RSS
 

polski 8

01 mar

Piatek, dzien 31

Rano zajecia. Mimo problemow z koncentracja i wynikajacymi stad problemami z zachowaniem (z naszego, nauczycielskiego punktu widzenia) sa to strasznie przyjazne dzieciaki i lgna do nas jak tylko moga, przytulajac sie, lapiac za dlonie i nie chcac nas puscic. Jak  sie zatem na nich zloscic? Doskonale tu widac, ze potrzeba milosci jest najwieksza potrzeba w zyciu. Wszystkich. I widac tez, ze mozna zyjac w skrajnej biedzie byc szczesliwym i radosnym.

Mysle, ze Wojtek jest tu wlasnie tak szczesliwy, jak dawno juz nie byl. Jako maly chlopczyk chodzil caly czas radosny i usmiechniety, tutaj takze usmiech nie schodzi mu z twarzy (no, moze czasem tak, w kontaktach z Tomkiem, ale nie wymagajmy cudow, nie jest zle i w tym przypadku). Juz zastanawia sie, czy gdyby po skonczeniu gimnazjum poszedl do Artystycznego Liceum Autorkiego (ALA) we Wroclawiu, to czy udaloby mu sie korzystajac z panujacej tam swobody w doborze tempa i sposobu nauki – spedzac pol roku tutaj a pol w szkole. Jutro wyjezdzamy do lezacego na polnocy o 500 metrow wyzej niz Oyacoto  „zimnego” Tulcanu. Wojtek wyraznie wolalby zostac w Oyacoto.

Odbył się uroczysty apel z okazji dnia flagi. Dziewczyny tańczyły. Niektóre dzieci dostały dyplomy.

nauczycielka klasy 2pani pielęgniarkapani EsperanzaDiana

 


Sobota, dzien 32

Podroz do odleglego od nas o 250 km Tulcanu zajmuje zwykle okolo 4 godzin, srednia predkosc jazdy zatem podobna do tej w Polsce, lecz tu droga wiedzie caly czas w wysokich gorach i mysle ze tutejsi kierowcy jezdza jeszcze mniej rozwaznie, niz Polacy. Ale my sie nie spieszymy. Busik prawie pelen, 11 osob, jest z nami udajaca sie w swe rodzinne strony Yadira,  to u jej przyjaciol – polskich misjonarzy mamy nocowac. Po drodze zatrzymujemy sie kilka razy. Najpierw aby dokonczyc to, co niedokonczone, czyli zakupy w Otavalo.

Wszystko przebiega pomyslne i po niespelna 3 godzinach mozemy ruszac dalej. Znajdujemy tam nawet urzad pocztowy i wreszcie jestesmy w stanie wyslac kartke pocztowa do szkoly Tomka. Z poczta jest tu bowiem dziwnie, inaczej niz u nas. Listonosz na wies (i do mniejszych miasteczek chyba tez) nie dojezdza. Urzedow tudziez skrzynek pocztowych ani w Calderonie ani w Gullabambie nie zastalismy. Siostry maja wprawdzie skrzynke pocztowa do odbierania poczty, ale w centrum Quito, zatem docieraja tam niezwykle rzadko (prawie 2 godziny drogi w jedna strone). A poniewaz na razie po jakichs zmianach w telefonii nie maja takze internetu, kontakt z nimi mozliwy jest tylko telefonicznie. (Oczywiscie maja telefony komorkowe. Zasieg niezly.)

Kolejny postoj juz w miejscu upalnym, bo zjechalismy na zaledwie 1500 m npm. Zaraz na pamiec przychodzi wyprawa do Esmeraldas. Zatrzymujemy sie w restauracji by zjesc swoj wlasny prowiant (kurczak z ryzem, jak by sie ktos pytal). Poniewaz popijamy napojami gazowanymi zakupionymi na miejscu – nikomu to nie przeszkadza. Godzine drogi dalej zjezdzamy w bok, kierujac sie na La Paz. Nie to w Boliwii, tylko tutejsze, ekwadorskie – i znacznie mniejsze. Ale tez wysoko w gorach, droga tradycyjnie wiedzie nad przepasciami, czasem trzeba sie wyminac, raz s. Marica decyduje sie na manewr wyprzedzania. Bo trzeba nadmienic, ze nasze sisotrzyczki prowadzac samochod zachowuja sie z duzym rozsadkiem i rozwaga, ale temperamentem nie odbiegaja zbytnio od innych, i z klaksonu potrafia skorzystac, i droge zajechac – inaczej sie po prostu nie da.  
 Mimo to, zastanawiamy sie, czy by z powrotem nie pojsc na piechote. Ale dokad to wlasnie dojechalismy? Znowu do polozonego wsrod przepieknej przyrody sanktuarium – w grocie, nad nia klasztor s. klarysek.Swiadectwa licznych uzdrowien, pamiatkowe tablice przybite do skaly. Figurka Matki Boskiej otoczona wieloma swiecami. Sporo pielgrzymow. Troche ponizej groty mozna zejsc do basenu z termalna woda, widac kapiacych sie. 

Do Tulcanu docieramy po 5., najciekawszy do zobaczenia jest tu cmentarz, ze wzgledu na imponujaca sztuke ksztaltowania cyprysow. Wiekszosc z zywoplotowych rzezb nawiazuje do lokalnej kultury prekolumbijskiej, sporo  wizerunkow zwierzat, slonca -  czczonych przez Inkow. O chrzescijanskim charakterze miejsca swiadcza tylko nagrobki i kilka cytatow z … Leonardo da Vinci. O milosci, przemijaniu, smierci. Cmentarz tutejszy jest ponoc ulubionym miejscem do spotkan zakochanych. Ciekawe, czy kontempluja tutaj slowa przysiegi malzenskiej: Slubuje … az do smierci.

Cayambe

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. wiera

    3 marca 2010 o 05:46

    wiesz piszesz tak obrazowo, ze czytajac jestem z Wami:))))))))))))
    Tak sie ciesze,ze Wojtek jest radosny….
    BUZIAKI

    wSZYSCY CZEKAMY NA wASZ POWROT/SZCZESLIWY:)/ i na spotkanie
    pa
    z Bogiem
    wiera

     
  2. irenka

    3 marca 2010 o 22:34

    Kochani ja jestem uzależniona od moich komputerowcow. Od przyjazdu do domu skończył się mój wolny czas. Ale bardzo, bardzo tęsknimy, często o Was rozmawiamy. czytam namiętnie Darka dziennik podroży. Podziwiamy chłopców, brakuje mi komentarzy Asi i o Asi. Wczoraj pisaliście a my przegapiliśmy Wasza herbatkę. Za to śniliście się mi , że Was już ściskam po powrocie. Budzik zadzwonił, gdy witałam Wojtusia. Zadzwoniłam do mamy Asi na osłodę pogadałyśmy trocę. Marek ogląda zdjęcia Wasze i podziwia. Grześ jak zwykle, dziewczynki ok dajemy radę. Czekamy. Samochód cały, czeka na mycie przed Waszym powrotem :) Wielkie buziaki!!!

     
 

  • RSS