RSS
 

Archiwum - Luty, 2012

Dmuchawka

15 lut

                      Polowanie na ptaki
snajper z dzungli

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

zwierzeta misji

14 lut

Co chwile jest cos o zwierzetach, ale same nic wam nie mowiace rzeczy, wiec postanowilem o ich cos napisac (Wojtkowi i Tacie chyba to przez mysl nie przeszlo).

Zaczne od kotow. Sa tu dwa dorosle kocury jeden z nich nazywa sie Saul, mala i strasznie chuda kotka i  matka z dwoma malymi(trzeci niedawo zdechl).

Cztery psy nazywaja sie tak: Qusunga, Llepa, Misionero – syn Llepy i jej corka Grizka (my to wymyslilismy, ale ze oni nie maja „y” …). Misionerowi ktos przydepnal lape wiec musimy (ja, Mama i jakas siostra) pojechac do weterynarza.

Krolikow maja tu 80 (bez najmiejszych) wiec sie nie nazywaja bo za duzo wymyslania. Cztery karmiace i dwie nie karmiace matki, jeden samiec i kiladziesiat mlodziezy. Dosc czesto sa chore ale jak sie da remedio czyli lekarstwo to szybko zdrowieja.

kilkadziesiat kur niosek i kilkanascie trzymanych na mieso (tylko tyle bo niedaw zabili i zamrozili piecdziesiat). Niedlugo dokupia jeszcze kilkadziesiat ale nie wiem czy beda na jaja czy mieso.

Sa tu trzy gesi z ktorych dwie zniosly niedawo jajka (mi czyli niedoswiadczoemu wydaja sie bardzo duze) i jeszcze jedna kaczka.

Ostatnio dalismy osiem krolikow i kaczke padre Marcelo a pewnemu lekarzowi dwa krole.

                                                                                                                                            Dziekuje za komentarze! Tomek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ecuador

14 lut

Mmmm… Moja pierwsza notka. Jako ze zdjecia (Tomka) do tekstow Tomka i Taty sa, to postanowilismy dodac moje zdjecia osobno. Niestety do prawdziwie dzikiej dzungli nie udalo nam sie dotrzec, ale rosliny, zwierzeta i klimat odwiedzonych przez nas miejsc wydawaly nam sie wysarczajaco egzotyczne (jak na pierwszy raz). Musimy sie juz psychicznie szykowac do powrotu do Polski, ale zycie codzienne umilac nam bedzie myslenie o ponownym wyjezdzie – do Oyacoto, siostr i dziewczyn, na Cotopaxi i wglab selvy. Tym razem udalo mi sie zaprzyjaznic z ponad 30 dziewczynami z dzungli, costy i gor Ekwadoru. niewiele z nich znalem wczesniej. Myslalem, ze nie uda mi sie nauczyc wszystkich imion, do polowy pobytu musialem opisywac wyglad wiekszosci dziewczyn, zeby osoba, z ktora rozmawialem, domyslila sie o kogo mi chodzi. Teraz jest juz lepiej, chociaz i tak zdarza sie, ze nie jestem pewny co do imienia. Tydzien zmarnowalem na chorobe, duzo czasu zajmowalo mi takze wybieranie i wrzucanie zdjec. Dni czesto roznily sie od siebie tylko niezauwazalnie – ta sama praca, te same gry, te same osoby – ale na szczescie nie oznacza to, ze brakowalo chwil, ktore bede mogl wspominac. Wyprawy zorganizowane przez siostry, choc nie byly ekstremalne, do nudnych zaliczyc nie mozna. Zawsze dzialo sie cos ciekawego. najciekawszymi wycieczkami byly: podchodzenie pod Cotopaxi i spotkanie z dzungla (jej zewnetrzna strefa, ale jednak dzungla). Zaostrzylo nam to troszke apetyt na glebsze poznanie Ekwadoru. Niech jednak nikt nie mysli, ze to te wyprawy byly celem (i esencja) tej podrozy, one byly tylko przyprawa do niezwykle smacznej potrawy zaserwowanej nam przez las ninas i siostry, ktora jest tutaj zycie codzienne misji – internat, szkola, zwierzeta i ogolna niezwykla atmosfera.

Ta metafora zwiazana z jedzeniem jest chyba efektem emocji, ktore towarzysza dzieleniu sie z innymi praktycznie wszystkim, co sie ma, lacznie z jedzeniem. Pelny brzuch nie jest tutaj rzecza codzienna, szczegolnie wsrod dziewczyn i dzieci. Co bogatsze z malutkich towarzyszy dokupuja sobie porcje slodyczy lub jakiegos jedzenia w szkolnym sklepiku. Moze nie byloby to konieczne, gdyby wszyscy rodzice pamietali o zaopiekowaniu sie swoimi dziecmi w domu i wspomagali siostry drobnymi skladkami na jedzenie i dowoz (wielu z pewnoscia na to nie stac, niektorych materialnie, innych psychicznie, bo sa tez tacy, ktorzy wysylaja dzieci do szkoly siostr nie dlatego, ze jest to szansa dla ich potomkow, tylko dlatego, ze jest to sposob na pozbycie sie klopotu karmienia i wychowania, i ze dzieki swojej „wielkodusznosci” pozwalaja dzieciom na opuszczenie smieci swojego podworka i nie meczenie sie z glodem)


conga – calowka (2,4 centymetra), jest niebezpieczna, kiedy ugryzie, to mocno boli przez 24 godziny
                      podroz przez Rio Napo

tukan [truk, truk...]

kora drzewa
  (!)                                                                           to zdjecie z dziewczynkami kosztowalo mnie dolara                        podpis do obrazka, gdzie widac moje stopy (!)
mowia, ze w dzungli wsadzisz patyk do ziemi, a z niego wyrosnie drzewo. Tu mamy dowod, ze nawet jak patyk polozysz, by tworzyl czesc drogi i bedziesz po nim codziennie deptal, to i tak z niego cos wyrosnie (to zielone na prawo)

PS
Wiemy, ze nasz wilk z Cotopaxi troche przypomina lisa. Ale, ludzie w schronisku tez mowili o nim wilk, znali go bowiem dobrze, a gdy jechalismy przez gory do Amazonii przy drodze zobaczylismy zdjecie zwierzecia zywcem przypominajacego naszego wilka z podpisem: lobo. Obok zdjecia wilka bylo tez zdjecie niedzwiedzia, innego mieszkanca tych gor.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

nad Rio Napo

13 lut

Tak jak pisalem (Darek), do serca dzungli sie nie wdzieralismy. Ale, zgodnie z przewidywaniami, to co zobaczylismy, zupelnie nam – kompletnym gringos – wystarczylo, by sie zachwycic. Misahualli, tak nazywala sie miejscowosc nad rzeka Napo, do ktorej dotarlismy, to prawdziwe drzwi do Amazonii. Dalej mozna jeszcze wprawdzie jechac samochodem, ale asfalt konczy sie tu definitywnie i zaczyna  wyboista, w porze deszczowej trudna do pokonania droga. Ciagnie sie ona jeszcze kilkadziesiat kilometrow, do zbiegu rzek Coca i Napo. Tam konczy sie definitywnie. Dalej mozna tylko lodziami. 

Misahualli, wioska z malym rynkiem, na ktorym swawola malpy, za zachowanie ktorych wladze lokalne nie biora odpowiedzialnosci (nazywa sie je tu „monos libres”, malpy wolne, lub bardziej politically correct – wyzwolone) – biedna, ale przeurocza. Tropik tu jeszcze do wytrzymania, a to za sprawa nieznacznej wprawdzie, ale z pewnych wzgledow niezwykle istotnej wysokosci npm (prawdopodobnie ok 500 m), ktora to nie odpowiada lokalnym komarom – zatem tna tu jedynie malenkie muszki, entonces da sie wytrzymac bez hektolitrow chemii.

Turystow fajnie malo (ale usmiecham sie do wspomnien sprzed 20 lat – zsiadamy z paki ciezarowki i idziemy ulica miasteczka, jedyni biali, wszystkie oczy wpatrzone w nas z zaciekawieniem), klimacik przyjemnie zapyzialy, zycie toczy sie wolniutko, wieczorami ludzie spotykaja sie w knajpkach przy muzyce, piwie czy soku. Gdyby nie malpy, moznaby drzwi zostawic otwarte, wyjechac na tydzien i wrocic, a nic by sie nie stalo. Ludnosc tubylcza nie odkryla jeszcze, ze turysci to potencjalna zyla zlota (choc tez i zrodlo niebezpieczenstwa, pewnych klimatow w tloku nie da sie zachowac). Obiad kosztuje 3 USD, nocleg w przyzwoitym pokoju 8 USD/os. Tuz obok zas wspolnota Indian, ktora sie zorganizowala, by pokazywac turystom atrakcje dzungli, specjalnie ich przy tym nie narazajac. Na niewygode i niebezpieczenstwo.

No, zupelnie bezpiecznie to w dzungli byc nie moze, ale o tym pewnie dopowie Tomek, bo on byl najblizej. A poniewaz opowiesc nasza ma za glowne zadanie przyblizyc to, co sie dzieje na misji, a nie relacjonowac nasze turystyczne przygody, zatem ogranicze sie do paru ledwie slow komentarzy. Reszte pokaza zdjecia.

Jak tylko wyjechac poza betonowa szarosc przedmiesc Quito, kierujac sie na Oriente, czyli na wschod, oczom podrozujacego ukazuja sie porosle glownie trawa, a troche nizej i drzewami – gory. Wzroku od nich oderwac nie mozna, sa wszedzie, co rusz zaskakuja niezwykloscia formy, ciagna sie kilometrami. To troche tak, jakby wyjezdzajac zza zakretu wyjezdzalo sie z wysokich Tatr, aby wjechac w Pieniny (moze bardziej chorwacki Velebit, wiecej go bowiem), a kilkanascie minut pozniej zawitac w krainie zblizonej krajobrazowo do Bieszczadow. Kolejne minuty jazdy, ostro w dol, zmienia sie roslinnosc i zabudowa, pojawiaja sie drewniane chaty ustawiane na palach, w ogrodach przede wszystkim bananowce. Chlopcy z aparatami w reku, poluja na co ciekawsze krajobrazy, wiekszosc jednak nam ucieka. Nie da sie co chwile prosic kierujaca s. Marice, aby sie zatrzymala. Ale patrzec mozna do oporu. Tak tez robimy.

Kilka dni temu Cotopaxi, teraz przejazd przez gory do Amazonii. Zupelnie zmieniam zdanie, ktore wyrobilem sobie dwa lata temu. Wowczas na pytanie, jak podoba mi sie Ekwador mowilem oczywiscie: „Tak, bardzo”, ale dodawalem zaraz: „Wspaniali ludzie”. Teraz zobaczylem krajobrazy, ktore dorownuja swym pieknem mieszkancom tego kraju. To taka mocna kropka nad i.

                                 Za nami gory, roslinnosc robi sie coraz bujniejsza.                                                            W drodze do wodospadu.                        Na tej drodze Tomek stanal oko w ok z metrowym, zielonym wezem. Jeszcze dlugo potem drzaly mu nogi z emocji. 

PS
Jadac widzimy wielu Indian siedzacych przed domami, z braku innych zajec wpatrujacych sie w przejezdzajace samochody. Wsrod nich sa tez dziewczyny bardzo przypominajace las niñas z naszej misji. Mysle, ze „nasze” dziewczyny, gdyby nie misja, w wiekszosci spedzalyby swoj czas wolny w podobny sposob.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

miasto w dzungli dzien 2.

13 lut

Co do wczesniejszego wpisu dziewczyn – to one sie co chwile ze mnie nabijaly, ze niby jak umarl jeden z kotkow, ktore sie niedawno urodzily, to  strasznie plakalem. (pisza tez – dopisek cenzora – ze tesknia juz za Tomkiem, ktory wyjedzie dopiero za tydzien, i ze jestesmy szczesliwa rodzina, zycza nam pomyslnosci oraz sie podpisuja)

Poszlismy za przewodnikiem, ktory opowiadal o pulapkach na ryby i male zwierzeta. A potem o strojach indian z dzungli. Poplynelismy dalej obejrzec tance. W sporej chacie byla stara indianka, ktora pokazywala, jak sie robi chiche. Dali nam jej do sprobowania i weszly przebrane dziewczyny. Jak juz potanczyly, kilku Indian przynioslo trzymetrowego boa do zdjec. Nasza rodzina nie chciala sie z wezem fotografowac, ale siostry tak. Poplynelismy z powrotem i poszlismy do restauracji. Gdy czekalismy na jedzenie, pewna wscibska malpa wskoczyla na pobliski stol i wylala sos. Jeszcze troche na nie (malpy) patrzylismy, ale potem kolacja (ryz i kurczak) i trzeba isc spac.

Noc okazala sie duzo lepsza niz w Esmeraldas bo na tej wysokosci w nocy temperarura opada o kilka stopni a nad pacyfikiem o jeden. Rano po sniadaniu pojechalismy do cascadas czyli wodospadow. Na szczescie (a moze i nie) trzeba bylo isc okolo godziny szlakiem turystycznym w dzungli. Idac zauwazylismy (albo ja zauwazylem – nie jestem pewien) jakiegos pajaka (chyba jadowitego) i spotkalismy kilka Kong czyli wielkich mrowek (2,4 centymetra). Wodospad nie byl strasznie ciekawy bo podobne mamy w Polsce, ale reszta rzeczy byla bardzo ciekawa i zielona. Maszerujac z powrotem zrobilem kilka zdiec i troche oddalilem sie od pozostalych. Nagle widze waz lezy na prawym boku sciezki zatrzymuje sie i odskakuje a on spokojnie zawraca i znika w pobliskich krzakach. Krzyknalem do innych
- Waz! -
 
Po chwili zza zakretu wyszedl tata, ktory pytal, gdzie popelzl i jak
wygladal. Opowiedzialem mu, ze byl zielony, dosc cienki i dlugi, na
ponad metr. Nadeszli pozostali. Siostra Liz spytala sie, czy krzyknalem,
bo zobaczylem weza
czy z jakiegos innego powodu. Poszlismy dalej, ale ja juz nie
wyprzedzalem
grupy i zrobilem sie bardzo czujny. Doszlismy do samochodu, w rzece
umylismy
buty i pojechalismy na msze swieta. Okazalo sie, ze nastepa byla dopiero
po poludniu, wiec zrezygowalismy z czekania i ruszylismy do Quito. Po
drodze zatrzymalismy sie na obiad (ryz i kurczak).
Jadac samochodem probowalismy robic zdjecia, ale malo sie udalo. A na
mszy
bylismy w Calderonie. Gdy opowiedzialem kilku dziewczynom spotkanie z
wezem, powiedzialy,ze „sabe picar”, ze byl mocno jadowity
                                                           Taka lodka popynelismy w dol rzeki.                       Dobrze sie napic. A ze nie moje, to co? W dzungli wszystko jest nasze.                                                               Usmiechy autentyczne. One lubia tanczyc.                                          Zdjecie z lodzi. Dom na palach nad Rio Napo.                        Rodzice  tylko sprzedaja i sprzedaja. A trzeba sie tez pobawic.                                                                Sklep w Misahualli.                                                                           Hermana Liz z malpka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

miasto w dzungli

13 lut

Z misji wyjechalismy o 8. Po drodze wstapilismy do takiego tutejszego zoo, gdzie widzielismy malpy i jakies owadozerne zwierze podobne do lisa. A w klatkach oceloty, tapiry, papugi, tukany i nandu. Obok recepcji na polkach byly weze (na szczescie martwe i w slojach). Po kilku godzinach drogi zrobilismy kolejna przerwe i wykapalismy sie w basenie. Dojechalismy na miejsce kolo 5 wieczorem. Zaparkowalismy busik w miejscowej parafii i poszukalismy taniego hostelu. Zostawilismy bagaze w pokojach (dosc dobrych) i poszlismy sie przejsc. Po drodze nad Rio Napo zrobilismy troche zdjec zadziwiajacym i smiesznym malpom. Na plazy bylo sporo ludzi, ale i cennik. Przygladalismy sie lodziom, a siostra w tym czasie stargowala cene wycieczki z piecdziesieciu dolarow do trzydziestu. Wsiedlismy do lodzi (sluchalismy we wszystkim siostry) i poplynelismy w dol rzeki. Wysiedlismy kolo jakiegos muzeum i poszlismy jakas sciezka (za przewodnikiem).

A teraz dziewczyny (nie poprawiam).

tomek y don darek y boitek son una familia feliz y doña jhoana  para siempre mi gatito se murio y por eso lloro soy tomek por eso estoy triste por migatito ,que les vaya bien buen viaje.*tomek textrañamos soy sofia y Daniela adios.

                       Tapir.                          Leniwiec.                                                    Droga wsrod bambusow.                                                                                  My tu rzadzimy!                                                                                                                                                                          

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wycieczka

11 lut

Jutro rano wyjezdzamy na wycieczke do dzungli, taka bardzo turystyczna wycieczka bez niebezpieczenstw, bo siostry sie o nas boja, a poza tym nie specjalnie maja teraz czas pojechac z nami gdzies dalej. Ale mamy nadzieje na ciekawe zdjecia i wrazenia, mimo wszystko. W koncu jestesmy tylko gringos i latwo nas zachwycic. Wracamy wieczorem (czasu miejscowego) w niedziele, i wtedy bedziemy cos mogli do blogu dopisac.
 ¡Hasta luego!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wspinaczka

10 lut

Dear Friends! Sorry, but the ambiguity of my narration in Polish has led you into a misunderstanding. It was not Joanna Sciepuro who went to hospital, but a niña from the mission, a 14-year-old girl, also named Joana. She had a sudden and acute inflamation of appendix, but now she is back with us! Thank you very much for your perseverence in following our narration. We probably won’t  find time to do more translation right now (Wojtek has translated most of January, though, and is going to put it on soon!) but we promise to make it all up when we meet you in Europe!

Wczoraj przezylismy jeden z najpiekniejszych dni w naszym zyciu. Zadzialala magia wysokich gor. Cotopaxi, drugi na swiecie co do wysokosci czynny wulkan, prawie 6000 metrow npm. No i my, bez doswiadczenia, ze wspomnieniem trudow marszu na wysokosci      4 000  metrow sprzed 2 lat, gdy wjechalismy kolejka na wulkan Pichincha tuz nad Quito.

Tym razem w jakis niewytlumaczalny sposob radzilismy sobie swietnie. Tylko Asia po kilkunastu minutach zawrocila na znajdujacy sie na wysokosci 4500 metrow parking, gdzie w samochodzie czekala na nas i dochodzila do siebie po trudach ostatnich dni i nieprzespanych nocy, podsypiajac na tylnym siedzeniu, s. Marica, czyli „la monjita”, jak ja tutaj nazywaja. Ja z chlopcami poszlismy wyzej, a trud nasz niemalze natychmiast zostal wynagrodzony. Ten wilk! Szedl za nami, potem obok nas, jakies 10 minut. Znajdowal sie zadziwiajaco blisko, przygladal sie nam z duzym zaciekawieniem, ale nie podjelismy (nawet Tomek! chociaz mial taka ochote) proby zaprzyjaznienia sie z nim. Szacunek, jaki w nas wzbudzal, przewyzszyl nasza ciekawosc.

Po godzinie schronisko na niewiarygodnej dla nas wysokosci (4810), chwila przerwy i jednomyslnie podejmujemy decyzje: zdobywamy 5000 m. Po 20 minutach, idac szybciej niz poprzednio, docieramy do granicy wiecznego sniegu. Pogoda – jak to troche wyzej w gorach – silny, porywisty  wiatr i igielki zmrozonego sniegu wbijajace sie nam w twarze. Nad glowami caly czas chmury, ledwie na kilka sekund przeswietlane promieniami slonca (wystarczylo, by nas poprzypiekac, znowu wyszedl brak doswiadczenia). Nogi co rusz zapadaja sie po kolana, idziemy z trudem, ale bez odpoczynku. Tomek chowa sie przed wiatrem za skala, chce tam na nas poczekac. Jeszcze kilkadziesiat metrow, nad nami cos, co przypomina sciany krateru. Patrze na Wojtka, usmiechniety, z zimna, ale i radosci przezywanych chwil, zaciera rece. Ten usmiech, radosc, nawet sylwetka – juz sam nie wiem, w tej mgle i szalejacej wichurze, czy to Wojtek, czy jego ojciec chrzestny. Jeszcze nie tak dawno marzylismy z Wladkiem o wspolnej wyprawie na Aconcague. Zdradzalem swe watpliwosci, czy dam rade. Teraz jestem w gorach sam, z Wladkiem juz nigdy w nie nie pojde. Ale przeciez widze Jego usmiech, gesty, On jest tu ze mna. Skad nagle we mnie tyle sil? Przeciez jestem gotow, gdybym tylko mial ze soba sprzet, w tej chwili, podjac probe wejscia na szczyt wulkanu. Obiecujemy sobie z Wojtkiem, ze tu jeszcze wrocimy, lepiej przygotowani.

W schronisku spotykamy grupke Amerykanow. Z duzymi plecakami wypchanymi specjalistycznym sprzetem. Beda sie aklimatyzowac przez trzy dni, potem zaatakuja gore, noca. Taki tu zwyczaj. Przedstawiam synow, mowie, ze Tomek ma jedenascie lat. Jeden z nich dziwi sie: „Mi w tym wieku nawet do glowy nie przyszlo wspinac sie tak wysoko!”

Na misji z radoscia witamy kustykajaca z toalety Joane. Czuje sie dobrze. Slyszymy, jak wzruszjace bylo jej przywitanie. Szybko jemy spozniony obiad, bo za chwile msza sw. z padre Marcelo. Jest tez z nami para wloskich wolontariuszy, Marco i Alessandra. Sa tu juz drugi raz. Pomagaja w pracach budowlanych Don Luce. Podlacza on teraz rury do rynien spustowych na dachu, by woda deszczowa splywala do ogromnej cysterny, wybudowanej juz wczesniej. Za pomoca pompy bedzie mozna ta woda podlewac drzewa i rosliny w miesiacach suszy. Za dwa tygodnie jada do Esmeraldas malowac kosciol dla p. Marcelo.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Cotopaxi

09 lut

Dzisiaj jedziemy na Cotopaxi. Wyjedziemy troche po sniadaniu (czyli zaraz). Potem dopisze, jak tam bylo, a tata pewnie tez cos swojego wcisnie.
Okay dopisuje – a wiec, w jedna strone (z misji do parkingu na wysokosci 4500 tys metrow) jedzie sie dwie i pol godziny. Po drodze z parkingu do schroniska widzielismy wilka (kolorami podobny do wilczura), byl dziesiec metrow od nas (tylko!). Wyprzedzil nas i polozyl sie na skalach jakies 50 metrow od schroniska (Mama juz tego nie widziala, bo po przejsciu ok. 50. metrow, zawrocila). Schronisko na 4800 m bylo z betonu (jak tutaj prawie wszystko) z zoltym dachem. W srodku zjedlismy ciastka i spytalismy sie o najlatwiejsza droge, bo wyzej prowadzily dwie. Na wysokosci 4900m. zauwazylismy jezyk lodowca, a troche wyzej byl wieczny snieg. Jako ze temperatura byla plusowa, snieg byl bardzo miekki i nie dalem rady isc dalej, wiec schowalem sie za skala przed wiatrem i okruchami lodu. Tata i Wojtek poszli jeszcze wyzej, ale po kwadransie poddali sie, poniewaz, aby isc dalej, potrzebowaliby profesjonalnego sprzetu. W schronisku poznalismy Amerykanow.  Okazalo sie, ze maja zamiar wejsc na szczyt (noca, aby byc na miejscu o wschodzie slonca) dopiero po trzech dniach aklimatyzacji, potem jeszcze wulkan Chimborazo i do dzungli. Zeszlismy i wrocilismy na misje, po drodze miedzy innymi rozmawiajac o przyjaciolce siostry Maricy, ktora swietnie przyrzadza cuye, czyli swinki morskie, i ze wystarczy jeden telefon, a przygotuje i przywiezie kilka. Dzisiaj dowiedzielismy sie, ze siostra Rosa kiedys pod Cotopaxi byla, ale ani s. Rosa, ani s. Patrycja nie byly jeszcze w dzungli.

Odpowiem teraz na komentarze.
Bloga pisze albo ja, albo Tata. Wojtek tylko tlumaczy na angielski, ale sam nie pisze. Ja tylko opisuje, nie pisze tak, jak Tata.
Taki jakby „szef kuchni” to Carla (ale s. Lenka mowi jej, co ma ugotowac). To ona mowi pozostalym dziewczynom, co maja obrac, a co pokroic. Nie wysluguje sie nimi – tez robi to, co one i jeszcze miesza i pilnuje, zeby sie nic nie przypalilo.


                      Pan Wilk.   Szedl tak obok nas ponad 10 minut                      Lezy, ale uszy postawione. Czujny. Wiatr wieje od naszej strony, tak ze wyczuwa nas wechem.                             Tomek mysli o tym, czy bo nie podejsc i go nie poglaskac.
Polowa wyprawy. 4500 – 4810 – jakies 5100 m n.p.m.                                     Luty, snieg, gory, tato. Niby nic dziwnego…                       Ja w wieku jedenastu lat nawet o tym nie myslalem – mowi Amerykanin z Nebraski.                       Cotopaxi, piekne Cotopaxi. Jeszcze do ciebie wrocimy.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

kuchnia

08 lut

Prawie codziennie rano przychodze do kuchni dziewczyn (Tata i Mama nigdy tam nie pomagaja. Ojcu sie nie dziwie ale Mama by sie tam przydala). Zawsze najpierw rozgladam sie niepewnie, ale jak juz cos zaczne robic, to sie rozluzniam. Malo mowie, a wiecej slucham, a zawsze jest czego – cisza praktycznie tam jest jedynie wtedy, gdy nikogo nie ma, a nie gadaja, tylko kiedy sie smieja. Najczesciej kroje (ostatnio mieso i naranjille, a wczesniej tez warzywa), obieram ziemniaki albo limonki (z ogrodu) i robimy z nich lemoniade (jedyny sok, ktory nie smakowal nam wszystkim to ostatnia „pura” naranja, ktora skladala sie glownie z wody i cukru). Naczynia sa tu w wiekszosci bardzo duze. Sa tez mniejsze – wielkosci najwiekszych garow, ktore spotkalem w Polsce i olbrzymie, w ktorych gotuje sie zupe dla calej szkoly, czyli ponad 200 osob!

Tomek


Ryz we wlosach dziecka w czasie posilku

                      Carla                      Sofia                      Karina i Dora                      Vanessa                      Dora                      Camila                       Rosita i Magali i …

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS