RSS
 

Misja 16 – marzenia

29 sie

 

Jej obecność, przed chwilą zbawienna, teraz krępowała. Bardzo. Przez szparę w drzwiach widzę, jak siedzi na murku tuż za drzwiami i dla urozmaicenia oczekiwania macha nogami ze spokojem przyglądając się, jak po drugiej stronie placu Indianie z jej wioski przygotowują salę do mszy, którą odprawi padre Marcin. Ines (Agnieszka) prowadzi krótką katechezę, padre Seweryn, który nas tu przywiózł, tak jak ja siedzi w małej komórce. Ale on spowiada, podczas gdy ja….

  • Bardzo dziękuję, już sobie poradzę, możesz iść. – powtarzam błagalnym tonem. Wskazała mi to miejsce, po co zatem jeszcze czeka? W wiosce nie ma placu zabaw, więc chwila spędzana na murku z rozhuśtanymi stopami to najwyraźniej przednia zabawa, której dziewczynka nie ma zamiaru przerywać. W swoim dziesięcioletnim życiu w chatce Indian Shuar widziała i słyszała dużo, niewiele ją zaskoczy. Ale niewielkie to dla mnie pocieszenie.Podróżując po Ameryce Południowej z rewolucją (żołądkową też) należy się liczyć, ale ile pokory trzeba, by sobie z nią radzić w dżungli! Lub w autobusie. Wprawdzie w każdym takim pojeździe oprócz niezwykle wygodnych siedzeń jest i toaleta, ale można jej użyć tylko w sprawach natury lżejszej. W związku z tym podróżując trzymamy ścisłą dietę, niemal na chlebie i wodzie, by nic nas nie zaskoczyło, ale te kiełbaski z wczoraj u padre Seweryna, ta nagła odmiana diety… Pocieszam się jedynie, że lepiej taka rewolucja niż inna. „Lenin prezydentem” – „Rewolucja obywatelska” – wiele takich haseł tutaj widzieliśmy. I choć nie rosyjskiego Lenina napisy na murach przywołują, lecz odnoszą się do imienia obecnego prezydenta kraju równika, to jednak i tak szokują. Jak i imiona „Stalin” czy „Hitler”. Ale to w miastach raczej, wśród bardziej światłych Ekwadorczyków, nie tutaj.

 

Znowu dziś mam czytanie, przywołują mnie niecierpliwie, ileż można czekać. Skąd w białym człowieku tyle niecierpliwości? – myślę.

 

  • O czym marzysz? – zadaję Indianeczce, która już zeskoczyła z murka i kroczy dzielnie obok mnie, moje ulubione pytanie, czasu tak niewiele.
  • Chcę pójść do szkoły średniej. Lubię matematykę. – odpowiada dziesięciolatka. Tylko tyle? – pytam się w myślach.
  • No i nigdy nie chcę wyjść za mąż. – dorzuca.

 

W jeszcze bardziej egzotycznym otoczeniu, po podróży łodzią w górę rzeki i prawie godzinnym człapaniu po błocie, rozmawiam z Indianami w innej wiosce. Tym razem ja się spieszę, znowu do toalety. Oni chcą się dowiedzieć, jak żyje się w raju. Brat jednego z nich już tam przed wieloma laty wyjechał, ale ponieważ nigdy się więcej w rodzinnej wiosce nie pojawił, nie wiedzą.

 

- To wcale nie raj. – odpowiadam. Krótka to będzie rozmowa. Chcę mówić o konsumpcjonizmie, przeżuwaniu życia, niestałości związków, problemach rodzinnych w Europie i Stanach. Ale to przecież nie ma sensu. Bo jak przekonać głodnego, że przejadanie się nie jest zdrowe ani dla ciała, ani dla duszy? Albo jak im mówić, o coraz większych problemach w rodzinach, skoro dla nich to już codzienność? Dopiero potem, już w drodze powrotnej do cywilizacji, przychodzi mi na myśl biedna wspólnota szczęśliwych siostrzyczek z CMO. Ich życie oddane drugiemu, ich radość. Moja radość z życia rodzinnego. Ale Indianie o anglojęzycznych imionach już się o tym ode mnie nie dowiedzą. Znowu coś przegapiłem. Również i to, żeby im powiedzieć, że droga, na zbudowanie której tak bardzo czekają, która przybliży ich do świata, niekoniecznie będzie drogą do sytego szczęścia.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS