RSS
 

polski 7

01 mar

Sroda, dzien 29
Im wiecej chodzimy po okolicy i spokojniej sie moge wszystkiemu przyjrzec, tym bardziej mi sie krajobraz okoliczny podoba. Co prawda duzo wokol smieci i budyneczki bardzo liche i monotonne, sporo niedokonczonych, wiekszosc nieotynkowanych, ale przyroda – zwlaszcza po ostatnich deszczach – wybujala; szczegolnie dramatycznie przedstawiaja sie zapadliska i skaly, ziemia porosla kaktusami. Wokol wysokie gory, w miejscach dogodniejszych pooblepiane domami, troche (niewiele) tarasow. Skalista ziemia nie jest chyba szczegolnie podatna na ksztaltowanie dlonia czlowieka.

Wraz z Tomkiem wyruszamy wzdluz najblizszej nam rozpadliny, po raz pierwszy idziemy dalej na lewo droga, ktora przechodzi obok budynkow misji. Rozpadlina zaczyna sie tuz po drugiej stronie drogi i jest w tym miejscu szeroka na kilkadziesiat metrow. Potem zweza sie ona, ale za to staje sie bardziej urwista, wrecz niebezpieczna. B. ostroznie teraz zblizamy sie do jej brzegow. Po drugiej stronie domek i poletko, ciekawe, jak do niego dojsc. Schodzic w dol po skarpie , by wspiac sie na druga strone – niepodobna. Po 20 minutach marszu od drugiej strony urwiska dziela nas zaledwie 2-3 metry, ale skakac przeciez nie bedziemy, w najlepszym razie wyladujemy w objeciach owocujacych tu kolczastych opuncji figowych (jak je zerwac i pozbyc sie kolcow z owocow pokazywaly naszym chlopcom las ninas), ale bardziej prawdopodobne, ze stoczymy sie z 50 metrow w dol. Wreszcie zagadka domostw po drugiej  stronie sie wyjasnia, obie strony przepasci spina drewniany mostek. Ciekawe, ile metrow dalej trzeba by przejsc, by rozpadlina sie zakonczyla. Ile tez tych rozpadlin wokolo. Istna gmatwanina, nieregularne ksztalty, ciagna sie we wszystkich kierunkach szatkujac ziemie i poletka, utrudniajac zycie, przypominajac, ze ziemia tu stosunkowo mloda i pod cienka skorupa dzieja sie rzeczy tyle niezwykle co  niebezpieczne. „Budujemy, zyjemy  i mamy nadzieje, ze sie nic nie stanie” – odpowiada mi pozniej s. Lenka. Male komary tna niemilosiernie, zawracamy. Tomek planuje zaprowadzic w ten zakatek Mame, bedzie jej przewodnikiem. Spogladam w dol zbocza. W tym miejscu sporo smieci. Wrzucanie ich tutaj nie jest to chyba najlepszy sposob na ich pozbycie sie, brud to niestety nieodlaczny towarzysz biedy. Pocieszam sie, ze potrzeba z tysiaca lat, by zasypac cala te rozpadline. Pozostale smieci sie tutaj pali, czesto wieczrem przez otwarte okno dochodzi nas swad spalenizny. Z drugiej jednak strony mozna sobie wyobrazic smieci czekajace w nieskonczonosc na przyjazd smieciarki, zuzyty papier toaletowy fruwajacy wokolo. Coz robic…

Gdy pisze te slowa w naszym pokoju goscinnym (Donacion de Adriana Bellutti, Arco – Trento – Italia) widze przez przeszklone drzwi  zbocza wzgorz – mimo bliskosci ludzi nikt sie nigdy na nie pewnie nie wspinal – dzikie i niegoscinne. A przeciez sa tak blisko. Moze kiedys… Tylko po co? – zapytaja lokalni gorale.

nowoposadzone drzewa

 

czwartek dzien 30
Dni biegna bardzo szybko, juz niecale 2 tygodnie do powrotu. W kafejce internetowej w Calderonie po raz kolejny sprawdzamy poczte i dokonujemy wpisu do blogu – dziekuje za Wasze wpisy, ciesze sie, ze ktos to chce czytac. Mamy dzis z Wojtkeim sporo radosci, gdy dowiedujemy sie o 4 medalach na olimpiadzie w Vancouver.

Dzis rano dzieci przygotowywaly sie przez ponad godzine do dnia flagi, ktory beda obchodzic jutro. Muzyka, marsz, znowu powazne miny maluszkow. Po poludniu cwiczyly takze ninas – z szarfami – czesc z nich wymowila sie od angielskiego, ale chyba rzeczywiscie do swych wystepow podchodza powaznie, bo teraz (a jest juz prawie 21.00) – dalej cwicza.  Troche przez to wszystko skrocily sie lekcje, a to juz prawie ostatnie nasze zajecia z klasa 4 i 3. Jeszcze tylko raz w przyszly piatek, jak wrocimy z Banos, gdzie chcemy przez trzy dni odpoczac i pozyc jak typowi turysci – w hoteliku.

Tak jak w kazdy czwartek ksiadz sie spoznil na msze ponad pol godziny. S. Marica rozpoczela nabozenstwo, padre zjawil sie juz po czytaniu z ewangelii. Dalej msza – juz pod przewodnictwem ksiedza – przebiegla sprawnie.

Rozmowa z s. Lenka. Potrzebuje woluntariuszy, pyta czy znamy kogos, kto chcialby przyjechac i zastapic Lane i Sande (wyjezdzaja w czerwcu). Poniewaz potrzeby  spolecznoci lokalnej sa duze, chce rozwijac swa szkole. Do tej pory jakos sie finansowo udawalo, ufa ze tak bedzie dalej. W selva de selva (gleboko w dzungli) czeka  ponad 20 kolejnych dziewczyn, ktore pragna zamieszkac w internacie. Rosna tez nastepne roczniki kandydatow do szkoly.

Co tydzien od poniedzialku do piatku zamieszkuje na terenie zgromadzenia dwojka dzieci – 7-letni chlopiec i dziewczynka, ktorzy do osieroconych domow trafiaja tylko na weekendy. Uczestnicza w nieszporach, jezdza z nami na msze, razem gramy w koszykowke, i w pilke, spiewamy. (A proposito: z jakim zaangazowaniem te Indianki – mowie teraz o nastoletnich  ninas – graja, biega taka w japonkach a tak kopie twarda pilke futbolowa, ze i ja mocniej w butach sportowch nie potrafie. No i nie ma dla nich pilek straconych, zatem fauluja z wdziekiem i wygrywaja) Takze po tej dwojce maluchow widac dobry wplyw mieszkania w kochajacej sie wspolnocie – na lekcjach sa z reguly spokojniejsi od rowiesnikow, bardziej umotywowani. Ufnie wypowiadaja sie razem ze starszymi przeciez znacznie od nich dziewczetami na spotkaniach po nieszporach. Warto tez wsluchac sie w ich slowa w czasie modlitwy wiernych.

W koncu zebralem sie i wykonalem telefon do b. ambasadora Ekwadoru w Polsce, senora Ferdinanda Florez. Juz od dawna czekal na ten telefon – nasi wspolni przyjaciele z Polski informowali go o naszym przyjezdzie, bardzo sie ucieszyl, bedzie dzwonil jutro lub po naszym powrocie z Tulcanu w niedziele. Wstepnie jestesmy umowieni na poniedzialek.  Zobaczymy, co z tego wyniknie.

 

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~MadHeart

    6 stycznia 2014 o 04:15

    Swietny artykul oczekuje dalszej aktywnosci i jeżeli chcesz znaleźć sally hansen lakier
    zapraszam na okazika :-)

     
 

  • RSS