RSS
 

jezyki

29 sty

¡Queridos Amigos!
Nasz blog stal sie – dzieki notkom przyjaciol z Chorwacji -  pisany w trzech jezykach (polski, angielski, chorwacki) nie wspominajac o pojedynczych slowach w hiszpanskim, quichua i shuar. Bardzo dziekuje za cieple wpisy, mobilizuja nas do dalszej narracji, a akurat teraz dziewczyny zajadaja sie jogurtem (otrzymujemy go za darmo od producenta, data waznosci juz minela) i gaworza glosno na naszym patio, tak ze ptakow prawie nie slychac, i ciagnie czlowieka do tego radosnego tlumu.

Oprocz rodziny Ivy Pavkovic z Dugo Selo pod Zagrzebiem (dzieki nim skontaktowalismy sie z Drina i tak po raz pierwszy trafilismy do Ekwadoru) czyta nas tez wlasnie Drina, obecnie postulantka w klasztorze w Wenecji.  Zastanawia sie ona mocno, czy powolanie do zycia w zakonie kontemplacyjnym (do ktorego po kilkudniowej przerwie 1 lutego wraca) jest dobrze odczytane, martwi sie, czy pod jej nieobecnosc ktos bedzie kontynuowal Kristov Stol, chorwackie stowarzyszenie wspomagajace nasza misje. Wspieramy ja tu modlitwa i dziekujemy za jej rzeke modlitwy z Wenecji.

Wczoraj nagrywalem (nie bylo latwo ja namowic)  siostre Lenke, sluchalem jej opowiesci zycia. Znowu niezwykla historia, np. niewytlumaczalne, nagle  uzdrowienie s. Lenki z gruzlicy pluc i wezlow chlonnych (?) (jak dobrze zrozumialem, moze myle, pisze na goraco, nie sprawdziwszy), po jej zarliwej modlitwie, gdzie prosi, aby Bog pozwolil jej pojechac na misje – po to, by pomagac ubogim wstapila do zakonu. Zgode na wyjazd miala wczesniej, ale powalila ja z nog ta straszna choroba. Nastepnego dnia po modlitwie idzie do lekarza, ktory ku swemu zdumieniu stwierdza, ze jest zdrowa. I jedzie. Tydzien wczesniej nie mogla wejsc po schodach na pierwsze pietro, a tu nagle znajduje sie wysoko w Andach i radzi sobie od razu z trudami ciezkiego, pionierskiego zycia jej owczesnej wspolnoty.

„Mozemy wybierac, w co tu wierzyc, w nauke czy w Boga” – skomentowal to zajmujacy sie siostra lekarz. I znowu – pelne tlumaczenie rozmowy (wiecej tam niezwyklosci – to moje ulubione slowo ostatnio, mam nadzieje, ze Was jeszcze nie razi) bedzie mozliwe pozniej, ale juz teraz chce – nawiazujac do osoby drogiej Driny – podzielic sie z Wami tym, co mnie zaskoczylo i troche zaniepokoilo.

Misje materialnie zbudowano dzieki pomocy JEDNEJ osoby (oraz kilku wloskich przyjaciol i rodziny), pana Daniele Sipione, z Udine. Ten  obecnie 82 letni adwokat, jeszcze w zeszlym roku osobiscie odwiedzil s. Lenke. Odslonieto wtedy pamiatkowa tablice z jego nazwiskiem na scianie szkoly.

Señor Sipione wspomagal wiele inicjatyw charytatywnych, m.in. takze dzielo bl. Matki Teresy z Kalkuty. W rozmowie z s. Lenka powiedzial kiedys: „Jak trudno jest czynic dobro”. Slowa te nie odnosily sie bynajmniej do walki wewnetrznej, jaka musial z soba toczyc, by przekazac znaczna czesc swego majatku potrzebujacym. Chodzilo mu o to, jak czesto pieniadze sa marnotrawione, jak obdarowani (lub tez posrdenicy) wielokroc zawodza. Z tego, co powiedziala mi Maestra domyslilem sie, ze odczul on w swym zyciu mocny sprzeciw Zlego, ale trwa. Wspiera. No wlasnie, tylko jak dlugo jeszcze bedzie to mozliwe?. Oprocz niego jest jeszcze Drina i Kristov Stol (propagujacy stypendia dla dziewczat z internatu, w wysokosci 100 euro rocznie, jak dobrze pamietam, i pomoc biezaca w wysokosci 100 kuna miesiecznie), no i my. I nikogo wiecej.

W piatek odbylo sie spotkanie rodzicow, przyszli prawie wszyscy. Nawet mama dwuletniej Michel, porzuconej w zasadzie dziewczyny, ktora, oprocz misjonarek, opiekuja sie w przede wszystkim sasiedzi. (Tym razem udalo sie tej señorze wymknac zanim wrocila na teren misji h. Lenka, nie szczedzaca jej ostrych slow). Wysluchali katechezy, bardzo praktycznej, odnoszacej sie do realiow ich zycia, nawolujacej do troski o potomstwo, po czym rozeszli sie do klas, by dowiedziec sie o postepach w nauce swych dzieci. Zszedlem do sekretariatu, gdzie pracuje Narcisa, kuzynka s. Liz, obecnie studiujaca anglistyke, choc praktycznego angielskiego zna bardzo malo. Mialem jej sprawdzic zadanie domowe, ale akurat co chwile ktos przychodzil. No coz, zadanie poprawilem jej sam, ale przy okazji dowiedzialem sie kilku rzeczy.

Rodzice wplacaja po 5 dolarow miesiecznie za wyzywienie dzieci, troche tez za dowoz. Czesc placi mniej, czesc nic nie placi wcale. H. Rosa policzyla, ze u niej nie placi 7 (m.in. mama Michel) na 24 dzieci. Rzecz jasna nikt nikogo z tego powodu jedzenia nie pozbawia. Oprocz tego siostry prowadza szkole (nazywa sie to „colegio a distancia”) nie tylko dla czesci las niñas – pozostale, starsze, w sobote jada busikiem po nauke do Quito – ale takze dla sporej grupy doroslych z okolicznych miejscowosci (od wtorku do czwartku ucze ich o osiemnastej angielskiego, rozpietosc wieku od lat 17 do 59, ale ta opowiesc nie jest jeszcze gotowa). Zajecia (w soboty, od rana do popoludnia) prowadza wolontariusze, zatem nie kosztuje to nic, a doroslym (troche jak u nas po wojnie) daje to szanse na lepsze zarobki i prace. (obecnie placa minmalna 290 USD na miesiac, ale czesto pracuje sie na to duzo ponad 8, czesto nawet 12, godzin dziennie, o warunkach pracy nie wspominajac;, panuje ludowe przeswiadczenie o wyzysku robotnikow, pewno w sporej czesci uzasadnione).

Oprocz tego siostry udostepniaja budynki szkolne i przyjmuja zapisy na darmowe kursy organizowane przez panstwo. W marcu zaczynaja sie dwa, computacion i electricion, wymog minimum 15 osob, po pierwszym etapie nastapia kolejne, jesli tylko znajdzie sie wystarczajaca liczba chetnych.

Wracam do Waszych postow.
Szymku, probowalismy, ale piesn przez Ciebie proponowana, rzeczywiscie piekna, jest jednak w sferze jezykowej, a troche tez i  muzycznej, za trudna. Las niñas nie maja specjalnie czasu na nauke dlugiego tekstu, nawet gdyby chodzilo tylko o nauke poprawnej (w miare) wymowy i linii melodycznej. Moze jest jednak cos innego?
Tak, nawet na rowniku mozna sie przeziebic, Asia przeszla jednodniowa grype, Wojtek jest dzisiaj (mimo niedzieli) u kontroli z angina, ale czuje sie wyraznie lepiej, wiec oczekuje dobrych wiesci. To wszystko przez wysokosc (2500 m npm), wiatr (przeciagi) i deszcz. Ale jak swieci slonce to bez ochrony glowy (Indianki owijaja glowy swetrami) sie nie obejdzie.
¡Adios! Bog! Good bye! Do zobaczenia!


platano maduro (lewa) i platano verde (prawa)

Las ninas are eating youghurts given to us (the expiry date has passed).

I have recorded sister Lenka, her story of life. Another marvellous story.

The mission school buildings were built with the help of only one person – Daniele Sipione from Udine, Italy.

Now among the people who support the mission are señor Sipione and his
friends, Kristov Stol, us, and only a few people from Ecuador.

The parents pay (simbolic) 5 dolars monthly for food. Some of them pay
less, some don’t pay at all. In the kindergarten group of sister Rosa
parents 7 out 24 children don’t pay at all. Food is not denied to
anybody, of course.

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Dorota

    29 stycznia 2012 o 21:30

    Piszesz o problemach finansowych misji. Po ludzku jest to bardzo niepokojące, ale Chrystus jest z nami. Będziemy starac się pomagac w miarę naszych skromnych możliwości.
    W mailu przesyłam kilka fotek z Wrocławia.
    Pozdrawiam.
    Dorota

     
  2. Emanuela

    30 stycznia 2012 o 14:55

    Darku, Wy też jesteście „wielcy duchem”!!!

     
  3. Emanuela

    30 stycznia 2012 o 14:56

    Darku, Wy też jesteście „wielcy duchem”!!!

     
 

  • RSS