RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2012

Pierwsze lekcje

18 sty

I znowu nie jest lekko – uczymy angielskiego w klasach 1 – 6, jestesmy w sali we dwoje z Asia, a mimo to po 45 minutach jak uda sie nauczyc kilku slow, to juz powinnismy to chyba nazwac sukcesem. Niektore dzieciaki sa tak niesmiale lub tak niewyraznie wymawiaja swoje imiona, ze nie potrafie tego zupelnie powtorzyc. Inne zas sa zdecydowanie zbyt smiale i rozmawiaja, biegaja, popychaja sie i bija. Jak to dzieciaki. Nie narzekam, ale w Polsce, gdy ucze w grupach, jest duzo latwiej. No, ale trzeba wziac pod uwage srodowisko, z ktorego tu przychodza – ono ma najwiekszy wplyw na otwartosc na wiedze, na ich motywacje. 

Ale nadal niezwykle poruszajace sa chwile poza klasa, gdy jestesmy nieustannie oblapiani przez dzieciaki, po dwoje troje wokol nas. Podchodza chocby po to, by je poglaskac, przytulic, choc na chwile… Ogromna potrzeba akceptacji, zauwazenia. Ich pytania zwykle sie powtarzaja: jak masz na imie, czy przyjechales tu samochodem, jak dlugo z nami zostaniesz. Chetnie sie przedstawiaja, mowia o swej rodzinie, czestuja slodyczami kupionymi za 10 centow w szkolnym sklepiku i slonecznikiem z torebki.

Na slodycze nie wszystkie stac. Jedna dziewczynka widzac w mym reku cukierek, jaki przed chwila dostalem od jej kolezanki, ktora zas sama zostala obdarowana dwoma przez inna, biala kolezanke z klasy, mowi: Me gustan dulces. Buzia milosniczki cukierkow rozjasnia sie w usmiechu. Cykl zycia cukierka, po przejsciu przez rece i kieszenie kilku wlascicieli, znalazl swoj szczesliwy koniec. Ja tez mam powod do radosci.
                                                                    
                   
zdjecia na placu zabaw przy szkole



Diana

Najtrudniej jest w klasie 6. Tu zebraly sie wszystkie dzieciaki, ktore pogubily lata szkolne i probuja kontynuowac nauke wbrew wszystkiemu. Twarze chlpocow , w ktorych mozna wyczytac wiele zla, jakie ich dotknelo i niestety czesciowo chyba zostalo. Ktos w klasie donosi na kolege: on powiedzial, ze dona Joanna jest vieja, muy vieja, stara, bardzo stara. W zasadzie stara baba.  Smiejemy sie z Asia, tlumacze, ze taka kolej rzeczy, ze najpierw jestesmy mlodzi, a potem sie starzejemy,  ale ze mimo to moja zona jest piekna. Ja tez jestem stary no i … nie specjalnie piekny. Teraz smieja sie wszyscy. Potem koniecznie chca, zebym poprowadzil lekcje de cultura fisica. Gramy razem w pilke, strzelam dwie bramki, pomagam druzynie dziewczat. No wlasnie, co z nimi, czy sa skazane na tych pokaleczonych przez zycie chlopakow, dla ktorych milosc nic nie znaczy? A moze jest troche inaczej? Oby!
 
Chlopaki z 6 klasy

Myslalem, ze mnie to juz nie zaskoczy. Przeciez przemyslalem dobrze to, co zdarzylo sie w Peru przed ponad dwudziestu laty.

W pewnym momencie spostrzeglem tam grupe bosych dzieci bawiacych sie pilka na ulicy. Obdartych, mocno brudnych, bosych. Wsrod nich – czerwonoskorych – blondynek. Tak samo obdarty, brudny i bosy. Szok, nie moglem uwierzyc wlasnym oczom. Co sie stalo, skad on tutaj?

Jak mocne sa w nas stereotypy, jak przyzwyczajamy sie do pewnych widokow. Scenki glodujacych dzieci z Afryki, wszystkie czarne, takie to normalne. A co, gdyby i tam nagle pojawily sie ogromne, smutne  oczy blondynka, tak samo glodnego jak i one?

No wlasnie, i teraz w naszej szkole w Oyacoto, obok znanej nam juz sprzed 2 lat bialej dziewczynki z klasy Lany (obecnie klasa 2) pojawia sie inna (ta od cukierkow). Ma pieknie uczesane kucyki. Jest sliczna. Przeciez kilka dni temu widzialem podobnie zadbane dziewczynki w Hiszpanii. Skad zatem….  Te slicznie ulozone kucyki.

                                                                                      Michel

We teach in
the classes from year 1 to 6, we are 2 in the class: Asia and me, but making
the children learn a couple of English words during 45 minutes seems a great success
to us. Some of the children are so shy, they don’t produce their names loudly enough,
the others are quite different, they run and fight all the time. But you have
to remember their backgroud.

 

After the
classes the children run to hug us every time they see us. The children share
the sweets they have with us, but, looking at the not-too-clean little hands,
we are too cautious to eat them. This time the sweet has found its destination -
the face of a fortunate new owner brightens up in a smile.

 

The 6th
grade is the most difficult. Here are the children that lost their school years
and are trying to make up for them – with great difficulty.

 

You are
surprised when you see a white child paying in the dirt with their native friends,
equally hungry and dirty.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

niedziela 15 stycznia

17 sty

W niedziele s. Marica zawozi nas do Quito. Tym razem wrazenia ze stolicy Ekwadoru bardzo dobre, miasto zewszad otoczone niebotycznymi gorami rzeczywiscie wyglada ladnie. Tlumy ludzi, troche turystow, idziemy na msze do franciszkanow. Barok zlocisty na suficie, im nizej jednak tym biedniej, brakuje wielu figur swietych, sciany wymagaja remontu. Najbardziej dziwi nas „plastykowa”, przeslodzona muzyka puszczana w czasie mszy z CD – oczekiwalismy czegos innego.

Po powrocie na misje tance w wykonaniu las ninas – dziewczat z amazonskiego plemienia Shuar i kilku sposrod nich, ktore pochodza z Andow, Indianek Quichua. Dzien pochmurny i w sali jest zbyt ciemno na dobre zdjecia, ale Wojtek cos na pewno pokaze. Tancza przewaznie te starsze, mlodsze jeszcze zbyt czesto myla krok. Teraz z zaciekawieniem malego dziecka obserwuja wszystko dookola. Taniec – obok spiewu – to ukochane formy ekspresji „naszych” mlodych Indianek. A my wciaz jestesmy dla nich tak egzotyczni, jak one dla nas.

W Salon Grande czas na pierwszy z przywiezionych przez nas filmow: Bella. Film nie jest latwy, trzeba tez czytac szybko zmieniajace sie napisy hiszpanskie tam, gdzie w filmie mowia po angielsku, a mowe hiszpanska zaglusza skutecznie rzesisty deszcz bebniacy po blaszanym dachu. To pora deszczowa, ale w tej suchej czesci Ekwadoru intensywnosc opadu nas zaskakuje. Po projekcji pytam o wrazenia. Mimo wszystko film sie podobal, bardzo poruszona hermana Gloria opowiada tresc filmu Maestrze, ktora w tym czasie przygotowywala kolacje. Zatem warto bylo Belle tu przywiezc, zobaczymy jak przyjete zostana inne filmy, ktore chcemy pokazac.

                   
                      s. Gloria i Anahi

Indianki podgladajace zza kurtyny wystep kolezanek

On Sunday
we go to Quito to a mass at the franciscans. This time we like the city more.
We are surprised (again) by the non-expressive music played from a record
during the mass.

 

Later we
were invited to a show of the dances the girls have prepared for us. The younger
ones aren’t dancing, they are looking with envy and interest at the others.

 

We show them
the film „Bella”, the movie isn’t easy, the quickly changing Spanish subtitles
make it harder for the ninas to understand, the voice is muted by the rain.
Fortunately h. Gloria understood it and was impressed, she narrated the story
to Maestra, who was preparing dinner for us.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

pierwsze dni na misji

16 sty

Internet mamy na miejscu, ale czasu na spisywanie wrazen do tej pory specjalnie nie bylo… Bardzo dziekujemy za Wasze wpisy!!!

Piatek wieczor, Oyacoto
Las ninas stoja polkolem witajac nas spiewem. Okolo trzydziestu dziewczat. Jeszcze z drogi siostry daly im znac, kiedy dokladnie bedziemy. Koncza sie spiewy, czas na powitanie, wpadamy sobie w ramiona, wszystkie bardzo na nas czekaly – troche obawiam sie tej popularnosci, zanim na nia sobie jeszcze u wiekszosci zasluzylismy. Wlosy kilku dziewczat mokre, szykowaly sie na nasze przywitanie. Przygladaja sie nam bacznie, baaaaardzo uwaznie, zwlaszcza te nowe.

sobota, dzien 2
Po hiszpansku dogadujemy sie juz znacznie lepiej niz dwa lata temu, ale gdy siostry lub las ninas mowia szybciej, to sie gubie.  Jednak jak sluchamy cala rodzina, to sobie nawzajem pomagamy, dopowiadamy i wiekszosc rozumiemy. A i sami inicjujemy rozmowy. Przy stole jest tradycyjnie, czyli bardzo gwarnie i wesolo. Mimo, ze wiekszosc siostr mocno przeziebiona, hermanita Patrycja po operacji i wyraznie obolala, s. Lenka (maestra) tez po operacji kolana (jeszcze w lipcu), lekko powloczy noga, widac na jej twarzy ogromne zmecznie. Az strach czlowieka bierze pomyslec, na jak dlugo im jeszcze sil starczy.

I tu nachodzi mnie chec nieodparta uzycia nutki heroicznej juz na poczatku mojej opowiesci o siostrach z Cristo Misionero Orante, o ich codziennej pracy ponad sily, niezwyklym harcie ducha. Choc dla nich to codziennosc, w ktorej nikt nie ocenia swej postawy w kategoriach heroizmu, mimo ze zdaja sobie sprawe, ze pracuja bardzo ciezko. No i znowu rodzi sie pytanie, skad u nich ta radosc ogromna? Ale o tym juz opowiadalem.

Zwiedzamy, wraz z Vlatka, chorwatka – wolontariuszka, ktora przyjechala tu tez wczoraj – na rok -  ogrod misyjny, ktory rozciaga sie ku gorze, jakies 100 metrow, az do konca terenu misji. Ogromne zmiany, mnostwo nowych roslin i drzew rosnacych na takich mini tarasach wykopanych w twardej ziemi rekami siostr i dziewczat. Chlopcy z radoscia zauwazaja, ze drzewa przez nich sadzone dwa lata temu sie przyjely i juz sa duze. Tu wszystko rosnie blyskawicznie, prawie jak w dzungli. Trzeba tylko podlac codziennie (W Oyacoto, na polnoc od Quito, nawet w porze deszczowej jest bardzo sucho). Widzimy dojrzewajace banany, chirimoye, trzcine cukrowa,  zbieramy kosz cytryn. Siostra Lenka pokazuje nam zwierzeta – kilkadziesiat krolikow (Tomek od razu deklaruje chec ich dokarmiania, nawet twierdzi, ku memu zdumieniu, ze nie czuje zadnego smrodu), ponad setka kur, dwie swinki. Jest tez ogrod warzywny. Nadlatuje jakis czarno-zolty owad wielkosci szerszenia. „Se pica” – krzycza towarzyszace nam Indianiatka i odbiegaja na pare krokow. My tez oddalamy sie na bezpieczna odleglosc.

Duze poruszenia wzbudzaja przywiezione przez nas kalendarze.  Anahi dostaje od nas swoj egzemplarz, tuli pieska maskotke podarowana jej przez Paule.

Po poludniu jedziemy do centrum Oyacoto na msze. Zanim msza sie rozpocznie mozemy spokojnie przyjrzec sie nowym Indiankom z plemienia Shuar, mieszkajacym od roku u siostr. Dzikie to twarze, na pewno nie piekne, nie nadaja sie na okladki kolorowych magazynow. Mimo to siostry mowia o nich „lindos”- piekne, i tak na pewno jest. Choc gdy wieczorem juz gramy z nimi w pilke, to dominuje dzikosc, pisk i brawura. Kilka dziewczat zdejmuje do gry buty. W pewnym momencie ktoras pada na ziemie i wije sie z bolu, kolezanka probuje naciagnac jej kontuzjowany palec. Dziewczyna to krzyczy, to sie smieje, nie ma lez, placzu. Hermana Marica wyjasnia mi, ze one placza tylko wtedy, gdy utraca kogos bliskiego. No coz, wycofujemy sie z gry i dziewczyny rozchodza sie do pokoi.

Niedziela

 
Anahi z miskiem od Pauli

S. Rosa i Anahi

Las ninas
greeted us with songs. About  30 of them.
The sisters phoned them when we were on our way, to let them know exactly when
to be ready. They prepared themselves well. They were looking at us very
carefully, especially the new ones.

 

We speak Spanish
better than two years ago, but when somebody speaks more quickly we can’t follow.
At the table the atmosphere is the same, although most of the sister are
„con gripe”. S. Patricia had a surgery of her back and isn’t feeling
very well and s. Lenka has problems with her knee.

 

For the
sisters helping other people is a daily bread. They realize that their work is
hard, but they also know, that their lives are so happy because of the help and
love, which they are spreading in the neighbourhood.

 

We are
looking into the garden – we see new plants, new animals, but also trees that
were planted when we came here two years ago, and which have grown. Everything
grows here like it was crazy, it doesn’t rain much, but apart from that the
climate is similar to that in the jungle.

And as a Polish
writer once said: I
n the jungle you can poke an umbrella into the ground and it will bloom.

 

Our calendars
touch their hearts. Anahi gets her own, she also hugs the toy dog Paula has
given her.

 

We are going
to a mass in the centre of Oyacoto. Before it starts we have enough time to
take a look at the new faces that have appeared here – new ninas. Hermanas call
them „lindas” – nice, but in the evening when we are playing football
with them we notice that it isn’t a proper word to describe them – to us they
seem wild.

 

The girls
cry only when somebody in their family dies, they never cry when they get hurt
in a game.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

15 stycznia 2012

15 sty

Jestesmy znowu w Ekwadorze!
Podroz, ktora zaczelismy w poniedzialek rano w Ponikwie, zakonczylismy szczesliwie w piatek wieczorem miejscowego czasu. Przejazd pociagiem z Wroclawia do Berlina, lot do Madrytu, trzy dni spedzone w Madrycie i jedenastogodzinny lot do Quito minely bez wiekszych niespodzianek. Nieco zawiodl nas Madryt, brudny i bez specjalnych atrakcji, nawet jego obecna wielonarodowosc – inaczej niz w Londynie – nie specjalnie dodaje temu miastu atrakcyjnosci – jakas taka szarawa i agresywna. Sa tez Polacy – spotkalismy trojke pracujaca w naszym hostelu, sympatyczni i mili. Krytyczni wobec Hiszpanow, ale bez nadziei na powrot do kraju. Jedzenie przygotowywalismy sami – wzgledy ekonomiczne, zatem najwieksze atrakcje Madrytu – resturacje i kuchnia narodowa – nas ominely. Jedynie wieczory w Museo del Prado (wstep wolny od 18 do 20) to uczta dla oczu i ducha. Moj ukochany El Greco, ale takze Durer, Bosch czy Goya potrafia zachwycic. I poruszyc, jak najlepsze rekolekcje.

Sam hostel jeszcze: jadalnia i sala komputerowa dwa w jednym, z glowna atrakcja – nie dajacym sie wylaczyc ogromnym telewizorem nadajacym pelne erotyzmu wideoklipy. Walka o dusze od czasow kukuryznikow na kolchozowych polach sojuza mocno sie zmienila, powiedzialbym udoskonalila.

Dysponujacy naszymi miejscami, znudzony urzednik na wspanialym madryckim lotnisku przydzielil nam po dwa srodkowe miejsca w srodkowych rzedach w samolocie (rozklad siedzen w tym ogromnym Airbusie 2 + 4 +2 w rzedzie). Siedzialem z Tomkiem z przodu, za drugiego sasiada majac starszawego rosyjskiego Zyda z Danii o imieniu Eryk, podrozujacego z para Ukraincow. Oryginalny gosc, mowiacy swietnie po Polsku. Wieksza czesc lotu spedzil na sporach z Ukraincem Sasza, ktoremu tlumaczyl, ze nie bedzie mu fundowal wszystkiego na Galapagos i potem w Brazylii, dokad sie udawali na ostatni tydzien karnawalu, zahaczajac w swych dywagacjach o skomplikowana sytuacje rodzinna, zone i podrozujace po Ameryce Poludniowej 2 dorosle corki, ktorym zalezy tylko na jego pieniadzach. A wszystko to pieknym jezykiem, godnym Tolstoja czy Dostojewskiego. Ten kontrast pomiedzy pieknem formy a trywialnoscia tresci tez poruszal, choc inaczej niz obrazy w Prado. A jak na zlosc prawie wszystko potrafilem jakims cudem zrozumiec, wobec czego nie za bardzo dalo sie go nie sluchac. Potem nasi bracia ze wschodu zajeli sie wspolnym piciem darmowego w Iberii wina, pobijajac rekord za rekordem, na szczescie zakonczylo sie bez burd.

Na lotnisku czekaly na nas s. Lenka i Marica.


Siostra Lenka (Vlatka z tylu)

Anahi





Here we are
in Ecuador again.

The journey
we started on Monday morning in Ponikwa ended on Friday evening in Oyacoto.

It was done
in several stages:

- first by
car from Ponikwa to Wroclaw

- then by
train to Berlin

- from
berlin by plane to Madrid

- and from
Madrid to Quito 11 hours flight on an airbus

 

Madrid didn’t
make a great impression on us, we liked the Prado Museum the most (the entrance
from 18 to 20 is free)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS