RSS
 

misja9

06 mar

misja9

sobota dzien 32 cd.
W koncu docieramy do naszych franciszkanow. Klasztor znajduje sie w centrum miasta, duze zabudowania, wszystko estetycznie wykonczone. Ojcowie (jest ich tu aktualnie 3, czwarty przebywa na urlopie w Polsce, jest tez jeden lokalny postulant – kandydat do zakonu) – o czym wiedzialem, ale jak widzi sie to na wlasne oczy, dopiero wtedy mozna sobie to doglebnie uswiadomic – musza robic w zasadzie wszystko sami – rozwieszone w kruzgankach pranie zostalo wyprane przez nich wlasnorecznie, ciasto, ktorym nas czestuja po kolacji, tez sie jakos samo nie upieklo. Czesto tez musza tu uczyc sie rzemiosl zgola nowych, po to tylko, by zapewnic sobie minimum komfortu. Bo Tulcan  znajduje sie prawie na 3 tysiacach metrow, w zwiazku z czym – zwlaszcza w grubych klasztornych murach – po prostu marzna.
 ”Tu jest chlod zupelnie inny niz w Europie – bardziej dokuczliwy” – mowi jeden z mlodych ojcow. (nad ranem termometr w naszej sypialni wskazuje 16 stopni – tyle co w naszym gorskim domku w Kotlinie Klodzkiej w zimowe poranki, tam jednak otuleni jestesmy w puch – potem w ciagu dnia robi sie wszedzie troche cieplej).
 W czasie mszy korzystamy ze spowiedzi – ojciec spowiednik wita mnie po hiszpansku, szybko jednak przechodzi na polski – mowi duzo, moze przyjemnie mu jest w koncu wyspowiadac kogos w rodzimym jezyku. Sam konfesjonal to polaczenie tradycji z nowoczesnoscia – wejscie od strony lewej konfrontuje nas ze spowiednikiem oko w oko – siedzi sie na przeciw siebie, „spowiedz to bardziej rozmowa” – komentuje to potem Tomek – „po raz pierwszy po spowiedzi czuje sie tak lekko”. Mozna tez pojsc do spowiedzi od strony prawej i wyznac swe grzechy przez kratke w pozycji kleczacej – przy czym przy nastawieniu spowiednika do dlugich wypowiedzi – jest to forma zdecydowanie mniej wygodna.

Do naszych pokoi po mszy wchodzimy prosto z kosciola, ostrymi schodami na pierwsze pietro. Przechodzimy kolo obrazow z podobiznami 2 franciszkanow z tego samego zgromadzenia, ktorzy zostali zamordowani przez partyzantow z Sendero Luminoso w Peru w 1991 roku. Tylko dwa lata po mojej pierwszej (i jedynej) wizycie w tym kraju. Mlodzi ludzie, niemal rowiesnicy, Michal Tomaszek i Zigniew Strzalkowski – meczennicy za wiare. W chwili smierci jeden z nich mial tylko 31 lat.

Mimo, ze nie ma tu parafii ludzie i tak ciagna do naszych zakonnikow, kosciol w sobote wieczor prawie calkiem zapelniony. Do spowiedzi – oprocz naszej czworki – przystepuje tez kilka innych osob. Dowiaduje sie, ze franciszkanie z Tulcanu maja ponad 70 czlonkow trzeciego zakonu, ale w wiekszosci starszych, juz wiele, wiele lat po obloczynach. Mlodych tez ojcowie staraja sie przyciagnac – spora oferta spotkan – nas najbardziej przyciaga stol pingpongowy na przystosowanym do zajec sportowych strychu. O. Marcin mloci nas niemilosiernie, tlumaczymy sie, ze nie mamy wlasnych rakietek.

Ojcowie mowia miedzy soba po polsku mieszajac slowa i zdania hiszpanskie. Kazanie na mszy jest czytane, nie ma chyba jeszcze potrzebnej swobody wypowiedzi w j.hiszpanskim, takiej jak u p. Marcelo, czy chociazby Don Luci, ale tez nasi franciszkanie sa tu znacznie krocej, a z polskiego duzo dalej do hiszpanskiego niz z wloskiego.

niedziela, dzien 33
Na sniadanie zaproszeni jestesmy do domu Yadiry – pysznie i goscinnie. Zaraz potem udajemy sie do Kolumbii, na msze do sanktuarium w Las Lajas. W naszym przewodniku ostrzegaja o granicznych kontrolach – dzis jednak przejezdza sie przez granice swobodnie, nikt nawet nie sprawdza naszych paszportow. Zaraz za granica dostrzegamy wyrazna roznice – budynki sa zamozniejsze, juz na pierwszy rzut oka widac, ze standard zycia jest tu wyzszy niz „u nas” w Ekwadorze. „To narkodolary, ktore w koncu inwestuje sie w legalne przedsiewziecia na terenie kraju” – tlumaczy Yadira. Taki paradoks. Nie jedyny zreszta. Wiadomo powszechnie, ze Kolumbia „slynie” z produkcji kokainy. Rownoczesnie jednak jest to kraj ludzi mocno wierzacych, tu trudno jest znalezc otwarty sklep w niedziele i swieta. Po ekwadorskiej  stronie granicy nawet drogi naprawia sie 7 dni w tygodniu, tutaj juz nie. Mysle o Polsce, o naszej zywej wierze ale takze o wszechobecnym alkoholizmie Polakow i o innych problemach, chocby z kradziezami. Czyz w Kolumbii nie jest podobnie?  Dobro i zlo posplatane ze soba, czesto trudne do rozsuplania. Czyz nie jest tak, ze tam gdzie duzo dobra zaraz dobija sie zlo? Ale i odwrotnie, gdzie duzo grzechu, tam i laski bez miary.

Na koniec udajemy sie do supermarketu (inne sklepy pozamykane), zeby sprawic przezenty ninas na misji i posmakowac kolumbijskiej kawy i czekolady. Nieprzyjemnie zaskakuja nas ceny – wyzsze niz polskie. Zywnosc i paliwo kosztuja w Kolumbii duzo wiecej niz w Ekwadorze.  Aha, zarowno w Kolumbii, jak i w Ekwadorze nigdzie nie widac ludzi palacych papierosy! Jesli ktos pali, to tylko turysci.
las LajasŚwinka morska na patyku

Poniedzialek, dzien 34

Przygotowujemy sie do wyjazdu do Banos (wody termalne) i Puyo (najwieksze miasto na obrzezach dzungli), a takze do wizyty pana Ferdinanda Flores (poprzedniego ambasadora Ekwadoru w Polsce) z zona. Robimy zakupy, siostry (biedactwa) sprzataja kuchnie i otoczenie. Wieczorem odbieramy szanownych gosci przy peaje i dalej prowadzimy ich bezdrozami do zabudowan misyjnych. Po – nazwijmy to umownie – „drodze” – zatrzymujemy sie na chwile, by uprzatnac kamienie – nisko zawieszony samochod gosci moglby miec z tym problem.
 
Do kolacji zasiada z nami tylko s. Marica. S. Lenka skrecila rano noge i lezy w lozku. Pozostale siostry i Don Luca jedza w kuchni wraz z las ninas – chyba nie maja nam tego za zle.

Ambasador okazuje sie niezwykle sympatycznym czlowiekiem, zakochanym w Polsce, ktory pojmuje swa prace jako sluzbe prostemu czlowiekowi. Goscie swietnie mowia po angielsku, po polsku znaja tylko pare slow, rozmowa toczy sie glownie w j. hiszpanskim.  Opowiadam, ze  prelekcja ambasadora na temat Ekwadoru w Warszawie zrobila na sluchaczach duze wrazenie, cieszy sie. Chetnie podejmuje temat pomocy w zorganizowaniu przy wspoludziale kancelarii Prezydenta RP biblioteki przy naszej misji. S. Marica porusza trudny temat drogi do misji – to nadzieja na pomoc w uzyskaniu decyzji na remont tejze  byla ostatnim impulsem do zaproszenia przeze mnie p. Flores. Dyplomata i s. Marica wspolnie ustalaja, od kogo zalezy decyzja o remoncie, pojawia sie realna szansa na poprawe sytuacji. (Tumany kurzu, ktory wdychaja dzieciaki dowozone do szkoly, nawet teraz jest to dokuczliwe, a co dopiero w porze suchej, gdy niebieskie mundurki doslownie szarzeja po drodze) Na koniec robimy obchod zabudowan misyjnych – ambasador dziekuje nam i naszym przyjaciolom z Polski za pomoc finansowa. „Bez wsparcia z zagranicy takie dziela bylyby zupelnie niemozliwe” – przyznaje. „Ludzie w Europie (spedzil tam jako dyplomata ponad 20 lat) czesto nie zdaja sobie zupelnie sprawy, jak tu u nas jest”.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS