RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

wtorek – wieczor

29 maj

Wtorek wieczor – Darek
Dzis z Wojtkiem zwiedzamy Marianas, goszczeni przez h. Maritze i Sandre. H. Liz przyjechala do Oyacoto. Czas pozegnan.
Po poludniu czas lektury i znowu udaje mi sie znalezc u mego mistrza Brandstattera jakby dopowiedzenie moich mysli, wyrazanych dnia poprzedniego. Oto one: Radosc przezywana przez czlowieka ery konsumpcyjnej jest radoscia egoistyczna, samotna, odosobniajaca go od otoczenia, do ktorego nie ma zaufania i z ktorym nie chce sie dzielic swoim radosnym wzruszeniem, albowiem usiluje je zachowac wylacznie dla siebie.
Jest ta radosc jakby demoniczna odmiana smutku, dzielaca i zaczepna jak gniew, jak nienawisc, jak nieczulosc i obojetnosc.
Dziewczyny przygotowuja tance na nasze pozegnanie. Tak beda sie z nami dzielic smutkiem pozegnania ale i radoscia staro-nowych przyjazni.

Adios

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

rozmowy – darek

28 maj

Poniedzialek – rozmowy Darka
Rozmowa z h. Lenka. Ma podwyzszone cisnienie i bierze na to leki. Gdy prosimy o szczegoly, okazuje sie, ze przed kilkunastu latu miala wypadek samochodowy. Sama nic nie pamieta, ale siostry z zakonu, w ktorym wowczas byla opowiedzialy jej, co sie stalo. Jakis samochod zajechal jej droge, zjechala na lewy pas, by uniknac zderzenia, a tam jechala ciezarowka. Przez jakis czas byla w smierci klinicznej, biodro pekniete na 12 czesci, polamana noga w kolanie. Od tamtej pory ma problemy z chodzeniem.

Jesenia wlasnie pukala, szukajac Pauli. Nie rozmawiaja, stoja na zewnatrz na schodach, przytulone do siebie, Paula otrzymuje prezent.

Rozmowa z siostrami na temat ich ulubionych swietych. S. Rosa mowi o Cura de Ars, Janie Vianneyu, o ktorym dostala ksiazke. Znajomosc zycia tego swietego przydala sie kiedys na mszy w Santa Anita, gdy ksiadz zastanawial sie, czy odprawiac msze, bo oprocz niego i 2 siostr nikogo nie bylo.
- Ksiadz z Ars odprawial msze nawet wtedy, gdy byl sam w kosciele, a jak to sie potem zmienilo. – tlumaczy siostrzyczka.
No i faktycznie, w Oyacoto tez sie zmienia. Ksiadz zaczal nawet odprawiac msze po domach, juz dwie takie za naszej bytnosci tu sie odbyly, jestesmy pod duzym wrazeniem. Fajny facet z tego ksiedza.
Rozmowa z h. Maritza w samochodzie, jedziemy do Mitad del Mundo, bo tu srodek swiata wlasnie. Opowiada o zlobku, ktory prowadza dla prawie trzydziestki dwu-trzylatkow . Duzo problemow z tubylcami. Kucharki, na przyklad, jak cos z jedzenia zostanie, zabieraja to do domu, sprawiedliwie sie lupami dzielac. Bo to przeciez niczyje.
Przypomina mi sie rozmowa z Malgorzata, Polka, ktora w latach 70-tych trafila misyjnie do Boliwii. Zaproponowano jej, ze zostanie kierownikiem domu dziecka, bo poprzedni kierownicy kradli na lewo i prawo. A ona, jako ze z dalekiego kraju, na pewno nie przyjechala tu krasc.
Siostry w Marianas, drugim domu zgromadzenia, dokarmiaja kilku biednych, ktorzy do nich przychodza. Jeden staruszek, przymierajacy glodem, wlasciwie zostal do jedzenia u nich przymuszony, bo sam nie chcial tych spolecznych sierot objadac. Dopiero jak siostry go zapewnily, ze je ich jedzenie, a nie dzieci, to sie zgodzil.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

niedziela wieczor

27 maj

Niedziela wieczor – Darek
Powoli nadchodzi czas podsumowan. Dziekuje Wam za sledzenie naszych opowiesci, za nieliczne wprawdzie, ale wazne dla mnie komentarze.
Pisze te slowa dla Was i uswiadamiam sobie rzecz poniekad oczywista, spolecznosciowa nature czlowieka. Bo bez Was cale moje pisanie na nic by przeciez bylo. Dziele sie obserwacjami i radosc odczuwam jedynie dlatego, ze moze jakis pozytek dla Czytelnika, ktory do CMO w Ekwadorze przybyc nie moze z tych mych zapiskow wyniknie. Bo slowo po to jest, by sie nim dzielic. A dzielenie po to, by radosc w czlowieku zagoscila. Monotematyczny jestem, wiem, ale to wazne, dla mnie, piecdziesieciolatka, odkrycie, teraz po raz kolejny potwierdzone.

Wlasnie skonczylem kolacje, po ktorej dosiadly sie do mnie siostry z Maestra i rozmawialismy o misji, ich zaufaniu do Boga, o swiecie. One tak spokojnie o tym zaufaniu, a mnie zadziwia to niezmiernie i bez konca, jak mozna powazyc sie na tak wielkie dzielo nie majac zadnego zaplecza i pewnosci, co do jutra. Malej wiary czlowiekiem jestem, wniosek z tego oczywisty.

Wczoraj mialem przyjemnosc zawiezc s. Rose do kosicola, by nakarmila robotnikow, spolecznie pracujacych przy budowie parafii. O napoje zatroszczyly sie wczesniej senora Manuelita i Rosario – przygotowaly chiche, a zawiozla ja wczesniej h. Lenka. No coz, katolicy wiedza, ze weselic sie trzeba, zwlaszcza po ciezkiej pracy. A praca niebezpieczna przy tym (lub po tym), kilka razy serce mi do gardla podchodzilo, czy ktos w glowe nie zarobi zjezdzajacym po linie z szalona predkoscia wiadrem.
Potem zostalismy na mszy slubnej, w czasie ktorej para mlodych chrzcila takze dwojke swych dzieci. Niezwykle to troche ale i radosne, cala rodzina tak ku Bogu na raz ruszyc. Domyslacie sie, ze i za tym stoi h. Rosa, ktora o panu mlodym w samych superlatywach sie wyraza.
Potem jeszcze jedna msza i chrzest, po ktorym nastapilo huczne przyjecie. Huczaly przede wszystkim glosniki przywiezione przez profesjonalistow od imprez, tak, aby cala wies wiedziala, u kogo sie bawia. Ale tato chrzczonego dziecka to przesympatyczny mlodzieniec, wszystkich nas z CMO, w tym cudzoziemcow, na impreze zaprosil, i pieknie ugoscil. Z 30 nas przybyla, drugie tyle to rodzina i inni znajomi.
Nie zegnam sie jeszcze z blogiem ostatecznie, moze cos przed wyjazdem trzeba bedzie dopisac.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Amazonia – spelnione marzenie

25 maj

1. Amazonia – Darek
Marzenie noszone w sobie od mlodzienczych lat, pierwszych doroslejszych lektur na temat fascynujacej Amazonii, spelnione. Ale o sobie nie chce tu pisac za duzo, bo nie po to tu przyjechalem. Zatem kilka tylko uwag o moim przezyciu kolejnego, najbardziej z dotychczasowych autentycznego, spotkania z tym rejonem.
Jak trudno cieszyc sie chwila. Cos na co czekalem tak dlugo, dreszcz emocji, niezwykla feeria barw, dzwiekow, zapachow (tutejsza dzungla pachniala bowiem, wspaniale to aromaty, wbrew temu co czytalem u innych) a tu czlowiek po kolana w blocie, trzeba isc, boli to stopa, to kolano, parno. Ale dalo sie przeciez przezyc kilka wspanialych chwil, niezapomnianych, wydrzec je pedzacemu naprzod czasowi i umiescic w pamieci, na zawsze.
Jak rozny jest czlowiek. Przewodnik, ktory widzi prawie wszystko, tu pajak, ten niebezpieczny, ten nie, w tej galezi mieszkaja mrowki o smaku cytryny, ta mrowka to calowka, za pozno, ugryzla Wojtka, ten waz zielony tam na prawo grozny nie jest, a tu leniwiec, co wchodzi na drzewo. No tam, popatrz. Patrze. Widze, czasami. Slysze wiecej. Czy gdybym zyl tu cale zycie widzialbym wiecej, czy tez zginalbym szybko mylac jadalne z niejadalnym, bezpieczne ze smiertelnie groznym?
Jak zadziwiajace to miejsce, w ktorym lekarstw prawie na wszystko pod dostatkiem. I drzewo, ktorego nie imaja sie zadne choroby, porosty, grzyby. Rosnie prosciutko do nieba a Indianie tancza wokol niego dotykajac go plecami, aby ono dalo i im sile i niesmiertelnosc.
Ale gdy przychodzi do decyzji, podejmujemy ja wspolnie wszyscy i jednomyslnie. Wracamy na misje zgodnie z planem, urok dzungli nie przewazy. I zaraz po powrocie czytam mego ukochanego Brandstaettera:
Najpiekniejsze sa krajobrazy ludzkiego serca. W kazdym sercu – niezaleznie, czy to jest serce nedzarza czy bogacza, tchorza czy bohatera, zbrodniarza czy aniola – ciagna sie poza granica pustyni kwietne laki i urodzajne ziemie. W kazdym czlowieku za sciana mgiel i umarlych snow, jest przeczucie tych ziem.
I my, kierowani chyba tym wlasnie przeczuciem wracamy do Oyacoto, odkrywac utracony raj w sercu czlowieka, swoim i innych. Po to tu jestesmy, dlatego tu przyjechalismy.

2.
Wczoraj 14. rocznica zalozenia Cristo Misionero Orante. Swietujemy. Przyjezdza odprawic msze padre Antonio, ostatnia to jego wizyta tutaj. Wraca do Wloch, Florencji, dzien po nas. Tak chca przelozeni.
Na modlitwie wieczornej Mercedes dziekuje Bogu za to, ze mogla spotkac s. Lenke, Maritze, i inne, takze te, ktore odeszly ze zgromadzenia. Dziekuje za to, co tu przezyla, czego sie nauczyla. Tak wiec pod koniec naszego pobytu dokonuje sie swoista petla informacyjna u nas i swiadomosciowa, u kochanej Merche. Jest w niej zrozumienie tego, o czym i my staramy sie swiadczyc.

3.
Wieczor wczorajszy, ogladane w TV zaprzysiezenie prezydenta Correi na starym lotnisku. Stutysieczny tlum i prezydent, wspanialy mowca , zaklinajacy rzeczywistosc mocno ochryplym od godzinnego prawie krzyku glosu. Co za modulacja, co za zmiana nastrojow, usmiech i gniew, krzyk i szept prawie, obietnice, swiadectwo zagrozen i sukcesow. I wciaz powtarzane slowa o dokonujacej sie obywatelskiej rewolucji i demokracji. I o przyjazni z Wenezuela. Ale nie slysze slowa towarzysz. Jedynie chrzescijanskie bracia i siostry.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

CD

24 maj

CD nastapil. Jak widac.
Niedziela, si. Baseny. Ten tego. Bylo fajnie. Jstem pewna, ze ktos inny nie powstrzyma sie od wspomnienia moich licznych porazek zyciowych ktore na owym basenie nastapily, wiec to sobie podaruje. Plywalo sie spoko, tylko duza roznica wysokosciowa, bo to 3300, ale wystarczylo sie przyzwyczaic- potem juz z gorki. Nie plywala tylko Lina, ze wzgledu na zaziebienie.
Koniec.

Orient:
Poniedzialek=autobusy.
Wtorek=duzo drzew i blota.
Sroda=autobusy.
Taak.

Probuje sobie przypomniec jak to sie zaczelo. Zdaje sie, ze od niezadawalajaco wczesnej pobudki, czyli jak zwykle. Oraz jazdy na dworzec w Quito zaraz potem. Si.
Na dworcu bylismy troche po dziewiatej, jechalo sie tam ze dwie godziny. Budynek ogolnie zaskakujacy, takie szklo i marmur, wiadomo. Nic czego mozna by sie spodziewac w Ekwadorze, raczej.
Autobus rusza tylko z osmio minutowym spoznieniem takze ponowne zaskoczenie. Jedziemy. Puszczaja jakis film. Nie erotyczny.
Podroz dluga, ale bez tragedii. Krajobraz powoli sie zmienia, pojawiaja sie te slawne zamglone lasy. Wysiadamy w zupelnie innym otoczeniu, ale i tak jestem zaskoczona. Jakos tak duzo tego, cywilizacji znaczy.
Znajdujemy hostel, po clych dwoch sekundach szukania. Szyby w oknach sa, czego sie nie spodziewalam, og standard. Nawet wiatraczek dziala, wiec mamy wentylacje jako taka. W ogole wszystko jest.
Szok.
Ledwo wychodzimy sie rozejzec napotykam Scarlett i Piera, pare z Francji. Podchodza i pytaja, czy moze szukamy przewodnika.
Nie mam pojecia czy szukamy przwodnika, ale chlopaki juz przychodza i mowia, ze owszem, czemu nie. Dochodzimy do wniosku, ze mozna by cos znalezc razem, bo, ponownie, czemu nie. Idziemy po obiedzie na lowy- staje na bodajze drugiej propozycji. Chcemy jeszcze wybrac sie na krokodyle, ale czlowiek od nich sie nie pojawia i nic z tego. Kiedy wracamy Scarlett i Pier zapraszaja nas na piwo. Siadamy na ich balkoniku z widokiem na rynek. Malpy sie pochowaly i nie jest juz tak cieplo, ale wciaz bardzo przyjemnie- wlaszcza na zacisznym tarasie. Wymieniamy doswiadczenia. Oni podrozuja po Ameryce Poludniowej juz od jakiegos czasu, Peru, Boliwia chyba tez. Za trzy tygodnie ida do pracy.
Konczymy nasze picie i zbieramy sie. W naszym hostelu po raz pierwszy w Ekwadorze zaznaje prysznica cieplejszego niz lodowaty.
Lubie Oriente.

Wtorek oznacza zmeczenie i zmiane mojego zdania na temat rejonu, przynajmniej tymczasowe. Kiedy plyniemy lodzia jast w pozadku. W lasku ogolnie tez. Ale.
Idziemy najpierw do domu Georgio, przewodnika. Glaszcze jego psa ktory zaczyna sie do mnie lasic. Pewnie ma pelno pchel ale co z tego. Georgio mowi, ze pies nazywa sie Gato. Kot.
Pasuje.
Stwierdzenie: Bedac w dzunglii z przewodnikiem mozna sie zabic jedynie poprzez poslizgniecie sie na blocie w jakis wyjatkowo glupi sposob.
Bo jest bloto. Duzo. I to mi sie nie podoba. Zanim mija poludnie wszyscy jestesmy cali brudni.
Ale przewodnik bardzo fajny (choc w sumie trudno powiedziec, skoro nie mamy porownania), pokazuje nam rozne owoce i ziola. Jemy tutejszego ananasa, zupelnie bialy, ale slodki. Ogolnie posilki bardzo smaczne, a moze tylko jestesmy tacy glodni. Georgio pogania bo zbiera sie na burze.
Burza nas dogania i nie wiem o co mu chodzilo skoro nic nie ulega zmianie. Jest tylko jeszcze bardziej mokro.
Mijamy w ktoryms momencie jakiegos bardzo jadowitego pajaka, zdaje sie, ale poza tym nic takiego sie nie pokazuje. Z daleka slychac tukany. Obserwujemy leniwca pnacego sie po pniu- zastanawiajaco szybko. Czas niby sie dluzy, ze wzgledu na wysilek, ale kiedy docieramy do rzeki, jestem zaskoczona.
Tubylec przygotowuje dla nas kajak a ja robie zdjecia ludziom, ktorych to strasznie bawi.
Kajak nie jest zbyt stabilny, ale daje rade. Wojtek wciaz krzyczy zeby siadac po prawej stronie. Chlopakom padly baterie w aparatach wiec tylko ja robie zdjecia. Trwa to moze godzine.
Jestesmy kompletnie brudni i mokrzy, ale ogolnie rzecz biorac nie jest zle. Czekamy przy drodze na transport ktory by nas podwiozl do Misaualli. Pojawia sie cos i ladujemy sie do tylu, na pake. Warto sie mocno trzymac i raz musimy sie przesiazc do mniejszego auta, ale to nie ma znaczenia. Powietrze wymywa ze mnie cale zmeczenie i pojmuje ta psia obsesje z wystawianiem glowy przez okno. Wlasnie bylismy w dzunglii i jest fantastycznie.
Lekcja zycia by Paula: Jesli tylko mozesz, zawsze jedz na pace.
Nie ma tylko gwiazd, w kazdym razie nie za duzo, no ale nie mozna miec wszystkiego.

Nastepnego dnia nastepuje powturka z poniedzialku. Tylko ranek troche inny, mam konfrontacje z malpami- pierwszy i jedyny raz.
Wracamy piechota przez znajome ulice Oyacoto. Przypomina mi sie kawalek wiersza, a moze opowiadania, nawet nie wiem jakiego. Cos o czlowieku ktory po dlugim czasie wraca do domu, gdzie wciaz na niego czeka cieply obiad.
Docieramy do budynkow misji. Pies podnosi glowe na nasz widok. Wolam go i witamy sie. Dziewczyny i siostry usmiechaja sie gdy wchodzimy na patio. Kilka pyta jak bylo.
„Fajnie”- odpowiadam.- „ale tu lepiej.”
Pozniej tego wieczora pojawiaja sie gwiazdy i mysle sobie, ze tu faktycznie jest lepiej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjecia

24 maj

https://plus.google.com/photos/103355845632156370897/albums?banner=pwa

Daje link do zdjec zrobionych przez nas wszystkich, tam sie je wstawia znacznie latwiej- P.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

zdjecia z dzungli

24 maj

nad Rio Napo

Rio Napo

Darek, Gregorio, Carlos

Gregorio z kakao

domy nad Rio Napo

Elliot w dzunglowej rzece

Elliot w dzunglowym domu

Elliot i Paula

Scarlet – towarzyszaca nam Francuzka

wiecej zdjec na
https://plus.google.com/photos/103355845632156370897/albums?banner=pwa

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

zdjecia z kardynalem

24 maj

Elliot, Wojtek, kardynal Raul, Teresa, Paula

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

darek zaleglosci

24 maj

Darek, po kilku dniach przerwy.
Zrobilismy sobie kilkudniowa przerwe w obecnosci na misji, aby poznac Ekwador spoza misji, slynny targ w Otavalo, polskiego misjonarza i baseny termalne wysoko w Andach oraz Amazonie. Przez chwile nawet mielismy pokuse, aby w dzungli zostac troche dluzej, bo pojawila sie mozliwosc noclegu w rezerwacie, w typowym dla tych okolic drewnianym domu, z trzema przewodnikami, ktorych wiedza na temat tutejszego lasu mocno imponuje. Ale po krotkim wahaniu rezygnujemy z pokusy, misja jest dzis dla nas najwazniejsza. Gdy opowiadam o tym Maestrze usmiecha sie i mowi – Gracias.

Sobota – Otavalo, zgodnie z moimi przewidywaniami nowi wsrod nas z wielka radoscia zakupuja stosy pieknych towarow dla siebie i jako prezenty.
- Chodzmy juz stad, pokusa jest zbyt wielka – namawia pozostalych opanowany zwykle Elliot.
- Ja musze wrocic po to poncho – co chwile powtarza Paula.
Ale po to tu przyjechalismy i kazdy z nas konczy dzien poprzebierany w ludowy stroj, czym wzbudzamy powszechna radosc wsrod mieszkancow Oyacoto, troche juz nas rozpoznajacych. Nawet dwie dziewczyny w busiku zatrzymuja sie, pytaja, czy by nas przypadkiem nie podwiezc.

Niedziela.
Yadira, ktora poznalismy tu przed trzema latu, gdy pracowala w sekretariacie, a teraz jest pracownica banku, zabiera nas swym nowym terenowym Chevroletem do o. Eugeniusza, polskiego franciszkanina od 3 miesiecy mieszkajacego w Quito. Franciszkanie maja tam wkrotce przejac parafie. Tylko dwa lata mlodszy ode mnie misjonarz, biegajacy maratony, o mocnej osobowosci, duzo o sobie opowiada. A teraz znalazl sluchaczy. Na co dzien mieszka w domu parafialnym sam z jednym tutejszym klerykiem. Jak przejma parafie dolaczy do nich jeszcze jeden misjonarz.
Wraz z Yadira i jej siostrzenica Lina zabieraja nas na baseny dwie godziny jazdy z Quito. O. Eugeniusz nagral kiedys za zgoda Arki Noego ze znanym ekwadorskim piosenkarzem polskie wersje ich piosenek, ktore sam na hiszpanski przetlumaczyl. I jak pisze teraz te slowa to co slysze? Wlasnie slysze muzyke plynaca z kuchni, A GU Gu, A GU GU – i dalej po hiszpansku. Zaraz poprosze chlopakow, by mi to przegrali. Super niespodzianka.
Na wysokosci 3300 slonce mocno przygrzewalo, a ze nie uzylem kremu do opalania, bo dzien byl generalnie pochmurny , chlodny wrecz, zwlaszcza gdy powial wiatr, troche mnie przypieklo. Ale nic to. (chlopcy skonczyli niedawno ogladac Potop)
Po basenach wjezdzamy jeszcze na gore w centrum stolicy z ogromnym pomnikiem Virgen de Quito. Piekna panorama miasta, na toalecie flaga rzadzacej partii.
El presidente, jestesmy z toba – haslo takie wypisane na murach mozna tu znalezc wszedzie. Najwieksze poparcie na swiecie, ok. 90% glosow w niedawnych wyborach, dobre PR, nowe drogi, wyrazna poprawa warunkow zycia najubozszych, telewizja do uslug, ogromne pieniadze ze sprzedazy ropy pozwalaja na takie spektakularne sukcesy. I mocno liberalna, o odcieniu lewicowym, mentalnosc ludzi rzadu.
El presidente w czasie wizyty w Kolumbii pozwolil sobie zwrocic sie do kolumbijskich zolnierzy Comrades, czym wywolal riposte ich dowodcy: U nas duzo krwi, w tym ludnosci cywilnej, kosztowala nas walka z ludzmi, ktorzy sie do siebie zwracali per towarzyszu – powiedzial Carrerze odwazny zolnierz. Choc ponoc religijnosc ludzi wladzy w Kolumbii – tu odnosze sie do filmu Kolumbia – swiadectwo to tez przewaznie dobry PR, a rzeczywistosc zwlaszcza ludzi najubozszych, w dzungli, za ktorymi nikt sie nie wstawia jest taka, ze wojska rzadowe grabia i morduja do woli, co bez cichej zgody wladz byloby pewnie niemozliwe. A tak kaze sie wiosce ewakuowac i przejmuje sie wszystko, wlacznie z polami, na wlasnosc.
Kilka dni temu przyjeto tu uchwale o darmowym rozdawnictwie preparatu, no bo nie leku przeciez Dzien po, w szkolach, wsrod dziewczat 12letnich. W aptece lek ten tez jest dostepny za darmo, dla kazdej kobiety. Bez recepty. Przeciwnikow tego pomyslu manifestujacych na ulicach minister zdrowia nazwala wrogami postepu.
Wczoraj h. Maria na rozancu w kolejnym domu w Santa Anita odnoszac sie do ewangelii z tego dnia mowila o swojej podrozy autobusem. W wiekszosci z nich zamontowane sa telewizory i mozna ogladac filmy. Dzieki temu w czasie naszych wczesniejszych podrozy zobaczylismy kilka na prawde swietnych rzeczy m.in. Los Bomberos nie pamietam polskiego tytulu, ale byl ten film wykorzystany w czasie akcji randka malzenska niedawno w Polsce.
W autobusie s. Marii puszczono film erotyczny, a gdy probowala protestowac kierowca powiedzial, ze takie ma polecenia. Nikt wiecej w autobusie nie protestowal, rodzice dzieci i mlodziezy tez nie. To duza rzecz taki telawizor, ktorego nie mozna wylaczyc. Rok temu pisalem o tym przy okazji naszej bytnosci w hostelu w Madrycie, gdzie leci na okraglo kanal muzyczny z lekkim obrazem obyczajow. Na polce z ksiazkami w hotelu w dzungli znalazlem Rok 1984 Orwella. Wszystko uklada sie w jeden obraz, choc komunizm w zasadzie polegl.

Ale wracajac do rzeczy, Yadira poswiecila nam caly dzien, do wieczora. Od trzech lat kontaktowalismy sie tylko sporadycznie. Piekny gest z jej strony. Jak nas odwiozla na misje spotkala sie po raz pierwszy od dawna z wszystkimi siostrami. Znowu duzo smiechu i radosci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

23 maj

Sobota rano (znalezione w archiwach):
Wybieramy sie zaraz do Otavalo, konkretnie o dziesiatej. Wody znowu nie ma, podobnie jak neta w szkole i zdaje sie ze w obu przypadkach wymaga to powazniejszej naprawy. Jest zapasowe zrodlo wody, tak na wszelki, ale wiele ono nie zmienia bo ciezko dosc wziac prysznic we frontowym ogrodku.
Chlopaki zadaje sie kopia znowu w jakims rowie, cos zwiazanego z rurami, woda itd (ale to nie oni sa winni dzisiejszej awarii, o ile wiem).

Dalej:
OK.
Zacznijmy od tego ze bylo to chyba najbardziej zajmujace piec dni na calym wyjezdzie, co, jak mysle, niezle usprawiedliwia nasz brak aktywnosci na stronie czy blogu.
Owe piec dni obejmuje (kolejnosc przypadkowa):
-duzo autobusow
-jeszcze wiecej blota
-poncha
-najlepsze na swiecie spodnie
-rowniez najlepsze na swiecie targowisko
-komary w liczbie wiele
-pare Francuzow
-pyszne koktaile
-brudne i mokre ubrania
-gorace zrodla
-gwiazdy
-jazde na pace
-Kota
-polskiego ksiedza
-malpy
-gang cwaniaczkow
-jeszcze troche
Wyszedl straszny misz-masz, a wcale tak nie bylo. Szlo tak:
Sobota- Otavalo.
Ma sie wrazenie, ze to bylo wieki temu. Ale nie.
Wstalismy w miare chyba normalnie, Otavalo lezy raczej niedaleko. Bez problemow dostalismy sie na autostrade- sprawy skomplikowaly sie dopiero tam, bo zaden z autobusow nie mial miejsca dla az czterech osob. Zaastanawiamy sie juz czy nie sprobowac kiedy indziej, ale akurat podjezdza busik. Pakujemy sie. Nie trzeba nawet stac, dostajemy siedzenia w postaci odwroconych do gory dnami kubelkow. Tylko Elliot stwierdza, ze preferuje podloge i na niej sie sadowi.
Kubeki okazuja sie mokre. Asystant kierowcy przekazuje nam gazete pod kupry.
Docieramy do Otvalo. Sprzedaja tu od cholery roznych rzeczy, juz na samym poczatku, wiec mysle, po co tak pedzimy, jeszcze gdzies dalej, jest dobrze jak jest.
To bylo z mojej strony bardzo glupie.
Opuszczamy zwyczajny targ i przechodzilmy do czesci gdzie sprzedaja turystyczne zarlo, to znaczy rzczy tradycyjne itd.
Nie chce nigdy stamtad wyjsc.
Mozna sie zgubic w tym labiryncie stoisk, albo dostac oczoplasu, ale dochodze do wniosku, ze czemu nie. Chce wydac malo pieniedzy, ale jest tak kolorowo, ze wszyscy kupujemy na lewo i prawo. Nie da sie inaczej. Wybieramy poncha i szale- prezenty dla siostr. Pieniadze jakos tak szybko znikaja.
Wybieramy sie do restauracji nad targiem rzeby wreszcie cos zjesc. Niestety nie ma ladnego widoku na trag, bo plachty wszystko zaslaniaja, ale widac za to gory.
Ladne.
Po obiedzie jeszcze skaczemy cos dokupic i juz koniec, nawet handlarze sie zwijaja. Wracamy do domu w ponchach, kompletnie obladowani. Mijamy mieszkancow Otavalo. Smieja sie na nasz widok.

Niedziela.
Na osma jestesmy umowieni z tutejsza byla sekretarka ktora ma nas zawiesc na msze u ksiedza Eugeniusza. Spozniamy sie pol godziny, ale to nie ma znaczenia, bo jestesmy tylko my, a poza tym, Ameryka Poludniowa, te sprawy. Ksiadz wita nas na podjezdzie razem ze swoimi dwoma psami na ktore wola „cielaki” (bardzo trafnie- psy sa duze i prawie tak grube jak przyjazne). Po mszy (kazanie po polskiemu) dostajemy bigos, nieco ostrzejszy niz normalnie, bo ojciec Gienek dodal niechcacy kilka dodatkowych skladnikow. Ale wciaz bigos.
Jedziemy z ksiedzem, Yadira i Lina (jej siostrzenica) do goracych zrodel, okolo dwoch godzin. Przejezdzamy przez gory, chyba 4100 w najwyzszym punkcie, wieje potwornie.
Docieramy do basenow.
I… koniec. Many teraz lekcje wiec musze uciac wpis. CDN.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS