RSS
 

cd2

27 sty

Modlitwa wieczorna, inny dzien, tym razem
s. Marica. “Niektore z dziewczat nie mogly byc znowu na angielskim, prowadzonym
przez doñe Joanne. Byly zajete. Tak, zajete, spaniem. A inne znowu,
zamiast odrabiac lekcje, graly w koszykowke. To co, na tym ma polegac praca nad
soba, co z zadaniami? Czy mam zabrac pilke, czy same nie potraficie wlasciwie
wybrac? Zbliza sie koniec miesiaca. Mam nadzieje, ze gdy bede sprawdzala wyniki
w nauce, wszystko bedzie w porzadku.”

 

Dzwonie do
konsula honorowego Polski w Ekwadorze, Tomasza Morawskiego. Mialem sie z nim
spotkac 2 lata temu, wtedy dzwonil nawet do Polski, do kancelarii prezydenta,
ktora w osobie sp. Wladka Stasiaka nas polecala, dlaczego sie z nim nie
kontaktujemy. Teraz przygotowalem wizyte poczta elektroniczna, dostalem
odpowiedz z numerem telefonu. Pan Tomasz – jak wiedzialem z internetu, to
bardzo ciekawy czlowiek, zajmujacy narrator. Umawiam sie na spotkanie, potem
jeszcze dzwoni h. Marica, zeby ustalic, jak dojechac. “Ale po co wlasciwie oni
chca przyjechac?” – pyta ja konsul. Chyba nie kojarzy mojego imienia z osoba
sprzed 2 lat i z maila. “Chcielibysmy konsula poprosic o spotkanie na terenie
misji, ktora wspiera don Darek z ramienia Stowarzyszenia, by pan konsul
opowiedzial troche o historii swego kraju, o swych doswiadczeniach w Ekwadorze.
“Alez ja nie mam czasu na takie spotkania” – odpowiada poirytowany dyplomata…

Tlumaczenie tekstu
piesni z Quichua na hiszpanski w wydaniu spiewajacych pan (jak odkrywam
- analfabetek) nie zadawala h. Rosy. Obawia sie, ze panie nie za bardzo sobie z
tym poradzily. Trzeba szukac pomocy gdzie indziej. Jednak przy okazji tej proby tlumaczenia po raz pierwszy wszedlem
do  domu zwyklych ludzi w Oyacoto. Nie
byl to jednak dom reprezentatywny, bo oprocz podobnych wymiarow (ok. 5 x 8
metrow) i tych samych materialow budowlanych (szare pustaki), nie mieszka w nim
rodzina (z reguly w domu o tych wymiarach zamieszkuja 2 lub 3 pokolenia, ok. 10-15 osob). Tu mieszkaja tylko 2 starsze panie.  Zamiast betonowej podlogi drewniane
panele, w srodku, jak i w obejsciu, nieskazitelnie wrecz czysto. Gospodynie kijem
stracaja dla nas z drzewa kilka pomaranczy, zaniesiemy je na misje.

Zatem udajemy sie do Calderonu, by zobaczyc  sie z ksiedzem mowiacym w quichua. Ksiedza
nie zastajemy, musial w pilnej sprawie wyjechac – w poczekalni czytam
ogloszenia parafialne, natykam sie na 
imie katechety  przygotowujacego
mlodziez  do bierzmowania: Stalin. No
tak, teología wyzwolenia, komunistyczna partyzantka Sendero Luminoso aktywna
jeszcze 20 lat temu, za czasow mej pierwszej wizyty na tym kontynencie, mocne
lewicowe sentymenty miejscowej biedoty, a tu to imie u katechety. Rodzice chyba
nie tak wyobrazali sobie przyszlosc syna. Ale tez nie ma specjalnych powodow do radosci. Jedna jaskolka wiosny nie czyni.

Przygladam sie  codziennemu zyciu malego ekwadorskiego
miasteczka. Wielkoscia i klimatem przypomina mi Bystrzyce. Gdy tak Calderon do
Bystrzycy przyrownuje, zdaje sobie nagle sprawe, ze nie patrze na to miasto jak
jeszcze przed 2 dniami, oczami lekko przestraszonego przybysza, zadziwionego
innoscia tego miejsca, lecz juz raczej zaczynam przygladac sie podobienstwom.
Widze mlodziez w mundurkach szkolnych z komorkami w rekach, dzieci bawiace sie
w kaluzy, weterynarza w otwartych drzwiach swego sklepu, gdzie pracuje on tez jako
sprzedawca pasz i malych zwierzat – jasne, ze wyglada to inaczej niz u nas, ale
jednak  ta codziennosc, powtarzalnosc obserwowanych wtedy przeze mnie sytuacji, ich normalnosc nagle zaskakuje, jakby do tej pory nie dane bylo mi uwierzyc, ze tu zyja normalni ludzie, ktorzy kochaja, nienawidza, ciesza sie i smuca, rodza, choruja i umieraja, ze to-nie jest zupelnie inna planeta, ani nie film opowiadajacy wymyslona, nierealna sytuacje. Dotychczas zauwazalem egzotyke, byl to jakby surrealistyczny sen,
jednak inny wymiar (sorry, Paula, ale i tym razem nie tylko pokoleniowo, jestem z Twym Tata), z ktorego niedlugo sie
wybudze ladujac w Europie. A tu dzis zafascynowala mnie ta codzienna
powtarzalnosc. Nadchodzi i refleksja:  tak tez moze przemijac
zycie, a moje bogatsze, europejskie  otoczenie wcale nie stawia mnie w lepszej sytuacji. Bo prawdziwe, najistotniejsze wybory w zyciu, nie dotycza tego gdzie
zyc, pracowac czy jakim samochodem jezdzic. One dokonuja sie na zupelnie innej plaszczyznie.

Hermana Rosa do Calderonu zawiozla
malenkiego krolika, do rzeczonego weterynarza akurat. Teraz idzie ulica i co
jakis czas spoglada do wiaderka, do ktorego zwierzaka wsadzila. Chwytam ja za
ramie, bo wlasnie patrzac na krolika siostrzyczka nie dostrzega samochodu. Zafrasowana. Trzeba
bedzie  kastrowac swiniaka, a to kupa zachodu. Zawsze taka sama, otoczona
wianuszkiem pedrakow w Oyacoto, sprawdzajaca, czy krolikowi w wiaderku
wygodnie, martwiaca sie o zwierzeta.
Calym sercem oddana innym, do poznych godzin nocnych. Ale przygotowac zwierzaka do gara to takze musi ona. Po pierwszym kroliku dlugo plakala. Nad
kurami nie rozczulala sie nigdy.

Wojtek
zlozony grypa, siostry kilka razy dziennie go odwiedzaja, okladaja liscmi kapusty i czym
jeszcze, walcza z temperatura. Nie jest zle, ale bardzo Wojtek wszystkim do
serc to przypadl i dbaja o niego jak o syna. S. Marica zapowiada, ze sprowadzi
mu las niñas, by go pocieszaly. Akurat z Asia pierzemy nasze rzeczy, gdy Marica oznajmia nam, ze wizyty kolezanek z dzungli staja sie fakem – wlasnie przyszla pierwsza,
przyprowadzona przez nader sprawna siostrzyczke. Karina jest jeszcze w pokoju
chlopcow dobrych 20 minut pozniej, gdy pranie konczymy. Jest jeszcze i dluzej,
ale w koncu kolezanki wywoluja ja na zewnatrz, potrzebna im ponoc do pomocy.

 

Las niñas
przychodza do Wojtka raz jeszcze, tuz przed kolacja. Tym razem wszystkie na
raz. Modla sie o jego zdrowie. Niektorym nie spieszno z wyjsciem z pokoju. H.
Rosa zaczyna swe okladanie chorego kapusta.

 

 

The translation of the Quichua songs made by analfabet elderly ladies doesn’t satisfy s. Rosa. We will have to find someody else to do the job. But thanks to that attempt I have entered a normal house in Oyacoto for the first time. A 5×8 meter house made of concrete. Normally it houses 10-15 people, 2 or 3 generations of a family. The one I entered is inhabited only by two elderly ladies. Everything perfectly clean.

I begin to see the places around me in a different light. I find out, that life on the whole is the same everywhere, despite many obvious differences.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS