RSS
 

misja ostatni wpis

06 mar

misja 10

wtorek, dzien 35

Siostry podwoza nas na poludniowy dworzec autobusowy w Quito (przypominam, ze stolica Ekwadoru rozciaga sie ponad 40 km z polnocy na poludnie, wcisnieta pomiedzy nie tylko wulkaniczne szczyty Andow). Jestesmy zaskoczeni wygladem dworca, niezwykle nowoczesny, czysciutki, doskonala informacja. O tym, ze nasz autobus jest gotowy do odjazdu dowiadujemy sie z okrzykow jednej z kasjerek „Banos, Banos”. Wiemy zatem, gdzie sie zaopatrzec w bilety i w ktora strone podazyc.

 W autobusie ( z napisem w srodku: usmiechnij sie, Jezus cie kocha) spedzamy cztery godziny. Spora czesc tego czasu ogladamy film (meksykanska historia o mlodych ludziach uwiklanych w gangi, film konczy sie wraz ze smiercia ostatniego z bohaterow – Tomek prostuje, ostatni bohater przezyl jednak), ale znacznie ciekawsze (dla mnie, nie dla Tomka) sa czeste wizyty sprzedawcow wszelkiego mozliwego towaru. Sprzedawca taki wsiada do autobusu, nadaje pokrzykujac ile sie da, wtyka rozne pakieciki do rak podroznych po czym odbiera – pakieciki lub pieniadze i wyskakuje, ustepujac miejsca kolejnemu. I tak w kolko. Niektorzy – bardziej ambitni, robia przy tym wyklady – sporo sie dowiedzialem w tej podrozy o pasozytach ludzkich – znacznie wiecej niz na lekcjach biologii dawno temu w szkole.  Dla zainteresowanych: jest juz doskonaly srodek na pasozyty prosto z amazonii, pomaga przy tym obnizyc cholesterol. Mozna go nabyc na linii Ambato- Banos. Cena przystepna.

Banos to rewelacyjnie polozona miejscowosc (troche otoczeniem przypominajaca Miedzygorze), gdzie kilka lat temu ruch turystyczy niemal sie nie zalamal po wzmozeniu aktywnosci pobliskiego wulkanu Tungurahua. Teraz sytuacja sie unormowala i turystow znowu sporo. Ale poniewaz jest to srodek tygodnia miejsca w hotelu pod dostatkiem. Ceny wyzsze niz przed 4 laty o 3 dolary, ale „Plantas i Blanco” to oryginalny hotelik z kawiarnia na dachu i z darmowym dostepem do internetu. Przepyszne sniadania (Asia, poniewaz jest na diecie, zamawiala podwojne, no bo skad mogla wiedziec, ze daja tak duzo. Zreszta my tez nie bedac na diecie zamawialismy podwojnie i od stolu wstawalismy z duzym trudem – polecamy podwojne nalesniki z owocami, smietana i cukrem z trzciny, moga tez byc owoce z jogurtem i platkami, tosty kubusia puchatka, no i w zasadzie wszystko inne tez). Obiady w restauracji tez pyszne i sycace, o 10 % drozsze niz widnieje to w karcie, podatek niespodzianka, aby wspomoc trawienie. Po posilku wskakujemy do wody – do tej tylko na chwile, bo parzy, do tamtej na jeszcze krocej, bo lodowato, w tej jest przyjemniej, ale tloczno. Najfajniej, ze juz wieczor, tlum miedzynarodowy, wysoko w gorze oswietlony krzyz, lekko na prawo i troszke wyzej – to juz gwiazda. Nieprawdopodobne.

sroda, dzien 36
Prawie mi sie udalo! Ale nie do konca. Poczekam do nastepnego razu, wtedy tak latwo nie odpuszcze. Mowie oczywiscie o podrozy do prawdziwej dzungli – stad juz naprawde niedaleko, jak sie zjezdza z Banos do Puyo widac niekonczace sie morze drzew. Jednak Tomek mowi w koncu zdecydowane „nie”, i na zorganizowana (jednodniowa) „wyprawke” do selwy przyjdzie jeszcze poczekac.  A jak sie zjezdza z Banos do Puyo widac tez cos innego, wszyscy chca robic interesy na gringos. (Czytaj: na nas) Ciekawie ksztaltuja sie tu ceny biletow, trzeba sie sporo wyklocic. A i w autobusie nie ma juz nic o usmiechu i Jezusie. Jest za to: „Nie niszcz siedzen”.
Jednak najciekawsze za oknami – roslinnosc zmienia sie jeszcze okazalej, niz gdy zjezdalismy do Esmeraldas.  Zielono i egzotycznie.
Zaraz na dworcu w Puyo podchodzi do nas wlasciciel firmy turystycznej – don Marco. Proponuje wycieczke, pokaze najciekawsze okazy flory i troche z fauny. Tez te najciekawsze, malpy i papugi. No i jeszcze gwarantuje splyw canoe. Moze tez byc dalej i drozej. Decydujemy sie na taniej i blizej. I rzeczywiscie po 10 minutach drogi w malenkim i starenkim fiaciku (Gdzie on nas wiezie? – Asia; Czy nic nam nie zrobi – Tomek) docieramy do domku w dzungli. I tu jest bardzo ciekawie! Ja nie uwierze nikomu, kto by mowil, ze na ziemi jest cos ciekawszego od lasow tropikalnych. Zwiedzanych z dobrym przewodnikiem, a takim na pewno jest don Marco. I w koncu nie boimy sie juz wiecej (mowie o innych, ja bylem oczywiscie odwazny od poczatku), gdy czestowal nas tropikalnymi owocami i oferowal do zabrania liscie (schowalismi skrzetnie, bedziemy suszyc i parzyc w domu, odwaznych juz zapraszamy). Zaproponowal cos jeszcze – moze nam wybudowac u siebie (5 hektarow lasow, przez teren przeplywa rzeka, taka Czarna Hancza, bez piranii, plywalismy po niej i o malo co w niej – canoe) dom i razem poprowadzimy business, a przynajmniej tu zamieszkamy. Vamos a ver! – ciekawych zapraszam do nauki hiszpanskiego w celu przetlumaczenia powyzszego.  
Na koniec nasz przewodnik obdarowuje Tomka maczeta i po wymienieniu sie adresami i usciskami – zegnamy go, by zwiedzic miasto. Samo Puyo nie jest specjalnie ciekawe, daja dobre soki, ludzie sa sympatyczni i wyraznie sie nie spiesza (nawet samochody na siebie tak nie pohukuja), ale gdy docieramy nad rzeke, by pomoczyc nogi, to jest brudno i nieciekawie. I na nic nie zdaja sie zaklecia Tomcia, ze wykarczuje nam maczeta wygodne dojscie, Asia i Wojtek sie uparli i maczety tym razem nie uzyjemy.
  W drodze powrotnej takze musze walczyc o zwrot 2 dolarow za bilety u konduktora, ale o wszystkich niedogodnosciach zapominamy delektujac sie pyszna pizza, lodami, ciastem (dosc dietetycznym, choc z cukrem i cynamonem) i owocami w restauracyjce prowadzonej przez amerykansko (ona) – ekwadorska (on) pare. Juz w Banos, rzecz jasna. On jest zachwycony tym, ze mieszka tutaj, niskie koszty zycia, wygoda, piekno przyrody. Szczesliwy facet. Milo sie z takimi gada. Tego wieczoru jest troche mniej milo z Wojtkiem i Tomkiem. Moze sie to zmieni, jak zamieszkaja w dzungli? Warto sprobowac?

czwartek, dzien 37
Wojtka ciagnie nieodparcie do las ninas, wstaje zatem przed 6., budzi nas i przed sniadaniem jeszcze idziemy do wod termalnych, drugich, troche za miastem. Pol godziny pod gore, ostro. Na szczescie banos to banos, jest gdzie pot zmyc. No i tutaj mozna poplywac – bajka! A i prysznice (obowiazkowe przed wejsciem do wody, z mydlem, hultaje, z mydlem, dokladnie) z ciepla woda. Ale Wojtek pogania, tuz (45 minut) po sniadaniu zwlekamy sie z lozek i lezakow (wreszcie wyszlo slonce i mozna polezec na dachu, ale grzeje, czapki na glowy) i przez katedre (Maria de Agua Santa, krolowa Banos, na obrazach widac ile razy wyratowala od smierci podroznych spadajacych z watlych mostkow) dochodzimy  do dworca. I znowu nawolywania, walka o klienta. Wsiadamy (za namowa Wojtka) do autobusu bezposredniego. I czekamy. Czekamy, rzecz jasna, na pasazerow, pusty autobus nie pojedzie. Ze 40 minut, Wojtek czerwony ze zlosci, ale nic nie mowi, sam odpuscil (juz drugi) autobus do Ambato. No ale puscili film (telewizor jest w kazdym niemal autobusie), Fireproof – tytul filmu, czyli Bombero z hiszpanska, niezly, bardzo religijny i pouczajacy jak ratowac rozpadajace sie malzenstwo. Podbudowani tym filmem – w dobrych nastrojach docieramy na poludnie Quito. Tu tez lapiemy kolejny autobus z telewizorem (tym razem nie puszczaja filmu, tylko leci telewizja – telenowela, reklamy, telenowela itd), ale w zasadzie bez silnika (cale szczescie sa hamulce). Pod gorke wjezdzamy na jedynce, z gorki ostro, zeby sie troche wtoczyc pod druga. Asia blada na twarzy, cos malo zaufania do sprawnosci wozu. Na szczescie w telenoweli wszystko sie poukladalo, mozna odetchnac z ulga. Bardzo dziekujemy kierowcy, gdy w koncu doczlapalismy do rozpoznawalnego przez nas supermercado Santa Maria i wysiadamy. Dalsza czesc podrozy to pestka. S. Lenka czeka na nas z obiadem. Zasypiamy o 20., by obudzic sie przed 7 dnia nastepnego.

PS
Jeszcze dwie uwagi z podrozy po Ekwadorze. Widac spora obecnosc wojska, nie ma wprawdzie uzbrojonych patroli na ulicach ani wozow opancerzonych w miescie (Peru AD 1989), ale przy glownych trasach co chwila natykamy sie na jednostki lub szkoly wojskowe. Takie memento dla wszystkich (rowniez politykow), choc przede wszystkim wojsko takze i tu ma sluzyc obronie przed agresorem zewnetrznym. O dziwo, w Ameryce Lacinskiej, gdzie (moze oprocz Brazylii)  granice krajow zostaly ustalone mocno arbitralnie, a w momencie wojny wyzwolenczej bohater calej Ameryki Poludniowej Simon Bolivar jeszcze w 1821 r.mocno wierzyl w to, ze walczy o wyzwolenie jednego kraju – kontynentu, to do podzialow doszlo blskawicznie, a wojny i spory terytorialne do dzis nekaja wiele sposrod tutejszych krajow. (Ekwador doprowadzil do kompromisowego rozwiazania w sprawie sporu terytorialnego z Peru dopiero kilka lat temu.
Sport.
Wszyscy tu (oprocz numero uno – futbolu), graja namietnie w volley. Nie tlumacze tego jako siatkowka, bo tez to troche inny sport – siatka zawieszona jest znacznie wyzej niz u nas. No bo i dlaczego wyzsi mieliby miec przewage nad nizsymi? Jesli siatke zawiesic wystarczajaco wysoko bedzie bardziej demokratycznie – NIKT (taka odwrotność demokratycznego: wszyscy) nie bedzie mogl pilki nad siatka sciac. I tak tez jest w przypadku sportu o nazwie volley. Poza tym podbnie jak w siatkowce, oprocz tego, ze aby pilke przebic zawodnicy mocno ja pchaja. No i nawet w Oyacoto jest boisko do volley ze sztucznym oswietleniem. No coz, grac tu mozna na dworze caly rok, zas ciemno robi sie juz przed 7. A grac lubia tu wszyscy.

piatek, dzien 38
 
Ostatnie zajecia z klasami 3. i 4. Jest na prawde fajnie, polubilem tych lobuziakow i bedzie mi ich brakowac. Widac po nich, ze ze wzajemnoscia. A zatem nasz pobyt tutaj na cos sie przydal i innym. Bogu niech beda dzieki.
 
 
PS
To ostatni wpis dokonany w Ekwadorze (chyba, ze nastapi cos nieprzewidzianego, o czym koniecznie trzeba napisac). Jeszcze raz dziekuje za cierpliwosc i wytrwalosc. O tym, jak siostry i dziewczyny zegnaly Wojtka i Tomka i nas napisze juz z Polski. Jeszcze raz Wam wszystkim dziekuje.
Adios.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Emanuela

    9 marca 2010 o 13:57

    Wspaniała ta Twoja Darku relacja!

     
  2. chris

    23 marca 2010 o 23:52

    dziekuje za wszystkie te relacje.

     
 

  • RSS