RSS
 

pożegnania

30 mar

Sobota, dzień 39

Ostatnia wizyta w świetlicy u wytwórców lodów. Tego wieczoru s. Lenka ma dla naszych gospodarzy prezenty – nowiutkie biblie.

„Los Polacos pomogli nam je ufundować, są tutaj z nami już ostatni raz.” – tłumaczy

„Czy wrócicie?” – pada pytanie.

„Naturalnie” – odpowiadamy.

Dziękują za prezenty, widzę po ich twarzach, że jest to dla nich duża sprawa. Podchodzą do mnie, bym się podpisał – rozumiem, że jako nowy przyjaciel, którego na jakiś czas żegnają, lecz który zostawia po sobie cenną pamiątkę. 

„Ale to nie on jest autorem tej książki” – śmieje się Asia. 

Lecz to dla wszystkich tutaj jest chyba oczywiste. Częstują nas chlebem i herbatą. Rozumieją, czemu nie dotarliśmy dwa tygodnie wcześniej na zakończenie karnawału. Podchodzi do mnie starszy pan z siwym wąsem, którego widzę po raz pierwszy. 

„Pracuję w hydroelektrowni na północy, przyjeżdżam do rodziny rzadko. Ale chciałbym pana prosić o książkę, która pomoże mi w pracy” – mówi. 

Ale narozrabiałem, podpisując się w biblii! – myślę. – Teraz mnie pokarało.

„Siostra Lenka” – rzucam dość rozpaczliwie i ciągnę go za sobą. Może do nieporozumienia dochodzi na linii językowej? – czepiam się tej nadziei. 

„Ten pan chce również otrzymać biblię” – tłumaczy mi s. Lenka.

„Też chcę dostać tę książkę, żeby zmieniać me życie” – wyjaśnia ostatecznie i odchodzi, nowy i dumny czytelnik Słowa. A ja? Najpierw chcę mu podpowiedzieć, żeby zaczął od Nowego Testamentu, że tak poza tym to mogą być problemy, że to w zasadzie wspaniałe, ale… Ale patrzę w ufne oczy hermany Lenki i przestaję się martwić. Będzie dobrze – myślę, i uśmiecham się, bo wiem, że cytuję JPII z prywatnej rozmowy z polskim dominikaninem  na kilka miesięcy przed śmiercią papieża. I czuję się już trochę bardziej jak misjonarz.

Niedziela, dzień 40

Wykład padre Antonio, jak zawsze poruszający, również o tym, dlaczego trzęsienie ziemi w Chile nie było żadną karą bożą i dlaczego mamy się nie martwić: „Wyjeżdżacie już jutro, szanse na trzęsienie u nas do jutra są znikome” – uśmiecha się Włoch. Po czym, już na mszy, dopowiada: „Bądźcie misjonarzami także w Europie, Europa też potrzebuje misjonarzy.” 

[Rano była jutrznia, w której uczestniczyły wszystkie dziewczyny, więc ja także. Siostra Sandra podczas modlitwy powszechnej prosiła, za moją rodzinę, za mnie, żebym mógł wrócić na tą misję za rok na rok, popatrzyłem się na nią zaskoczony. Po południu zaczęła się fiesta na nasze pożegnanie. Każda dziewczyna przygotowała pożegnalne słowa dla nas i czytała je na środku sali. Dziewczyn było piętnaście, więc i piętnaście tańców wykonanych przez nie, później tańczyli wszyscy. Po fieście (skończyła się w miarę późno) długo jeszcze siedziałem na dworze i przytulałem się na dobrznoc już po raz ostatni w tym roku. Dziewczyny domagały się potwierdzenia złożonej już wcześniej przysięgi, że wrócę.]

[Wojtek] Janet, Karina, Diana

Karinawitamy na pożegnaniu

 

Poniedziałek, dzień 41

[Cały ranek spędziłem w klasie pierwszej, u siostry Tati, z Kariną i Marielą. Przy okazji zrobiłem kilka zdjęć ninas, siostrom, a także ninos ze szkoły. Po obiedzie zaczęliśmy się (niechętnie) przygotowywać do wyjazdu. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcia, otrzymałem ostatnie listy i prezenty. Zaczęliśmy się pakować do busa. Na pożegnanie dzieczyny składały nam życzenia i przytulały się. Później szybko uciekły, mama mówiła, że poszły płakać, ale ja podejrzewałem coś innego. Odjechaliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się w Calderonie,  siostra Lenka odebrała małe prezenty ze sklepu. Dojechaliśmy na lotnisko, a tam (ja domyślałem się, że tak będzie) czekały na nas dziewczyny, a z nimi kolejna fala pożegnań - przytulania się - MOCNO - mówiła siostra Marica - to już ostatni raz w tym roku.]

[Wojtek]

Prezenty, miłe sercu drobiazgi, listy, pamiątki. Ileż tego. Ile uścisków, pocałunków, przytuleń.

Don Darek, no se vaya – mówią niektóre dzieciaki. 

Necesitamos, pero vamos a volver – odpowiadam i faktycznie wierzę, że niedługo tu wrócimy. Mam wspaniałego sojusznika w osobie Wojtka, który dzielnie znosi dzisiejsze rozstania, ale będzie też zaraz napierał na powrót. Opozycja? – nie istnieje. Jedynie szara materia, brak funduszy, ale to nic, bierzemy się do solidnej pracy i żyjemy oszczędnie. I wracamy. Do radosnych, roześmianych przyjaciół, którzy mimo niezwykle trudnej przeszłości i mocno niepewnej przyszłości zachowują taką pogodę ducha jakiej nie widziałem nigdzie indziej. Są w nich wiara, nadzieja i miłość. Czy trzeba czegoś jeszcze?

Adios, mis amigos. Adios. 

grupa 3 (najstarsza) przedszkolaklasa 2klasa 3klasa 4klasa 1grupa 2 przedszkolagrupa 1 przedszkolaklasa 1DianaKarina, s. Rosa, jaKarina i jaTomek i MayaJonatan, Veronica, Fernando, TomekKarina. Maya, MarielaKarina, Maya, ja, Marielaninas + ja

 

 
[We wcześniejszych wpisach pojawiły się zdjęcia. Przepraszam za trochę jednostronny wybór zdjęć (starałem się go ograniczyć).] [Wojtek]

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS