RSS
 

Misja 12

11 sie

Prace syzyfowe?

Zaraz na początku naszego pobytu, przy okazji nowenny przed fiestą św. Anny w Santa Anita, padre Marcin wyraża wobec prowadzącej modlitwę hermany Sandry zdziwienie:
Siostra mówi do nich, jak ja mówię do uczniów z drugiej klasy podstawówki.

Kilka modlitw później (tak tu chyba najlepiej odmierzać czas) s. Sandra odnosi się do tych słów:

Wiem, że nasze działania ewangelizacyjne nie zawsze przekładają się na widoczny wzrost wiary i świadomości u ludzi. Panie Boże, dodawaj nam misjonarkom sił, otwieraj serca i umysły ludzi, wśród których pracujemy, Ty możesz wszysto. Dodawaj nam wytrwałości w chwilach zwątpienia.

Wczoraj siostra Lenka przywiozła z lotniska do CMO podróżującą przez Quito Agnieszkę – Polkę, świecką misjonarkę z diecezji przemyskiej. Mieliśmy czas tylko na krótką rozmowę, już nad ranem wylatywała do Loja, aby stamtąd dojechać do franciszkańskiej placówki misyjnej w dżungli. Przez rok pracowała jako katechetka w Argentynie. Latem temperatury sięgały tam 40 stopni Celsjusza, zimą zeszłego roku za sprawą el Nino ochłodziło się tak znacznie, że spadł śnieg. A domy nie przystosowane do chłodu, żadnego ocieplenia ani ogrzewania.

Ze względu na zdrowie pani Agnieszka przeniosła się do Ekwadoru. Zastała tu temperatury znacznie stabilniejsze, ale porozrzucane po selwie Indiańskie wioseczki stanowią równie trudne wyzwanie. Zwłaszcza przy wezbranych po deszczach rzekach, które potrafią zabrać Indiańskie chatki i przemieszczających się w łodziach ludzi. Ostatnio tak zginęła jedna z lokalnych katechetek, których pracę p. Agnieszka koordynuje. Informację o tym Polka zamieściła w jednym z niedawnych wpisów na swoim blogu, po polsku i angielsku, nie powtórzyła jej jednak ani prasa południowoamerykańska ani europejska, jak to się dzieje w przypadku śmierci misjonarza. Śmierć Indianki nie jest wydarzeniem medialnym. Może także dlatego, że jest tak powszednia, jak juka (odpowiednik chleba) w ich codziennej diecie.

Wiosek, w których polska misjonarka naucza katechezy jest w sumie 35. Żeby do nich trafić potrzeba często całego dnia, łodzią, potem na piechotę. Zatem odwiedza swe ukochane dzieciaki nie częściej niż raz na miesiąc. One wprawdzie na spotkania z nią czekają z niecierpliwością, ale katecheza siłą rzeczy musi być znacznie okrojona. I wyniki nie takie, jak by pragnęła. O co się modli pani Agnieszka (Ines) nie zapytałem. Nie wiem, czy widzi skuteczność swych wysiłków. Ale wracała do swoich z radością. Może uda się nam ją tam odwiedzić?

Przyglądając się pracy misjonarzy czy samemu próbując nauczyć Indian w ich przekonaniu jednego z najtrudniejszych języków świata tj. angielskiego, można pomyśleć, że to syzyfowe prace. Ale ludzie na misjach, których poznałem, na to akurat nie narzekają. Tak jak i my nie narzekamy, że nasi sąsiedzi zobojętnieli na sprawy Boże i zatracili radość życia.

Na misjach jednak praca wre. Może czas odkryć konieczność misyjnych działań w coraz mniej chrześcijańskiej Europie? I na całego się tym zająć? A dopiero resztę zostawić Panu Bogu i nie martwić się tym, co bogowie greccy kiedyś złośliwie wymyślili.

PS
blog p. Agnieszki http://szczyt-w-dolinie.blogspot.com/

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS