak kopie twarda pilke futbolowa, ze i ja mocniej w butach sportowch nie potrafie. No i nie ma dla nich pilek straconych, zatem fauluja z wdziekiem i wygrywaja) Takze po tej dwojce maluchow widac dobry wplyw mieszkania w kochajacej sie wspolnocie – na lekcjach sa z reguly spokojniejsi od rowiesnikow, bardziej umotywowani. Ufnie wypowiadaja sie razem ze starszymi przeciez znacznie od nich dziewczetami na spotkaniach po nieszporach. Warto tez wsluchac sie w ich slowa w czasie modlitwy wiernych.

W koncu zebralem sie i wykonalem telefon do b. ambasadora Ekwadoru w Polsce, senora Ferdinanda Florez. Juz od dawna czekal na ten telefon – nasi wspolni przyjaciele z Polski informowali go o naszym przyjezdzie, bardzo sie ucieszyl, bedzie dzwonil jutro lub po naszym powrocie z Tulcanu w niedziele. Wstepnie jestesmy umowieni na poniedzialek.  Zobaczymy, co z tego wyniknie.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS