RSS
 

Archiwum - Luty, 2012

Powrót

23 lut

Dzisiaj po południu zakończyliśmy naszą podróż powrotną. 

   Z Oyacoto wyjechaliśmy o 1. po poludniu, po serdecznym pożegnaniu z dziewczynami. One z powodu swojej wielkiej liczby nie zmieściłyby się do samochodów wszystkie, a siostry nie chciały wybierać/wyróżniać nikogo do odwiezienia nas na lotnisko (sprawiedliwość musi być). Przy Peaje Oyacoto na Panamericanie zobaczyliśmy jeszcze jedną z dziewczyn, wracającą z wizyty u rodziny – Carlę. Po drodze musieliśmy jeszcze podjechać do wulkanizacji, by dopompować koło. Czas nas naglił, więc s. Lenka, s. Rosa i Vlatka szybko nas wyściskały. Szybkim krokiem ruszyliśmy do check-in’u. Około 5 zaczął się nasz pierwszy lot. Po lotnisku chodził patrol antynarkotykowy z psem, Tatę wzięto do kontroli osobistej (z wieloma innymi podróżującymi). Podczas startu udało mi sie wypatrzeć misję (dzięki temu, że niedaleko niej powstaje nowe lotnisko), a podczas lądowania w Guayaquil zauważyliśmy, że praktycznie cała nadmorska prowincja jest pozalewana. Podczas podchodzenia do lądowania w Madrycie trochę trzęsło. Lot do Berlina był przyjemny, chociaż wszyscy byliśmy już troszkę rozdrażnieni. Potem czekała nas noc na dworcu kolejowym Ostbahnhof. Bezdomnych stamtąd policjamci wypraszają, więc było pusto. Otwartego też prawie nic nie było – ani sklepów, ani toalet, tylko jeden mały bar u Turka. Niepewni i zdesperowani wsiedliśm do pierwszego jadącego do Polski pociągu (nie mieliśmy jak kupić miejscówki, a były one wymagane), udało się – podczas drogi spaliśmy i sie relaksowaliśmy. Jeszcze tylko przesiadka w Poznaniu i już dojechaliśmy do Wrocławia. Środa Popielcowa nie pozwalała nam na zjedzenie wytęsknionych schabowych, więc zadowoliliśmy się pierogami. Po spotkaniach z rodziną i znajomymi poszliśmy się wreszcie porządnie wyspać, wstaliśmy dobrze po 9., ale cóż poradzić, podróż przez prawie pół świata trochę trwa i strasznie męczy, więc z ciepłego łóżka nie dało się tak łatwo wyjść. Zjedliśmy śniadanie – świeżutkie bułeczki z serem żółtym i szyneczką smakują jednak o wiele lepiej od spieczonego kurczaka i ryżu. Trzeba trochę poskromić nasz apetyt – to już post, a poza tym niektórzy są na diecie…  

 

 Pies jest już z nami (mieszkał przez nasz czas pobytu w Ekwadorze pod Wrocławiem), królik musi jeszcze chwilkę poczekać. Yawa – w języku Shuar znaczy pies (Tomek zapamiętał), podczas tego wyjazdu powiedzieliśmy dziewczynom, że tak właśnie nazwaliśmy naszego psa, one uśmiechnęły się z zadowolenia, powiedziały, że pewnie żaden pies w Polsce się tak jeszcze nie nazywał, ale musiały poprawić naszą wymowę – akcent w tym wyrazie pada na ostatnią sylabę [Ja-łá - jakoś tak by się to wymawiało po polsku]. Ale tak to już z naszymi ogromnie różniącymi się językami jest. My się uczyliśmy Shuar, one Polskiego, zapisywanie na kartce wymowy było troszeczkę śmieczne -np. chodź [joch], niktórych rzeczy nie dałoby się zrozumiale zapisać w języku z jakiego pochodzą. Obie strony używały pisowni hiszpańskiej.  O błędy nie było trudno. 

 

Już teraz niezwykle tęsknię, za las niñas, za siostrami, za dziećmi ze szkoły za klimatem miejsca, za ludźmi znanymi i nieznanymi , za spokojem i radością 
(za ciepłem trochę też). A więc – do nauki i wracać szybko, jak najszybciej. 

 

Wojtek

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

skorpiony

20 lut

Przepraszam, nie tarantule, ale skorpiony. Przed chwila jednego marudera zobaczylismy w trawie, dziewczyny go ubily. Wiecej pewnie juz nie ma, chcial nam tylko przypomniec, ze to skorpion a nie tarantula.
Ostatnie zdjecia, wyjezdzamy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

tance

20 lut

Wczoraj wieczorem, jak bawilem sie na boisku z kilkoma dziewczynami, zawolal mnie tata. Powiedzial mi, zebym wzial aparat, bo idziemy na tance. Jak wrocilem, ruszylismy specjalnie ozdobionym korytarzem prowadzacym do salonu grande, czyli pomieszczenia, ktore´normalnie sluzy za stolowke dla dzieci ze szkoly. Po pierwszym tancu dostalismy zadanie nasladowac zwierzeta, ale bez glosow. Drugi taniec pokazywal walczace plemiona Boliwii. Gdy sie skonczyl i dziewczyny poszly sie przebrac, jedna z nich przyniosla dwie kartki z gazety i kazali nam (ja bylem w parze z mama, a Wojtek z tata na drugiej) na nich tanczyc, zlozyc na pol nie schodzac z niej (calkowicie sie nie udalo) tanczyc i jeszcze raz zlozyc, a na tym co zostalo tanczyc szczesliwie juz ostatni raz (potem kartka bylaby wielkosci polowy A5). Nastepnie taniec ze Stanow Zjednoczonych (mi sie niezbyt podobal). jeszcze dwa tance z przerwa na zjedzenie jablka na sznurku bez uzywania rak i zaczynamy sie zegnac. Wszystkie zycza nam dobrej drogi ale dorzucaja tez kilka slow od siebie. Troche rozmawiamy i idziemy do naszych pokojow. Kilka dziewczyn przychodzi pozniej do nas, wiec wojtek pokazuje im zdjecia i idziemy spac (tzn.ja ide, dziewczyny pozostaja i chowaja sie przestraszone przed s. Rosa i martwia sie, ze nie beda mialy gdzie spac, bo starsze dziewczyny zamkna im drzwi do pokojow).

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

ostatki

19 lut

To juz ostatki, karnawalowe i nie tylko. Wielkie oblewanie i pakowanie. Wyjezdzamy jutro o 17. czasu miejscowego, a do Wroclawia przez Madryt, Berlin i Poznan dotrzemy w srode popielcowa kolo poludnia i zostaniemy na noc, by spokojnie pojsc do kosciola. W czwartek w Ponikwie bedziemy probowali dojsc do siebie i ogrzac dom, aby w piatek pojsc juz do pracy. Dziekuje raz jeszcze za Wasze wszystkie wpisy, maile i zyczliwosc. ¡Que Dios les bendiga!

Wyjezdzamy ze swiadomoscia, ze zostawiamy tutaj bardzo drogich nam ludzi, od ktorych wiele sie znowu nauczylismy. Widzielismy ich codzienne zmaganie sie z rzeczywistoscia, sukcesy i porazki. Wiem, ze dzieje sie tu wiele dobra, radosc jest zjawiskiem powszechnym, mam nadzieje ze my sami w to wszystko tez sie troche wlaczylismy.

Jak to ze wszystkimi ludzkimi przedsiewzieciami bywa: przyszlosc jest wielka niewiadoma. Moge tylko powiedziec, ze na pewno chce probowac dalej organizowac pomoc dla Cristo Misionero Orante, i ze licze na Wasza pomoc. Mam ogromne zaufanie do s. Lenki i – mam nadzieje – ze wy, czytajac moje slowa tez uznaliscie, ze ta radykalna sluzba blizniemu warta jest dalszego wsparcia. Licze na to, ze uda sie opublikowac CD, wspomnienia siostr, moze niektore z moich wpisow. Mamy tez zdjecia na kalendarz na kolejny rok. Zatem jest co robic!

Dziewczyny (te mlodsze) poprzebieraly sie karnawalowo (chyba do wystepu) i biegaja smiejac sie i zagladajac do nas przez okno. Z salon grande dobiegaja dzwieki muzyki – trwaja proby przed wystepem pozegnalnym. Inne smieja sie pracujac w kuchni – przygotowuja niedzielny obiad. Do mnie, do swego lobito (wilczka) z zabawy przyszla czteroletnia siostra Michel, Joanna.

I jeszcze jedna opowiesc od s. Rosy. Na poczatku pobytu w Oyacoto siostry mialy sporo problemow z panoszacymi sie wszedzie tarantulami. Raz sisotra Rosa poczula, ze cos wdrapuje sie jej po nodze. Probowala to cos zdjac, tarantula ugryzla ja w palec. Spuchlo cale ramie. Jakis czas potem tarantula zagrazala jakiemus dziecku z przedszkola. Siostra Rosa znowu ja chwycila, i znowu ugryzienie. Od tego jednak czasu nikt tu wiecej nie uswiadczyl zadnej tarantuli. Czegos sie musialy wystraszyc. Tak jak weze w Irlandii, ktore nie mialy szans w starciu ze sw. Patrykiem. Choc na to porownanie w swej skromnosci s. Rosa nigdy nie wpadnie.

Dziewczyny wolaja po polsku: Don Darek, chodz. Zatem ide.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Quito

19 lut

Wczoraj pojechalismy do Quito. Mielismy jechac do Mindo ale siostry nas
ostrzegly, ze beda problemy z powrotem wiec zdecydowalismy sie (my czyli
ja Mama i Tata ale Wojtek nie chcial) na Quito. Siostra Patrycja
podwiozla nas i jeszcze Mayre i Heidi do wyjazdu z Oyacoto. Dziewczyny
jechaly do szkoly a my na lody z salatka owocowa, a potem zobaczyc
katedre. Najpierw zdecydowalismy sie pojsc do szkoly dziewczyn. Z
zewnatrz wygladala jak wiezienie – bo probowali ukrasc komputery –
tlumacza. Na szczescie w srodku jest duzo lepiej. Bardzo duzo terenu –
cos kolo 500m na 300m. Maja tam kilka boisk i sporo parkingow. Wchodzimy
na patio jednego z budynkow, robie kilka zdiec i sie rozdzielamy.
Szukamy lodziarni w ktorej bylismy 2 lata temu. Nie znajdujemy tej samej
ale jemy w dosyc podobnej. Idziemy do katedry ale, ze za wejscie trzeba
placic dolara nie wchodzimy. Szukamy autobusu ktory zawiezie nas do
Calderonu. Przed schodami widzimy trzech rowerzystow i dziwie sie co oni
maja zamiar robic. Dowiaduje sie tego od pani ktora krzyczy zebysmy
zeszli ze schodow bo beda zjezdzac… Wchodzimy wiec do jej sklepu. Mama
pyta ta pania gdzie mozna zlapac autobus do Calderonu, a ja w tym
czasie patrze na zjezdzajacych i stwierdzam ze to szalency.

Czekamy na autobus ktory powinien miec napis „10 de augosto”. Po
dwudziestu minutach wsiadamy. Ale nie do tego ktorym mielismy jechac
(wywnioskowalismy ze tamtedy nie jezdza) tylko do jadacego do terminalu
polnocnego. Tam pani mowi mojej mamie, ze mozemy wziac autobus jadacy do
Otawalo i wysiasc po drodze. Wydaje sie to dobrym pomyslem, wiec wsiadamy do tego autobusu. Po drodze widzimy czlowieka zarabiajacego wygibasami na ulicy. Niby nic takiego, tylko ze on nie ma jednej nogi…

Nie udalo sie zrobic tak, jak mowila pani, wiec wysiadamy na kolejnym terminalu (taki dworzec). Na szczescie spotykamy ludzi, ktorzy tez jada autobusem do Calderonu. Idziemy za nimi. Wsiadamy teraz juz do wlasciwego autobusu, ktory nas zawozi do Calderonu. Po kilkunastu godzinach czekania wsiadamy do Guadalajary, autobusu kursujacego na trasie Oyacoto – Calderon. Jedziemy najpierw  po Panamericanie a potem po dziurach. Wysiadamy pod kosciolem. Po mszy wracamy na misje, gdzie czeka na nas rodzina siostry Maricy. Po przywitaniu poszedlem szukac Wojtka. Zastalem go grajacego w noge wiec zdecydowalem sie zostac. Potem przyszli goscie i zaczelismy grac w kosza. Byli bardzo mocni i mieli dobre dlugie podania. Gdy pojechali,czesc poszla spac a czesc na kolacje i tylko dziewczyny przygotowujace wystepy jeszcze zostaly.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wielkie malowanie

17 lut


Silbana

Mayra
                    Carla                                           Mercedes
Karina


Marco z Wloch – malowanie drzwi

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

fiesta

17 lut

Od dzisiaj do srody popielcowej w Ameryce Poludniowej wolne od pracy i szkoly. Fiesta. Polewanie sie woda, czasem tez ponoc obrzucanie sie jajkami i sypanie maka. U nas od wczoraj lejemy sie woda. I zegnamy, w szkole z uczniami i nauczycielami, wieczorem z moimi doroslymi uczniami, o ktorych obiecywalem napisac juz wczesniej.

W szkole u maluchow nauczanie szlo nam najtrudniej, ale pozegnanie bylo serdeczne. Gdy Murzynek Carlos dowiedzial sie, ze razem z nami wyjezdza tez jego duzy bialy przyjaciel i obronca – Wojtek, zrobil buzie w podkowke i sie poplakal. Wysciskalismy sie serdecznie z podbiegajacymi do nas dziecmi i przeszlismy do malego pomieszczenia na koncu salon grande, ktory teraz sluzy dzieciom za stolowke. Tam czekal na nas poczestunek i mile prezenty. Dodatkowo od H Gilmy dostalismy (duza niespodzianka) obraz w tradycji Quichua; ale jest bardzo duzy i nie wiemy; czy uda nam sie go gdzies pomiescic. Kiedy powiedzielismy o problemie z zapakowaniem dmuchawki Tomka od razu doña Carlota przyniosla nam swoja duza torbe podrozna a h Marica dorzucila swoja. Ogromna serdecznos, na kazdym kroku. Dzisiaj przysluchuje sie rozmowie telefonicznej h. Rosy z h. Lenka. Siostrzyczka kilka razy powtarza swe pytanie o samopoczucie maestry, zanim uslyszy odpowiedz. Maestra sama musi sie najpierw dowiedziec, jak my sie tu wszyscy mamy.

Za kazdym razem, gdy uda mi sie dorwac do zlewozmywaka, zeby sie troche odprezyc (choc przy zimnej wodzie idzie mi to troche trudniej) od razu slysze: „niech Don Darek to zostawi, niech odpocznie.” Maestra ma znowu powazne klopoty z kolanem, ledwo dojechala do Cañaru. Od wczoraj z lozka nie wstaje s. Marica, bol kregoslupa. Ale dobre wiesci w sprawie Gabrieli. S. Lence udalo sie spotkac z jej rodzicami, uspokoila ich i relacje w rodzinie sa na powrot dobre.

Pozegnanie z wieczornymi studentami bylo bardzo uroczyste. Zrezygnowalismy z zajec na rzecz wspolnego biesiadowania. Najpierw przy muzyce polskiej, potem przy rytmach latynoskich. Rozpoczely sie tance, trojka z obecnych to urodzeni tancerze. Nie moglismy sie tanczacym napatrzec, a i  na zewnatrz zgromadzily sie tlumnie las niñas i tez patrzyly, a potem tanczyly. Bo jak tu sie oprzec takim rytmom. Poczestunek to swieze buleczki z yuki, kawa i wino brzoskwiniowe, slodziutkie a przy tym slabe, absolutna rewelacja. Wreczaja nam prezenty, mowia o przyjazni. Ja tez tak to odczuwam, w ciagu 15 godzin zajec udalo sie nam prawdziwie zaprzyjaznic. – Jestescie moimi pierwszymi zagranicznymi przyjaciolmi – mowi dwudziestoletni chlopak. Wymieniamy sie adresami mailowymi. Dzielimy sie tez nadzieja, ze jeszcze uda nam sie spotkac.

Na powrot jest z nami mala Michel i jej o rok starsza siostra Joanna. Michel nie odstepuje s. Rosy, Joanna jest u swej najlepszej przyjaciolki Anahi. Mama dziewczynek zostawila je siostrom, bez ubrania na zmiane nawet, i udala sie …  na poszukiwanie godnego mieszkania. Ponoc dla wszystkich. Wg s. Rosy moze to trwac nawet rok. Byc moze jest to jednak wersja optymistyczna.


Silvia

Carlos

h. Sandra i Tomek

Magali


Michel

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Mecz

16 lut

Dzisiaj tuz po sniadaniu gdy szykowalem sie do pojscia do kuchni nagle przyszedl tata pytajac czy chce pojechac zobaczyc mecz. Oczywiscie mialem wielka ochote tam jechac wiec szyko umylismy zeby. Zaczynalem zmieniac spodnie kiedy nagle uslyszalem odpalanie silnika. Chwycilem aparat i wybieglem przedbudyek. Okazalo sie ze to oni wiec wpakowalem sie do lekko przepelnioego busa i odjechalismy. Przy wjezdzie na Panamericae wsiadl jeszcze trener a jakis mezczyza ktory byl z nim (chyba) pojechal autousem. Boisko na szczescie okazalo sie trawiaste a nie piaszczyste ale trawa byla wilgota, wiec i sliska a nie wszyscy nasi mieli korki. Najpierw zagrali jacys chlopcy w koszulkach bialych w czarne paski kontra blekitnym koszulkom. Wygrali czarno paskowani 5:0. Po nich bylismy my przeciwko ciemno niebieskiej druzynie. Po pierwszej polowiebylo 3:0 dla przeciwnikow a po drugiej szesc jeden. nie wiem kto strzelil dla naszych bo w tym czasie gralem z piecioma innymi w noge za boiskiem. To byly mecze dla jedenastolatkow ale u nas w drozynie bylo tylko dwoch wtymwiekua reszta mlodsi.

Wracamy tak : czesc druzyny jedzie samochodem osobowym ojcajedegochlopcaa reszta i my (ja i tata) autobusem. Wysiedlismy za Peaje Oyakoto i przeszlismy przez Panamericane (w tym miejscu szesciopasmowa). Niektorzy kupuja w sklepie jakies chrupki, ja robie im kilka zdjec ale juz trzeba isc bo widzimy misyjna camionetke prowadzona przez siostre Patrycje.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Gabriela

15 lut

Gabriela. Poznalem ja wczoraj, jest o rok starsza od mojej Corki. Pewno by sie tu spotkaly, Gabrysia planowala przyjechac do Oyacoto na rok jako wolontariuszka. Nosza to samo imie, z charakteru podobne, radosne, z pasja, mysle, ze bardzo by sobie przypadly do gustu.

Gabi z prowincji Cañar (poludnie Ekwadoru) chce zostac postulantka w Cristo Misionero Orante. Jakie niezwykle powolanie! Obecnie studiuje architekture na najlepszej uczelni panstwowej w Ekwadorze, w miejscowosci Azogues. Jest na 4. roku. Szczegolowo opowiada o egzaminie wstepnym, jak trudno bylo sie jej dostac na te uczelnie (100 miejsc, 1000 kandydatow), jak trudne sa same studia. Ale lubi to, co robi, architektura to kreatywnosc, mozna stworzyc cos, co zostanie potem na pokolenia. Zatem siedzi nocami nad ksiazkami i przy komputerze, i stara sie zaliczyc wszystkie egzaminy. Jeden rok zawalila, trudno. Do dzis ze stu studentow, ktorzy zaczynali razem z nia, na studiach zostala ledwie trzydziestka.

Pochodzi z rodziny wielodzietnej, ma 10 rodzenstwa. Jedna z jej siostr w czerwcu zeszlego roku wystartowala w konkursie pieknosci w swej prowincji i wygrala. W konsekwencji zapraszana jest na wiele imprez, siada na honorowym miejscu. Stad tez Gabriela, jako jej druhna z konkursu, znalazla sie w czasie jakiejs lokalnej fiesty obok krolowej pieknosci w kosciele, w pierwszym rzedzie. Tam, po prawej stronie, nieco z boku, siedzialy siostry zakonne z Cristo Misionero Orante. Podeszla do nich na chwile porozmawiac. – To stalo sie nagle – opowiada. – Wyszeptalam swej siostrze do ucha: Tez chcialabym, jak one. – Cos ty, zwariowalas?! – wykrzyknela miss roku.

- Toz to wariactwo, nie mozemy do tego dopuscic! Tak, Gabi naprawde chce zostac zakonnica. Po tygodniowych letnich rekolekcjach w Oyacoto z s. Lenka wie, ze musi sprobowac, zrobi to nie przerywajac studiow. Opowiada o tym rodzicom, braciom w domu. Wszyscy sa oburzeni. – Wyrzekniemy sie ciebie, nie masz po co do nas wracac. Jest bardzo nieszczesliwa. Mysli, zeby uciec na misje, od tego pomyslu odwodzi ja jednak s. Sandra. – Nie zrobilas nic zlego, to nie moze byc ucieczka.

W dzien planowanego wyjazdu robi sie jeszcze bardziej dramatycznie. Boi sie, ojciec grozi, ze ja pobije. Zaciaga ja z przystanku do domu. Tlumaczy, perswaduje. – Nie zmienie swej decyzji.  – upiera sie dziewczyna. Ojciec wychodzi z domu trzaskajac drzwiami. Mama za nim.

Znowu na przystanku, jest juz autobus. Zjawia sie tez niespodziewanie mama Gabi. Jednak bedzie blogoslawienstwo. Nastepnego dnia przyjezdza do Oyacoto. Ale rozmawiamy ze soba dluzej dopiero wczoraj, troche przez przypadek, piatego dnia jej pobytu na misji.

Lata 70 dwudziestego wieku. Mloda dziewczyna ze Splitu wsiada do autobusu jadacego do Dubrownika. Autobus rusza, dziewczyna placze. Placze cala droge. Czemu tak placzesz, dziewczyno, kto cie tak skrzywdzil? – pytaja wspoltowarsze podrozy. Dziewczyna ne odpowiada, nie jest w stanie wydusic z siebie slowa. Jedzie do zakonu, wbrew rodzicom, bez blogoslawienstwa. – Rodzicow zobaczylam dopiero na slubach wieczystych. Tu hermana Lenka przerywa swa narracje. W oczach ma lzy. Milczy przez chwile. Od jej podrozy do Dubrownika minelo juz prawie 40 lat.

Dzis rano h. Lenka pojechala wraz z Gabi do Cañaru. Porozmawiac z rodzicami kandydatki do stanu zakonnego. Sprobowac wyjasnic, uspokoic. Nie bedzie to latwe. Wroca w sobote. Czekam niecierpliwie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Piec dni

15 lut

Jeszcze tylko piec dni do powrotu do Polski i na nauczenie sie do konca imion dziewczyn (wszystkich mi sie na pewno nie uda, ale imiona tych dziewczyn, ktore dobrze znam z widzenia, prawie pamietam). Musimy skonczyc nagrywac historie siostr i niektorych dziewczyn. Wartoby zrobic jeszcze tak wiele rzeczy, ze teraz wszystkich nie pamietam. A mamy tylko piec dni. Malo czasu. Pobyt tutaj przelecial, jak z bicza trzasl. Zaledwie kilka dni i wracamy do codziennosci. Wydawalo sie, ze piec tygodni to sporo, ale jednak nie jest to az tyle. Wydarzenia w poszczegolnych dniach byly tak scisniete, ze czesto zastanawialem sie, czy cos zdarzylo sie dzisiaj czy wczoraj. Robie sie smutny na mysl, ze za chwile wyjezdzamy.

Tomek

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS