RSS
 

Ks. Marcin 31-6

07 sie

Poniedziałek (31.07)
La Isla de la Plata (Wyspa Srebra) …
Pierwsza noc pod moskitierą … noc trudna … sąsiedzi wrócili ok. 23.00 … dziecko jęczało
niemiłosiernie … rano rozmowa z właścicielką … zmieniam pokój … przenoszę się na
pierwsze piętro … śniadanie … w jakiejś … hmmm ciężko to nazwać … ani to bar ani
restauracja … wszędzie brudno … to nie Mindo … jedzenia mało … i kiepskie … ale potem
okaże się to zbawienne … o 9.00 czeka na nas przewodnik … zabiera nas na statek …
"Amazing" … to nazwa naszego teamu oraz statko-motorówki … zdejmujemy buty …
wszystkie do worka … team międzynarodowy … Amerykanie (których tu pełno), Niemcy,
Hiszpan … i ktoś jeszcze … po akcencie ciężko wyczuć kto … mówi po hiszpańsku …
ruszamy … najpierw powoli … jak żółw ociężale … ale po nałożeniu kapoków … i słowach
wstępu … szarpnęła maszyna po wodzie … prędkość ok. 40-50 km/h … wiatr … bryza … i
spaliny (pod koniec bardzo dokuczliwe) … fajna przygoda … w pewnym momencie …
KOLIZJA … zderzyliśmy się z czymś … łódką szarpnęło … prawie się przewróciła …
obróciła się … obsługa mówi, że wpadliśmy na wieloryba … to pierwszy raz w 20 letniej
karierze przewodników … płyniemy dalej … wszyscy mają nadzieję, że zwierzę nie
ucierpiało …
Rozmawiam z przewodnikami … pyta skąd jesteśmy … nie może rozpoznać, co to za język
… nawiązuję nić znajomości z przewodnikami … w pewnym momencie … są … LAS
BALLENAS (wieloryby) … to czas ich rozrodu … przepiękne … potężne stworzenia …
zachowują się jak modele … wypływają … wyskakują z wody … prezentują swoje wdzięki
… przewodnik pyta czy chcę iść na górę … tylko trzy osoby (z 16) … ja pierwszy …
najpierw na dziobie … zdjęcia … potem jako jedyny mam zaszczyt zasiąść koło kapitana …
zdjęcia … obserwacja trwa ok 30-40 minut … czuję się jak reporter National Geographic …
natężone wszystkie zmysły …
Płyniemy na wyspę … La Isla de la Plata … nazwa od ptasiego guana … z daleka błyszczy
jak srebro … marynarze twierdzą, że … w nocy, w blasku księżyca … świeci cała wyspa … z
łódki wysiadamy jak konkwistadorzy … wskakując do wody ( po łydki) … na wyspie
przygotowania do wymarszu … jeden z przewodników oddziela naszą piątkę …
"będziecie ze mną" … super będzie po hiszpańsku … przewodnik mówi coś, że chyba
będę profesorem hiszpańskiego … tłumaczę Staszkowi, co mówi … "wydaje się", że
jestem księdzem … na początku przewodnik sądzi, że jesteśmy Francuzami … to kolejna
osoba, która tak myśli …
Wyruszamy … roślina NN … nie pamiętam … w środku ma … klej … przewodnik stosował
go w dzieciństwie … tak, jak jego mama … dobry też na głowę … rozciera na palcach … i
nakłada mi na włosy … mocny … do tej pory trzyma … mam nadzieję, że przy myciu
głowy zejdzie … idziemy na szczyty wyspy … po drodze jaszczurki … rośliny o
właściwościach leczniczych … i głuptaki … wgl na nas nie reagują … czas godów … prawie
wszystkie w parach … uczymy się rozróżniać samca i samicę … ciekawe stworzenia …
piękne widoki ze szczytów … znowu widać wieloryby … las fragatas … potężne ptaki …
tutaj żyją i rozmnażają się … jesteśmy w odległości 3-4 metrów od ich gniazd …

schodzimy na dół … przewodnik proponuje wycieczkę na jutro do parku … bierzemy …
mówi, że działa w stowarzyszeniu na rzecz najuboższych … obiad na łodzi … obok nas
potężne żółwie … las tortugas verdes … płyniemy na nowe miejsce … możliwość
nurkowania w masce … oglądanie ryb … nie korzystam … nie czuję się na siłach …
Niemiec oparzony przez meduzę … przewodnik … "to dlatego, że Niemcy są biali" :P
wracamy … znowu wieloryby i pelikany … w wielkiej grupie … hotel … prysznic … zakupy
… obiado-kolacja … w wykonaniu najmłodszych … dobre … Msza w pokoju … czas do
spania …
+ JMJ
Wtorek (01.08)
Como los ninos (jak dzieci) …
Cześć i chwała Bohaterom … od kilku nocy śnią mi się znajomi … ludzie, o których wgl nie
myślałem … dzisiaj mijają dwa tygodnie w Ekwadorze … przed nami miesiąc …
Noc trudna … nowi sąsiedzi … i nowe dziecko … dwa "koncerty" … ok. 23.00 … zatytułowany
"dejame" (zostaw mnie) … drugi ok. 1.30 … "no quiero" (nie chcę) … dzieciak wychowywany
bezstresowo … nie wytrzymuję … walę w ścianę … dopiero teraz rodzice reagują … po 3.00
telefon … czy chcę grać dzisiaj w piłkę … ciężka noc …
Pobudka g. 6.00 … Msza prywatna … śniadanie … wyjazd do la selva (dżungli) … taksówka
czeka … nie może odpalić … na popych … jedziemy … na miejscu czekają przewodnicy …
zostawiamy buty … zakładamy las botas de gumas (kalosze) … te są z kauczuku … dostaję
żółte … jako jedyny … jak Gringo Cejrowski … wyruszamy do dżungli … mokro … w nocy
padało … dużo el lodo (błota) … z biegiem czasu coraz więcej … co chwilę przechodzimy
rzekę … Rio Blanco … raz płynie w prawo … raz w lewo … bardzo się wije … okazja, żeby
wyczyścić buty … próbujemy tutejszych owoców … błoto … błoto … jeszcze raz błoto … a i
sporo komarów … nawet el repelente (środek) nie działa … dochodzimy do punktu
obserwacji małp … przewodnicy odchodzą … pytam czy wrócą … twierdzą, że tak … czekamy
ponad 20 minut … wracają … idziemy wyżej … stromo … i błoto … na drzewie … na samym
czubku … małpy … żyją swobodnie … przewodnicy pokazują drzewa i rośliny lecznicze …
łapią kraba i krewetkę …
W czasie drogi sporo rozmów … o wszystkim … także o życiu przewodników … jeden, 30 lat,
rozwiedziony … syn w Quito … 12 lat … żyje z turystów … ma świnie … żyje z rodziną … drugi
Jefferson … lat 20 … uroda typowo indiańska … od miesiąca jest tatą … córeczka … żona 15 lat

Dużo żartujemy … przy jednej z roślin … "esta planta es medical" … pomaga na nerki … mówią
przewodnicy … "my w Polsce też mamy takie lekarstwo … mówię … nazywa się piwo" … w
drodze powrotnej … w rzece udaję, że ugryzł mnie wąż … przewodnicy nie bardzo w to
wierzą … ale reagują … żart się spodobał … te rozmowy to wielka wartość tego wyjazdu … na
koniec drogi mandarynki z drzewa … zielona skóra … pyszne …
Wracamy do punktu wyjścia … el almuerzo (obiad)… zachodzimy do jednego z domów …
wszystko gotowe … jemy z przewodnikami … rozmawiamy o jedzeniu ryb z rzeki … mówię,
że chciałbym spróbować … Jeff wyciąga krewetkowe szczypce … dzisiaj zdobyte … chcemy
spróbować … idzie do kuchni … po kilku chwilach wszystko gotowe … super smakuje …
Chcemy zobaczyć córeczkę Jeffa … idziemy do jego domu … w sąsiedztwie … warunki bardzo
trudne … ciężko uwierzyć, że wgl ktoś tu mieszka … mała ubrana na różowo … i różowe
rękawiczki … bo jest zimno … mówi Jeff … przychodzi żona … jak moja uczennica z czasów

gimnazjum w LB … szok … serdeczne pożegnanie … żart z kierowcą taksówki … wracamy …
przygotowanie do wyjazdu … jedziemy na noc …
Na mieście fiesta … idziemy … dzieciaki w różnym wieku przebrane w stroje … tańczą …
pięknie to wygląda … zdjęcia … kilka filmów … powrót … jedzenie … bagaże … na plażę …
pożegnanie oceanu … La parada de Autobuses (przystanek) … kurs bezpośrednio do Quito …
zapowiedzianych 11 godzin … to będzie długa noc …

+ JMJ
Środa (02.08)
El regreso o la vuelta (powrót lub powrót) …
Dzisiaj wyruszyła kolejna Piesza Pielgrzymka Wrocławska do Częstochowy … łączymy
się w modlitwie …
Plecaki zapakowane do autobusu … zajmujemy miejsca … wcześniej wykupione … każdy
ma swój numer … ale ciężko stwierdzić, które miejsce jest które … siedzę od okna …
przychodzi jakaś "baba" … od razu zaczyna awanturę … że siedzę na jej miejscu …
zupełnie niepotrzebnie zaczynam z nią rozmawiać … oczywiście przesiadam się … bez
różnicy większej … a ona gada i gada … zaczynamy komentować po polsku z chłopakami
… to też jej nie przeszkadza … gada dalej … zaczepia konduktora autobusu … jego
ironiczny uśmiech i spojrzenie … trochę ją wyciszyło … co ciekawe … robi znak krzyża
chyba z 5 razy przed podróżą … pierwszy Ekwadorczyk tak niesympatyczny w czasie tej
podróży …
Wyjeżdżamy … tutaj noc zapada między 6.00 a 6.30 … więc ciemno zupełnie … czas na
modlitwę i rozmyślanie … przerwane … wydarzeniami na ulicy … z daleka mnóstwo
migających czerwonych i niebieskich świateł … wypadek ??? … bliżej … chyba nie policja
… wojsko … na środku ulicy zrobiona blokada … wszystkich zatrzymują … bardzo dużo
żołnierzy … wszyscy w hełmach i uzbrojeni w długą broń … zatrzymują nas … do
autobusu wchodzi uzbrojony żołnierz … wszyscy mężczyźni mają wysiadać z
dokumentami … kobiety mają zostać w środku … la inspeccion militar (inspekcja
wojskowa) … wysiadamy … ręce o autobus … przeszukanie … następnie rejestracja …
zaniepokoiłem się, gdy jeden młodzieniec podszedł do mnie zbyt blisko … zrobił ruch
jakby chciał mi coś włożyć do kieszeni … las drogas (narkotyki) … podając paszport
mowię … extranjero (cudzoziemiec) … nawet nie patrzy na dokument … przechodzę do
grupy "odprawionych" … żołnierze przeszukują autobus … ewidentnie kogoś szukają …
ludzie są zaniepokojeni … co będzie dalej …
… o tym w następnym odcinku … już za tydzień … :P :P :P
Żart oczywiście … przeszukanie szybko się kończy … każą wsiadać … zaczepia mnie
kierowca … mówi, żebym robił zdjęcia … "takie rzeczy tylko w Ekwadorze" … śmiejemy
się … kierowca "jajcarz" … dojeżdżamy do dużego dworca … pytam kierowcę … czy zdążę
pójść do łazienki … "iść, iść … najwyżej nas tu potem nie będzie" … śmiejemy się …
zdążyłem "justo a tiempo" (na czas) … pokazuje mi kciuka … "lubię to" …
Włączyli jakiś film … banalną komedię … ale po hiszpańsku … okazja poćwiczyć język …
zwłaszcza, że są napisy … do końca nie dałem rady wytrwać … na samą końcówkę
zasnąłem … ok. 4.30 budzi mnie Don Darek … wstajemy … Quito … mieliśmy dojechać na
7.00 … "czas ekwadorski" … kierowca miał takie tempo, że przyjechał 2,5 godziny za
wcześnie :P … dobry koleś … podobno wyprzedzał na trzeciego pod górkę … znaleźliśmy
nić porozumienia … serdeczne pożegnanie z kierowcą …
Trzeba się odnaleźć w nowej rzeczywistości … bano … coś przegryźć … i szukamy kto nas
zawiezie do domu … w okienku … facet kłamie, że za 20 minut autobus … idziemy na

peron … jak już wejdziesz, to nie wyjdziesz … bo zabierają kartę wejścia … więc stoimy na
zimnie (ok. 10 st. C) … ponad 30 minut … droga do domu … cisza i spokój …
El peaje … nasz przystanek … ale do domu jeszcze ok. 2 km … no to "z buta" … slalom
między psami, które znowu próbują za nami gonić … w pewnym momencie moja gleba …
na piasku rozjechałem się jak na lodowisku …
La casa … serdeczne przywitanie z siostrami (choć miały już wyjechać) … i z Padre Juan
Diego … śniadanie … front robót dla mnie na piątek, sobotę i niedzielę … Padre zbiera się
do wyjazdu z siostrami … ale opóźnienie z powodu śmierci młodego księdza … 35 lat …
zawał serca … chcemy jechać na pogrzeb … dzisiaj o 12.00 …
Dwie godziny snu … wyruszamy … jasne, że nie o umówionej 11.30 … prowadzę … chyba
już się stałem "nadwornym kierowcą" … przygotowany do koncelebry … jeszcze tylko do
mechanika … a i wgl to gdzie jedziemy … nikt do końca nie wie … jeszcze pytamy o drogę
… i już jest 12.05 gdy parkujemy przed kościołem … podchodzimy … Msza przed
kościołem … tłumy ludzi … Padre kręci się i stwierdza, że nie będziemy odprawiać … po
raz pierwszy poważnie się zdenerwowałem … Msza to nie zabawa … uczestniczymy z
ludźmi na placu … znany i lubiany … rok starszy ode mnie …
Wracamy … obiad … czas nadrobić zaległości … całe popołudnie poświęcone na
przepisanie notatek z wyjazdu …
Siostry szykują się do wyjazdu na rekolekcje … 12.08 mają być śluby jednej z
nowicjuszek … dłuuugie przygotowania … wyjazd sióstr … zostajemy z wolontariuszkami
sami … FIESTA … oznajmia wolontariuszka Eva … o 19.00 Msza … w wąskim gronie … po
hiszpańsku … przerwana na początku … tylko przy Padrecito otwiera się kłódka bramy …
a właśnie ktoś pukał … u wrót rodzina … pytają o przygotowanie do chrztu … czyżby
kolejne wyzwanie??? … Eva każe im przyjść jak wrócą siostry … kontynuujemy … od
dwóch dni już nie mówiłem kazania po hiszpańsku :P … chłopaki śpiewają po polsku … w
czasie Ojcze nasz Michael podchodzi do ołtarza i łapie mnie za rękę … po Komunii …
Michael i Tomiris … dwie dziewczynki, które zostały z nami … z własnej inicjatywy
zaczynają śpiewać … nawet im wychodzi … na koniec Mszy też śpiewają … rodzinnie …
Kolacja … wspólne ustalenia na jutro … czas odpocząć …
+ JMJ
Czwartek (03.08)
Tranquilo (spokojnie) …
Pobudka 8.00 … brewiarz 8.30 … prowadzę … trochę trudniej bo po hiszpańsku … ale
jakoś Ojciec zrozumie :P … po modlitwach jedziemy po Władkę … Chorwatkę … siostry z
Marianas też wyjechały … Władka została sama …
Spóźnieni na przystanek … ale tylko dlatego, że nie wiedziałem … śniadanie … wesoło …
kończy się jedzenie … Eva mówi, że hermana Lenka miała kupić … zapomniała … za dużo
ma na głowie … trzeba jechać "de compras" (na zakupy) …
Czas na przygotowanie zdjęć … wyjeżdżamy na zakupy … Calderon … zakupy z Władką to
sama przyjemność … krótko i na temat … wie, co chce kupić … zachodzimy w trzy miejsca
… i po zakupach …
W czasie drogi … Władka jest w moim wieku … nieważne ile :P … kobietom się wieku nie
wypomina:P :P :P … mieszka tu od 5 lat … pracowała w Quito … była szefową kuchni …
przyjechała do sióstr … wolontariuszka … zrobiła tutaj prawo jazdy … za
międzynarodowe musiała płacić 80 dolarów … co 2 lata … w Polsce 8 dolarów … w
Ekwadorze kurs trwa 8-10 dni … włącznie z egzaminem … teraz rozumiem … czemu
jeżdżą tak, jak jeżdżą …
Władka super gotuje … obiad … wyśmienity … el postre (deser) … ricisimo (przesmaczny)

… mówię do Władki, że przenoszę się do nich do domu … w końcu potrzebują Padre …
Władka, tak jak ja, nie może się przyzwyczaić do spóźniania się …
Po obiedzie … odwiedza nas spec od telefonu … coś nie działa … obcina kable … zakłada
nowe … stare zostawia w miejscu, gdzie spadły … naprawione …
Odwozimy Władkę … ma zaproszenie na jutro … będzie o 9.00 … moje podniebienie już
się cieszy :D :D :D … już znam główne trasy Calderonu … kilka razy przejeżdżam na
czerwonym … "jak się skręca, to można" … tłumaczy Władka … "takie rzeczy tylko w
Ekwadorze" …
Po powrocie … czas na odpoczynek … modlitwę … naukę hiszpańskiego … cały czas mam
wrażenie … że z dnia na dzień mój hiszpański jest coraz gorszy … dogaduję się … ale
chyba za dużo wymagam … chyba potrzeba więcej pokory …
Msza o 19.00 … gdy mała wskazówka jest na 7 a duża na 12 … nikogo nie ma w kaplicy …
tylko Staszek … czekamy 15 minut … weszli w "ekwadorski czas" …
Msza znowu rodzinna … tak sobie pomyślałem … przecież to są dla mnie obce osoby … i ja
dla nich jestem obcy … łączy nas WIARA … niesamowite … ile ta wiara może …
Po kolacji … Tomek szuka swoich klapków i buta … winni … psy … pogryzły wszystko … w
bucie da się chodzić … w klapkach już nie …
Na Misji jest spokojniej … trzeba to wykorzystać, żeby odpocząć … pomodlić się …
pouczyć … nadrobić zaległości … posprzątać … jest co robić …
+ JMJ
Piątek (04.08)
La memoria de san Juan Maria Vianney (wspomnienie św. Jana Marii Vianney'a) …
Pobudka g. 7.45 … wspólna Jutrznia … jedziemy po Władkę … śniadanie … telefon …
odbiera Władka … pytają, czy można wyspowiadać się u Padrecito Martin … wydaje mi
się, że Władka żartuje … ale nie … naprawdę pytają o mnie … umawiamy się na 16.00 w
"convento" (Misji) … trzy osoby … muszę zrobić dzień "gospodarczy" … zabieram się za
porządkowanie swoich rzeczy … przerywam … przygotowanie do Mszy … dzisiaj Msza o
11.00 … chcemy, żeby Władka była z nami …
Każda Msza to ciekawe przeżycie … już się przyzwyczaiłem, że na każdej Mszy trzeba coś
powiedzieć … całkiem możliwe, że coś rozumieją … dzisiaj nawet odwoływali się do
kazania … jest nadzieja :D :D :D
Po Mszy … kontynuuję sprzątanie … ścieranie kurzów … mycie łazienki … zamiatanie …
mycie … przyjemniej …
Zachodzę do kuchni … przygotowują rzeczy do obiadu … biorę się za tarcie kokosa … na
jakiś napój … kończę z kokosem … zabieram się za wyciskanie pomarańczy … dużo ich
jest … owoce tutaj są przepyszne … w trakcie pracy ćwiczymy języki … uczę się nie tylko
hiszpańskiego, ale też chorwackiego … wolontariuszki mówią, jak co się nazywa po
chorwacku …
Czas szybko leci … połączenie z bratem, bratową i bratanicą … Skype … obiad … zupa (z
agawą) i ryba z ryżem … ale zupełnie inaczej podana … Władka przygotowuje rybę, jak
czerwone mięso … przepyszne …
Po obiedzie … chwila na modlitwę … odwozimy Władkę … w drodze kolejne novedades
(nowinki) … każdy mieszkaniec domu sam musi wylać asfalt … a jak nie, to są dziury …
asfalt – ziemia – kawałek asfaltu – znowu ziemia … co za ciekawe prawo …
W drodze powrotnej … zajeżdżamy do znajomej Panaderia (piekarni) … z nami jedzie
Tomiris i Michael … zaczyna się rozmowa na temat Polski i Chorwacji … Tomiris nie ma
pojęcia na temat mapy … wgl Ekwadorczycy nie mają pojęcia, gdzie jest Polska …
zazwyczaj mówimy … między Niemcami i Rosją … mas o menos (mniej wiecej) … i

liczymy na to, że coś z tego zrozumieją …
Po powrocie … czekam na umówionych gości … czekam dwie godziny … "czas
ekwadorski" … tym razem nikt nie przychodzi … nauka hiszpańskiego … brewiarz …
Zachodzę do kuchni … jest po 18.00 … kilka osób przygotowuje obrazki na śluby Eli …
rozmawiamy … znowu nauka chorwackiego … poznaję chorwackie słowo … które w
hiszpańskim jest przekleństwem … Eva dowiedziała się o tym … w kaplicy … istnieje też
słowo hiszpańskie … które po chorwacku znaczy to samo, co po polsku … przekleństwo …
Dużo radości … śmiechu … Eva wychodzi … i wtedy dzwoni telefon … jak "bomba"
przekazywany z rąk do rąk … trafia do mnie … każdy boi się odebrać … czekam … "może
przestanie dzwonić" :P :P :P … w końcu odbieram … "Bueno" – mówię … "Padrecito
Martin?" – pada pytanie w słuchawce … już mnie znają??? … ci od spowiedzi … nie mogli …
są niedaleko … zapraszam ich … czekam … zajeżdża minibus … miały być trzy osoby …
wchodzimy do Misji … pytam, skąd mnie znają … "wieści okoliczne doniosły, że u
Padrecito można się wyspowiadać" … pewnie liczą na to, że nic nie zrozumiem :P :P :P
z trzech zrobiło się pięć osób … ponad godzina … znowu ktoś chce mi płacić za spowiedź
… żegnamy się … i wtedy mówią do mnie … widzimy się jutro o 17.00 w Oyacoto … ???? …
oni jutro mają ślub … czyżbym o czymś nie wiedział … mam zaplanowaną Mszę na tą
godzinę … ale Padre Juan Diego nic nie powiedział … o ślubie …
Na marginesie … dzisiaj jest wspomnienie św. Jana Marii Vianey'a … na początku Mszy
powiedziałem … "su fama de confesor y director de las almas atrayeron gente de todas
partes" (jego sława jako spowiednika i kierownika dusz ściągała ludzi ze wszystkich
miejsc) … :D :D :D … doświadczyłem czegoś podobnego …
Dziewczyny ze mnie żartują … na temat spowiedzi … siedzimy przy kolacji … Josipa
przychodzi … Padrecito … jakaś kobieta do ciebie … od razu czułem, że to broma (żart) …
ale idę … na szczęście żart … po kolacji Nieszpory … próbujemy dodzwonić się do
hermany Lenki … bez sukcesu …
Pogodny wieczór … nie jesteśmy padnięci po całym dniu … więc karty … gramy w "burro"
(osioł) … dużo radości … potem uproszczony poker …
Czas na spoczynek … jutro będzie się działo … obecnie stwierdzam … estoy listo por todo
(jestem przygotowany na wszystko) … czym nas zaskoczysz Ojcze jutro? :D
+ JMJ
Sobota (05.08)
Que Ecuador!!! …
El proverbio (powiedzenie) … w Polsce często się mówi "Ale Meksyk" … oznacza
zamieszanie … dużo chaosu … nikt nic nie wie … wszystko wymieszane … ja osobiście …
po dniu dzisiejszym … nie będę mówił … "ale Meksyk" … tylko … "ale Ekwador" …
Pobudka o 8.00 … Jutrznia … śniadanie … wszystko według stałego … niezakłóconego
porządku … ale to dopiero wstęp … po śniadaniu … musimy jechać do Marianas … Władka
wczoraj wieczorem zadzwoniła … zatrzasnęła sobie drzwi … nie miała kluczy … ani
telefonu … więc wyłamała zamek … potrzebuje pomocy … "emergencia" (nagły wypadek)
… wjeżdżamy do miasta … fiesta … no w końcu sobota … ulice pozamykane … szukamy
przejazdu … musimy zatoczyć wielkie koło … Eva jest przerażona … nie mamy mapy …
tylko moja "intuicja" kierowcy :P :P :P … docieramy bez problemów … jedyny problem to
"conductores locos" (zwariowani kierowcy) … kilka razy wyjeżdżają mi prosto pod koła
… trzeba mieć refleks, być uważnym … i mieć dużo cierpliwości … jeden wyjechał tak
blisko, że cud Boski, że się nic nie stało … we wszystkich miastach ruch potężny …
Marianas … zamek wyłamany … drewno w futrynie w kawałeczkach … ja na pewno tego
nie zrobię … nie ma narzędzi … tylko młotek i gwoździe … jedziemy do stolarza

zaprzyjaźnionego … nie ma wolnych ludzi … chce nam dać kawałek drewna do wymiany
… po co mi to? … nie mam nawet dłuta … proponuje Władce zabić drzwi do poniedziałku
… jest drugie wyjście … jedziemy do innego stolarza … mówi, że za 10 minut … CUD … po
12 minutach przyszedł … chyba nie jest Ekwadorczykiem :P :P :P … klej … szpachla … i
jakoś pójdzie … udaje mu się naprawić … Władka szczęśliwa … przy okazji pracy …
rozmowa na temat Ekwadoru , Chorwacji , Polski …
Wracamy od Władki … trzeba zatankować … zajeżdżamy na gasolinera (stacja
benzynowa) … nie wiem, z której strony jest wlew … no i zajeżdżam źle … zawrotka … jest
ok … el trafico es horrible (ruch jest straszny) … na skrzyżowaniu … chcę skręcić w lewo
… skręcająca w lewo ciężarówka … wyprzedza mnie … na skrzyżowaniu … masakra …
Wracamy do domu … trzeba przygotować się do popołudnia … obiad … i zbieramy się na
Msze …
Pierwsza Msza … jedziemy do Calderonu … na cmentarz … ruch potężny … drogi nadal
pozamykane … dojeżdżamy do drogi prowadzącej na cmentarz … mamy 5 minut … droga
zamknięta … prace drogowe … zostawiamy auto … na piechotę … kawałek drogi … w
kaplicy jesteśmy o 14.02 … wchodzimy … nie ma nikogo … pusto … przychodzi jakiś facet
… na Mszę? … tam na dole … na grobie??? … tak … dla niego nie ma w tym nic dziwnego …
Siostra Lenka usilnie prosiła mnie o punktualność … miało być w kaplicy … dostałem
torbę z rzeczami do Mszy … dobrze, że do niej zajrzałem … brakowało podstawowych
rzeczy …
Schodzimy na dół … przy grobie ustawiony stół … jako ołtarz … dwóch chłopców …
nikogo więcej … tak, rodzina zaraz przyjdzie … zaczynają się schodzić … patrzę na el
sepulcro (grób) … Jehova te guardara (Bóg cię będzie strzegł) … zastanawiam się … czy to
katolicy … czy los testigos de Jehova (świadkowie Jehowy) … ale to jeszcze nic … chłopak
ma na imię … Paul STALIN … trzy razy czytam … potem dopytuję … bo może się
pomyliłem … ale nie …
Chłopak miał 17 lat … (1999-2016) … mam odprawić Mszę w rocznicę śmierci … prawie
są wszyscy … czekamy na tatę … po 20 minutach … przyjeżdżają … bez pośpiechu … Msza
… po Ewangelii stoją … to dobrze … nie wiedziałbym, co powiedzieć …
Mszę kończę o 14.55 … o 15.00 mam Mszę w Oyacoto … najpierw na piechotę do
samochodu … potem szukać wyjazdu … ruch jeszcze większy … znowu szaleni kierowcy …
wjeżdżam w ulicę … normalnie jest dwukierunkowa … ale ponieważ inne zamknęli … to
ta się stała jednokierunkowa … tyle, że nikt nie dał żadnego znaku … stoimy na
skrzyżowaniu … takich, jak ja jest więcej … kierowcy z naprzeciwka … "una via"
(jednokierunkowa) … możemy skręcić tylko w prawo … to odwrotny kierunek do
pożądanego … Jesus, który jest z nami … wskazuje drogę … zaraz za skrzyżowaniem …
korek … zablokowały się auta … nie da się poczekać … cisną się jak szaleńcy … wszystko
jak na złość … przeciskam się między autami … "na grubość lakieru" dosłownie … inaczej
się nie da … w końcu się udaje wyjechać … trzeba jeszcze zawrócić … wracamy do
Oyacoto …
Druga Msza … Oyacoto … spóźnieni 30 minut … chrzest … pierwszy mój chrzest po
hiszpańsku … do Mszy mało co przygotowane … spóźnienie więc spore … po Ewangelii …
bez kazania … dużo tekstu rytu chrztu … kaleczę hiszpański … rytuał napisany w liczbie
mnogiej … nie dość, że muszę przekształcać na liczbę pojedynczą … to jeszcze chrzczę
dziewczynkę … w hiszpańskim … zmienia się rodzaj … ale się umęczyłem … Msza z całą
oprawą … na koniec przepraszam za błędy …
Po Mszy podchodzą do mnie ludzie … Padre jest bardzo dobrze … kilka słów, z którymi
był problem … jest dobrze … pocieszają mnie … bardzo mili … dziękują za Mszę …
Trzecia Msza … chwila przerwy … okazja zajechać do domu … wracamy do Oyacoto …

wieczorna Msza z niedzieli … już spokojniej … oczywiście, że o 17.00 nie zacząłem … bo
nikogo nie było … zeszli się na 17.15 … w czasie Mszy jeszcze się schodzą … ja myślałem …
że na Klecinie na 11.30 się spóźniają … to jest nic w porównaniu do Ekwadoru … kazanie
… po Komunii śpiewamy po polsku … po Mszy znowu podchodzą … dziękują …
rozmawiają … bardzo miło …
Czwarta Msza … której nie było … z Oyacoto jedziemy do Santa Anity … zajeżdżamy … nie
ma nikogo … Eva mówi … że nikt nie przyjdzie … bo był chrzest i ślub … nie ma ludzi …
więc nie będzie Mszy … wracamy …
Chwila w domu … kolacja … szybka … wyjazd do San Miguel …
Czwarta (piąta) Msza … w tym kościele jeszcze nie byłem … ładny kościół … Msza ma się
zacząć o 19.30 … jest 19.40 … w kościele może 6 osób … zaczynamy … w trakcie dochodzą
… w sumie ok 40-45 osób … bardzo miła atmosfera … kazanie … wychodzę do ludzi …
między ławki … dobrze się do nich mówi … jest odzew z ich strony … na koniec śpiewam
… "Powietrzem moim" … po Mszy przychodzi mężczyzna … wita się … zaprasza na
czwartek na Mszę ich wspólnoty modlitewnej … myślę, że może dam radę dotrzeć …
pytam tego mężczyznę … o imię Stalin … tak, bardzo popularne imię … a w Polsce, co
oznacza? … masakra … nie słyszeli o Stalinie …
Wracamy do domu … po Mszach … jedna refleksja … ludzie tutaj mają problemy z
czytaniem … z tego też można wnosić o poziomie kształcenia …
To był mocny dzień … jutro zapowiada się spokojniej … "que Ecuador" … wchodzi na
stałe do mojego słownika …
+ JMJ
Niedziela (06.08)
La calma (spokój) …
Wczoraj z Evą umówiliśmy się na wyjazd o 7.00 … jedziemy do Władki … zapomniałem
nastawić zegarek … nad ranem śnią mi się jakieś niestworzone rzeczy … postacie, jak z Lord
of Rings … nagle się budzę … a dokładnie … budzi mnie mój Anioł Stróż … albo ktoś ze
zmarłych … przed zaśnięciem zawsze się za nich modlę … 6.53 … wystarczy czasu na
przygotowanie …
Jedziemy do Władki … ruchu prawie nie ma … ale zwariowani kierowcy nie śpią … znowu
zajeżdżają drogę … jesteśmy … "justo a tiempo" (dokładnie na czas) … jedziemy do mercado
(rynku) … Władka kupuje el pulpo … potem wyjaśnię, co … w centrum mercado … wielka
kapliczka … w środku … Jezus niosący krzyż … Matka Boska … !!! … jedziemy do domu …
wieziemy el postre (deser) … ciasto kawowe … pyszne …
W domu … el desayuno (śniadanie) … Jutrznia … bardzo lubię te nasze wspólne modlitwy …
kaleczymy trochę brewiarz … ale to nieważne … teksty z Biblii są trudne … pomagają jednak
uczyć się języka …
Msza w kaplicy … o 11.00 … nawet punktualnie przyszli … śpiewamy Bienaventurados
(Błogosławieni) … hymn ŚDM … na początek Mszy … po polsku, hiszpańsku i chorwacku …
kazanie … nawet jestem zadowolony … temat trudny … La Transfiguracion del Senior
(Przemienienie Pańskie) …
Po Mszy … planujemy na jutro wyprawę na Pichinchę … szczyt koło Quito … 4700 m. n.p.m. …
Internet … przewodnik … informacje od Władki … wszystko prawie zaplanowane … Władka
przypomina sobie … Pico y Placa … ??? … nie rozumiem … w poniedziałek … w Quito … od 7.00
do 9.00 … od 17.00 do 19.00 … auta z numerem 1 na początku rejestracji … nie mogą się

poruszać … wysoki mandat … i zabierają auto na 3 dni … masakra … czyli nasza camioneta w
to się wlicza … plany przekładamy na wtorek …
Obiad … pyszna zupa … z jakąś kukurydzą tutejszą … no i na drugie … el pulpo (ośmiornica) …
na początku dystans mentalny … ale przygotowane super … i przepyszne … kolejna rzecz …
pierwszy raz … el postre (deser) … w czasie obiadu dziewczyny rozmawiają po chorwacku …
wtrącam się … Władka … Padrecito naprawdę rozumie … nie wszystko, ale sporo …
Odwozimy Władkę … w czasie drogi rozmowa … dziewczyny po chorwacku … ja po
hiszpańsku … Władka opowiada … mężczyźni … przede wszystkim Indianie … wgl nie szanują
kobiet … kobiety ciągle ich przyprowadzają … pijanych do domów … kobiety nie mogą nic
powiedzieć … obrazek … mężczyzna poszedł kupić skrzynkę piwa … kobieta ją niosła … on
ręce w kieszeni … jadąc widzimy pijanego młodego chłopaka … ma może z 15 lat … masakra

Po powrocie … drzemka … trzeba odpocząć … brewiarz … nauka hiszpańskiego … i mecz …
koło szkoły boisko … betonowe … do gry w piłkę … ja, Don Darek i Eva … kontra … Tomek,
Staszek i Michael … pierwszy raz gram na takiej wysokości … 2800 m. n.p.m. … najpierw
brakuje oddechu … ale za chwilę jest ok … w końcu szykowałem formę … od wielu miesięcy …
wygrywamy 12:5 … co za spektakularny sukces …
Po meczu … Nieszpory … szykujemy się na wyjazd na Mszę do kościoła … prawie wszyscy
chcą jechać … ktoś musi zostać pilnować domu … zapakowani … niektórzy uwielbiają jeździć
na pace camionety … jedziemy do kościoła … muszę przejechać przez "bramiki" … bo na
środku drogi … jest boisko … dzieciaki ze starszymi grają w piłkę … w kościele najpierw
trzeba posprzątać … dużo kurzu … zapomniałem alby … muszę wrócić … znowu zakłócam
mecz …
O 19.00 nikogo nie ma w kościele … tylko my … czekamy … koło 19.15 zaczynają się schodzić
… w okolicach Ewangelii … jest nas już ok 25 osób … i mnóstwo psów … dwóch chłopców
szaleje … na końcu kościoła … jest kaplica św. Michała Archanioła … ma barierkę w furtką …
ojciec zamyka ich … jak w więzieniu … na kazaniu mówię o prawie … Mojżesz reprezentował
prawo … prawo potrzebne jest do życia … ale nie jest najważniejsze … żartuję mówiąc …
Ekwadorczycy np. potrzebują prawa o ruchu drogowym … do tego, żeby normalnie żyć …
śmieją się … przyjemna atmosfera …
Po Mszy … rozmowy z mieszkańcami … zanim wrócimy … trzeba odkręcić wodę … żeby była
w Misji … nikt z nas nie ma pojęcia, o co chodzi, z tym odkręcaniem wody … ale są dwie
osoby … tubylcy … chyba wiedzą … trochę się kręcimy … nie ma wody … na szczęście w Misji
woda jeszcze jest …
Powrót … kolacja … rodzinna atmosfera … tutaj dom cały czas jest pełny … zawsze jest nas
dużo … i to jest rewelacyjne … na kolację .. znowu coś nowego … jakaś kukurydza … zawinięta
w liście … pyszne …
Kolejny dzień za nami … co prawda nie ma jeszcze połowy wyjazdu … ale coraz do niej bliżej
… jutro 20 dzień naszego pobytu … zdążyłem się przyzwyczaić …

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS