RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2012

watpliwosci cd

31 sty

Pisalem, ze jest z nami Vlatka, chorwacka wolontariuszka, z wyrazna nadwaga, widac ja w tle pierwszego zdjecia na blogu z h. Lenka i na najnoszych zdjeciach zamieszczonych przez Wojtka, razem ze mna, s. Marica i kokosami. Wyjasnia, ze w wieku 4 lat dostala jakies lekarstwo i w ciagu miesiaca przytyla 15 kg. A potem otylosc jeszcze wzrosla. Tutaj juz po 2 tygodniach potrzebuje zaciskac pasek, to dobry poczatek. Asia patrzy na nia z zazdroscia, ja juz tez bez paska spodni nosic nie moge. Vlatka ma 8 rodzenstwa, jeden z jej braci jest ksiedzem. Zaraz na poczatku swego pobytu odniosla kontuzje, grajac z las niñas i Wojtkiem w koszykowke, i wciaz jeszcze ma powazne probemy z bolaca noga. Wczoraj przeszla jakis zabieg w szpitalu. Wczoraj tez nam powiedziala, ze mysli powaznie, by tu zostac na zawsze. (Tylko na razie nawet nie wspomina o tym swoim rodzicom, oni i tak z trudem przyjeli jej roczny wyjazd na misje.) Tak ja wciagnelo. Szok. Mi odkrycie piekna tego miejsca zeszlym razem zajelo zdecydowanie dluzej, no i tak nie zostalem, a ona… Poza tym Vlatka po 3 miesiacach nauki rozumie tyle co ja, a mowi po hiszpansku niewiele gorzej. Zazdrosc.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

watpliwosci

31 sty

No i ciagle te watpliwosci. Moja wymiana mysli z Paula… Nie jestem do konca przekonany o slusznosci mej tezy, tak jak jej bronilem, o innym wymiarze zycia w biedzie Calderonu czy Oyacoto. Mysle, ze gdy Piotr pisze o innosci tego miejsca ma na mysli bardziej Ducha ludzi, z ktorymi dane nam jest tu mieszkac niz biede i kompletny brak perspektyw, przynajmniej dla zdecydowanej wiekszosci mieszkancow tych okolic, w przewidywalnej przyszlosci. To chyba moje bardzo subiektywne odczucie, zahaczajace o niemozliwosc przyjecia, jako realnego, tak skrajnego ubostwa (choc swiadom jestem tego, i zawsze to podkreslam, ze to na pewno nie jest Czarna Afryka), czego w polemice z Paula bronie. Na moich chlopcach, na przyklad, jeszcze podczas pierwszej wizyty bieda nie wywarla wiekszego wrazenia. Owszem, widzieli ja i Tomek biegal z pieniedzmi do zebrakow na druga strone ulicy, ale nie bylo w nich tego poruszenia, co we mnie. Sadze, ze znane Pauli i Piotrowi ubostwo mieszkancow Gruzji chociazby, moze byc bardzo podobne.

Domyslam sie, ze trudno Wam moje spostrzezenia komentowac, ale kazdy Wasz wpis odbieramy z duza radoscia. Dziekujemy za modlitwe i dobre slowo. Na pewno nie czujemy sie tu bohaterami (to takie wakacje obserwatorow, choc gdzie tylko mozna, pomagamy pracujac, wlacznie z dzielnym Tomkiem), ale majac wokol siebie tak wielu pozytywnych (pozytywistycznych tez) bohaterow, sami, chcac nie chcac, tym nasiakamy i moze na odrobine heroizmu nas kiedys jeszcze bedzie stac.

Nadal najwiekszym zdumieniem napawa nas osoba h. Rosy. Jej pracowitosc i oddanie sa niewyczerpywalne. I ciagla modlitwa o najmniejszych, najbardziej potrzebujacych pomocy, tak wyrastajaca, lecz przede wszystkim milosiernie przerastajaca, jej okrutne dziecinstwo. (Wczoraj medytacja nad koniecznoscia przebaczenia winnym i akceptacji swej przeszlosci. Przede mna siedzi dziewczynka, ktora po smierci rodzicow wykorzystywal starszy brat. Po modlitwie widze, jak wraz z 3 innych dziewczat tuli sie do prowadzacej rozwazania s. Lenki. Czy mozna to zrozumiec tak, jak pragnalbym to rozumiec?) Zastanawiamy se z Asia, jakim skromnym prezentem wyrazic nasza wdziecznosc s. Rosie za to, ze taka jest. Wlasnie w kuchni pojawia sie zrobiona przez stolarza (brata h. Patrycji) szafka na miotly i na buty. Ktos namawia s. Rose do schowania tam swych butow. Tak, schowam je tam, cale dwa. (moze powiedziala: dwie pary, teraz nie jestesmy pewni). Zatem nasz problem jest rozwiazany, kupimy jej buty, trzeba ja tylko podstepnie zawiezc do Calderonu. No i wczoraj sie udaje, Asia wypatrzyla pare za 20 dolarow, wracaja, Asia rozpromieniona. Potem pozno wieczorem pracuja razem krojac wolowine na dzisiejszy posilek dla wszystkich, 15 kg (razem z koscmi, koszt: 50 dolarow, duzo).

Znalazlem zdjecia z Otavalo.

                        Tata, Vlatka, s. Marica

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

jezyki

29 sty

¡Queridos Amigos!
Nasz blog stal sie – dzieki notkom przyjaciol z Chorwacji -  pisany w trzech jezykach (polski, angielski, chorwacki) nie wspominajac o pojedynczych slowach w hiszpanskim, quichua i shuar. Bardzo dziekuje za cieple wpisy, mobilizuja nas do dalszej narracji, a akurat teraz dziewczyny zajadaja sie jogurtem (otrzymujemy go za darmo od producenta, data waznosci juz minela) i gaworza glosno na naszym patio, tak ze ptakow prawie nie slychac, i ciagnie czlowieka do tego radosnego tlumu.

Oprocz rodziny Ivy Pavkovic z Dugo Selo pod Zagrzebiem (dzieki nim skontaktowalismy sie z Drina i tak po raz pierwszy trafilismy do Ekwadoru) czyta nas tez wlasnie Drina, obecnie postulantka w klasztorze w Wenecji.  Zastanawia sie ona mocno, czy powolanie do zycia w zakonie kontemplacyjnym (do ktorego po kilkudniowej przerwie 1 lutego wraca) jest dobrze odczytane, martwi sie, czy pod jej nieobecnosc ktos bedzie kontynuowal Kristov Stol, chorwackie stowarzyszenie wspomagajace nasza misje. Wspieramy ja tu modlitwa i dziekujemy za jej rzeke modlitwy z Wenecji.

Wczoraj nagrywalem (nie bylo latwo ja namowic)  siostre Lenke, sluchalem jej opowiesci zycia. Znowu niezwykla historia, np. niewytlumaczalne, nagle  uzdrowienie s. Lenki z gruzlicy pluc i wezlow chlonnych (?) (jak dobrze zrozumialem, moze myle, pisze na goraco, nie sprawdziwszy), po jej zarliwej modlitwie, gdzie prosi, aby Bog pozwolil jej pojechac na misje – po to, by pomagac ubogim wstapila do zakonu. Zgode na wyjazd miala wczesniej, ale powalila ja z nog ta straszna choroba. Nastepnego dnia po modlitwie idzie do lekarza, ktory ku swemu zdumieniu stwierdza, ze jest zdrowa. I jedzie. Tydzien wczesniej nie mogla wejsc po schodach na pierwsze pietro, a tu nagle znajduje sie wysoko w Andach i radzi sobie od razu z trudami ciezkiego, pionierskiego zycia jej owczesnej wspolnoty.

„Mozemy wybierac, w co tu wierzyc, w nauke czy w Boga” – skomentowal to zajmujacy sie siostra lekarz. I znowu – pelne tlumaczenie rozmowy (wiecej tam niezwyklosci – to moje ulubione slowo ostatnio, mam nadzieje, ze Was jeszcze nie razi) bedzie mozliwe pozniej, ale juz teraz chce – nawiazujac do osoby drogiej Driny – podzielic sie z Wami tym, co mnie zaskoczylo i troche zaniepokoilo.

Misje materialnie zbudowano dzieki pomocy JEDNEJ osoby (oraz kilku wloskich przyjaciol i rodziny), pana Daniele Sipione, z Udine. Ten  obecnie 82 letni adwokat, jeszcze w zeszlym roku osobiscie odwiedzil s. Lenke. Odslonieto wtedy pamiatkowa tablice z jego nazwiskiem na scianie szkoly.

Señor Sipione wspomagal wiele inicjatyw charytatywnych, m.in. takze dzielo bl. Matki Teresy z Kalkuty. W rozmowie z s. Lenka powiedzial kiedys: „Jak trudno jest czynic dobro”. Slowa te nie odnosily sie bynajmniej do walki wewnetrznej, jaka musial z soba toczyc, by przekazac znaczna czesc swego majatku potrzebujacym. Chodzilo mu o to, jak czesto pieniadze sa marnotrawione, jak obdarowani (lub tez posrdenicy) wielokroc zawodza. Z tego, co powiedziala mi Maestra domyslilem sie, ze odczul on w swym zyciu mocny sprzeciw Zlego, ale trwa. Wspiera. No wlasnie, tylko jak dlugo jeszcze bedzie to mozliwe?. Oprocz niego jest jeszcze Drina i Kristov Stol (propagujacy stypendia dla dziewczat z internatu, w wysokosci 100 euro rocznie, jak dobrze pamietam, i pomoc biezaca w wysokosci 100 kuna miesiecznie), no i my. I nikogo wiecej.

W piatek odbylo sie spotkanie rodzicow, przyszli prawie wszyscy. Nawet mama dwuletniej Michel, porzuconej w zasadzie dziewczyny, ktora, oprocz misjonarek, opiekuja sie w przede wszystkim sasiedzi. (Tym razem udalo sie tej señorze wymknac zanim wrocila na teren misji h. Lenka, nie szczedzaca jej ostrych slow). Wysluchali katechezy, bardzo praktycznej, odnoszacej sie do realiow ich zycia, nawolujacej do troski o potomstwo, po czym rozeszli sie do klas, by dowiedziec sie o postepach w nauce swych dzieci. Zszedlem do sekretariatu, gdzie pracuje Narcisa, kuzynka s. Liz, obecnie studiujaca anglistyke, choc praktycznego angielskiego zna bardzo malo. Mialem jej sprawdzic zadanie domowe, ale akurat co chwile ktos przychodzil. No coz, zadanie poprawilem jej sam, ale przy okazji dowiedzialem sie kilku rzeczy.

Rodzice wplacaja po 5 dolarow miesiecznie za wyzywienie dzieci, troche tez za dowoz. Czesc placi mniej, czesc nic nie placi wcale. H. Rosa policzyla, ze u niej nie placi 7 (m.in. mama Michel) na 24 dzieci. Rzecz jasna nikt nikogo z tego powodu jedzenia nie pozbawia. Oprocz tego siostry prowadza szkole (nazywa sie to „colegio a distancia”) nie tylko dla czesci las niñas – pozostale, starsze, w sobote jada busikiem po nauke do Quito – ale takze dla sporej grupy doroslych z okolicznych miejscowosci (od wtorku do czwartku ucze ich o osiemnastej angielskiego, rozpietosc wieku od lat 17 do 59, ale ta opowiesc nie jest jeszcze gotowa). Zajecia (w soboty, od rana do popoludnia) prowadza wolontariusze, zatem nie kosztuje to nic, a doroslym (troche jak u nas po wojnie) daje to szanse na lepsze zarobki i prace. (obecnie placa minmalna 290 USD na miesiac, ale czesto pracuje sie na to duzo ponad 8, czesto nawet 12, godzin dziennie, o warunkach pracy nie wspominajac;, panuje ludowe przeswiadczenie o wyzysku robotnikow, pewno w sporej czesci uzasadnione).

Oprocz tego siostry udostepniaja budynki szkolne i przyjmuja zapisy na darmowe kursy organizowane przez panstwo. W marcu zaczynaja sie dwa, computacion i electricion, wymog minimum 15 osob, po pierwszym etapie nastapia kolejne, jesli tylko znajdzie sie wystarczajaca liczba chetnych.

Wracam do Waszych postow.
Szymku, probowalismy, ale piesn przez Ciebie proponowana, rzeczywiscie piekna, jest jednak w sferze jezykowej, a troche tez i  muzycznej, za trudna. Las niñas nie maja specjalnie czasu na nauke dlugiego tekstu, nawet gdyby chodzilo tylko o nauke poprawnej (w miare) wymowy i linii melodycznej. Moze jest jednak cos innego?
Tak, nawet na rowniku mozna sie przeziebic, Asia przeszla jednodniowa grype, Wojtek jest dzisiaj (mimo niedzieli) u kontroli z angina, ale czuje sie wyraznie lepiej, wiec oczekuje dobrych wiesci. To wszystko przez wysokosc (2500 m npm), wiatr (przeciagi) i deszcz. Ale jak swieci slonce to bez ochrony glowy (Indianki owijaja glowy swetrami) sie nie obejdzie.
¡Adios! Bog! Good bye! Do zobaczenia!


platano maduro (lewa) i platano verde (prawa)

Las ninas are eating youghurts given to us (the expiry date has passed).

I have recorded sister Lenka, her story of life. Another marvellous story.

The mission school buildings were built with the help of only one person – Daniele Sipione from Udine, Italy.

Now among the people who support the mission are señor Sipione and his
friends, Kristov Stol, us, and only a few people from Ecuador.

The parents pay (simbolic) 5 dolars monthly for food. Some of them pay
less, some don’t pay at all. In the kindergarten group of sister Rosa
parents 7 out 24 children don’t pay at all. Food is not denied to
anybody, of course.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

po polsku

27 sty

Chcemy (i one bardzo chca), by dziewczyny zaspiewaly na nagrywanym przez nas CD takze po polsku. Do tej pory myslelismy o utworze  Stare Miasto w wykonaniu Lao Che, ale w zestawieniu z piesniami liturgicznymi nie specjalnie ten utwor pasuje. Myslimy o Arce Noego – Taki duzy, taki maly – moze macie inne pomysly? Ale cos latwego do nauczenia sie i zaspiewania.

Dodalem zdjecia do poprzednich wpisow. (Wojtek)
                                                                          Mayra                         

                           Anahi                           Gisslea (po lewej)

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

cd2

27 sty

Modlitwa wieczorna, inny dzien, tym razem
s. Marica. “Niektore z dziewczat nie mogly byc znowu na angielskim, prowadzonym
przez doñe Joanne. Byly zajete. Tak, zajete, spaniem. A inne znowu,
zamiast odrabiac lekcje, graly w koszykowke. To co, na tym ma polegac praca nad
soba, co z zadaniami? Czy mam zabrac pilke, czy same nie potraficie wlasciwie
wybrac? Zbliza sie koniec miesiaca. Mam nadzieje, ze gdy bede sprawdzala wyniki
w nauce, wszystko bedzie w porzadku.”

 

Dzwonie do
konsula honorowego Polski w Ekwadorze, Tomasza Morawskiego. Mialem sie z nim
spotkac 2 lata temu, wtedy dzwonil nawet do Polski, do kancelarii prezydenta,
ktora w osobie sp. Wladka Stasiaka nas polecala, dlaczego sie z nim nie
kontaktujemy. Teraz przygotowalem wizyte poczta elektroniczna, dostalem
odpowiedz z numerem telefonu. Pan Tomasz – jak wiedzialem z internetu, to
bardzo ciekawy czlowiek, zajmujacy narrator. Umawiam sie na spotkanie, potem
jeszcze dzwoni h. Marica, zeby ustalic, jak dojechac. “Ale po co wlasciwie oni
chca przyjechac?” – pyta ja konsul. Chyba nie kojarzy mojego imienia z osoba
sprzed 2 lat i z maila. “Chcielibysmy konsula poprosic o spotkanie na terenie
misji, ktora wspiera don Darek z ramienia Stowarzyszenia, by pan konsul
opowiedzial troche o historii swego kraju, o swych doswiadczeniach w Ekwadorze.
“Alez ja nie mam czasu na takie spotkania” – odpowiada poirytowany dyplomata…

Tlumaczenie tekstu
piesni z Quichua na hiszpanski w wydaniu spiewajacych pan (jak odkrywam
- analfabetek) nie zadawala h. Rosy. Obawia sie, ze panie nie za bardzo sobie z
tym poradzily. Trzeba szukac pomocy gdzie indziej. Jednak przy okazji tej proby tlumaczenia po raz pierwszy wszedlem
do  domu zwyklych ludzi w Oyacoto. Nie
byl to jednak dom reprezentatywny, bo oprocz podobnych wymiarow (ok. 5 x 8
metrow) i tych samych materialow budowlanych (szare pustaki), nie mieszka w nim
rodzina (z reguly w domu o tych wymiarach zamieszkuja 2 lub 3 pokolenia, ok. 10-15 osob). Tu mieszkaja tylko 2 starsze panie.  Zamiast betonowej podlogi drewniane
panele, w srodku, jak i w obejsciu, nieskazitelnie wrecz czysto. Gospodynie kijem
stracaja dla nas z drzewa kilka pomaranczy, zaniesiemy je na misje.

Zatem udajemy sie do Calderonu, by zobaczyc  sie z ksiedzem mowiacym w quichua. Ksiedza
nie zastajemy, musial w pilnej sprawie wyjechac – w poczekalni czytam
ogloszenia parafialne, natykam sie na 
imie katechety  przygotowujacego
mlodziez  do bierzmowania: Stalin. No
tak, teología wyzwolenia, komunistyczna partyzantka Sendero Luminoso aktywna
jeszcze 20 lat temu, za czasow mej pierwszej wizyty na tym kontynencie, mocne
lewicowe sentymenty miejscowej biedoty, a tu to imie u katechety. Rodzice chyba
nie tak wyobrazali sobie przyszlosc syna. Ale tez nie ma specjalnych powodow do radosci. Jedna jaskolka wiosny nie czyni.

Przygladam sie  codziennemu zyciu malego ekwadorskiego
miasteczka. Wielkoscia i klimatem przypomina mi Bystrzyce. Gdy tak Calderon do
Bystrzycy przyrownuje, zdaje sobie nagle sprawe, ze nie patrze na to miasto jak
jeszcze przed 2 dniami, oczami lekko przestraszonego przybysza, zadziwionego
innoscia tego miejsca, lecz juz raczej zaczynam przygladac sie podobienstwom.
Widze mlodziez w mundurkach szkolnych z komorkami w rekach, dzieci bawiace sie
w kaluzy, weterynarza w otwartych drzwiach swego sklepu, gdzie pracuje on tez jako
sprzedawca pasz i malych zwierzat – jasne, ze wyglada to inaczej niz u nas, ale
jednak  ta codziennosc, powtarzalnosc obserwowanych wtedy przeze mnie sytuacji, ich normalnosc nagle zaskakuje, jakby do tej pory nie dane bylo mi uwierzyc, ze tu zyja normalni ludzie, ktorzy kochaja, nienawidza, ciesza sie i smuca, rodza, choruja i umieraja, ze to-nie jest zupelnie inna planeta, ani nie film opowiadajacy wymyslona, nierealna sytuacje. Dotychczas zauwazalem egzotyke, byl to jakby surrealistyczny sen,
jednak inny wymiar (sorry, Paula, ale i tym razem nie tylko pokoleniowo, jestem z Twym Tata), z ktorego niedlugo sie
wybudze ladujac w Europie. A tu dzis zafascynowala mnie ta codzienna
powtarzalnosc. Nadchodzi i refleksja:  tak tez moze przemijac
zycie, a moje bogatsze, europejskie  otoczenie wcale nie stawia mnie w lepszej sytuacji. Bo prawdziwe, najistotniejsze wybory w zyciu, nie dotycza tego gdzie
zyc, pracowac czy jakim samochodem jezdzic. One dokonuja sie na zupelnie innej plaszczyznie.

Hermana Rosa do Calderonu zawiozla
malenkiego krolika, do rzeczonego weterynarza akurat. Teraz idzie ulica i co
jakis czas spoglada do wiaderka, do ktorego zwierzaka wsadzila. Chwytam ja za
ramie, bo wlasnie patrzac na krolika siostrzyczka nie dostrzega samochodu. Zafrasowana. Trzeba
bedzie  kastrowac swiniaka, a to kupa zachodu. Zawsze taka sama, otoczona
wianuszkiem pedrakow w Oyacoto, sprawdzajaca, czy krolikowi w wiaderku
wygodnie, martwiaca sie o zwierzeta.
Calym sercem oddana innym, do poznych godzin nocnych. Ale przygotowac zwierzaka do gara to takze musi ona. Po pierwszym kroliku dlugo plakala. Nad
kurami nie rozczulala sie nigdy.

Wojtek
zlozony grypa, siostry kilka razy dziennie go odwiedzaja, okladaja liscmi kapusty i czym
jeszcze, walcza z temperatura. Nie jest zle, ale bardzo Wojtek wszystkim do
serc to przypadl i dbaja o niego jak o syna. S. Marica zapowiada, ze sprowadzi
mu las niñas, by go pocieszaly. Akurat z Asia pierzemy nasze rzeczy, gdy Marica oznajmia nam, ze wizyty kolezanek z dzungli staja sie fakem – wlasnie przyszla pierwsza,
przyprowadzona przez nader sprawna siostrzyczke. Karina jest jeszcze w pokoju
chlopcow dobrych 20 minut pozniej, gdy pranie konczymy. Jest jeszcze i dluzej,
ale w koncu kolezanki wywoluja ja na zewnatrz, potrzebna im ponoc do pomocy.

 

Las niñas
przychodza do Wojtka raz jeszcze, tuz przed kolacja. Tym razem wszystkie na
raz. Modla sie o jego zdrowie. Niektorym nie spieszno z wyjsciem z pokoju. H.
Rosa zaczyna swe okladanie chorego kapusta.

 

 

The translation of the Quichua songs made by analfabet elderly ladies doesn’t satisfy s. Rosa. We will have to find someody else to do the job. But thanks to that attempt I have entered a normal house in Oyacoto for the first time. A 5×8 meter house made of concrete. Normally it houses 10-15 people, 2 or 3 generations of a family. The one I entered is inhabited only by two elderly ladies. Everything perfectly clean.

I begin to see the places around me in a different light. I find out, that life on the whole is the same everywhere, despite many obvious differences.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

cd

26 sty

Z nagrywania w studio na razie zrezygnowalismy, Drina z Kristova Stola w Chorwacji bardzo na wspolprace z o. Chalconem nalega, chce tez za nagranie w wiekszosci oplacic, zobaczymy. Tymczasem nagrywam dziewczyny na miejscu, dzisiaj w jezyku Shuar. Aha, dowiedzialem sie wlasnie przy tej okazji, ze „shuar” znaczy „la gente”, czyli „ludzie” po prostu. Ciekawe, prawda?

Ale wracam do przeszlosci. Wczoraj byl u nas 73-letni, schorowany (4 by-passy, jedna operacja biodra, przed nim kolejna na wiosne tego roku) padre Marcelo. Pisalem o nim w czasie poprzedniego pobytu w Ekadorze. To wloski ksiadz od 39 lat mieszkajacy w Ameryce Poludniowej (przyplynal tu statkiem, przez Kanal Panamski, samoloty nie byly jeszcze tak popularne) w bardzo trudnej klimatycznie czesci, w Esmeraldas, nad Pacyfikiem. Ofiarowal ostatnio siostrom dom w Marianas i siostry otworzyly tam la guarderia, przedszkole czy raczej zlobek dla 30 dzieci. Gotuje dla nich h. Anita, oprocz tego sa jeszcze 3 panie do pomocy oraz h. Marica i h.Liz. Padre Marcelo przyjechal z Alejandro (tez o nim pisalem 2 lata temu) swym ostatnim, 50. „synem”, jak go nazywa, chlopakiem ulicy , porzuconym najpierw przez ojca a potem i przez matke, bo jej najnowszy „maz” postawil ultimatum – albo on, albo dzieciak (bardzo to tutaj typowe). Zatem nasz zaprzyjazniony Wloch przygarnal Alejandra. Gdy go poznalismy, chlopak nie mogl zasnac przy zgaszonym swietle, ze strachu, ze znowu zostanie porzucony, moczyl sie w nocy. Dzis dowiadujemy sie, ze nadal nie do konca z tym problemem sobie radzi, choc teraz jako 9-latek zmeznial mocno, to prawie mlodzieniec. U siostr zrobil sobie specjalna modna fryzure i sprawia wrazenie spokojnego.

Konczy sie msza z udzialem p. Marcelo. U jego boku Alejandro. Obaj jeszcze przy oltarzu, ksiadz – ojciec, padre – obejmuje lewym ramieniem chlopca, przytula go. Stoja tak obok siebie przez chwile.

Jedno z wieczornych spotkan modlitewnych. Prowadzi h. Patrycja. Po modlitwach czas na rozmowe, a jest z nami tez Gilma, siostra bezhabitowa, ktora czesto gosci na misji i wspomaga ja jak moze. Obok niej doña Carlota, uczy szycia i donosi przysmaki. Raz przyniosla pizze – dawno nie widzialem Tomka tak szczesliwego. Nareszcie mogl najesc sie do syta tym, co lubi. Ale do rzeczy. S. Gilma wspomina swoj pobyt w internacie u innych siostr  przed wielu laty. Opowiada, jak mieszkanki internatu musialy sprzatac dla siostr internat prowadzacych. Od razu replikuje s. Patrycja, dosc poruszona: wy (zwraca sie tutaj do dziewczat) dla nas nie pracujecie, w Cristo Misionero Oranta wszyscy pracujemy tak samo, siostry na rowni z las niñas, i to nie po to, by zyc wygodnie czy stworzyc jakies materialne cuda, ale by, cytuje: „sluzyc innym” – i nic na to nie poradze, ale dla mnie te slowa w jej ustach wcale nie brzmia jak wytarte frazesy. Po nieszporach idziemy wsrod smiechow i coraz smielszych wypowiedzi dziewczyn Shuar w jezyku polskim (Mickiewicza jeszcze nie cytuja, brzmi to bardziej jak: „Do jutra, kolego, doña Joanna”) prosto na meriende, bo tak nazywa sie tu wieczorny posilek. Kolacje przygotowala i stol nakryla dla wszystkich Maestra.

Today we are going to record songs in Shuar. I learned, that „Shuar” means „la gente” – „people”. Interesting, isn’t it?

Yesterday Padre Marcelo came to visit the sisters. He is ill, had 4 by-passes and had an operation of his hip. He is an Italian priest. He has been living for 39 years in Ecuador, Esmeraldas, by the Pacific. He gave a house in Marianas (near Oyacoto) to the sisters and they opened there a kindergarten for 30 children.  Padre Marcelo came with his last, 50. „son” Alejandro, a boy from the streets, abandoned by his parents. In the end of the mass p. MArcelo hugged Alejandro with his arm for a while. They stood at the alter like that for a while, father and son, padre and the boy from the streets.

At one of the afternoon meetings Gilma (headteacher of the school) reminds her childhood, when she was in a boarding school with nuns: „We had to clean everything for the sisters”. Sister Patricia replies immediately: „We are all equal in Cristo Misionero Orante – sisters and ninas, we all work the same, both you and us work to serve other people”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Nowy dzien

24 sty

Wazna poprawka. Starszy jegomosc, o ktorym pisalem wczesniej, to oczywiscie nie ojciec, a dziadek Anahi.

Nowy dzien, nowe wyzwania. Padre Chalcon, jezuita, z ktorym kontaktowalem sie jeszcze z Polski, chce nas dzisiaj zabrac do studia nagran. Nas, to jest las niñas oczywiscie. Kilka miesiecy temu byl w Oyacoto, sluchal dziewczat i bardzo mu sie podobaly. Wiaze sie to z kosztami i, poniewaz sam mam sprzet do nagrywania i juz z Wojtkiem zaczelismy nagrywac, propozycja wydaje sie nie do przyjecia. Jednak sisotry po dlugich rozmowach telefonicznych ulegly mu. Obiecuje sam w wiekszosci (tylko co to znaczy?) sfinansowac to przedsiwziecie. Ma doswiadczenie w nagraniach, ale to, co slyszalem osobiscie, to taka slodka muzyczka, dosc niestrawna dla nas. Padre Chalcon widzi tez mozliwosc dodania do plytki filmu DVD z dziewczynami, zafundowal im koszulki, jest rzeczywiscie zaangazowany w to przedsiewziecie i siostry czuja sie zobowiazane. Dzisiaj zatem bede musial wystapic w roli negocjatora, zobaczymy.

To nie jedyna nowa rola, jaka mi dzis przypadnie w udziale. Organizowane sa bowiem zawody miedzyszkolne w pilke nozna i bede musial chlopcom (do 11 roku zycia) w czasie dlugiej przerwy wyjasnic zasady gry. Wprawdzie graja, ale siostry sadza, ze reguly sa im obce. I chyba wypada mi sie z siostrami zgodzic po tym, co widzialem. Zatem mam im w ciagu pol godziny wyjasnic najwazniejsze rzeczy. Wybierzemy tez pierwsza jedenastke sposrod 19 chetnych.

Dziewczyny maja ekwadorskie ksiazki do nauki angielskiego. Sporo w nich bledow jezykowych, a na dodatek mocno nas razi ich niedopasowanie kulturowe. Przyklad: jedno z pytan z zadania domowego dziewczat: Do you like eggs with bacon? Tlumacze, bacon (boczek) to po hiszpansku „tocino”. Patrze w ich twarze i widze, ze pierwszy raz slysza takie slowo. No, ale chyba sie nie myle, slownik potwierdza. Tlumacze zatem, ze to takie mieso uzyte do smazenia jajek. Nadal bez sladu zrozumienia. Pytam: „co jadasz na sniadanie u siebie w domu?” Smiech. Dlaczego sie smiejesz? – pytam. Smiech. „Yuke” – podpowiada kolezanka stojaca obok. – A ty – zwracam sie do kolejnej. Smiech. „Yuke” – w koncu pada odpowiedz. – A co pijecie? – smiech. – Kawe. – odpowiada ktoras. Juz zaczynam rozumiec. – Pijecie wode – odgaduje. Si – odpowiadaja choralnie wszystkie i znowu sie serdecznie smieja. Mam nadzieje, ze nie ze mnie.

Pogoda nas troche zaskoczyla. Codziennie pada i jest chlodniej niz przed 2 laty. Ale jak tylko wyjdzie rownikowe slonce, robi sie za goraco i nawet te krotkie chwile wystarczaja, bysmy  sie lekko na twarzy poprzypiekali.

Prosze piszcie do nas, bo od kilku dni nie dostajemy zadnych komentarzy. Takiego wsparcia tez bardzo potrzebujemy!

Another day, another challenges. Padre Chalcon, whom I contacted from Poland, wants us to come and start recording the songs. He was a couple months ago in Oyacoto, listened to the girls singing  and thought it would be a good idea to make a cd with them. We have started recording on our own, though. We will see what can be done. We will have to negotiate with him.

Someody organizes a football cup, I will have to explain the rules of the game. They are playing all the time, but the sisters told us that it doesn’t mean they know what the game is about. And I have to admit, after what I saw, that the sisters are right.

The girls have Ecuadorian books to study English. There are many mistakes in them, unfortunately. There is one question like this: „Do you like aggs and bacon?” They have no idea what bacon is. But this provoked me to ask them what they eat for breakfast. „Yuka” – they replied. – „And what do you drink?” – „Coffee” – „You drink water?” – I guess – „Yes” – they reply and laugh.

The weather surprized us – it rains every day and it is cooler than two years ago. But the sun is the same – a moment is enough to get sunburnt.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

niedziela cd

23 sty

Na msze niedzielna wyruszylismy juz z samego rana, do Quinche, takiej ekwadorskiej Czestochowy. Sporo dziewczat chce isc do spowiedzi, a tam zawsze jest ku temu okazja. Ale zaraz po dotarciu do Panamericany okazuje sie, ze dalej nie pojedziemy – protest mieszkancow Santa Anita spralizowal ruch na autostradzie. Domagaja sie naprawy tragicznego stanu drog w ich wiosce. W druga strone tez sie nie da jechac (w tym miejscu, aby pojechac w lewo, trzeba przejechac po prostu w poprzek autostrady, ale teraz stoja tu czekajace na koniec protestu – nikt nie wie oczywiscie, kiedy sie skonczy – samochody. Zatem nie da sie przebic.
Dziewczynka przy Panamericanie

Wracamy na misje. Pokazuje zdjecia z Polski, z naszych wystaw, z koncertu, z ostatniego spotkania na Klecinie. Puszczam muzyke  zaprzyjaznionego choru Szymona. Opowiadam o stowarzyszeniu. (www.naszamisja.pl). Wrazenie duze. Gdzies zagubilismy zdjecia z Bystrzycy od Mariusza, zdjec z Wroclawia czy Klodzka tez nie wzielismy. Jesli mozecie, doslijcie prosze. Bardzo chca to zobaczyc.

Pokazujemy film „Human Experience”, czesc z Nowego Jorku jest dla nich trudna. Za to ozywiaja sie przy czesci opowiadajacej o Peru. Zatrzymuje film kilkakrotnie i probuje doswiadczenia bohaterow tego dokumentu odniesc do nas i do rzeczywistosci misji w Oyacoto. Mowie, ze dla nas to jeden z cudow swiata, ta ich misja. Zapewne nie widzialy nawet zdjec zadnego z 7 miejsc uznanych za cuda swiata, ale zobaczyc to tak malo istotne. O ilez lepiej w takim cudownym miejscu jak Oyacoto zyc. I o tym im mowie. Dajemy im tez drobne prezenty ze wspanialego targu w Otavalo, lokalnego raju dla kupujacych. Tym razem dostaly od nas po pierscionku z drewna. Sporo przebierania, aby kazdej pasowal na reke, ale chyba sie udaje. Dziekuja nam goraco.

Do Kosciola wybieramy sie jeszcze raz, wieczorem. W kosciele niespodzianka, kaplica z obrazem Matki Boskiej czestochowskiej, ponoc bardzo tu popularnej. Zatem zamiast do ekwadorskiej Czestochowy dotarlismy do kosciola z Matka Boska z Czestochowy.  Chetne ida do spowiedzi. Ja modle sie o zdrowie mego Wujka, ktory trafil do szpitala. Modlimy sie tez na rozancu, m.in. po polsku. Ksiadz dziekuje siostrom za rzadka teraz modlitwe w jezyku Quichua, rozdaje nam ksiazeczki z historia obrazu z Jasnej Gory. Wracamy.

Po kolacji kolejna niespodzianka. Dwie dziewczyny, Sofia i Gissela, obchodza dzis odpowiednio 13 i 12 urodziny, na te okazje upieczono 3 ciasta. Obie bardzo niesmiale, takie dzikie stworzonka, najchetniej zapadlyby sie pod ziemie, cos takiego przezywaja  po raz pierwszy, a tu mocno je trzyma w swych dloniach potezna hermana Marica, nie ma szans na ucieczke. W jadalni u siostr jest cala misja,  Maestra wrecza dziewczynom prezenty. Dopiero po dlugich namowach godza sie nam je pokazac, to bluzka, sweter i biblia. A wszystko  posrod arcyzabawnych komentarzy wybornej aktorki i duszy towarzystwa, h. Maricy. Radosci mnostwo, jubilatki powolutku oswajaja sie z sytuacja. Tomek filmuje i robi zdjecia. Spiewamy, czujemy sie jak jedna kilkudziesiecioosobowa rodzina.
                                     Sofia na chwile przed zmuchnieciem urodzinowej swieczki                                                Gissela w dniu 12. urodzin                                             No i jakie prezenty dostaly kolezanki?

„Fiku miku i juz w kominie”. Tak mniej wiecej wita nas po drodze dziewczyna Shuar, gdy dzis wracamy z zajec do pokoju. To sprawka Wojtka. Dziewczyny wykazuja ogromna chec do nauki wszystkiego po polsku, my tez sie „uczymy” ich jezyka. Penkarak tsawarum – to dzien dobry w jezyku Shuar. Yuminsajme – dziekuje. Pangi – anakonda. Ponoc dziewczyny widzialy anakonde na wlasne oczy, niedaleko wlasnego domu. W dzungli, rzecz jasna. Ale kto je tam wie.

Notka do wymowy slow:
y – wymawia sie jak polskie j
j – jak polskie ch
w – jak polskie l w wrazie lodz

                      to i nastepne: fiku miku juz w kominie

We started our trip in the morning, we were trying to get to El Quinche,
the most important sanctuary of Ecuador. But on the Paamericana there
was a manifestation of the people of Santa Anita – they want the
government to repair the horrile roads in their village. We were not
able to pass.

We show „The Human Experiece”, the part from New York is too difficult
for them, but they look much more iterested durig the part aout Peru. I
tell them, that i thik, that their missio is the 7th woder of the world.
WE also give them woode rigs ought i Otavalo.

In the church in Quito we find a copy of the painting of „Black Madona”
from Czestochowa. We pray on the rosary also in Quichua, for which the
priest thanks us.

After the dinner, another surprize, a birthday party for Sofia ad
Gissela. The sisters made 3 big cakes for this occassion. They get their
presents – shirt, sweater and the Bible. Everyody is in the kitchen of
the sisters (first floor), we sing birthday songs.

„Fiku miku, juz w kominie” – say the girls in Polish as we walk beside
them. They want very much to learn Polish. We also try to learn their
language. Penkarak tsawarum – good morning. Yuminsajme – thank you.
Pangi – anaconda. They tell us that they have seen an anaconda, near
their house, in the jungle, of course, but who knows..

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

czas

23 sty

Czas plynie tu blyskawicznie, ilosc wydarzen i spostrzezen ogromna, niestety w wiekszosci, przy moim aktualnym zmeczeniu, ulotna. Mam nadzieje, ze nie bezpowrotnie, ze uda mi sie do spraw waznych powrocic.

Katerina jest z nami, przyjezdza codziennie (w weekendy) i jada z siostrami w jadalni na pierwszym pietrze. Las niñas jedza w kuchni. To znak, ze Katerina uzyskala od Maestry zgode, zeby sprobowac, tyle ze jeszcze musi dokonczyc nauke.

W czwartek na mszy nagrywalismy dwie panie spiewajace w jezyku Quichua. Zgodzily sie tez zostac po mszy, by zaspiewac kilka innych piesni. Nam sie podoba, choc nie jest to latwy w odbiorze folklor, tu na uzytek liturgii. Ubrane w piekne ludowe stroje (tak zawsze przychodza na msze), jedne z ostatnich mowiacych i spiewajacych w ginacym jezyku Quichua w Ekwadorze. Maja na sobie czyste, biale haftowane bluzki pieknie odrozniaja sie od wiekszosci wiernych w ich wieku obecnych na mszy. Pozostali to z reguly osoby ubrane biedniutko. Stare, znoszone lapcie, mocno przykurzone okrycia wierzchnie. Taka to rzeczywistosc ludzi jezyka i kultury Quichua (a wierni to i tak ci, ktorzy jako tako sobie w zyciu radza, przynajmniej nie popadli w alkoholizm). Gdy wracamy na piechote na misje Karina spoglada na dom, przed ktorym stoi dwojka dzieci. „Sa z naszej szkoly?” – pytam. „Tak. Biedni.” – odpowiada.  Rzeczywiscie, domek mniejszy i obejscie bardziej zaniedbane od innych. Ale co ma na mysli ta dziewczyna z dzungli, kiedy mowi „biedni” o swoich mlodszych kolegach ze szkoly?

W sobote w koncu udaje nam sie poznym wieczorem zorganizowac nagranie z s. Rosa (wczesniej wracala dobrze po dwudziestej z prowadzonych przez siebie zajec i nie miala juz sily na opowiesc). O tym, ze jej zyciorys jest nawet jak na to miejsce dosc niezwykly, dowiedzielismy sie od naszych przyjaciol Wlochow, ktorzy za naszym przykladem przyjechali na misje latem ubieglego roku. Ale chcielismy miec relacje z pierwszej reki.

Hermanita Rosa zaczyna swa opowiesc od momentu, gdy miala 3 lata. To najwczesniejsze wspomnienia z jej zycia. Obecnie ma 35 lat. Nagranie trwa poltorej godziny. Kilka razy przerywa, bo wzruszenie i lzy nie pozwalaja jej kontynuowac. My tez jestesmy wstrzasnieci.

Jedno ze zdjec na naszej wystawie z poprzedniego pobytu przedstawia hermane Rose stojaca wraz z Karina obok przewyzszajacego je o glowe Wojtka. Zdjecie podpisalismy: Wielkie duchem. Wtedy byla to tylko intuicja, wniosek wynikajacy z obserwacji ich zycia i zachowania na co dzien w misji. Teraz, gdy znamy przeszlosc  s. Rosy, uswiadamiam sobie glebie tej naszej pierwszej intuicji. Pozwolcie, ze spokojnie przetlumaczymy to nagranie, aby zachowac jego klimat i autentyzm, i dopiero wtedy  zamiescimy je na blogu. Nie chcialbym pominac jakichs waznych szczegolow. Teraz powiem tylko, ze mama Anahi, Esperanza, to przyrodnia siostra h. Rosy, a starszy jegomosc pracujacy w ogrodzie u siostr, dziadek Anahi, to najprawdopodobniej skruszony morderca jednego z wlasnych dzieci, straszego brata Esperanzy. Przy czym slowo najprawdopodobniej odnosi sie zarowno do „skruszony” jak i „morderca”, absolutnych dowodow na jedno i drugie nie ma.

Dziewczyny Shuar to rzeczywiscie dziewczyny dzungli.  Wielokrotnie czuje, ze jestem obserwowany, zza murka czy przez okno – odwracam sie, ale widze tylko znikajaca glowe. Taka ich przemozna, nie dajaca sie opanowac ciekawosc (choc czy moja ciekawosc bialego wobec czerwonoskorych jest mniejsza?). Pisalem o moich obserwacjach las niñas w kosciele. Niektore z nich tez mnie w kosciele czy w czasie modlitwy wieczornej w kaplicy obserwuja. I nie odwracaja glow ani wzroku, gdy spogladam w ich strone. Patrza nadal. Mysle, ze dlatego, iz nie maja gdzie uciec, a ciekawosc w koncu jakos zaspokoic trzeba.

Scenka z wczorajszego wieczoru. Przyjechalismy do stolicy, Quito. Czekamy na skwerze na otwarcie kosciola – jestesmy za wczesnie. Hermana Marica wymysla dla dziewczat i Tomka zabawe. Wojtek w odleglej czesci placu, wokol niego wianuszek dziewczyn. Zabawa Tomka to taki berek, pieciu na pieciu. Jakims dziwnym trafem cala piatka dziewczyn z przeciwnej druzyny biega tylko i wylacznie za nim. Nie ma biedak szans, sa niezwykle szybkie i zwinne. Przerwa w zabawie. W drugiej czesci placu pojawia sie kolejna grupka mlodziezy. To Tomek a wokol niego wianuszk mlodszych las niñas… Nawet mu to chyba specjalnie nie przeszkadza.

Jedziemy na msze upakowani jak sardynki. W trzech samochodach trzeba pomiescic ponad czterdziesci osob. Nam w busiku  najwygodniej, po czworo na trzech siedzeniach. Trzepie na wertepach, ale dziewczyny caly czas spiewaja. Nie daja nam szans, my tez musimy spiewac. Smiechy i spiewy, naprzemiennie. Slysze glos z tylu samochodu, od dziweczat: Zycie jest piekne. Za chwile Deisy (po polsku stokrotka) powtarza tak samo: Zycie jest piekne. Ciesze sie slyszac te slowa. Ale moje wlasne, tragiczne wspomnienia natychmiast kaza mi myslec: ale na tych drogach jest tak niebezpiecznie. Gdy cos sie stanie. A zycie moze byc tak piekne…  Tuz nad naszymi glowami przelatuje ladujacy samolot. Wojtek stwierdza, ze boi sie latac. Asia mu przytakuje. A ja sobie mysle, ze latanie to w normalnych warunkach bajka w porownaniu z jazda samochodem, zwlaszcza tutaj. I boje sie. O las niñas, ktorych zycie jest teraz rzeczywiscie takie piekne.
                               Jedziemy do studia nagran. Caly czas w napieciu, ostroznie, zeby nic sie dziewczynom z tylu nie stalo.

Katerin now eats with us in the kitchen on the first floor, this means she can try. She only has to finish her school.

We have recorded two Quichua women singig for us after the mass. They wear traditional clothes. Their clothes clean and beautiful.
When I was walking back home, I saw that Karina was looking at two children standing in front of a house. I asked her if they were from our school, she said: „Yes, Poor ones.” I wonder what she means when she says „Poor ones” about her younger frieds.

We managed to organize a recording of sister’s Rosa life story. It is very special, even for this place.

The Shuar girls are really citizens of the jungle. I often feel watched, but when I look around I can only see a head disapearing.

We went to Quito for a mass. We arrived too early, so we had some time. H. Maritza organized a game for the younger ones. Wojtek was walking in a little distance, there were a few girls with him. The others played 5 vs 5. All 5 girls decided to run after Tomek.

To get to the mass we had to drive: 40 people i 3 cars. The girls were singing all the time (they made us sing too!). We can see a plane landing just above our heads, Wojtek says that he is afraid of flying. I think that flying in normal conditions is definitely safer than travellig by car, especially in Ecuador, and I’m worried for the sisters and girls who have to drive quite regulary.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Niewiadome

19 sty

Zycie codzienne misji – trudno nam je calkiem ogarnac. Siostry czesto wyjezdzaja w roznych sprawach, czesc studiuje, sporo z nich ma klopoty zdrowotne, stad liczne wizyty u lekarzy lub testy medyczne. Nawet sam transport 200 dzieci do szkoly dwoma malymi busikami wydaje sie nieprawdopodobny, a jednak tyle dzieciakow do szkoly dociera, sam je wczoraj na apelu z tancami policzylem.

Apel zorganizowany byl z okazji przyjazdu na misje dwojki Niemcow: Alexandra Sittera i Doris Bose z Archidiecezji z Monachium, wspolpracujacych z episkopatem Ekwadoru. On mieszka w Ekwadorze od 5 lat, koordynujac pomoc Kosciola niemieckiego dla Ekwadoru, Doris zajmuje sie przygotowaniem wolontariuszy w Niemczech. Siostra Lenka ma ogromna nadzieje na przyslanie przez nich kogos do pomocy (pisalem juz, jak bardzo ta pomoc tu potrzebna). I rzeczywiscie obiecuja, na razie jedna osobe, 18-letnia Terese, przygotowujaca sie wlasnie do zdania matury (a propos matury wymyslilem nawet nowe slowo hiszpanskie, ktore bardzo Alexandrowi przypadlo do gustu: abiturarse), przywiezli nawet jej zdjecie. Niemcy zaczynaja powoli, najpierw musza sie upewnic, czy rzeczywiscie ta osoba bedzie tu potrzebna, zeby wyjazd mial sens. Mysla tez o przygotowywaniu wolontariuszy z Ekwadoru, aby oni mogli rowniez przyjezdzac do pracy w Niemczech. Zaciekawila ich perspektywa, ze na misji znajda sie rownoczesnie wolontariusze z Polski, Chorwacji i Niemiec. Alexander wspominal burzliwa historie naszych krajow i wyrazil nadzieje na wspolne budowanie tu (i tam) wiekszego zrozumienia.

Tyle o stylu pracy Niemcow (mysle ze warto by sie z nimi kontaktowac dalej, ich organizacja obchodzi w tym roku 50-lecie, mozna sie od nich sporo nauczyc www.freiwillig-weg.de). A mnie zadziwienie i tak nie mija. Co do rzeczywistosci misyjnej. Otoz jak ogarnac te dwusetke  dzieciakow, nakarmic i zatroszczyc sie o ich bezpieczenstwo, gdy ma sie do dyspozycji 2-3 siostry na stale na terenie szkoly + sekretarke Narcise – ucze ja codziennie angielskiego – 3 nauczycieli na stale + 2 czy 3 dochodzacych i nastoletnie dziewczyny Shuar, niemal prosto z dzungli. Mysle, ze klucz do sukcesu to te dziewczyny Shuar. Ale nie jest to klucz do zrozumienia latwy do przyjecia. No tak, to one wlasnie utrzymuja machine szkolno-stolowkowa w wydajnej pracy. Ale jak to mozliwe? Skad one to umieja? Nie widac tu bezladnej szamotaniny i bieganiny (choc siotry czesto przyspieszaja kroku i pedza do gaszenia co rusz wybuchajacych „pozarow”), wszystko jest dosc mocno uporzadkowane, widac dziewczyny myjace gary, sa las niñas pracujace w kuchni, ktos codziennie rano zamiata chodniki kolo naszych okien, ktos przygotowuje dzieci do wystepow, ktos pierze, ktos karmi zwierzeta. I jest wiele jeszcze innych prac, ktorych nie wysledzilem. Skad u tych dziewczyn takie zrozumienie i posluszenstwo?! A nikt na nikogo nie krzyczy, nikogo nie gani. Zadnych klotni, choc czasem dziewczyny mocuja sie dla zabawy. A stres (zwiazany z pamiecia o przeszlosci glownie) rozladowuja w grze w pilke nozna i koszykowke (kupilismy im nowa pilke do kosza). Postaramy sie nagrac je w akcji, mocno to ciekawe.                                                                          Mayra 

Soledad

Malo tych siostr, mialem nadzieje, ze misji uda sie w ciagu 2 lat wzrosnac liczebnosciowo. Na miejscu sa h. Lenka, Patrycja, Rosa, Gloria i niezwykle niesmiala, sliczna Anita, ktorej w ciagu dnia prawie nie widujemy. W innym domu nalezacym do zgromadzenia -  w Calderonie (najblizsze miasto tuz za Quito) – s. Marica i Liz (ktore codziennie, choc na troche, do nas przyjezdaja) i w Cañar na poludniu Ekwadoru trzy inne siosty i s. Tatiana (to ta trzymajaca mala Anahi na zdjeciu w kalendarzu). Hermanita Tati ma do nas niedlugo wrocic, to bardzo zywiolowa siostra, wyobrazam sobie jej reakcje na widok swych zdjec w kalendarzu!
Jedna z siostr nie wytrzymala trudow zycia na misji i zrezygnowala.

A wczoraj spotkalismy Caterine, nasza dobra znajoma sprzed 2 lat. Spiewala wtedy z innymi dziewczynami Padre Nuestro w jezyku Quichua na naszym filmiku. Skonczyla nauke, teraz mieszka na poludniu Quito z mama, uczy w szkole podstawowej i zajmuje sie tancem. Nie chciala nam zdradzic, dlaczego tu przyjechala: „zeby porozmawiac z siostrami”. Wieczorem dowiedzialem sie od s. Lenki, ze prosi o przyjecie do zgromadzenia. S. Lenka popadla w zamyslenie, gdy skonczyla nam o tym mowic. Caterina to dobra osoba, potrzeba nowych siostr jest wielka, ale jaka zapadnie decyzja ? Czy w ocenie Maestry Caterina ma szanse podolac trudom?

I kolejna wielka niewiadoma. To znaczy ja wielce nie wiem. Jak to mozliwe, by hermanitas, ktore – z wyjatkiem prawej reki Maestry, s. Maricy – pochodza z okolicznych najczesciej domow, zawsze bardzo ubogich, za rodzicow majace prostych Indian, chlopow (2 lata temu w kosciele w Santa Anita poznalismy rodzicow h. Anity, niczym nie roznili sie od innych starych indigenos w kosciele) mogly osiagnac tak wspaniala formacje duchowa i intelektualna?  Sluchalem ich wszystkich, gdy – kazda w innym miejscu i w innym czasie -  prowadzily rozwazania po czytaniach, przygotowanie do pierwszej komunii dla dzieci i doroslych, katechezy. Sam nie potrafilbym na pewno tak mowic, nie czesto w Polsce slyszalem tak dobre wystapienia. Mowia jezykiem prostym, niezwykle prostym, a nie ocieraja sie nawet o banal, jest w ich slowach glebia, ktora i mi pozwala ujrzec wiele rzeczy w nowym swietle. A przeciez na co dzien nie maja czasu na lekture, studia teologiczne. Co niedziela tylko krotki wyklad padre Antonio (w te niedziele go jeszcze nie bedzie, po powrocie z rekolekcji w Peru musi wyprowadzic zaleglosci w Quito) no i rozwazania prowadzone przez Maestre. Widac nie wszedzie potrzeba wielkich studiow, sam Duch wystarcza.



The sisters
drive somewhere, some of them are studying, many have health problems.

 

A meeting
was organized, two Germans came to the mission. Most probably they will send
some volunteers here. At first they made a research to know if the sisters
really need help, so that the volunteer can be of real use. They are also thinking about
sending some Ecuadorian youngsters to Germany. They also find it full of
meaning that young Germans, Poles and Croats could work together here.

 

You can see
their work at www..freiwillig-weg.de.

 

It isn’t so
easy to take care of 200 children, there are not many teachers, the ninas are
responsible for so many things here, without them it wouldn’t be possible to run
the school. Remember, that they are 11-17 years old, but everything looks so
well organized, there are ninas washing the dishes, preparing food, cleaning,
taking care of the little ones, washing clothes, giving food to the animals. Nobody
shouts at them, but they understand what has to be done and are obedient. And
there are no fights, no quarrels The emotions (mainly caused by what happened
to them earlier in life) are lost while playing basketball and football.

 

There are
few hermanas, I thought there would be more. In Oyacoto: h. Lenka, Patrycja,
Rosa, Gloria and Anita, in Calderon (the nearest town): h. Martiza and Liz, and
in Canar: h. Tati and three others. One sister has resigned.

 

Yesterday
we met Katerin, our friend from two years ago (she was the oldest nina). She
asked Maestra if she could join the sisters here.  So maybe there will be a new hermana.

 

Becoming
nuns transformed all of them completely.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS