RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Misja-Ekwador’

Wielkanoc AD 2014

30 mar

Queridos amigos y benefactores de Polonia.

Un saludo y oración elevado al Se?or por ustedes y sus familias que Dios les bendiga y les ayuda en todas sus necesidades, gracias por sus generosidad, por su compartir, por el bien que hacen y donde Dios les inspira manifestar su Amor con los hermanos que no conocen pero ayudan, aunque están lejos pero muy cerca en el Sentir.

Gracias a nuestros benefactores podemos ayudar y sostener nuestra escuela y casa hogar.

Hace una semana visitamos dos comunidades de donde vienen nuestras ni?as, comunidades de la selva Ecuatoriana que pertenece a la tribu Shuar.

Son familias pobres que quieren que sus hijos tienen un mejor futuro y educación de vida, que por eso ellos mandan a estudiar todavía muy peque?os, separados de sus padres.

Visitamos la casa de Katerin que su mamá está gravemente enferma son siete hermanos, ella es primera y tiene 14 a?os. Ponemos también en nuestras oraciones la vida de su madre.

Un abrazo cálido y grande de la familia Ecuatoriana. Que Dios en este tiempo de Cuaresma prepara nuestros corazones, para con alegría celebrar la gran fiesta de la Resurrección, fundamento de nuestra fe que reanima nuestra esperanza y que nos hace hermanos de cada persona humana que esté felizmente lejos o cerca.

Saludos y Felicidad Querida Familia Sciepuro y a todos FELICES PASCUAS.

CON GRATITUD Y AFECTO SOR LENKA.

Drodzy przyjaciele i dobroczyńcy z Polski

Pozdrawiam I modlę się do Pana za Was I Wasze rodziny, niech Bóg Wam błogosławi I pomaga we wszystkich Waszych sprawach. Dziękuję za hojność, za dzielenie się z biednymi, za dobro, które czynicie za Bożą inspiracją tym, których nawet nie znacie, a pomagacie, chociaż są fizycznie daleko, ale tak blisko duchowo.

Dzieki dobroczyńcom my możemy pomagać I dalej prowadzić naszą szkołę I dom.

Przed dwoma tygodniami odwiedziliśmy dwie społeczności, z których pochodzą nasze dziewczęta z internatu, społeczności z ekwadorskiej dżungli należącej do plemienia Shuar

Są to biedne rodziny, które pragną zapewnić lepszą przyszłość I edukację swym dzieciom, które mimo ich młodego wieku wysyłają do szkoły I decydują się na ich czasową separację od rodziców.

Odwiedziliśmy dom Katerin, której mama jest śmiertelnie chora. W rodzinie jest siedmioro dzieci, Katerin jest najstarsza I ma czternaście lat. Modlimy się za życie jej mamy.

Przyjmijcie gorące, wielkie pozdrowienia od rodziny ekwadorskiej. Niech Bóg w okresie Wielkiego Postu przygotuje nasze serca abyśmy z radością przeżyli wielkie święta Zmartwychwstania Pańskiego, fundament naszej wiary, odnawiające naszą nadzieję I czyniące nas braćmi I siostrami każdej osoby, bez względu na to czy jest ona blisko czy daleko.

Szczęśliwych świąt Wielkiej Nocy Wam wszystkim.

Z wdzięcznością i miłością.

Siostra Lenka

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Książka

29 gru

Gość Niedzielny wydał w formie książkowej zebrane artykuły opublikowane w tym tygodniku latem 2013 roku. Tytuł książki: Kościół na końcu świata”. Ostatni rozdział „Wielkie przytulanie” opisuje naszą misję, Cristo Misionero Orante w Ekwadorze. Serdecznie polecamy!

http://sklep.wiara.pl/kosciol-na-koncu-swiata

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Email od s. Rosy

10 lis

Oto najnowsze wieści od s. Rosy. Mnie bardzo porusza, jak bardzo chce ona pamiętać o osobach, które spotkała w czasie swego czterodniowego pobytu w Polsce, o Pauli i Elliocie, których poznała przez miesiąc ich pracy w Oyacoto, o mojej rodzinie czyli „starych” znajomych. O sobie tak jak zawsze, enigmatycznie, mimo że właśnie wróciła ze szpitala, ale na zajmowanie się tym tematem szkoda jej cennego czasu.
Poruszająca jest też dla mnie kruchość tego, co tworzą siostry, co każdy z nas w życiu tworzy. Jeszcze w maju „la guarderia”, (żłobek) była istotnym punktem na mapie misji w Oyacoto, stanowiła nadzieję dla najmłodszych, którymi na co dzień nikt z rodziców nie miał czasu (ochoty?) specjalnie się zajmować. Nadziei też na to, że zaznając tak wcześnie opieki kochających osób na misji przerwą błędny krąg niemocy, jaki od pokoleń prześladuje ich rodziców, Indian kultury Quichua. A teraz choroba jednej siostry uniemożliwia kontynuację tego projektu. Przynajmniej w tym roku.
Ale też budzi się we mnie refleksja, że od jednej osoby, każdego z nas, tak dużo zależy. Dopóki nie zmoże nas choroba można robić rzeczy wielkie i tego przede wszystkim chcę się nauczyć od sióstr z Cristo Misionero Orante.
Oto treść maila i tłumaczenie:

> Como se encuentran, como está el clima en Polonia, como está Tomek, Boytek y do?a Johana, espero que estén bien, nosotras estamos bien , estamos trabajando con los ni?os, le cuento que yo ya no estóy en la guardería, serramos la guardería por que yo me enfermé estaba en el hospital, pero tengo mis dos ni?as a mi cargo VERÓNICA Y Mishel, y los hijos de las profesoras .
> bueno pero como están allá , y como esta Paóla y sus papas, también Elio, y la se?ora que tradujo nuestros testimonio no sé como se llama.
> la Jeydi bá a mandar otras fottos-
> bueno me despido que Dios les bendiga saludos a todos, un abrazo para todos,
> hermana Rosa
Jak się czujecie, jak pogoda w Polsce, jak tam Tomek, Wojtek, i dona Joanna, mam nadzieję że dobrze. U nas wszystko dobrze, pracujemy z dziećmi. Chcę Wam powiedzieć, że nie pracuję już w żłobku, zamknęliśmy żłobek ponieważ się pochorowałam i byłam w szpitalu, ale mam pod swą opieką moje dwie dziewczynki, Weronikę i Mishel (starszą siostrę Mishel, Jhoannę, zabrała z powrotem do domu jej mama, bo potrzebuje kogoś do opieki nad najmłodszym, jednorocznym dzieckiem. sama znowu jest w ciąży – D.S.) oraz dzieci nauczycielek.

Jak sie tam macie, i co tam u Paoli i jej rodziców, równiez u Elliota i u senory, która nagrała nasze świadectwa na CD, nie wiem jak ma na imię.
Heidi wyśle dalsze zdjęcia.
No cóż, już się muszę żegnać i niech Bóg Wam błogosławi. Pozdrowienia i uściski dla wszystkich.
siostra Rosa

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wiadomości od Vlatki

10 lis

> Hola a todos ustedes!!!
> Perdona me pero euador…estoy tan ocupada con el trabajo y mas ahora caundo tengo mi licencia de Ecuador.De manana estoy in la cosina y in la tarde casi cada dia estoy a fuera llevando algien o me voy sola hacer las cosas que pide la hermana Lenka.Si hna Rosa estava in hospital por una infection,pero sola un dia y gracias a Dios esta mejor aunce justo hoy dice que se siente mal,pero es que se trabaja muchisimo y son cansadas las hermanas.Y asi cada dia solo trabajo y trabajo..lo unico que este mes 23 me voy in el mar in un lugar Manta porque viene mi amiga de croacia,ella trabaja in un crucero y solo este dia esta aqui.esta semana hna Rosa me pido que abrimos su skayp para que puede hablar con ustedes,con Lana..solo que ninguna no tiene tiempo antes de 9 de la noche y es hora para dormir..es que aveces caundo tengo tiempo yo hablo con mi familia y es dificil.Pero prometo que muy pronto le llamamos,solo que cojimos unpoco de tiempo!!!!!
> una ves mas disculpa me pero me falta poco de tiempo!!!
> Los quiero mucho y que Dios les bendiga!
>
> Vlatka
Pozdrowienia dla wszystkich!!!
Przepraszam, (że nie odpisuję), ale tak jestem zajęta pracą a zwłaszcza teraz, gdy robię tutaj licencję (nie wiemy jeszcze co to jest – DS). Rano jestem w kuchni a po południu prawie codzienniekursuję poza misję – albo trzeba kogoś przywieźć/odwieźć, albo jadę sama załatwić coś, o co prosi s. Lenka.
Tak, s. Rosa była w szpitalu, jakaś infekcja, ale tylko jeden dzień i dzięki Bogu czuje się lepiej, chociaż akurat dzisiaj mówi, że znowu jest gorzej. Tak więc pracuje się tu muchisimo i siostry sa zmęczone. I tak dzień w dzień, tylko praca i praca. Jedynie 23 listopada jadę nad morze do miejscowości Manta, ponieważ przyjeżdża moja przyjaciółka z Chorwacji, pracuje na okręcie i tylko na jeden dzień zawita w porcie. W tym tygodniu s. Rosa prosiła mnie, żebyśmy przez Skype zadzwonili do Was, ale praca nigdy się nie kończy przed 21.00 lokalnego czasu, u Was już wtedy noc. A poza tym, kiedy mam czas to rozmawiam z rodziną, a wtedy jest ciężko… Ale obiecuję, że wkrótce do was zadzwonimy, jak tylko pojawi się chwila wolnego.
jeszcze raz bardzo przepraszam, ale brakuje czasu.
Pozdrawiam Was kochani serdecznie i niech Bóg Wam błogosławi.
Vlatka

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Niedziela misyjna

20 paź

Dzisiaj korzystając z życzliwości ks. Aleksandra mogłem znowu opowiedzieć o naszym trzecim pobycie w Ekwadorze i przygodach trójki młodych przyjaciół z ALI na misji. Kuracjusze oraz mieszkańcy obecni na mszy w Długopolu-Zdroju wsparli misję kwotą 535,71 PLN. Przy okazji rozdaliśmy kilkadziesiąt stowarzyszeniowych płytek CD.

Bardzo dziękuję za życzliwe przyjęcie i pomoc finansową.

 

DS

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Chris w Malawi

20 paź

VOICE

July 2013

 

Five days ago I returned from Malawi, where i had been for almost four weeks. I had often thought whilst there of the upcoming creative writing meeting and the given title for that day. “Voice” a word, a name, a sound but much more. Voice declares the presence of a person, some identity, someone crying, speaking and wanting to be heard and recognized. Voice, a word so powerful and yet so many of those who have the human capability of speech, have no voice. But of course we all have voices, and we are heard, even if not by many. The children in Malawi, whose presence by the side of the roads, those children playing free, shouting, laughing had made a big impression on a visiting purveyor of surgical instruments, who for the first time in his life was out of Europe and in Africa where as he contrasted their freedom and carefree joy with those children he knew back at his home in Scotland,

a voice had woken inside him, asking whether those children at home with all their digital wonders of computers, televisions and gameboys, but confined play areas had the better or worse deal for life in the 21st century.

 

I also heard voices, many voices whilst in Malawi, even though I did not travel far from my base at a Lodge close to the centre of the city of Blantyre. From this lodge, an extended home run by an elderly, kind and dear Malawian woman, situated on a hill overlooking a shanty-like part of the town, and with views out to the hills that rise like large ant-mounds within and around, and with views out further to the moutains in the distance and up to the clouds that sometimes rushed, and sometimes lingered over the hills, clouds and mists that draped at times the valleys and filtered the colours of the rising and setting sun. This i called the voice of distance and perspective, since how often do we in city life have a chance to look out over its structures and take in a bigger world. Too often do we not hear only the voices of those near to us but from this Lodge and from its balcony shared by all its residents as a place to eat, talk, work or sit and meditate and be open to the voice within of the heart or to the voice of the earth which we share.

 

Each day, each morning as I waited for my friend to pick me up to take me to the hospital, and each evening if i should return before dusk, i would sit on that balcony and acknowledge the message of the earth and hear of the gifts it gives us with open arms – a place and home for our bodies and souls. I also, though, heard its cries of anguish as we despoil and take for ourselves its fruits of beauty, forests, and colour. For Malawi wishes to develop and become like the rich occidentals who have everything, Malawians who wish, as we have done to replace, the gifts of Nature for concrete and tarmac, and replace life by things, realities by images. Few of Blantyre’s hills now have trees. Mountains have been laid bare, every tree cut down for money by the rich, or for fire wood by the poor. And the creep of urban life makes its way up the slopes of the nearby hills – the dwelling places of those who have abandoned the countryside. Perhaps one day, the countryside will abandon us.

 

Yes, it was a powerful time for me; a voice did speak to me, not just that of our earth, an earth mocked, ignored and abused. For as I sat on the verandah of the Lodge, as I did each evening and during an afternoon if I should be free from duties, I had time to listen to the voice of life and thought.

 

Voice gives and brings meaning. Voice distinguises itself from noise by giving messages, and messages give us purpose and bring us to understanding. Four weeks, away from from the immediate pressures of work, four weeks away from those who speak insistently to me, time for me to speak to me and for me to listen to the voice and the rhythms of a life that go beyond me and call me to new adventures and discoveries.

 

Each working day i made my way to the hospital, the Queen Elizabeth Central Hospital, founded in 1954 in the time of British Empire and still in its core much like those days – and still the tertiary hospital for the country, a hospital where people come when disease has become too much to ignore. The woman on the mattress by the wall, whose ranula of the floor of her mouth had become so large that she could neither speak nor eat, and barely drink. Another woman whose eye, many weeks already non-seeing, was now two inches in front of her nose, pushed forward by pus oozing slowly over the weeks into her orbit from the frontal nasal sinus. And the six year old child with no voice, and almost now no sound, as he was carried from the hospital’s casualty, almost without breath. Thankfully, my friend and colleague, skilled with the laryngoscope was near and able to push a tube past the obstructing vocal cord viral papillomas into the trachea, and the child survived to regain again voice. To speak of all those who suffered silently would take pages, books, encyclopedic volumes, but sometimes one story can speak so that others will hear and listen. Whose story that will be though, is impossible to predict. Could it be the man curled up in pain on the floor of the surgical ward, his left arm not functioning properly for he had an irregular hard lumpy cancer of the lower neck arising from the thyroid and infiltrating into the brachial plexus, and for which he had received no diagnostic or therapeutic procedure from the time it had started. He, like others come when it is too late, to change the course of the disease. Others come and are offered hope. They wait, sitting in the corridor, to come in for surgery – but there is not time, nor equipment nor medicines for more than a few. These have no voice. They suffer silently, unheard. But always some voice does call and some respond.

 

Two years ago, an announcement in Malawian newspapers for a new 18 month diploma course in ear, nose and throat surgery and audiology appeared. A popular invitation for the medical assistants across Malawi who after two years of training provide much of the primary and secondary care across Malawi as nurses are few and doctors even rarer. In ENT, for the 15 million population of Malawi, at the last count, there were just four audiologists, three clinical officers dealing with ent, and just one ent specialist, a surgical specialist named Wakisa Mulwafu, a man who loves and is committed to his country and who with a multiple pitches of tone, story, and emphasis has already gained many funds from within and outside of Malawi and had built an ent clinic with rooms now equipped with one microscope, some suction machines and some audiometers. He has also raised funds and had built operating theatres (two but yet to be equipped) and a 20-bedded ward (still empty, for it awaits those beds). The diploma training programme for clinical officers was initiated by him, inspired by similar programmes that already provide orthopaedic, anaesthetic and ophthalmic services across Malawi.

 

And during my four weeks in Malawi, my third visit there over the past nine months, i met again and heard the voices of those 15 medical assistants, chosen from over 100 applicants, and enrolled as the first cohort of locally trained ENT specialists. Their voices now have names, and their voices are beginning to have biographies and characters. I am learning about their ambitions, their worries, the motivations that brought them onto the course. I also wanted to give them a voice in a more formal way, a collective voice that others could read, and take note of. In a world, where the voices of people are drowned out by the agendas of the media and of commerce, or the demands of objective scientific evaluations. This seemed important, and so I conducted an open qualitative interview with each of them, asking them questions that they together, had chosen for me to ask, and which i later formally wrote up as their testimony for the organisers of the course, which had included myself, and others who might want to understand what it means to want to do better for oneself and others in a land where opportunities are few.

 

They spoke of their desire to move forward in their careers, gain knowledge, help others. They recounted seeing cases of ENT misdiagnosed, mistreated and of their hopes to bring ENT services to district hospitals. They recognized the difficulties, the absence of any equipment and importantly the need for professional support and encouragement in conditions where patients may well expect far more than at present they can give. And of course, in a country that is poor, they talked of their own needs for improved standards of living for themselves and their families. They addressed the content and organisation of the course, of lecturers who did not turn up for classes because they were not paid, of the bad accomodation at the college and of the terrible food they are given to eat – eggs and maize meal each day after day – for the daily allowance provided by the government to their hostel is just one dollar a day. They have few books, limited access to computers and internet, and they know that in 6 months, most will return to district hospitals to provide ent care without, as yet tools, instruments, access to investigations. And yet despite this, each was filled with hope and the knowledge that at last, they were being given a chance to learn more, to pursue a career and move into life and a future.


One voice of those 15 medical assistants spoke especially to me. In April, he had not been around – he was recovering from a motorcycle accident. This time, he told me the story of that accident. He had been travelling from his farm alone through the deserted hills back to Blantyre as dusk fell. Half way along his 120 kilometre journey, the tyre of his motorcycle had come off, the front wheel spun back on itself and the handlebars hit him in the abdomen as he came off. He was alone, darkness was approaching and he was weak, unable to get up. He also had pain in the left shoulder, a sign that he knew indicated a ruptured spleen. Hope came as three people approached along the track, but he heard only how they thought he might be a decoy and bait for an ambush and robbery, and so they walked on, passing him by. Half an hour later, another person approached, and this time, a person prepared to help, which he did by repairing the motorcycle wheel and helping seat the injured medical officer back on the bike to motor on by himself, since the passer-by was heading in the opposite direction. He managed some 15 more kilometres to reach a village, where too weak to go on, he asked for help which was given him with two villagers siting on the motorcycle seat, one in front and one behind of him, keeping him upright and preventing him falling off, and so they took him another 10 kilometres to a small rural hospital. There, there was no surgeon but there was an ultrasound machine, confirming a ruptured spleen, intravenous fluid to resuscitate him with and transport to take him another 30 kilometres to the next hospital, where he arrived around 2 in the morning. At this hospital a surgeon was available, a non-medical clinical officer but there was a problem – no anaesthetist, or rather the anaesthetist was in bed too tired to get up, or pehaps just not bothered enough to get up. Only around 6 that morning could he be persuaded to anaesthetise my friend, the trainee clinical officer. At last, close to his end, he was taken to theatre. The ruptured, bleeding spleen was removed and the three and a half pints of blood in his abdomen returned to him by auto-transfusion. He gratefully shows me the scar on his abdomen stretching from his xiphisternum to pelvis, and tells me that his life was restored by the grace of God. No doubt this is true but it was also restored by those willing to listen to the voice of God and to make care an essential character of our world.

 

The story of this medical officer had echoed the voices i had heard at a meeting two months before in London calling for essential surgery to be made available to all and calling for a global training programme in 15 essential generic surgical procedures so that no one would cry out for need of an essential surgical procedure and be denied it. And so I ask you and others to give voice to the global campaign of Fair Health for All.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

w domu

01 cze

Podroz dluga, z noclegiem w Madrycie, do Krakowa dotarlismy w piatek ok. 20 polskiego czasu. Zaimponowaly nam chilijskie linie lotnicze LAN po bezbarwnej, europejskiej Iberii, z ktorej uslug korzystalismy do tej pory.
Wlasnie skonczylismy rozmowe z s. Rosa i Lenka w Oyacoto, znowu ogladalismy zdjecia. Duzo pieknych wspomnien.
Raz jeszcze dziekuje Wam za zainteresowanie naszymi wpisami.
Darek

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wtorek – wieczor

29 maj

Wtorek wieczor – Darek
Dzis z Wojtkiem zwiedzamy Marianas, goszczeni przez h. Maritze i Sandre. H. Liz przyjechala do Oyacoto. Czas pozegnan.
Po poludniu czas lektury i znowu udaje mi sie znalezc u mego mistrza Brandstattera jakby dopowiedzenie moich mysli, wyrazanych dnia poprzedniego. Oto one: Radosc przezywana przez czlowieka ery konsumpcyjnej jest radoscia egoistyczna, samotna, odosobniajaca go od otoczenia, do ktorego nie ma zaufania i z ktorym nie chce sie dzielic swoim radosnym wzruszeniem, albowiem usiluje je zachowac wylacznie dla siebie.
Jest ta radosc jakby demoniczna odmiana smutku, dzielaca i zaczepna jak gniew, jak nienawisc, jak nieczulosc i obojetnosc.
Dziewczyny przygotowuja tance na nasze pozegnanie. Tak beda sie z nami dzielic smutkiem pozegnania ale i radoscia staro-nowych przyjazni.

Adios

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

rozmowy – darek

28 maj

Poniedzialek – rozmowy Darka
Rozmowa z h. Lenka. Ma podwyzszone cisnienie i bierze na to leki. Gdy prosimy o szczegoly, okazuje sie, ze przed kilkunastu latu miala wypadek samochodowy. Sama nic nie pamieta, ale siostry z zakonu, w ktorym wowczas byla opowiedzialy jej, co sie stalo. Jakis samochod zajechal jej droge, zjechala na lewy pas, by uniknac zderzenia, a tam jechala ciezarowka. Przez jakis czas byla w smierci klinicznej, biodro pekniete na 12 czesci, polamana noga w kolanie. Od tamtej pory ma problemy z chodzeniem.

Jesenia wlasnie pukala, szukajac Pauli. Nie rozmawiaja, stoja na zewnatrz na schodach, przytulone do siebie, Paula otrzymuje prezent.

Rozmowa z siostrami na temat ich ulubionych swietych. S. Rosa mowi o Cura de Ars, Janie Vianneyu, o ktorym dostala ksiazke. Znajomosc zycia tego swietego przydala sie kiedys na mszy w Santa Anita, gdy ksiadz zastanawial sie, czy odprawiac msze, bo oprocz niego i 2 siostr nikogo nie bylo.
- Ksiadz z Ars odprawial msze nawet wtedy, gdy byl sam w kosciele, a jak to sie potem zmienilo. – tlumaczy siostrzyczka.
No i faktycznie, w Oyacoto tez sie zmienia. Ksiadz zaczal nawet odprawiac msze po domach, juz dwie takie za naszej bytnosci tu sie odbyly, jestesmy pod duzym wrazeniem. Fajny facet z tego ksiedza.
Rozmowa z h. Maritza w samochodzie, jedziemy do Mitad del Mundo, bo tu srodek swiata wlasnie. Opowiada o zlobku, ktory prowadza dla prawie trzydziestki dwu-trzylatkow . Duzo problemow z tubylcami. Kucharki, na przyklad, jak cos z jedzenia zostanie, zabieraja to do domu, sprawiedliwie sie lupami dzielac. Bo to przeciez niczyje.
Przypomina mi sie rozmowa z Malgorzata, Polka, ktora w latach 70-tych trafila misyjnie do Boliwii. Zaproponowano jej, ze zostanie kierownikiem domu dziecka, bo poprzedni kierownicy kradli na lewo i prawo. A ona, jako ze z dalekiego kraju, na pewno nie przyjechala tu krasc.
Siostry w Marianas, drugim domu zgromadzenia, dokarmiaja kilku biednych, ktorzy do nich przychodza. Jeden staruszek, przymierajacy glodem, wlasciwie zostal do jedzenia u nich przymuszony, bo sam nie chcial tych spolecznych sierot objadac. Dopiero jak siostry go zapewnily, ze je ich jedzenie, a nie dzieci, to sie zgodzil.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

niedziela wieczor

27 maj

Niedziela wieczor – Darek
Powoli nadchodzi czas podsumowan. Dziekuje Wam za sledzenie naszych opowiesci, za nieliczne wprawdzie, ale wazne dla mnie komentarze.
Pisze te slowa dla Was i uswiadamiam sobie rzecz poniekad oczywista, spolecznosciowa nature czlowieka. Bo bez Was cale moje pisanie na nic by przeciez bylo. Dziele sie obserwacjami i radosc odczuwam jedynie dlatego, ze moze jakis pozytek dla Czytelnika, ktory do CMO w Ekwadorze przybyc nie moze z tych mych zapiskow wyniknie. Bo slowo po to jest, by sie nim dzielic. A dzielenie po to, by radosc w czlowieku zagoscila. Monotematyczny jestem, wiem, ale to wazne, dla mnie, piecdziesieciolatka, odkrycie, teraz po raz kolejny potwierdzone.

Wlasnie skonczylem kolacje, po ktorej dosiadly sie do mnie siostry z Maestra i rozmawialismy o misji, ich zaufaniu do Boga, o swiecie. One tak spokojnie o tym zaufaniu, a mnie zadziwia to niezmiernie i bez konca, jak mozna powazyc sie na tak wielkie dzielo nie majac zadnego zaplecza i pewnosci, co do jutra. Malej wiary czlowiekiem jestem, wniosek z tego oczywisty.

Wczoraj mialem przyjemnosc zawiezc s. Rose do kosicola, by nakarmila robotnikow, spolecznie pracujacych przy budowie parafii. O napoje zatroszczyly sie wczesniej senora Manuelita i Rosario – przygotowaly chiche, a zawiozla ja wczesniej h. Lenka. No coz, katolicy wiedza, ze weselic sie trzeba, zwlaszcza po ciezkiej pracy. A praca niebezpieczna przy tym (lub po tym), kilka razy serce mi do gardla podchodzilo, czy ktos w glowe nie zarobi zjezdzajacym po linie z szalona predkoscia wiadrem.
Potem zostalismy na mszy slubnej, w czasie ktorej para mlodych chrzcila takze dwojke swych dzieci. Niezwykle to troche ale i radosne, cala rodzina tak ku Bogu na raz ruszyc. Domyslacie sie, ze i za tym stoi h. Rosa, ktora o panu mlodym w samych superlatywach sie wyraza.
Potem jeszcze jedna msza i chrzest, po ktorym nastapilo huczne przyjecie. Huczaly przede wszystkim glosniki przywiezione przez profesjonalistow od imprez, tak, aby cala wies wiedziala, u kogo sie bawia. Ale tato chrzczonego dziecka to przesympatyczny mlodzieniec, wszystkich nas z CMO, w tym cudzoziemcow, na impreze zaprosil, i pieknie ugoscil. Z 30 nas przybyla, drugie tyle to rodzina i inni znajomi.
Nie zegnam sie jeszcze z blogiem ostatecznie, moze cos przed wyjazdem trzeba bedzie dopisac.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS