RSS
 

Wrażliwość

02 wrz

Misja 19

Misja 19

 

 

Wrażliwość

 

1.

 

- Zaraz, zaraz, to nie tak miało być. Co z zapewnieniami po ekwadorskiej stronie żywcem zjadanej przez komary granicy, że czekać na nas będą tu samochody, dużo dużych samochodów dla dużych i bardzo dużych podróżnych? Gdzież one są? – kotłują mi się po głowie gniewne myśli. – Znowu nas oszukali!

 

W tym samym momencie obok nas zatrzymuje się samochód.

  • Może podwieźć? – rzuca peruwiański kierowca, facet w średnim wieku, w ciemności widać ledwie zarys jego postaci.
  • Ale nas jest piątka, na dodatek z tymi bagażami, a panów dwóch, nie zmieścimy się. – odpowiadamy, wskazując na dziadka, niczym na jedyną przeszkodę w spełnieniu naszego marzenia, aby z tego miejsca jak najszybciej wyjechać.
  • No hay problema. – Maleńki samochód w ustach Peruwiańczyka nabiera rozmiarów busety, w której nasza piątka, wypchane plecaki, gitara plus kierowca w największym komforcie w ciągu niecałej półtorej godziny dotrze do miasta o niewiele nam mówiącej nazwie.

 

  • Tam bez trudu złapiecie dalsze połączenie. – przekonuje nas, dalej wątpiących, właściciel, ale brakuje mi w tym zapewnieniu przyjaznego uśmiechu…. Staruszek też w ogóle się w tej optymistycznej opowieści na temat naszego luksusowego tour de Peru nie pojawia. Stoi obok niej, obok samochodu, obok nas, tak jak i my wsłuchany w magię błyskawicznie wypluwanych przez przedsiębiorczego właściciela pojazdu słów. A potem z trudem gramoli się do środka. Środka bagażnika, rzecz jasna. Na nim lądują nasze bagaże. Magia słów i czynów, która pozostawia nas oniemiałymi.

 

 

 

Po chwili pędzimy starym osobowym gruchotem 120 km/godzinę z impetem wbijając się w ciemność lepkiej, tropikalnej nocy, ale drogi proste i asfalt w niezłej formie – zatem nasze życie nie jest już chyba zagrożone. Prawdziwie szaleni kierowcy autobusów zostali na krętych, górskich drogach Ekwadoru. Wprawdzie język ten sam i melodie też, ale „bienvenidos en Peru” – „witajcie w Peru” wydają się krzyczeć na cały głos płynące z odbiornika piosenki. Kierowca najwyraźniej lubi jeździć i słuchać na całość. Przed chwilą ku naszemu dalszemu zadziwieniu wsadził do bagażnika jeszcze kilka kanistrów paliwa, najwyraźniej umie prowadzić także interesy.

 

- Czy może pan sciszyć trochę radio? – z trudem przekrzykuję wszelkie hałasy i zapachy. Największe głośniki w samochodzie zamontowano bowiem w bagażniku, a tam… dziadek.

 

Dziadek, ledwo do bagażnika wciśnięty, oddzielony od przemycanej z Ekwadoru ropy cienką warstwą tektury, przykryty na dodatek naszymi plecakami, ze sznureczkiem ( w ręku? w ustach?) przytrzymującym bagażnik przed niekontrolowanym samoistnym otwarciem się, pewnie ledwo dyszy. Może jak sciszyć muzykę, to będzie mu trochę … no nie, wygodniej na pewno nie, może trochę lżej?

 

 

 

 

 

Jego obecną niedolę przypieczętowaliśmy jednym: Jedziemy! – Drogi Czytelniku – to nie wzruszenie i nie niepewność co do dalszych losów bezwolnego staruszka kazała nam wsiąść razem (choć osobno) z nim do tego samochodu. Kierowały nami zupełnie inne motywy. No bo skąd mogliśmy mieć pewność, że znajdzie się tej pogryzionej przez komary nocy na ekwadorsko-peruwiańskiej granicy jeszcze jakiś kierowca i to bez staruszka? No niby skąd?

 

Kilometry mijają szybciej niż minuty, już niedaleko. Zatrzymujemy się zaraz za kolejnym „śpiącym policjantem” w najbliższej wiosce, żeby kierowca nie wychodząc z samochodu mógł kupić coś do picia. Przed chwilą minęliśmy kilku policjantów, którzy, ponieważ czujnie nie spali, rzucili okiem do środka bagażnika w naszym ponadczasowym wehikule czasu i … bez słowa przyjęli od kierowcy łapówkę. Ile dał? Nie wiem. Teraz za „gaseosę” (widać coś go suszy) płaci kilka groszy. Poza jednym, brzmiącym jak warknięcie psa niemieckiego żandarma z czasów wojny słowem – zamówieniem, nie mówi nic. Wyciągnięta dłoń kierowcy zamyka się na podanym mu uprzejmie napoju. Na sprzedawcę nawet nie spojrzy. Najwyraźniej umysł jego zaprzątnięty jest innymi ważnymi sprawami, daleko stąd. Dwadzieścia minut później siedzimy już wygodnie rozdzieleni w dwóch oficjalnie oznakowanych taksówkach wiozących nas bezpiecznie do pustynnej Piury.

 

Pytacie o dziadka? Dziadek przeżył. Po wyjściu nie odezwał się do nas żadnym słowem. Nawet, gdy go pytaliśmy o samopoczucie. Ale ponieważ wcześniej też nic nie powiedział, wnioskuję, że był po prostu z natury małomówny.

 

 

2.

 

Obok naszej busety zaparkowanej na bocznej ulicy Calderonu przechodzi staruszka w stroju, z którego łatwo odczytać samotność oraz to, że ona walczyć o swoje już w tym życiu nie będzie. Idzie wolno, zatrzymuje się, by podnieść z ziemi rozjechaną przez samochody plastikową torebkę. Po kilku krokach, gdy kobieta orientuje się, że nic w niej użytecznego nie znajdzie, torebka z powrotem ląduje na jezdni.

  • Co ona ma na nogach? – zastanawiam się. – Ile ma lat, skąd i dokąd idzie? – pytam się dalej. Warto by było zrobić jej zdjęcie – myśli sennie formują mi się w głowie, wola jednak jest w uśpieniu. W busecie ciepło od słońca, cały dzień w górach też zrobił swoje. Nagle obok mnie poruszenie. Rozsuwają się boczne drzwi i z samochodu wyskakuje hermanita Tanita, nawet nie hermanita jeszcze, postulantka zaledwie. Podbiega kilka kroków, zatrzymuje staruszkę i zdumionej wręcza dwie mandarynki. Tanita z uśmiechem wraca do busety, w której przed chwilą jeszcze śpiewaliśmy wszyscy razem, z uczuciem i przekonaniem, religijne pieśni o ubogich na świecie.

 

Dzisiaj po obiedzie podziękowałem młodej misjonarce za dwie mandarynki, którymi obdarowała staruszkę bez przyszłości.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS