RSS
 

Powrót

23 lut

Dzisiaj po południu zakończyliśmy naszą podróż powrotną. 

   Z Oyacoto wyjechaliśmy o 1. po poludniu, po serdecznym pożegnaniu z dziewczynami. One z powodu swojej wielkiej liczby nie zmieściłyby się do samochodów wszystkie, a siostry nie chciały wybierać/wyróżniać nikogo do odwiezienia nas na lotnisko (sprawiedliwość musi być). Przy Peaje Oyacoto na Panamericanie zobaczyliśmy jeszcze jedną z dziewczyn, wracającą z wizyty u rodziny – Carlę. Po drodze musieliśmy jeszcze podjechać do wulkanizacji, by dopompować koło. Czas nas naglił, więc s. Lenka, s. Rosa i Vlatka szybko nas wyściskały. Szybkim krokiem ruszyliśmy do check-in’u. Około 5 zaczął się nasz pierwszy lot. Po lotnisku chodził patrol antynarkotykowy z psem, Tatę wzięto do kontroli osobistej (z wieloma innymi podróżującymi). Podczas startu udało mi sie wypatrzeć misję (dzięki temu, że niedaleko niej powstaje nowe lotnisko), a podczas lądowania w Guayaquil zauważyliśmy, że praktycznie cała nadmorska prowincja jest pozalewana. Podczas podchodzenia do lądowania w Madrycie trochę trzęsło. Lot do Berlina był przyjemny, chociaż wszyscy byliśmy już troszkę rozdrażnieni. Potem czekała nas noc na dworcu kolejowym Ostbahnhof. Bezdomnych stamtąd policjamci wypraszają, więc było pusto. Otwartego też prawie nic nie było – ani sklepów, ani toalet, tylko jeden mały bar u Turka. Niepewni i zdesperowani wsiedliśm do pierwszego jadącego do Polski pociągu (nie mieliśmy jak kupić miejscówki, a były one wymagane), udało się – podczas drogi spaliśmy i sie relaksowaliśmy. Jeszcze tylko przesiadka w Poznaniu i już dojechaliśmy do Wrocławia. Środa Popielcowa nie pozwalała nam na zjedzenie wytęsknionych schabowych, więc zadowoliliśmy się pierogami. Po spotkaniach z rodziną i znajomymi poszliśmy się wreszcie porządnie wyspać, wstaliśmy dobrze po 9., ale cóż poradzić, podróż przez prawie pół świata trochę trwa i strasznie męczy, więc z ciepłego łóżka nie dało się tak łatwo wyjść. Zjedliśmy śniadanie – świeżutkie bułeczki z serem żółtym i szyneczką smakują jednak o wiele lepiej od spieczonego kurczaka i ryżu. Trzeba trochę poskromić nasz apetyt – to już post, a poza tym niektórzy są na diecie…  

 

 Pies jest już z nami (mieszkał przez nasz czas pobytu w Ekwadorze pod Wrocławiem), królik musi jeszcze chwilkę poczekać. Yawa – w języku Shuar znaczy pies (Tomek zapamiętał), podczas tego wyjazdu powiedzieliśmy dziewczynom, że tak właśnie nazwaliśmy naszego psa, one uśmiechnęły się z zadowolenia, powiedziały, że pewnie żaden pies w Polsce się tak jeszcze nie nazywał, ale musiały poprawić naszą wymowę – akcent w tym wyrazie pada na ostatnią sylabę [Ja-łá - jakoś tak by się to wymawiało po polsku]. Ale tak to już z naszymi ogromnie różniącymi się językami jest. My się uczyliśmy Shuar, one Polskiego, zapisywanie na kartce wymowy było troszeczkę śmieczne -np. chodź [joch], niktórych rzeczy nie dałoby się zrozumiale zapisać w języku z jakiego pochodzą. Obie strony używały pisowni hiszpańskiej.  O błędy nie było trudno. 

 

Już teraz niezwykle tęsknię, za las niñas, za siostrami, za dziećmi ze szkoły za klimatem miejsca, za ludźmi znanymi i nieznanymi , za spokojem i radością 
(za ciepłem trochę też). A więc – do nauki i wracać szybko, jak najszybciej. 

 

Wojtek

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Marysia

    24 lutego 2012 o 09:43

    :) Witajcie w „domu”! :)

     
  2. Roma

    24 lutego 2012 o 14:13

    No i popłakałam się, Wojtek.

     
  3. Roma

    25 lutego 2012 o 13:38

    DZIĘKUJĘ ZA SUPER SZARAWARY! Pojadę w nich na wakacje.
    Natasza.

    Dziękuję za piękny kilimek.
    Ciocia Roma.

    Pozdrawiam Was i mam nadzieję, że macie już ciepło i sucho w domu.
    Babcia Wiesia.

     
 

  • RSS