RSS
 

Ks. Marcin 25 – 01

04 wrz

Uwaga, notka techniczna. Pod ostatnim już wpisem padre, który jak zwykle krótki nie jest, znajduje się nowy wpis mojego taty („Czekając na Boga?”). Tomek

Piątek (25.08)
Wstaję o 7.30 … śniadanie … trochę „ubogie” … jak za 10 soli … zimna woda … a hotel ma
niby trzy gwiazdki … ktoś powie … narzekam … ale płacę 80 zł za noc … i od 5 dni myję
się w zimnej wodzie … na dworze nie jest gorąco … trochę „wychładza” człowieka … po
powrocie … może się zdarzyć … będę chłodny w relacjach … :D :D :D
Po śniadaniu … wyjście na Mszę o 9.00 … katedra … poznaję proboszcza … i kolejnego
padre … odprawiamy razem Mszę … Ewangelia … po Mszy … serdeczna rozmowa …
bardzo przyjemnie … podchodzi do mnie pani kościelna … „ksiądz jest z ojczyzny Jana

Pawła II” … chwile rozmawiamy … kolejny komplement o moim hiszpańskim … wracam
… w drodze szukam … piekarni … trzeba kupić jakiś chleb … nic nie ma … kręcę się …
pytam … i nic … za rogiem … za rogiem … za rogiem nic nie ma … wracam do hotelu …
zbieram rzeczy …
Rodzina Don Darka pojechała na terminal … łapiemy ze Staszkiem taxi … pytam o
piekarnie … zatrzymuje się … chleb … docieramy do celu … chwila oczekiwania …
jedziemy … rozpoczynamy powrót do Quito … szacowany czas … 25 godzin … samej
jazdy … plus oczekiwanie na autobus … dwie przesiadki … pierwsza w Chiclayo po 4
godzinach … druga w Guayaquil … po 13 – 15 godzinach … w tym przekroczenie granicy

W drodze … zmogło mnie na wejście … brewiarz usypia … :P :P :P … sen ponad 2 godziny
… potem film … pierwszy raz nie „mordobicie” … sympatyczny amerykański musical …
myślę, że z lat 60 tych … dojeżdżamy do Chiclayo …
Obiecywali, że terminale sąsiadują ze sobą … i powiedzieli prawdę … mają nawet
wspólne podwórko … mamy godzinę na zjedzenie czegoś … szukamy … jakiś facet
wskazuje najbliższą restaurację … znowu la Chifa (chińska) … no trudno … nie ma co
wybrzydzać … zamówienie … idziemy ze Staszkiem wydać ostatnie sole … ale nie ma na
co … wracamy … jedzenie już jest … bardzo szybko trzeba jeść … wracamy na terminal …
prosto do odprawy … wsiadamy … kolejne godziny przed nami …
Zachodzące słońce … barwi na czerwono niebo … cudny widok … siedzę z nosem
przyklejonym do szyby … w słuchawkach … „Now we are free” … z Gladiatora …
rozmyślam … to samo słońce … wczoraj zachodziło … nad Indianami … gdy składali mu
ofiary … dziś zachodzi nad nami … jutro będzie zachodzić bez nas …
W telewizorze lecą znowu … „zabijanki” … słabo słychać … bardziej trzeba czytać napisy
… po angielsku … jestem zmęczony … ale nie chcę zasnąć … wolę się pomęczyć … po
przekroczeniu granicy … pójdę spać …
Piura … zatrzymujemy się na terminalu … chwila na rozprostowanie kości … dosłownie
„chwila” … zdążyłem w ostatniej chwili … odjazd … nie ma dziewczyny … siedziała obok
nas … zgłaszam to azafacie … wzrusza ramionami … szok … nie patyczkują się … na
szczęście dziewczyna się znalazła … gdzieś była w autobusie … :D :D :D
Pomysł z czuwaniem … do granicy … chybiony … podobno dopiero ok. 1.00 w nocy … śpi
się dobrze … autobus wygodny … mało ludzi … nikt koło mnie nie siedzi … można
„wygodnie’’ spać … przebudziłem się w nocy … aha i wypełniłem pięć formularzy
granicznych …
Jest przed 3.00 w nocy … budzą mnie zapalone światła … granica … z paszportem i
formularzem … dwa przejścia w jednym pomieszczeniu … opuszczamy Peru … wracamy
do Ekwadoru … formularze okazały się zbędne … wracamy do autobusu … chwila
czekania … wchodzi pies … szuka w autobusie las drogas (narkotyków) … jedziemy dalej
… słodki sen …

+ JMJ
Sobota (26.08)
El regreso (powrót) …
Spałem do 8.00 … ostatnio sporo mi się śni … z dzisiejszej nocy pamiętam … trzy sny …
jeden o Proboszczu … wiózł mnie gdzieś … szalał autem … wgl nie w jego stylu … drugi o
znajomej z LB … wołałem ją i jej rodzinę do kościoła … trzeci o mojej nauczycielce języka
polskiego z Liceum … Anna Zalewska … niektórzy mogą kojarzyć z telewizji … ostatnimi
czasy głośno o niej … przeniosłem się w czasy licealne …
Znowu nas oszukali … mieliśmy dojechać … najpóźniej o 7.30 … dojechaliśmy o 8.30 …
16 godzin jazdy … potężny terminal … miasto portowe … Guayaquil … największe w
Ekwadorze … niebezpieczne …
Szukamy autobusu … informacja turystyczna … jest o 9.20 … bilety … chwila na
ogarnięcie … wsiadamy do kolejnego autobusu … podróż ma trwać ok. 8-9 godzin … już
do Quito … miła niespodzianka … pierwszy autobus z Wi-Fi … można trochę popracować
… siedzimy na górze … jako pierwsi … szyba panoramiczna … widać całą drogę …
Większość drogi po równym … pod koniec wjeżdżamy w góry … zaczyna padać deszcz …
chmury osiadły na górach … tworząc cudowne krajobrazy … w pewnym momencie
przed nami … wielka kaskada … w dużej wysokości … pionowo w dół spada woda …
witajcie góry …
Droga zaczyna się dłużyć … zmęczenie daje się we znaki … zatrzymujemy się na jakiejś
stacji … rozprostowanie nóg … jedziemy dalej … końca nie widać … wjeżdżamy do Quito
… każde światła … każde zatrzymanie … trochę droga przez mękę … bo już by się chciało
wysiąść … mija 31 godzina jazdy …
W końcu terminal … czeka na nas siostra z Josipą … wracamy … jednak droga ciągnie mi
się jeszcze bardziej … musimy objechać prawie całe Quito … ponad godzina jazdy … 32
godzina podróży … w sumie prawie 1400 km … sama droga powrotna … na najbliższe
dni starczy … chociaż w tym tygodniu … drugie tyle do przebycia … w samolocie …
Kolacja … Msza … dzisiaj obowiązkowo … uroczystość Mateczki z Częstochowy … w
kaplicy u sióstr … po polsku … bo nie ma tekstów po hiszpańsku … bo to polskie święto
… bo zmęczony … po raz pierwszy od długiego czasu … odprawiam Mszę po polsku …
dziwne uczucie … ze dwa razy … z rozpędu chciałem zacząć po hiszpańsku … ale jeszcze
się kontrolowałem … :D :D :D
Czas na odpoczynek … w końcu … prysznic … i łóżko …

+JMJ
Niedziela (27.08)

El dia para descansar (dzień, żeby odpocząć) …
Budzika nawet nie nastawiałem … jak się zbudzę to wstanę … 8.30 wybiła na zegarze …
kiedy otworzyłem oczy … standardowo … brewiarz … toaleta … śniadanie … w misji
życie tętni swoim rytmem … trwają rekolekcje … dla nauczycieli …
Zwyczaj w misji … przed rozpoczęciem roku … wszyscy nauczyciele przyjeżdżają na
rekolekcje … nie gadane … przemodlone … hermana Lenka … przy śniadaniu …
nauczyciele potrzebują mocy … bo mamy mnóstwo problemów z młodzieżą … opowiada
o chłopaku … uwikłany w biznes narkotykowy … przez wiele godzin nie wstawał z kolan
… dzięki modlitwie wstawienniczej … tej nocy modlili się, aż do 4.00 nad ranem … to się
nazywa wiara … komentarza nie potrzeba …
Po śniadaniu … sporo się kręciłem … trochę na komputerze … trochę nauki
hiszpańskiego … brewiarz … wchodzę do kaplicy … muzyka … nastrojowa … na środku
siostry … otaczają jedną z nauczycielek … wystawiony Najświętszy Sakrament …
modlitwa wstawiennicza … towarzyszy im Padre Juan Diego …
Zakończenie rekolekcji … Mszą Świętą … miało być o 12.00 … było o 17.30 … czas z mocą
dla nauczycieli … myślę, że … nam by się coś takiego przydało …
Przed południem … z Evą i Tomkiem … jedziemy po wodę … droga zamknięta … musimy
jechać na około … przy okazji zakupu wody … okazja zjedzenia lodów … wracamy do
Misji … trochę modlitwy … trochę medytacji … dzień piękny … słońce świeci … gorąco
nie jest …
Obiad … kaczka … chyba un poco viejo … twarda skóra i mięso … dawno się tak nie
zmęczyłem … przy jedzeniu … :P :P :P … sztućce odłożyłem na bok … „palcyma” …
najłatwiej … układamy plany z hermaną Lenką … choć tutaj „planear” … to słowo może
znaczyć wszystko … :D
Po obiedzie … coś mnie łamie sen … nie będę się mu sprzeciwiał … godzina snu … nawet
muzyka z kaplicy … nie przeszkadza … jeszcze chwilę potrwa … odzyskiwanie sił po
podróży …
Przebudziły mnie głosy z kuchni … zachodzę na górę … jak w ulu … Padre Juan Diego i
siostry … mieszanka wybuchowa … ekwadorska … wgl się nie słuchają … gadają …
gadają … byle głośniej … próbuję się czegoś dowiedzieć odnośnie Mszy … niby słowa
rozumiem … niby zdania rozumiem … ale jak zebrać to w całość … nie mam pojęcia o co
im chodzi … stosują takie skróty myślowe … że nawet, jakby to samo po polsku mi
powiedzieli … nie wiedziałbym … o co im chodzi … :P :P :P … wracamy do codzienności
Misji … :D :D :D
Jest 16.45 … Msza o 17.00 … nawet się nie ruszam z miejsca … mówię … „no creo” (nie
wierzę) … tyle komentarza … i oczywiście miałem racje … Msza zaczyna się o 17.30 …
przy stole chwile rozmawiamy o ewentualnym powrocie … zapraszają bardzo
serdecznie … Pan Bóg ma swoje plany … vamos a ver (zobaczymy) …

Odprawiam sam … Padre wczoraj odprawił … 7 (słownie: siedem) Mszy … dzisiaj chce
choć trochę odpocząć … wykorzystuje to … że jeszcze tu jestem … Msza z nauczycielami
… kazanie … staram się odwołać do pracy nauczycieli … żeby wychowywać i uczyć …
sami musimy się ciągle uczyć … na koniec pytam czy zrozumieli … Polacy mówią, że tak
… nauczyciele też kiwają głowami … ale jakoś mnie nie przekonali … wniosek jeden …
jeśli chciałbym przyjechać tu znowu … muszę poprawić hiszpański … więcej muszę
mówić kazań … w sumie uczę się hiszpańskiego od 1,5 roku …
W czasie Komunii … w trzech językach … Ciało i Krew Chrystusa … el Cuerpo i la Sangre
de Cristo … Tijelo i Krv Kristova … bardzo mi to pasuje …
Po Mszy … szykujemy się na Mszę w Oyacoto … wyjazd … towarzyszy mi grupa …
ochotników na następną Mszę … oczywiście … według „norm ekwadorskich” … Msza
zaczyna się 19.15 … zmieniam kazanie … żeby „ochotnicy” nie musieli słuchać … znowu
tego samego … dzisiaj wspomnienie św. Moniki … odnoszę się do jej życia … Patronka
Mam księży …
Na koniec Mszy … siostra Rosa … dziękuje za moją posługę … „to ostatnia niedziela, w
czwartek się rozstaniem” … od razu w głowie mam starą … polską piosenkę …
Mieczysława Fogga … proszę ludzi o modlitwę … w intencji powrotu … z kościoła głos …
kiedy powrót do Ekwadoru … ??? … wesoło … po Mszy wiele życzliwości … chwila
rozmowy … mimo, że śpieszę się do San Miguel … żegnam się z ludźmi …
Wsiadam do auta … Eva i Estefi ze mną … podchodzi jakaś kobieta … prosi o modlitwę …
uciekł jej syn … 14 lat … nie ma go od 15 dni … jakaś masakra … potem się okazuje …
wujkowie … prowadzą narcotrafico (handel narkotykami) … prawdopodobnie się do
nich przyłączył …
Jedziemy do San Miguel … w mieście fiesta … muzyka gra … na cały regulator … w
kościele mało ludzi … wszyscy na fieście … jednak możemy odprawiać … tyle, że Padre
zapomniał dać nam klucz … od wejścia do zakrystii … nikt inny nie ma go … bez „sprzęu”
… Mszy odprawić się nie da … pytam czy wszyscy byli wczoraj na Mszy … mówią, że tak
… jedna z kobiet prosi o błogosławieństwo dziecka … stoimy chwilę … rozmawiamy …
mają nadzieję na Mszę ze mną w czwartek … Padre Juan Diego ma sporo problemów … z
tą wspólnotą … mnie się bardzo dobrze tutaj dogaduje … i od Padre wiem … że oni też za
mną przepadają … (co za skromność z mojej strony) … :P :P :P … wyprowadzam ich z
błędu … w czwartek o tej porze … będę gdzieś nad Oceanem Atlantyckim …
Chwilę jeszcze rozmawiamy … wspólne zdjęcia … dużo zdjęć … bo każdy ma swój aparat
… jeszcze wymiana adresów … na facebook’u … i rozstania nadszedł czas … „żal
odjeżdżać” … oni też pytają o możliwość powrotu … Boże plany … ja sobie mogę chcieć …
bez Niego nic nie da rady … Ojcze, Twoja wola …
Wracamy do Misji … w drodze rozmowa … zwłaszcza z Evą … o misjach … o warunkach
… o tym, jak to wygląda w Polsce … o obawach … o różnej mentalności … Eva przyznaje
mi rację … ona może z hermaną Lenką porozmawiać po chorwacku … hermana ją
rozumie … ma tę samą mentalność … urodziła się i żyła w Europie …
W Misji … kolacja … plany na jutro … mamy jechać do Quito …

Ten dzień … minął bardzo szybko … tak, jak pobyt tutaj … szkoda …

+ JMJ
Poniedziałek (28.08)
Las artesanias (rękodzieło, bardziej po polsku – pamiątki z Ekwadoru) …
El despertador (budzik) … zadzwonił o 6.20 … wcześnie … zachodzę do kaplicy … tylko
dwie osoby … czekamy … sporo … zjawiają się następni … Jutrznia … Msza …kazanie …
mówi mi się ciężko … nawet bardzo ciężko … mimo, że … wiem, co chcę powiedzieć … ale
chyba coś trafiło … w czasie modlitwy wieczornej … siostry będą się odwoływać do
kazania …
Śniadanie … rozmowy przy stole … decyzja … jedziemy do Quito … przygotowuję się do
wyjazdu … przede wszystkim myślę … co muszę kupić … jedziemy buestą … prowadzę …
najpierw jedziemy do Calderonu odstawić camionetę … do mechanika … hermana Lenka
jedzie pierwsza camionetą … droga nadal zamknięta … jedziemy objazdem … po piachu
… nagle … wzniesienie … raczej góra … niemalże pionowa … koła ślizgają się po piasku …
siostra przejechała bez problemu … jadę za nią … nowe doświadczenia … mnóstwo dziur
… szkoda auta … zwłaszcza, że nowe …
Mechanik … odda auto w piątek … jedziemy do Quito … duży ruch … po doświadczeniach
Peru … wydaje mi się … że na ulicy … panuje porządek … mimo, że jeden kierowca …
prawie wjechał mi pod koła … na jednym ze skrzyżowań … policjanci pchają zepsuty
samochód … co za obrazek … to znaczy służyć … w Polsce … tylko mojemu koledze …
także ksiądz … policjanci zmienili koło … i wyprawili w drogę … chyba tylko dlatego …
żeby przestał gadać …
Dojeżdżamy do el mercado (rynku) … z pamiątkami z Ekwadoru … jak targ „u Ruskich”
… kilka uliczek … wypełnionych straganami … rozpoczyna się „szał” zakupów …
wszystko przyciąga oko … mnóstwo kolorów … każdy sprzedawca … zaczepia …
reklamuje swoje produkty … pyta czego potrzebujesz … obserwuje … co oglądałeś na
poprzednim stoisku … i pokazuje swoje produkty … szał … kiedy pokazują jakąś rzecz …
od razu nastawiają się na jej sprzedanie … nie chcę od razu kupować … najpierw trzeba
się rozejrzeć … to dobra strategia … przyniosła korzyść … zaoszczędzone pieniądze …
Razem z hermaną Lenką … przemierzamy morze pamiątek … siostra negocjuje ceny …
oczywiście sam też to mogę zrobić … i robię … sweter z alpaki … 28 dolarów … kupiony
za 15 … mnóstwo rzeczy … które chciałbym kupić … ale nie ma na tyle miejsca w plecaku
… żeby to wszystko przewieźć …
Spotykamy rodzinę Jesusa i Tomiris … w tym czasie … zagubił się Don Darek z p. Asią …
szukam ich … po jakimś czasie są … także już po zakupach … wracamy do auta …
jedziemy do siedziby Konferencji Episkopatu Ekwadoru … nie ma kobiety .. która może
załatwić sprawy hermany Lenki … idziemy do jakiegoś sklepu … kupić jakieś gliniane
garnki …

Pora wracać … znowu spory ruch … w Calderonie … trzy sklepy … wracamy do domu …
obiad już czeka … pyszna mieszanka warzyw i mięsa … oczywiście z ryżem … w czasie
obiadu … hermana Sandra … un reto (wyzwanie) … gra w piłkę z kobietami … wie, że nie
przepadam za tym … zaczepia mnie … podejmuję rękawicę … „justo a punto” (dokładnie
na czas) … o 16.00 … tutejszego czasu …
Chwila na odpoczynek … rekonesans artesanias … równo o 16.00 … melduję się na
szkolnym boisku … wszyscy są … hermana Patrica, Tanita, Estefi … i UWAGA UWAGA …
Padre Juan Diego … jest na czas … należy to odnotować w annałach historii … Padre nie
jest „atrasado” (spóźniony) … jest też Eva, kilkoro dzieci … Tomek, Don Darek i ja … a
hermany Sandry nie widać … dołączyła dopiero … 30 minut później …
Szybkie wybranie dwóch drużyn … już wiele radości … jestem z hermaną Patricia … z
Don Darkiem … Tomkiem … i kilkoma osobami … przeciwnicy mają przewagę liczebną …
pierwsze podania … hermana Patricia ma jakieś ogarnięcie w piłce … szybko
wychodzimy na prowadzenie …
Mało ważne … zasady gry stosowane wybiórczo … faul goni faul … piłka daleko za linią
autu … ale nadal w grze … gdzie piłka tam większość zawodników … a właściwie
zawodniczek … dominujący rodzaj żeński … każdy próbuje się odnaleźć … nawet mała
dziewczynka … której imienia nie pamiętam … daje z siebie wszystko … jak to kobieta …
nie zna słowa odpuść … jak grać … to na całość … jak kochać … to na zabój … jak
nienawidzić … to do grobowej deski … :P :P :P
Mecz rozwija się bardzo szybko … piłka wędruje od bramki do bramki … co chwilę
stwarzana jest groźna … sytuacja podbramkowa … ciężko określić … drużynę
dominującą … obie co chwilę … wyciągają asa z rękawa … niekonwencjonalne zagrania …
triki … sztuczki … przeradza się to w „profesjonalną piłkę” … :P :P :P … wiele
zmarnowanych akcji … wiele strzałów tuż obok bramki … lub w słupek, czy poprzeczkę
… jednym słowem mecz zacięty … i padają bramki … więcej wykorzystuje sytuacji …
Padrecito Martin i jego drużyna … nie wiem, ile strzeliłem … ale sporo … no i zwycięską
… ostatnią bramkę … wynik 20:12 … hokejowy … ale tak się umówiliśmy … gramy do 20

Zwycięstwo cieszy … ale jest ono troszkę „pyrrusowe” … okupione kontuzjami …
hermana Patricia … stłuczona noga … Don Darek poważnie stłuczony łokieć … przy
kolacji nie może ruszać ręką … p. Asia nie daje mu żyć … „a mówiłam, żebyś nie grał” …
niestety nie zna radości z prawdziwej walki … na la cancha (boisku) …
Kąpiel … brewiarz … Nieszpory … dzisiaj rozbudowane … połączone z modlitwą
spontaniczną … i rozmyślaniem … jest z nami mała zawodniczka … pięknie się modli …
m.in. za dzieci cierpiące … za młodzież mającą problemy z narkotykami … ma cichy …
bardzo sympatyczny … nastrojowy … można powiedzieć „uduchowiony” głos …
Kolacja … sporo rozmów … śmiechu … wspomnień z rozegranego spotkania … siadam do
pracy … trzeba coś napisać … pisze do mnie na fb … chłopak … członek zespołu
muzycznego … który gra w San Miguel … wczoraj wymieniliśmy adresy fb … rozmowa
się ciągnie … w sumie obcy dla mnie człowiek … i ja obcy dla niego … ale „gadka” się klei
… rodzice mieszkają w Hiszpanii … on tutaj z wujkiem i jego rodziną … studiuje tutaj … i

woli tutaj mieszkać … odwiedza rodziców w Hiszpanii … zapraszam go do Polski … pyta
o język … :P :P :P … szalony … czyżby chciał się go uczyć … ??? … skutecznie go
zniechęcam … jeden z najtrudniejszych na świecie …
Kolejny dzień za nami … jutro chcemy jechać do Otavalo … ale planowany jest jakiś
strajk w całym Ekwadorze … oby w czwartek nie strajkowali …
Coraz mniej czasu zostało … więc cieszy każda chwila … i ta na boisku … i ta w kaplicy …

+ JMJ
Wtorek (29.08)
Quisa me acostumbro (chyba się przyzwyczaiłem) …
Spać poszedłem dopiero po północy … po opublikowaniu posta na fb … zaczął pisać … el
munagillo (ministrant) … z San Miguel … no i kontynuowałem rozmowę … z Joseth (czyt.
Josi) … trochę to trwało …
W nocy … przebudził mnie szum … woda leci z prysznica … ??? … nie, deszcz … cud …
prawdziwy cud … pierwszy raz od długiego czasu … normalnie deszczu nie uświadczysz
… telefon dzwoni o 6.40 … deszcz dalej pada … szok … dla nas to normalny deszcz … dla
nich „ulewa” … i błogosławieństwo …
Chwilę po siódmej … wchodzę do kaplicy … dwie osoby … hermana Rosa … mówi coś do
mnie … ale tak szybko … że po polsku bym nie zrozumiał … mój wyraz twarzy … Polak
na kazaniu w języku mandaryńskim … wolniej … zmiana planów … mieliśmy wyjeżdżać
o 9.00 … przełożone na wcześniej … co może oznaczać wszystko … zaczynamy modlitwy
… tak mało to nas jeszcze nie było … w połowie Jutrzni … przychodzi hermana Rosa …
hermana Lenka już czeka … w kuchni … kończę brewiarz … idę na śniadanie …
Szybkie śniadanie … strajku nie ma … możemy jechać … musimy wcześniej … bo o 15.00
… spotkanie w sprawie szkoły … szybka kanapka … ciepła herbata … i … „w drogę z nami
wyrusz Panie” … jedziemy busetą … droga nadal zamknięta … objazd … sporo błota …
pod górę … nie dało rady … za dużo dziur … żeby się rozpędzić … za ślisko … żeby jechać
wolno … inny objazd … dłuższy …
Droga spokojna … mały ruch … zero szalonych kierowców … trochę starych aut …
utrudniających ruch … w drodze rozmowy … o szkole … o dzieciakach … o opętanych …
siostra opowiada przypadki … opętanych uczniów … masakra … rozmawiamy o wielu …
wielu rzeczach … sympatycznie … wjeżdżamy do Otavalo …
Parking … wyruszamy na targ … zakupy … runda druga … o tej godzinie … dopiero się
rozkładają … jesteśmy jednymi z pierwszych klientów … sprzedawcy … zachęcają …
reklamują … i współpracują ze sobą … !!! … jeśli dany sprzedawca … nie ma takiego
koloru … lub rozmiaru … jaki potrzebujesz … biegnie do kolegi/koleżanki … i przynosi
od niego … jak oni się potem rozliczają … Pan Bóg raczy wiedzieć … ale często tak robią

Szukam konkretnych rzeczy … kręcę się … rozglądam … gadam ze sprzedawcami …
jedna … druga rzecz kupiona … rozdzielamy się … hermana Lenka w swoją stronę … p.
Asia w swoją … ja w swoją … szukam koszul … przy jednym ze stoisk … facet reklamuje
swoje koszule … oglądam … wybieram … targuję się … udaje się … to jeszcze el mantel …
tak samo … stargowana cena … płacę … facet robi znak krzyża … mówi … pierwszy klient
… błogosławieństwo od Boga … „pewnie, że błogosławieństwo, jak pierwszym klientem
jest ksiądz” … wyraz jego twarzy … bezcenny … za wszystko inne … zapłaciłem dolarami

Spotykam p. Asię … obładowana zakupami … zagubiła nam się siostra … szukamy … w
między czasie … oglądając stragany … jeszcze zakupy … po dłuższym czasie …
odnajdujemy hermanę Lenkę … proszę ją … o znalezienie sklepu z tequilą … szukamy …
przechodzimy obok sklepu z koszulkami … motywy ekwadorskie … tylko na chwilę …
dwie koszulki więcej … w reklamówce … znajdujemy sklep … z jakimiś materiałami …
pytam siostry … co to jest … textilia … z tequili … zrobiła textilia … „aaa, el tequila, no se
donde podemos comprar” (nie wiem, gdzie możemy kupić) … bez komentarza …
Wracamy do auta … proponuję po zewnętrznej … względem targu … siostra upiera się
przez targ … no i dostrzegam ją … koszulka reprezentacji Ekwadoru … do grania w piłkę
… także ląduje … w reklamówce … BASTA … zacząłem obawiać się o swój plecak … on
jest rozciągliwy … ale ma granice … ??? …
Wracamy … także spokojnie … w drodze różaniec … po drodze jeszcze jedna sprawa do
załatwienia … znowu rozmowy … bardzo miło … wracamy do domu …obiad …
Po obiedzie … czas planować powrót … w drodze powrotnej … 8,5 godziny czekania … w
Bogocie … dochodzę do wniosku … trzeba zwiedzić stolicę Kolumbii … aplikacja … żeby
zamówić taksówkę … na ulicy lepiej nie łapać … aplikacja … z planem miasta …
ściągnięte … przewodnik przejrzany … adresy wpisane w plan miasta … droga
opracowana … muzea … góra z sanktuarium … kościół najstarszy w Kolumbii … i
zaczynam się zastanawiać … czy mi czasu starczy … jest kilka formalności do załatwienia
… odprawa … przejście graniczne … formularze … i wymiana pieniędzy … i jeszcze mnie
zaniepokoili … że mogą mnie nie wypuścić … bo lecę dalej … mam nadzieję, że nie … bo
co ja będę robił 8 godzin … na lotnisku …
Czas na chwilę odpoczynku … sporo energii pochłonęły … przygotowania … chwila
drzemki … brewiarz … ale nie w czasie snu … Nieszpory … w kaplicy … znowu 3 osoby …
Padrecito może prowadzić … no to prowadzę …
Msza … z kazaniem … znowu ciężko się mówi … chyba odczuwam zmęczenie …
mówienia kazań po hiszpańsku … :P :P :P … albo brak inwencji … niepotrzebne skreślić

Kolacja … w połowie … wchodzi Padre Juan Diego … od razu robi się głośniej … znowu
zamieszanie … ale jakoś nie przeszkadza … tylko jak się rozmawia … ale chyba już się
przyzwyczaiłem … myślę o tym … jak to będzie … kiedy wrócę … na cichą plebanię na
Klecinie …

Pakowanie czas zacząć … en progreso (w trakcie)… zasiadam do pisania … zamieszanie
… Sarita … mieszka obok … sali internetu … mysz … wszyscy postawieni na nogi …
hermana Rosa … la matadora de los ratones (zabójczyni myszy) … :D :D :D … w między
czasie … piszą chłopaki z San Miguel … w liczbie trzech … trochę ciężko … opisywać
dzień … odpisywać na wiadomości … i łapać mysz …
Aaaa … mysz uciekła … :D :D :D … a pół domu obudzone … jutro … el ultima dia (ostatni
dzień) …

+ JMJ
Środa (30.08)
El ultimo dia (ostatni dzień) …
Znowu położyłem się … po północy … rozmowa z Bryanem dała mi dużo do myślenia …
ciężko było przerwać rozmowę … gdy dotyczy spraw ważnych … noc krótka zatem …
zwłaszcza … że po trzeciej … nieznany numer zaczął dzwonić …
Pobudka … nie idę na Jutrznię … bo nie wyrobię się … modlitwa prywatna …
przygotowuję rzeczy do spakowania … ile tego jest !!! … mam coraz większe obawy …
czy uda się wszystko spakować … wszystkie rzeczy zrolowane … pogrupowane …
śniadanie … przygotowanie do … dzisiejszej wyprawy … Rucu Pichincha … wygasły
wulkan … górujący nad Quito … 4698 m.n.p.m. …
Wyjeżdżamy … ja, Tomek, Staszek … ekipa „górska” … Don Darek i p. Asia … hermana
Lenka … przeprawa przez Quito … niecałą godzinę później … stajemy przed wejściem …
hermana Lenka zostawia nas … mamy do niej zadzwonić … jak będziemy schodzić …
Krótkie podejście … do teleferico (kolejka górska) … zakup biletów … bardzo miła pani …
daje mi nawet mapę szlaku … wyruszamy … gondola … wiezie nas na wysokość ok. 4000
metrów … po raz pierwszy … w górach … korzystam z kolejki … i tak stałem się
„wozidupkiem” … zawsze się śmiałem w Tatrach … z kolejki … do kolejki na Kasprowy …
wejście to 3 godziny więcej … jedziemy 20 minut … piękne widoki … wysoko …
zawieszona gondola nad ziemią … widać całe miasto … rozkłada się na wzgórzach …
Wysiadamy … rozpoczynamy podróż … najpierw rekonesans … stwierdzam … brak
profesjonalnego … odpowiednika naszego GOPR … przy mirador (miejsce obserwacji) …
spotykam mężczyznę i kobietę w średnim wieku … zagadują … chwilę rozmawiamy …
pyta skąd jestem … zna Polskę … był w Warszawie i Zakopanem … WOW … pierwszy
Ekwadorczyk spotkany … który wie, gdzie Polska … zaprasza ponownie po powrocie z
góry … na muzykę andyjską … właśnie rozkłada swój stragan …
Wyruszamy … Rucu Pichincha … w chmurze … powietrze rześkie … dobrze się idzie …
najpierw … mało wymagające wejścia … zdjęcia … podziwianie … jeszcze nie jestem
zachwycony … przemieszczamy się dalej … pierwsi spotkani … Kanadyjczycy … i mój
osobisty dramat … zdania sklecić nie mogę po angielsku … po ponad miesiącu gadania

po hiszpańsku … nie mogę przeprogramować głowy … na angielski … zaczynam zdanie
po angielsku … i kończę po hiszpańsku … masakra …
Idziemy dalej … kolejna grupa … dogoniona … 3 mężczyzn … z przewodnikiem …
zatrzymujemy się … warto zasięgnąć informacji … o sytuacji w górach … w Polsce jestem
w stanie przewidzieć … pogodę w górach … tutaj jest zupełnie inaczej … dłuższa
rozmowa … pyta skąd jesteśmy … „Polska” … nie tylko wie, gdzie … ale wypowiada
nazwę kraju … po polsku … Que bonito (jak pięknie) … dopytuje, co robimy w
Ekwadorze … pod koniec … „Usted habla espanol muy bien” (Pan mówi bardzo dobrze
po hiszpańsku) … znowu ktoś połechtał … moje ego … :P :P :P
Droga zaczyna zakręcać … chmury coraz bliżej … robi się piękniej … idzie się trudniej …
wiatr andyjski jest mocny … ale softshel daje radę … i da radę do końca … nie potrzebuje
polaru … chmury przemieszczają się coraz szybciej … podobno ma padać popołudniu …
na wysokości ponad 4000 metrów … słupy wysokiego napięcia … jak oni je tam ustawili
… odległość jednego od drugiego … ponad kilometr …
Wchodzimy w chmurę … droga cały czas wije się wokół góry … roślinność … wgl jej nie
znam … zupełnie dla mnie egzotyczna … ale piękna … w końcu ukazuje się nam grań
Pichinchy … i to robi wrażenie … ostra … niedostępna … wysoka … stroma … niemalże
pionowa … szlak wznosi się coraz bardziej … przeszkody jak na tatrzańskich szlakach …
jednak w pewnych momentach … szlak przerwany … woda wymywa wszystko na swojej
drodze … zaczynamy wspinać się mocniej … dogania nas para … pytam skąd … z Czech …
sąsiedzi … idą równo z nami … wyprzedzają nas … jednak zawrócą spod samego szczytu

Na szlaku … zaczyna się piasek … mocno osuwa się spod nóg … trudno się idzie …
wysokość daje się odczuć … włącza się „helikopter” … zawroty głowy … mało tlenu w
powietrzu … ale daję radę … piasek zmienia się w błoto … mocno ślisko … jeszcze
trudniej … ale idziemy dalej … na skałach … kamienie … bardzo luźne … uciekają spod
butów … damy radę … dochodzimy do znaku na grani … okazuje się … ostatni znak na
szlaku … teraz to sami musimy znaleźć drogę na szczyt … chwilę wcześniej minęliśmy …
grupę Ekwadorczyków … chwila rozmowy … facet tutejszy … zna drogę … daje
wskazówki …
I zaczyna się zabawa … nie ma znaków … jak w Polsce … sami wyznaczamy sobie szlak …
prowadzę … staram się wybierać najłagodniejsze przejścia … w pewnych momentach …
jest troszeczkę niebezpiecznie … doświadczenie jednak daje znać o sobie … (kolejny
dowód na moją skromność) … :D :D :D … powoli … bo brakuje oddechu … i trzeba
wyznaczyć szlak … wspinamy się … najgorsze, że jesteśmy w chmurze … i nie wiadomo
… ile jeszcze do szczytu … gdzieniegdzie spotykamy … resztki śniegu … po dłuższym
wspinaniu się … jest … szczyt … prawie 4 700 m.n.p.m. … pierwszy raz tak wysoko
zaszedłem … duma … :D :D :D … a wszystko w 2 godziny … na dole twierdzili minimum 3
godziny … dobre tempo …
Mamy pecha … chmura nie chce … sobie pójść … trochę zdjęć … drugie śniadanie … w
pewnym momencie … blisko mojej głowy … przelatuje ptak … spory … zatacza koło … i
ląduje przy niedaleko mnie … w tym czasie wchodzi grupa Ekwadorczyków … ptak wgl
się nie boi … podchodzi do mnie … liczy na moje śniadanie … trochę dostaje … kręci się

koło mojego plecaka … robimy sobie zdjęcia z nim … i nagle niespodzianka … zaczyna
padać ŚNIEG … tyle na to czekałem … super …
Czas schodzić … ślisko … luźne kamienie … piasek … nie sprzyjają … ale idzie szybko …
po drodze trochę zdjęć … muszę pilnować … żeby trafić na szlak … wiatr dmucha mocno
… spotykamy jeszcze … jakiś śmiałków … wspinających się do góry … dajemy im
wskazówki … zwłaszcza dotyczące szlaku … im niżej … tym cieplej …
Wysyłam sms’a i dzwonię do hermany Lenki … nikt nie odpowiada … liczę, że jednak
odczyta wiadomość … mamy ok. 1 godziny do umówionego miejsca … tyle, ile potrzebuje
siostra na przyjazd … wybieramy inny szlak do zejścia … obok kościoła … chmury się
rozwiały … ukazują się piękne widoki … cudnie … idyllicznie wręcz …
Dochodzimy do stacji górnej teleferico … zachodzę do „znajomego muzyka” … znowu
rozmawiamy … pamięta w Polsce stare pieniądze … opowiada historię … wymiany
pieniędzy na polskie złotówki … dostał ponad milion złoty … sądził, że chyba wygrał w
totolotka … :P :P :P … ach, ta Polska … zawsze zaskakuje … kupuję u niego płytę …
ruszamy na dół … znowu teleferico … piękne widoki … w promieniach słońca … całe
Quito …
Schodzimy na umówione miejsce … hermany Lenki nie widać … dzwonię … nic nie
widziała … musimy czekać … godzinę czasu … siadamy przy punkcie opłat … na
chodniku … nogi w „rynsztoku” … duży kanał na wodę deszczową … spory ruch aut …
ludzie nam się przypatrują … chłopaki buty ściągnęli … plecaki rozłożyliśmy … „Rumuni”
… taksówkarze zaczepiają … czy nie trzeba podwieźć … wzbudzamy zainteresowanie …
przechodzą trzej starsi panowie … zaczepiają … czy nie potrzeba pomocy … miłe to …
gramy w „Czarne historie” … jest sytuacja … trzeba zgadnąć … co się stało … zadając
pytania … moja historia … miała być dla żartu … trzech facetów … siedzi w rynsztoku …
przy punkcie opłat … co się stało? … jeden z nas … nie załapał … zaczął grać … grał do
przyjazdu siostry … :P :P :P
W czasie gry … przychodzi do nas pies … Staszek … „i teraz czuje się jak prawdziwy
bezdomny” … i tak zostałem bezdomnym … pies upodobał sobie Staszka … stoi przy nas
… podjeżdża autobus … pies podchodzi do drzwi … nic nie dostaje … wraca … chyba
poszedł … coś nam załatwić … takie niemoty siedzą … „to coś im skombinuję” … :D :D :D

Przyjeżdża hermana Lenka … zmieniamy się za kierownicą … podróż spokojna … nie ma
dużego ruchu … wjeżdżamy na drogę do Calderonu …kontrola policyjna … policjant …
jakby zatrzymywał mnie … ale okazuje się … auto za mną … przejechałem może z 10
metrów … zatrzymuje mnie policjantka … podaje dokumenty … tłumaczę … prawo jazdy
polskie … i międzynarodowe … na polskie się uśmiechnęła … wgl to bardzo ładna pani …
pyta ile tu jestem … siostra mówi … jutro wyjeżdża … policjantka chce sprawdzić …
trójkąt, gaśnicę i apteczkę … siostra szuka … w tym czasie … pani ogląda prawo jazdy
międzynarodowe … patrzy na zdjęcie … „niepodobny” … mam okulary przeciwsłoneczne
… zdejmuję i szeroko się uśmiecham … „na zdjęciu, Pan jest grubszy” … :D :D :D … „a
dziękuję” … śmiech … „i mam koloratkę, bo jestem księdzem” … dodaję … rzeczywiście w
tym dokumencie … mam zdjęcie … widać kawałek koloratki … przygląda mi się uważnie
… „Padre???” … podchodzi sprawdzić wyposażenie … brak gaśnicy … „Antes de salir,

tiene que pagar la multa” (przed wyjazdem, musi Pan zapłacić mandat) … „A lo mejor
no?” (a może nie?) … wyraz jej twarzy … nieprzebłagany … uśmiecham się szeroko …
próbuję zrobić „kotka ze Shreka” … mnie to nie wychodzi … „el precio de la multa es … la
oracion para mi” (cena mandatu to … modlitwa za mnie) … „La bedicion, Padrecito”
(błogosławieństwo Padrecito) … zamyka oczy i czeka … udzielam jej błogosławieństwa
… oddaje dokumenty … i tak stałem się „przestępcą korupcyjnym” …
Do końca drogi … nie mogę się nacieszyć … dzisiejszymi przygodami … rozmawiamy z
siostrą … wracamy do misji … obiad …
Kończę pakowanie … plecak spory … sądzę, że waży więcej niż 23 kg … „przyjdzie płacić”
… brewiarz … czuje się rozpalony … trochę boli mnie głowa … okazuje się … że się
opaliłem bez słońca … wiatr …
Przyjeżdżają siostry z Marianas z Władką … Msza … pożegnalna … przychodzą wszyscy
… chcą pożegnać Padrecito Martin … mówię kazanie … trochę mi się język pląta … ze
zmęczenia … ale chyba źle nie było … na koniec podziękowania … jak ten czas zleciał …
Kolacja … przygotowania specjalnie pizza … przez wolontariuszki z Chorwacji … w
kuchni wielki napis … „Buen viaje Padrecito Martin” (Dobrej podróży) … wzruszony …
siadamy do stołu … wesoło … dużo życzliwości … ciepłych słów … podziękowań … „cóż
powiedzieć, żal odjeżdżać” (Jan Paweł II) …
Po kolacji … Estefi prosi o spowiedź … idziemy do kaplicy … następnie … próbuję się
odprawić … nie da się … próbuję w szkole … lepszy internet … nie da się … o co chodzi?
… dobrze, że hermanita Tanita była ze mną … nieźle daje sobie z tym radę …
elektroniczny bilet przekierowywał mnie na złą stronę … a już miałem nadzieję … że
zostanę … :P :P :P
Kończy się ostatni dzień … to, co dobre … szybko się kończy … trzeba więc zacząć … coś
nowego dobrego …

+ JMJ
Czwartek (31.08)
Bogota …
Znowu spać poszedłem po północy … zmęczony … znowu ktoś o trzeciej w nocy …
dzwonił … ten sam … nieznany numer … budzę się przed telefonem … chyba nerwy …
jest po piątej … pakuję ostatnie rzeczy … Jutrznia … idę na Mszę …
Msza … g. 6.30 … przyjeżdżają siostry z Marianas … que lindo! (jak miło) … modlimy się
wspólnie … ostatni raz … w tym roku … :D :D :D … kazanie krótkie … ale treściwe … a
przynajmniej tak mi się wydaje …
Śniadanie … wchodzę do kuchni … hermana Sandra … każe zamknąć mi oczy … prowadzi
mnie do mojego miejsca … na stole … ręcznie wykonana … moja podobizna … figurka …

papierowa … wypisz, wymaluj … Padrecito Martin … wesoło … ogłaszam … pożegnania
przyjmuję … punktualnie o 8.20 … przy aucie …
Pożegnanie … przychodzą wszyscy … bardzo miło … kilka osób jedzie ze mną na lotnisko
… dziewczynki … Michael i jej koleżanka … od trzech dni w convencie … nie chcą mnie
wypuścić … Padrecito zostaje tutaj … :D :D :D … kilka drobnych pamiątek … o wielkim
znaczeniu emocjonalnym … dziewczyny z Chorwacji … napisały mi po chorwacku …
„Padrecito rozumie to sobie pretłumaczy” … :P :P :P
Zapakowani do busety … ostatni raz prowadzę … w Ekwadorze … w tym roku … :D :D :D
… lotnisko … bagaż … nadany … nic nie powiedziała … sympatyczna pani … pomyliłem
bilety … z uśmiechem na twarzy wydrukowała nowe … bez problemów … jeszcze chwila
do przejścia na strefę wolnocłową … rozmawiamy … śmiejemy się … wygłupiamy …
ostatnie pożegnanie … un regalo (podarunek) … dla hermany Lenki … przechodzę … do
Migraciones … odprawa paszportowa … przeprawa przez bramki … i zostałem sam …
zdany na własne siły … i własne rozumienie języka … :D :D :D … ależ tragicznie to brzmi

Przechadzka po strefie … nic ciekawego … kupiona woda … odnajduję la salida
(wyjście/bramkę) … dużo ludzi leci do Bogoty … siadam przypadkowo … okazuje się
obok grupy muzykującej … po chwili … wyciągają gitarę i zaczynają śpiewać … Coro
Fraternidad … super … umilają czas … przyłączają się inni ludzie … inni nagrywają … na
koniec oklaski … śpiewają kilka piosenek … aż wzywają nas … do wejścia na pokład …
Samolot prawie pełny … w czasie lotu … mało ciekawych rzeczy … wziąłem gazetę
ekwadorską … o polityce wobec USA … o nowych gatunkach ptaków … co 2 dni
odkrywanych w dżungli … no i o meczach eliminacji MŚ … zaserwowali kanapki na
ciepło … napoje … kultura … w LOT tego nie ma … na krótkich dystansach …
Lądowanie … wychodząc pytam la azafata … o możliwość wyjścia na miasto … nie ma
problemu … upewniam się w informacji … idę do la migracion … wypuszczają mnie …
kontrola na bramkach … i mogę iść „w miasto” … szukam la guarda de equipaje
(przechowalnię bagażu) … trochę kosztuje … nie chcę z laptopem i plecakiem … łazić po
mieście … cel dla złodziei … i nie wygodnie …
La guarda de equipaje … odcisk palca … zdjęcie … spisane dane … pełna ochrona … idę
wymienić pieniądze … kolejka … długo stoję … i tutaj dopiero „zabawa” … paszport … su
profecion (zawód) … odcisk palca … !!! … tak nie pomyliłem się … tysiąc pytań … żeby
wymienić kilka dolarów … pytam policjanta … o bezpieczne taksówki … żółte … con la
placa (z licencją) … pytam pierwszego wolnego … mówi za szybko … wolniej … jedziemy
… najpierw do Cerro de Monserrat … bardzo sympatyczny młody człowiek … szybko
wywiązuje się dyskusja … pierwszy Polak … którego wiezie … „Ust dobrze mówi po
hiszpańsku” … „pocito” (troszeczkę) … w pewnym momencie … psuje się skrzynia
biegów … zjeżdża na bok … już nie daleko … załatwia inną taksówkę … także … bardzo
uprzejmy młody człowiek … rozmawiamy … ale bardziej oficjalnie …
Corre de Monserrat … jadę el teleferico … bardzo europejsko … wysokie standarty … na
górze sanktuarium … Cierpienia Chrystusa … wzgórze Matki Bożej … wysokość 3 152
m.n.p. … widać całą Bogotę … wysokość miasta ok. 2 500 m.n.p.m. … najpierw

sanktuarium … bardzo ładne … jest 14.55 … o 15.00 … odmawiam Koronkę do
Miłosierdzia Bożego … w sanktuarium Cierpienia Chrystusa …
Obchodzę wzgórze … zdjęcia … targ z mnóstwem pamiątek … mnóstwo ludzi
anglojęzycznych … Amerykanie … Kanadyjczycy … prawie nie słychać hiszpańskiego …
bajo (na dół) … łapię taksówkę … bardzo serdeczny kierowca … proszę do centrum … do
kościoła św. Franciszka … od razu wywiązuje się serdeczna rozmowa … „co Pan robi, że
tak dobrze mówi po hiszpańsku” … :D :D :D … jest katolikiem … mówi … że dużo tu
protestantów … oferują pracę … pieniądze … żyją trochę … jak zamknięta sekta …
opowiada historię … kobiety-pastorki … guru w grupie religijnej … mnóstwo pieniędzy
… i mnóstwo oszustw …
W całym mieście … w sklepach … mnóstwo podobizn i pamiątek … z papieżem
Franciszkiem … 06.09 … przylatuje do Kolumbii …
Kościół św. Franciszka … Msza o 17.00 … chwila na jedzenie … obok MacDonald … nie
mam dużo czasu … więc la comida rapida (fast food) … wracam do kościoła … spotykam
przesympatycznych franciszkanów … wiekowego ojca i młodego ojca … wiekowy
wypytuje o Polskę … „Padre bardzo dobrze mówi po hiszpańsku, z akcentem, ale
wszystko jest zrozumiałe” … ale mnie dzisiaj wychwalili … razem z młodym odprawiamy
Mszę … kościół przecudny … drugi … co do wieku w Kolumbii … wystrój drewniany … w
zakrystii „mini-muzeum” … ornaty … figury … krzyże … naczynia liturgiczne … cudo …
Po Mszy … mówię do ojca … „franciscano verdadero” (prawdziwy franciszkanin) … z
uśmiechem … z radością … z otwartością … szacunek … żegnam się … czas wracać na
lotnisko … kawałek trzeba przejść … centrum historyczne … bez ruchu aut … łapię
taksówkę … kolejny sympatyczny kierowca … od razu wypytuje … o wiele rzeczy … ale
nie wykształcony … za bardzo … nie wie, gdzie Polska leży … to jeszcze nic … nie zna
Ojca Świętego Jana Pawła II … najlepszy „znak” rozpoznawalny Polski … do tej pory nie
zdarzyło mi się … żeby ktoś nie znał „naszego Papieża” … mimo wszystko … bardzo
sympatycznie … bardzo ciekawa i wielowątkowa rozmowa … i kolejna osoba … która
pyta o mój hiszpański … serdeczne pożegnanie … jak za każdym razem …
Lotnisko … odbieram bagaże … przechodzę odprawę … wymieniam pieniądze … znowu
odciski palców … i czekam na lot … co wydarzyło się dalej? … w następnym odcinku …
jak będę już w Europie …

+ JMJ
Piątek (01.09)
Wiele miałem planów na Bogotę … Museo del Oro … Museo/Iglesia de Santa Clara … La
Plaza de Bolivar … nie starczyło czasu … za dużo trwają formalności … sporo czasu
zabiera podróżowanie … jeszcze tu wrócę … Kolumbia też mi się podoba … choć bardziej
europejsko … ludzie też inni … pod względem fizycznym … i mentalnym … niestety coraz
bliżej im … do Europejczyków … zapomniałem napisać wczoraj … młody ojciec
franciszkanin … próbował dać mi pieniądze na taksówkę …

Wejście do samolotu … przydzielone miejsce … obok rodziny … dwójka dzieci … bardzo
małych … obawiam się co będzie w nocy … ale damy radę … młodszy zaczepia mnie … na
początek … macha do mnie rączką … odmachuję … zaczepia minami … potem … autkiem
… „Tengo nuevo amigo” (Mam nowego przyjaciela) … mówię do taty … wywiązuje się
serdeczna rozmowa … tato siedzi koło mnie … bardzo miły młody człowiek …
Kolumbijczyk … informatyk … bardzo spokojny … ma wiele serca do dzieci … leci do
Brukseli … pracował w Łodzi … odwiedził Kraków … Warszawę … ale Wrocławia nie zna
… „hańba” … :P :P :P … pyta skąd znam tak dobrze hiszpański … jak był w Polsce … nie
mógł się dogadać … w ojczystym języku … jeszcze przed startem … podchodzi la azafata
… chce mnie przesadzić … żeby dla dzieci … było więcej miejsca … wędrujemy … miejsce
przy wyjściu ewakuacyjnym … rewelacja … mnóstwo miejsca na nogi … przestronnie …
blisko do „samolotowego baru” …
Startujemy … un poco atrasado (trochę spóźnieni) … Bogota z lotu ptaka … niesamowity
widok … iskrzące się światła … jest przed 22.00 … duże miasto … pięknie wyglądające …
kilka miast widziałem już nocą … z lotu ptaka … to mnie zaskoczyło …
Lecimy … żegnaj Ameryko … Europo … wracam …
Noc spokojna … przebudziłem się … toaleta … wracam … na moim miejscu … siedzi jakaś
Niemka … podchodzę … patrzy na mnie … zaczyna coś nawijać … po niemiecku … ale tak
szybko … że nic nie rozumiem … mówię, że to moje miejsce … przeprasza … :D :D :D
przebudziłem się znowu … coś mi świeci za oknem … wyprzedziliśmy dzień …
Dzisiaj jest 01.09 … kolejna rocznica … wybuchu Drugiej Wojny Światowej … niemieckiej
agresji na Polskę … a ja w Niemczech …
Wysiadamy … trzeba oddać 7 godzin … przed chwilą było … dla mnie rano … a już jest
popołudniu … przejście przez lotnisko … we Frankfurcie … to „mała pielgrzymka” …
włącznie z jazdą … mini-metrem … kieruję się znakami … w pewnym momencie … idę
sam … zastanawiam się … nie pomyliłem drogi? … granica … kontrola osobista … Niemcy
sprawdzają wszystko … bardzo dokładnie … zwłaszcza kiedy się wjeżdża …
Jadąc w maju nad morze … zapakowałem do podręcznego plecaka … krem do opalania …
zapomniałem o tym … przeszedł wszystkie kontrole … znaleźli go dopiero teraz …
sprawdzali szczegółowo mój plecak … :P :P :P
Czas oczekiwania … na ostatni lot … trochę się dłuży … lot opóźniony o 35 minut … w
końcu lecimy … lotnisko Warszawa … w tym czasie nic ciekawego … ale na koniec …
znowu przygoda … na rozstanie …
Wyjście z samolotu … razem z tłumem podążam do wyjścia … przeczesujemy teren w
poszukiwaniu … „wyrzutni” bagażu … ustawiamy się przy numerze 2 … „jak wół”
napisane … FRANKFURT … wyjeżdżają bagaże … sporo … czekam i czekam … nie ma …
ostatni bagaż … wrota się zamykają … mojego nie wyrzuciło … a tak właśnie myślałem w
czasie lotu … okazuje się nie tylko ja … kilka osób z mojego lotu też czekają na bagaż …
idę do punktu reklamacji … nic nie ma … człowiek z reklamacji … dopytuje, gdzie
czekałem … idzie ze mną … prowadzi mnie … do „wyrzutni” numer 1 … :D :D :D … tutaj
są bagaże z LOT-u … dopiero wyjeżdżają …

Chyba zmęczenie … ja … i kilka osób z mojego lotu … nie widzieliśmy, że jest napisane …
Frankfurt … ale Lufthansa … były dwa loty z Frankfurtu …przepraszam faceta … bagaż …
wyjście … Grzegorz już czeka … wracamy … dziękuję Grzegorz Kozioł …
W domu o 2.00 … spać przed 3.00 … pobudka o 6.00 … trochę mało … dzisiaj jeszcze ślub
w Bolesławcu … tutaj jednak zaczyna się nowy Sezon …
+ JMJ
El resumen
Tak kończy się … Misja w Ekwadorze … piękny czas … mnóstwo doświadczeń i
wspomnień … rok przygotowań … intensywnych i wieloaspektowych … zwieńczony
takimi przeżyciami i doświadczeniami …
Pragnę wyrazić wdzięczność WSZYSTKIM OSOBOM, KTÓRE TOWARZYSZYŁY MI W
CZASIE TEJ WYPRAWY PRZEZ MODLITWĘ I WSPARCIE WYRAŻONE W RÓŻNY SPOSÓB
(m.in. czytanie wpisów, komentowanie, zainteresowanie moim stanem zdrowia itd.)
Z całego serca dziękuję i zapewniam o mojej pamięci modlitewnej. Za każde dobre
słowo, wsparcie modlitwą, zainteresowanie, towarzyszenie duchowe w tej wyprawie –
DIOS LES PAGE (Bóg zapłać) Y DIOS LES BENDIGA (niech Pan Was błogosławi) …
Z Chrystusowym błogosławieństwem
Padrecito Martin
Ps. Szczególne słowa podziękowania dla Jose Arturo Bravo Gonzalez – nauczyciela,
wytrwałego i cierpliwego

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Misja-Ekwador

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS