RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Misja-Ekwador’

Ks. Marcin 18.08-24.08

25 sie

+ JMJ

Piątek (18.08)

Noc … do północy na pewno … do której potem … nie wiem … bo zasnąłem … bardzo głośno … telewizor nawala u sąsiada … jakaś kobieta zawodzi … płacze … mówi w jakimś niezrozumiałym języku … zamieszanie na recepcji … co chwilę dzwonek … bo do hotelu drogę zagradza krata …

Zasypiam w ciągu sekundy … nic nie przeszkadza … raz budzę się w nocy … rano … budzi mnie telefon … to już ??? … w łazience coś przecieka … mokro … woda tylko zimna … przychodzi recepcjonista … taksówka przyjechała … teść recepcjonisty … jedziemy wymienić pieniądze … ruch bardzo duży … ale drogi w mieście tragiczne … pół starego asfaltu … pół szutrowe z wielkimi dziurami … nie ma pasów … nie ma wyznaczonych liniami pól przejazdu … raz w lewo … raz w prawo … między innymi autami … na grubość lakieru … i ciągłe trąbienie … zamieszanie potężne … stwierdzam jednoznacznie … Ekwador przy tym … to oaza spokoju … mnóstwo motocykli przerobionych … na „riksze” … skupieni w korporacjach … przewożą ludzi … jedziemy do kantoru … tylko się zatrzymujemy … już przy oknie stoli facet … z kalkulatorem w ręku … pokazuje cenę za dolary … niby ma żółtą kamizelkę … obok stoi już z pięciu kolejnych … w takich samych kamizelkach … jak „sępy” … które zwęszyły ofiarę … mówi bardzo szybko i niewyraźnie … patrzę na kierowcę … odwraca głowę … więc nie ma sensu go pytać … samemu podjąć trzeba decyzję … dwa słowa z Don Darek … mówię, że nie chcę u nich … pieniądze mogą być fałszywe … odmawiam … grzecznie … ale stanowczo … nie są nachalni … wchodzimy do kantoru … kurs dobry … niewiele różni się od „ulicznego” … wymieniamy … pieczątka na każdym banknocie … postawiona przez sprzedawcę … pytam taksówkarza … symbol kantoru … gdyby dali pieniądze fałszywe … bezpieczniej …

Wracamy do hotelu … podobno ten ruch … jest jeszcze spokojny … gorzej jak są studenci i dzieci … we wcześniejszych godzinach … płacimy za taxi … trochę nas skroił … ale o tym przekonamy się dopiero za chwilę … płacimy w hotelu … recepcjonista idzie z nami … woła te motorki … znowu się dzielimy na dwie tury … ja ze Staszkiem … ruszamy pierwsi … miejmy nadzieję … że kierowca dobrze zrozumiał, gdzie chcemy jechać … plecak na kolanach … bo miejsca nie ma … jedziemy ze 20 minut … za 5 soli … a taksiarz zainkasował 20 soli za 10 minut jazdy …

Dworzec … jest 9.20 … autobus o 10.00 … kupno biletów … każdy z paszportem … nie jak w Ekwadorze … jeden wystarczył … ograniczenia w ciężarze bagażu … trochę czekamy … trzeba coś zjeść … idziemy w lewo … sporo sklepów … ceramiczny … ze sprzętem budowlanym … banki … ani jednego spożywczego … przechodzimy sporo … nic … na drugą stronę … trudno … brak świateł dla pieszych … duży ruch … ciągle jadą … ulica bardzo szeroka … dwie wysepki na niej … dla pieszych … po drugiej stronie … jest bar … ma śniadania … ale jest 9.40 … a jeszcze trzeba wrócić … nie zdążymy … z bocznej bramie sprzedawca … jakieś bułki … ciasto kruche … z cukrem … a w środku … jakieś mięso … jego się najbardziej boję … ale coś trzeba zjeść … na szczęście … w cieniu … bałbym się ze słońca … bo grzeje … wracamy na Terminal … oddać bagaże … maksymalny ciężar 20 kg … mój ma trochę ponad … 19 kg … całe szczęście … teraz na „odprawę” … sprawdzanie biletu z paszportem … strażnik … kontrola urządzeniem do metalu … wychodzimy na zewnątrz … wsiadamy do autobusu … dwupiętrowy … wygodny … ale nie najnowocześniejszy … nawet specjalne urządzenie na nogi przy fotelach … ruszamy po 10.00 …

Kierowca spokojnie jedzie … nie jestem przyzwyczajony … :P :P :P … jedziemy po płaskim … równo, jak na stole … krajobraz całkowicie się zmienił … pustynia … trochę krzaków … drzew … niskich … i mnóstwo kamieni i piachu … do przejechania ok. 200 km … jedziemy … cały czas prosto … skręcamy bardzo rzadko … sporo opuszczonych … rozwalonych domów … trochę mi to przypomina Bliski Wschód … przy domach palmy … dachy płócienne …

Ogólne spostrzeżenia … ludzie są wyżsi … niż w Ekwadorze … i kobiety i mężczyźni … wydaje mi się … ze kolor skóry mają jaśniejszy niż w Ekwadorze … dużo mniej Murzynów … wgl inny typ urody … w porównaniu do Ekwadoru … dużo biedniej … to, co wspólne … wszechobecny kurz … i śmieci …

Pod koniec drogi … jakiś mężczyzna zagaduje do Don Darka … „Anioł Stróż” … rozmawiają dłuższą chwilę … Juan … architekt … człowiek wykształcony … poleca hotele … proponuje pomoc … docieramy do miasta … Chiclayo … przystanek … za potężną metalową bramą … wszystko względy bezpieczeństwa … razem z Juanem idziemy na postój taksówek … w drodze rozmawiam z nim … mówi całkiem wyraźnie … daje nam ulotkę ze swojej pracy … czekamy na taksówkę … szybko się znajduje … starszy mężczyzna … podwózka za dobrą cenę … żegnamy się z Juanem … zaprasza nas na jutro na 13.00 na obiad … hasta manana …

Jedziemy … już bez przygód … aż nudno … :P … oczywiście żartuje … potrzebuje odpocząć od przygód … docieramy do Puerto Eten … malutka miejscowość … turystyczna … ale w lecie … dla nich teraz trwa zima … miasteczko wymarłe … zero turystów …

Szukamy polecanego hotelu … nie ma miejsc … szukamy dalej … rozmawiam z kobietą … ma jeden pokój … ale nas jest pięcioro … za chwilę … okazuje się, że ma dwa pokoje … finalnie … trzy były wolne … cena dobra … pokoje fajne … z … widokiem na ocean … szum fal za oknem … piękne słońce … niebieskie niebo … wiatr … cudo …

Zadomowieni … ruszamy na obiad … w hotelu restauracja … stylowa … tanio … pyszna ryba … błogo … to czas na „Buenas tardes” z oceanem … wędrujemy plażą … woda jak w Bałtyku … trochę zimna … duże fale … ale bardzo przyjemnie … dochodzimy do jakiś wydm … na nich jakieś ruiny … idziemy tam … stara misja … kościół z czasów kolonialnych … ma swój klimat … od razu myślę o filmie „Alamo” … ulubiony western … kilka zdjęć … obok jakiś inny kościółek … zachodzimy … to jakieś sanktuarium … podchodzimy do jedynego czynnego straganu … mężczyzna robi właśnie kapelusz … opowiada … Aparacion del Divino Nino Jesus en la Hostia Consagrada … ukazanie się Boskiego Dzieciątka Jezus w konsekrowanej Hostii … 1649 r. … chwilę rozmawiamy … wchodzę do kościółka … bo mały … „Buenas tardes” … „Buenas tardes jovencito” (dzień dobry młodzieniaszku) … odpowiada kobieta zajmująca się świątynią … :D :D :D … chwilę się modlę … podchodzę do niej … dziękuję za komplement … „ale ty jesteś bardzo młody” … przedstawiam się … nie chce wierzyć … rozmawiamy na temat sanktuarium … podchodzimy do figury … jutro zmieniają sukienkę … Msza jest tylko w pierwszą sobotę miesiąca … sporo opowiada … nawet dobrze ją rozumiem … wpisuję się w księgę gości … chyba jestem jedynym Polakiem … pokazuje mi wpisy … Włocha i Rumuna … wracamy … na straganie kupuję pamiątkę … w ciągu pobytu w kościele … zmiana pogody … chmury na całym niebie … mocny wiatr … ale i tak przyjemnie …

Wychodzimy na puelbo … zakupy … cisza i spokój … po powrocie herbata … i czas na Mszę … musi być w pokoju … w miejscowym kościele tylko w niedzielę … sympatycznie …

Po Mszy czas na pracę … pranie … kąpiel … opisy zdjęć … opis dnia … zdjęcia z dziś …

Za oknem noc … „głos” oceanu wzywa Morfeusza … czas na spoczynek … ocean ukołysze do snu …

+ JMJ

Sobota (19.08)

La casa de Jhonny Llamosa

„Głos” oceanu był bardzo donośny … Morfeusz przybył … 5 sekund po położeniu się do łóżka … szum oceanu budzi mnie rano … jest po 6.00 … pogoda się zmieniła … słońce za chmurami … wieje … jednak to nie przeszkadza … schodzimy na śniadanie … restauracja zamknięta … w drogę … w Chicayo na pewno coś zjemy …

Taksówka … rozmowa z kierowcą … może nas zawieść do muzeów … cena nie wysoka … zmiana planów … jedziemy bezpośrednio … na miejscu przed czasem … otwierają o 9.00 … jest 8.30 … obok muzeum … szpaler młodych chłopaków … kilka dziewczyn … ubrani elegancko … białe koszule … czarne spodnie … co się dzieje??? … idziemy na el desayuno … znajdujemy jakiś przydrożny „barek” … sadwiches … dwa … z jajkiem i awokado … całkiem smaczne … do tego sok z papai … orzeźwiający … ale na dworze zimno … chwile siedzimy … wracamy … na ulicy gwar … chwilę przed bramą … jesteśmy pierwsi … :D … pani w kasie nie ma wydać … cena 10 soli … tanio … na bilecie pisze … do zwrotu … ciekawe czy odzyskam kasę … na wejściu przeczytaliśmy … nie wolno fotografować … podchodzimy do ochrony … z boku depozyt … wszystko … aparat i telefon … do tego dokument … aby stwierdzić tożsamość właściciela … na wypadek kradzieży kluczyka … który dostałem od szafki … nieźle … a może telefon zachować ??? … przed wejściem ochroniarze … z wykrywaczem metalu … nie da się nic przenieść … zostawiam wszystko … wchodzimy … ekipa weszła przede mną … (problemy z wydaniem pieniędzy) … chłopak przy wejściu … wskazuje mi drogę … „rodzina już na Pana czeka” … :P :P :P

Muzeum … El Museo Tumbas Reales del Señor de Sipán … en Lambayeque … projekcja filmu … jakiś trochę inny hiszpański … ale zrozumiałem sporo … w sali 10 osób … może przewodnika … może być … po 3 sola … okazujemy się szybko … zgraną grupą … przewodniczka … dużo opowiada … szybko i trochę za cicho … rozumiem dużo … ale nie wszystko … dużo słów … technicznych … zaczynamy od góry muzeum … pięknie wszystko przygotowane … nowocześnie … a także z uszanowaniem eksponatów …

Jest to muzeum … grobu Pana Sipan … a w zasadzie … trzech … starszy Sipan … dolna warstwa … kapłan Sipan … środkowa warstwa … Senor Sipan … górna warstwa … grób odkryto w latach 80-tych XX wieku … mnóstwo … ceramiki … biżuterii … masek … naczyń codziennego użytku … wszystko oryginalne … za szybami … w specjalnie stworzonych warunkach … także oryginalny grób Senior Sipan … wszystko robi niesamowite wrażenie … szkoda, że zdjęć nie można … grób zachował się nietknięty … więc daje potężną wiedzę … na wiele zagadnień … życia w tamtych czasach … tzn. 1700 lat temu …

Zadaję trochę pytań przewodniczce … chodzimy … oglądamy … próbuję, jak najwięcej zapamiętać … trochę nam przeszkadzają … elegancko ubrani młodzieńcy … są grzeczni … ale jest ich dużo … kilka grup … kręcą się … ciężko usłyszeć przewodniczkę … okazuje się … szkoła policyjna … dlatego tacy zdyscyplinowani … :D … na koniec … krótka rekonstrukcja życia Indian … sklep z pamiątkami … wychodzimy … odbieram urządzenia … i pieniądze … :D

Przechodzimy do drugiego muzeum … dużo skromniejsze … przede wszystkim ceramika … trzy piętra ceramiki … i wyrobów … zdumiewa to … że dużo jest bardzo małych rzeczy … szczegóły zachowane … bez przewodnika … można robić zdjęcia … szybko obchodzę … wracam do wyjścia … „Solo Adultos” (tylko dorośli) … na drzwiach … spodziewałem się … co będzie w środku … wyroby … przedstawiające … intymną część życia ludzkiego … nie przewidywałem jednak … że Indianie byli, tak odważni … w przedstawianiu tego aspektu życia …

Koniec zwiedzania … wracamy do Chiclayo … łapiemy busa … pokazuję „naganiaczowi” z busa … ulotkę od Juana … szukamy tej ulicy … Loro i Cordero 775 … blisko przystanku … super … zaczynamy szukać … pytam kilku osób … ulica znaleziona … ale jesteśmy przy numerze 139 … długa droga przed nami … przechodzimy 6 przecznic … w końcu jest … nieduże biuro … młody chłopak … pytamy o Juana … na początku nie wie, o co chodzi … Juan ma na imię Jhonny … Juan wyszedł … czekamy … wychodzę na chodnik … i spotykam Juana … chwila rozmowy w biurze … zbieramy się na obiad … Juan łapie taksówkę … jedziemy … jestem przekonany, że do jakiejś restauracji …

Zajeżdżamy pod jakiś dom … w pobliżu nie ma żadnej restauracji … idziemy do domu Juana … z pracownikiem i pracownicą … w domu szum duży … dzieciaki ze znajomymi … kobieta, którą nazywamy żoną … potem się okaże „narzeczona” … przygotowała obiad … kurczak … ryż … coś podobnego do ziemniaków … nazwy nie pamiętam … ważne, że było smaczne … rozmawiamy i jemy … wymiana doświadczeń … Juan dużo pyta o moją pracę … dzieciaki dają czadu … bardzo głośne … biegają … krzyczą … zero reakcji ojca … dopiero jak go nie słyszę … reaguje … bardzo spokojnie … „bezstresowe wychowanie” …

Po obiedzie … Juan chce nam pokazać inne miejsce … łapie taksówkę … jedziemy na bulwar … na nim sporo figur przedstawiających … Indiańskich kapłanów … wojowników … bogów etc … czas na zdjęcia …

Juan ma spotkanie … żegna się z nami … i zaprasza na jutro … niesamowite … chce nam pokazać jakąś wioskę … zgadujemy się na informację na fb …

Łapiemy busa do Puerto Eten … trochę ciasno … sporo ludzi … coraz to nowi dochodzą … na miejscu … chwila na „ogarnięcie” … idziemy do latarni … najlepiej plażą … dochodzimy do mola … najpierw tutaj … wejście płatne … „a to dziękujemy” … wiatr wieje … ale słońce wyszło … droga do mola wykuta w skale „piaskowej” … wspinamy się na górę … przed nami góra z krzyżem … idę na nią z Tomkiem … odmówić sobie takiej przyjemności :P … nie ma takiej opcji … Don Darek z żoną idą dołem … wejście nie ciężkie … idziemy na przełaj … dookoła góry droga … zdaje się „Droga Krzyżowa” … na kamieniach siedzą tutejsze „sępy” … wielkie ptaki … wchodzimy na „szczyt” … naszym oczom ukazuje się … kolejny „szczyt” … na niego też idziemy … wdrapujemy się na drugi „szczyt” … a tu kolejny przed nami … ale zabawa … dochodzimy do trzeciego … ten już jest prawdziwy … obok kolejna góra ze starą latarnią … nie zdążymy przed zmrokiem … odkładamy na jutro … teraz zejść i do nowej latarni … zejście dość trudne … nie ma ścieżki … zbocze strome … dużo piasku … ślisko … sporo kamieni … schodzimy na drogę do latarni … latarnia duża … coś śmierdzi … jednak widoki piękne … zdjęcia … czas wracać …

Idziemy przez pueblo … gdy wchodzimy na ulice … robi się ciemno … spotykamy „wózkową piekarnię” … kupujemy chleb na kolację … wracamy do domu … ciepła herbata w restauracji … ze świeżym chlebem …

Msza w pokoju … plany na jutro … czas odpocząć … męczy to odpoczywanie … :D :D :D … a u właścicieli fiesta … muzyka … głośne gadanie … ciekawe kiedy się zorientują, że są goście w hotelu …

+ JMJ

Niedziela (20.08)
Eten la ciudad (miasto Eten) …

Niestety nie zorientowali się … głośna muzyka … śmiechy … i bardzo głośne gadanie … w moim pokoju … słychać, jakby mówili mi nad uchem … najpierw pukam … brak reakcji … wołam … brak reakcji … walę w drzwi … schodzi właścicielka … proszę o ciszę … przynosi to efekt … po jakimś czasie … rano … okazało się … urodziny syna …

Pobudka … 7.45 … znowu odgłos oceanu … luksus … śniadanie w restauracji … czekamy na info od Juana … napisał, że możemy zobaczyć się popołudniu … odpisałem … brak odzewu … trzeba więc zaplanować coś … najpierw, czy zostajemy … ekipa zostaje … ja się zastanawiam … pytam właścicielkę … czy dzisiaj wieczorem też przewidziana jest fiesta … nie … to mogę zostać … plany na dzień … Tomek, Staszek i Don Darek … nie chcą muzeum … idą do Santa Rosy … ja z p. Asią … jedziemy do Ferrenafe … muzeum Sican …

Wsiadamy do taksówki … pierwotny plan jechać do Chiclayo … potem do Ferrenafe … rozmowa z kierowcą … jedziemy bezpośrednio … jednak źle się zrozumieliśmy … miało być 15 soli … wyszło 30 soli … policzył 15 do Chiclayo i 15 do Ferrenafe … trudno …

Miejscowość niewielka … ale bardzo urocza … budynki nieotynkowane … odrapane … ale bardzo czysto … po drodze mijamy setki, tysiące … ton śmieci … jak oni chcą ściągnąć turystów … tymczasem w mieście jest czysto … skromnie … ale czysto …

Dojeżdżamy do muzeum … niewielkie … ludzi nie ma w ogóle … bilety … wchodzimy … muzeum skromne … ale ciekawe rzeczy … są tu zgromadzone … rzeczy wykopane z dwóch grobów … w pełni zachowanych … odnalezionych przy Indiańskiej świątyni … nazwano to Sican … bardzo podobna nazwa do wczorajszej … Sipan … opisane sposoby grzebania … rzeczy włożone do grobu … ich wyrób … sposób życia … etc. groby o wiele uboższe … od Sipan … ale intrygujące … grób wschodni … i zachodni … w jednym właściciel pochowany … w pozycji embrionalnej … do góry nogami … z odciętą głową … położoną obok … nikt nie wie dlaczego … są to czasy Preinkaskie … więc ciężko mówić … o okrucieństwie … w drugim grobie … w centralnej tumbie (grobie) … właściciel … siedzi … dookoła … groby kobiet i dzieci … identyfikacja DNA … osoby powiązane ze sobą … pochowane są w różnych grobach … brak ścisłej relacji z właścicielem …

Sporo czasu zajmuje obejście … mamy czas … możemy poczytać … pooglądać … pomyśleć … zrobić zdjęcia … na koniec jeszcze film … krótki … ale ciekawy … jest możliwość … jechać do samej piramidy … la Hueca … jednak za daleko … nie mamy tyle czasu … wracamy do miasta … po drodze … odwiedzamy cmentarz …

Cmentarz rzymsko-katolicki … pięknie utrzymany … witają nas dwaj aniołowie … stojący w bramie … za nią alejka z dużymi figurami świętych apostołów … wszystko w bieli … i „osiedla” mieszkań zmarłych … pierwszy raz widzę … taki sposób grzebania … jak małe bloczki … przypominają nasze „columbarium” … tutaj jednak wsadza się trumny … zamurowane … na przedzie … zdjęcia … kwiaty … i co tylko można … wszystko w kolorowe … chodzimy między grobami … są też „mini-mauzolea” … rodzinne groby … małe „domki zmarłych” … dochodzimy do starego cmentarza … wszystko porzucone … widać, że niszczą stary cmentarz … i stawiają „osiedla” … jak w Polsce … na cmentarzu dwa pogrzeby … księdza nie widziałem … koło kaplicy … siedzi grajek z gitarą … odpowiednik naszego organisty … od strony pogrzebów słychać … puszczane z głośnika … „rozrywkowe” utwory … taka widocznie tradycja …

A przed cmentarzem … tak, jak i u nas … stragany … kwiaty i świeczki … idziemy do rynku … bardzo ładny … odnowiony … dominuje żółty … piękny kościół … zamknięty … ryneczek-park … sporo ludzi się kręci … wchodzimy do cukierni … na sok … jak jednak można pić sok … bez ciastka … dzisiaj niedziela … można … :P

Wychodzimy … od jakiegoś czasu … stwierdzam, że nie widzę białych … ludzie przyglądają mi się … bardzo uważnie … zwracam uwagę … niemalże każdego człowieka … szukamy busa, żeby wrócić … nie wszyscy są zorientowani … ale każdy udziela informacji … żeby nie być niegrzecznym … więc krążymy … w końcu idziemy do sklepu … trzeba dojść do głównej ulicy … na światłach stoją busy … idziemy … już z daleka … biegnie do nas dwoje ludzi … mężczyzna i kobieta … biegną nas witać ??? … :D :D :D … oczywiście, że tak … jako potencjalnych klientów … „blanco” (biały) … „no,no … azul” (nie, nie … niebieski) … przekrzykują się … „naganiacze” … mężczyzna jest natarczywy … zachodzi drogę … grzecznie, ale głośno i stanowczo … „dziękuję, proszę mnie przepuścić” … mówię do mężczyzny … wsiadamy do niebieskiego … z kobietą … jedziemy … za 2 sole …

Tutaj to norma … trąbienie na potencjalnych klientów … i nawoływanie … ludzie są przyzwyczajeni … my się jeszcze obracamy :P … droga spokojna … pytamy, gdzie wysiąść … żeby złapać busa do Puerto Eten … uprzejmy gość … siedzący obok mnie … podpowiada … wysiadamy … i od razu … wsiadamy do kolejnego busa … cudnie … jedziemy do domu … za 2,5 sola … w sumie 4,5 … a nie 30 soli … trochę wtopiliśmy …

Wjeżdżamy do Puerto Eten … coś się dzieje … mnóstwo ludzi … pogrzeb … w niedzielę??? … 11-letnie dziecko … zmarło na astmę … mnóstwo ludzi … rozpoczynają kondukt … otwarty kościół … wykorzystuję okazję … wchodzę do środka … sporo dzieci … zakonnica z nimi odmawia różaniec … podchodzę i pytam o Mszę niedzielną … ona też przyjezdna … wychodzimy … na chodniku … tutejsza kobieta … twierdzi, że dzisiaj nie ma Mszy … tylko w sobotę … w hotelu mówili co innego … jak tu dojść … co, gdzie i kiedy? … chwila rozmowy … bardzo przyjemna kobieta … cieszy się … że spotkała Padre de Polonia … wracamy do domu … chłopaków jeszcze nie ma …

Wobec tego obiad … w hotelowej restauracji … el menu del dia (danie dnia) … do wyboru … cztery możliwości … wybieram … zupę … la tortilla de raya (tortilla z płaszczki) … bardzo smaczne … tortilla w smaku przypomina … placek węgierski … tyle, że jest z mięsem … kolejne nowe doświadczenie kulinarne … czekamy na podróżników …

Wychodzimy na plażę … z małego molo … widzę sylwetkę daleko na horyzoncie … po ruchach stwierdzam … Don Darek … bardzo charakterystyczny sposób chodzenia … strzał w „10” … za chwilę pojawiają się chłopaki … Santa Rosa … bardzo biedna miejscowość … dwa kościoły … oba zamknięte … na plaży sporo zabitych lwów morskich … zabite przez rybaków … wyjadają ryby z sieci i niszczą je … Don Darek na obiad … chłopaki idą się kąpać w oceanie … nie namówili mnie … za zimno … sami wytrzymali w wodzie 13 minut … walcząc z falami …

Czas na odpoczynek … brewiarz … chcę się przespać … na plaży muzyka … bardzo głośna … jednak jestem na tyle zmęczony … że sen zwycięża …

Zbieramy się na Mszę … właścicielka uparcie twierdzi … że w kościele o 19.00 jest Msza … wypytujemy o Eten la ciudad … tak, jest … ale o 20.00 … i wrócicie o 22.00 … bo bardzo długo trwa … jak się potem okazało … właścicielka nie chodzi do kościoła :D :D :D … nic się nie zgadzało …

Idziemy najpierw w naszym pueblo … kościół zamknięty … podchodzę do obwoźnych sprzedawczyń … też średnio zorientowane … ale w tym kościele nie ma Mszy … „ile do Eten trwa podróż?” … kobieta … kierowca mototaxi … 20 minut … podchodzę do taksówek … „ile trwa podróż do Eten?” … a on mnie pyta o Chiclayo … zaczynają mnie irytować … podchodzę do następnego … głośno … wyraźnie … dobitnie … zadaję to samo pytanie … 3-4 minut … w końcu rzeczowa odpowiedź … jest 18.56 … podobno o 19.00 jest Msza w Eten … jedziemy … „rapido” (szybko) … mówię kierowcy … mam koloratkę … więc wie, o co chodzi … zajeżdżamy pod kościół … pusto … otwarte … ale pusto …

Wchodzę do środka … pytam o proboszcza … siedzi w konfesjonale … witam się … Msza o 19.30 … super … rozmawiamy ok. 15 minut … wypytuje o Polskę … rozmawiamy o papieżu (standardowy temat) … o Bożym Miłosierdziu … o tym, skąd tu jesteśmy … y demas (itd.) … starszy człowiek … bardzo sympatyczny … uśmiechnięty … pełen „Bożej energii” … przedstawia mnie Padre Roberto … mamy razem odprawiać … przyjeżdża do pomocy … teraz też spowiada … chwila rozmowy … pytam, czy zaczynają punktualnie … oczywiście, że tak … i w odróżnieniu do Ekwadorczyków … zaczęli … chwila modlitwy … przygotowanie do Mszy … przewodniczę … 5 ministrantów … !!! … super dużo … przed wyjściem … jeden pyta … czy jestem z Peru … „nie słyszysz mojego akcentu, mojej wymowy?” … „aaa, to ksiądz jest z Hiszpanii” … stwierdza … dwóch następnych … z oczywistością stwierdza … „jasne, że z Hiszpanii” … to mi komplement powiedzieli … wyjaśniam im, że na co dzień nie mówię po hiszpańsku … trochę zdziwieni …

Piękny kościół … cały wypełniony ludźmi … ok. 200 osób … mnóstwo młodych … super … Padre Roberto mówi … to jest ulubiona Msza młodych … witają nas serdecznie … kazanie mówi Pader Roberto … pierwszy raz mogę posłuchać … jak tutaj się mówi … rewelacja … świetnie przygotowany … żartuje … i mówi poważnie … świetny przekaz … dobrze się słucha … mimo, że w miarę rozwoju kazania … mówi coraz szybciej … ale wyraźnie … jak na Peruwiańczyka …

Na koniec Mszy … ciepłe słowa … podziękowania … żartuję, że jestem biały i wszyscy na mnie zwracają uwagę … kończymy Mszę błogosławieństwem … okazuje się jednak niewystarczające … do zakrystii przychodzi mnóstwo ludzi po błogosławieństwo … krótka modlitwa … po polsku … i błogosławieństwo … dziękują … wiele serdeczności i życzliwości od ludzi … Padre Roberto … bardzo życzliwy … uśmiechnięty … dużo w nim radości … wspólne zdjęcie … chwila rozmowy … idziemy na koniec kościoła … do Proboszcza … rozmowa … z nim i ludźmi, którzy go otaczają … wiele radości … życzliwości … żartów … zupełnie tutaj nie sprawdziły się słowa … że Peruwiańczycy nie są gościnni … na koniec zaproszenie od Proboszcza …

Szukamy taksówki … na zakręcie … zatrzymuje się mężczyzna … jedziemy … dojeżdżamy do miejsca zamieszkania … hotel … i jeszcze chwila nad ocean … przecież idzie się do niego … jakieś 30 sekund … :D :D :D … widać kilka gwiazd … krzyż południa nad nami … bo jesteśmy bardziej na południu … odpływ … woda daleko … sympatycznie … Jhonny się nie odezwał … albo miał dużo zajęć … albo „dostał burę” od narzeczonej … że jakiś obcych ludzi do chałupy sprowadza … :P :P :P … oczywiście to tylko nasze domysły …

W hotelu cisza … słychać tylko „szeleszczącą” klawiaturę komputera … opisującą kolejny dzień „ekwadorsko-peruwiańskiej” przygody …

Zabiera mi to … coraz więcej czasu … i coraz więcej miejsca … do usłyszenia jutro … jak Bóg da …

+ JMJ

Poniedziałek (21.08)

Cajamarca …

Dziś nie ocean … ale zegar … „bóstwo złowróżbne, okropne, szydercze! Co mówi nam” … wstawaj … (Charles Baudelaire, Zegar) … obudził mnie … szum wody … załagodził niechęć podniesienia się z łóżka … jest 6.20 … toaleta … wychodzimy … niezauważeni przez nikogo … właściciele śpią … parada del taxi … ciężko coś złapać … taksówek nie ma … dwa busy pełne ludzi … w końcu pojawia się jeden … mamy nadzieję wsiąść do niego … pytamy chłopaka o terminal Linea … jedziemy … bus pełny … z ciężkim plecakiem … ciężko … długo … często się zatrzymuje … w Chiclayo wysadza wszystkich ludzi … wiezie tylko nas … i każą nam dopłacić … za podwózkę … znowu nas oszukali … na 1 sola …

Terminal Linea … bus jest o 10.45 … ale nie ma miejsc … następny o 17.00 … trzeba znaleźć innego przewoźnika … pani poleca firmę „dias” … szukamy … wycieczka po mieście … trochę długa … w końcu pytam dwie miłe policjantki … pokazują mi drogę … firma była zaraz za rogiem … hmmmm … nie ma miejsc … taksówkarz przed firmą … jest firma El Cumbe … autobus jest o 14.00 … jest 8.30 … nie ma wyjścia … jedziemy … Don Darek umówił się z nim na cenę … jedziemy dwoma autami … nie słyszałem rozmowy … pytam, ile kosztuje kurs … mówi mi 25 soli … ile??? … nie zdradzam nic po sobie … trzeba złapać Don Darka … zajeżdżamy pierwsi … specjalnie opóźniam wyjście z auta … w końcu zajeżdża druga taksówka … pytam Don Darka … 5 soli za auto … nawet mu się głupio nie zrobiło …

Kupujemy bilety … jedne z ostatnich … 50 % droższe … niż w Linea … mamy 5 godzin czasu „wolnego” … trzeba coś zjeść … rodzina Don Darka zostaje w jakiejś knajpie … ja ze Staszkiem idziemy dalej … zapach mi nie odpowiada … znajdujemy inny bar … kurczak … frytki … dobre jedzenie … czasu jeszcze dużo … idziemy szukać sklepu … w którym można kupić flagę Peru … taki mój wymysł … obchodzimy „pół miasta” … obchodzimy ulicę … sklepów policyjnych … 5-6 sklepów z pełnym umundurowaniem policyjnym … nigdzie nic nie ma … trafiamy na plac centralny … katedra … krótkie zwiedzanie … modlitwa przed Najświętszym Sakramentem … pytam panią pilnującą świec na ołtarzu … o możliwość odprawienia Mszy … dopiero wieczorem … wychodzimy … zaczepiam dwie miłe … jeszcze milsze … i ładniejsze … policjantki … pytam o La Plaza de Armas … pytają czego szukam … a następnie mnie SPISUJĄ … :P :P :P … w sumie … to ja piszę imię i nazwisko … dla nich za trudne … i numer paszportu … a może chciała numer telefonu??? … kurcze … a ja napisałem nr paszportu … „ale ze mnie frajer pompka” … pani mi wytłumaczyła … że muszą spisywać obcokrajowców … „jakby zaginęli” … to będę bezpieczny … szukania zakończone fiaskiem … mają wszystko … piłki … koszulki … flagi … herby … Realu … Barcelony … i innych różnych … ale flagi Peru nie uświadczysz … jednak gdzieś je kupują … bo na co trzecim domu wisi flaga …

Dość poszukiwań … siadamy na głównym placu … po dłuższej chwili … idziemy do katedry … brewiarz przed Najświętszym Sakramentem … idziemy do sklepu z dewocjonaliami … bardzo słabo zaopatrzony … szukamy kawiarenki internetowej … nie mają strefy Wi-Fi … jeszcze małe zakupy na drogę … i wracamy do poczekalni … spotykamy rodzinę Don Darka … czekamy …

Wsiadamy do autobusu … piętrowy … my na parterze … w strefie VIP … duże siedzenia … skórzane … dużo przestrzeni … duża wygoda … dlatego było 50% drożej … jak w samolocie … miło się podróżuje … mimo, że trwa to 6 godzin … pod koniec jazdy źle się czuję … na zakrętach … za dużo skręcał mój żołądek … w drodze przejeżdżamy przez … Guadalupe … oczywiście nie to meksykańskie … peruwiańskie … na początku miejscowości … napis na murze … „Guadalupe tambien construye con seguridad” (Guadalupe także tworzy z bezpieczeństwem) … :D :D :D … nad miejscowością wzgórze … na wzgórzu figura Matki Bożej … druga Seniora de Guadalupe …

Podróż ciągnie mi się … już chyba zmęczony jestem … podróżowaniem … w telewizorze leci jakiś film … z Eddie Murphy … najpierw jeden … potem drugi … potem znowu drugi … dwa razy puścili ten sam film … a przy wjeździe do miasta … zaczął się trzeci raz … ten sam film … zapętlone … :P :P :P … w końcu jesteśmy … góry … wysokość 2750 m. … miasto nazywa się Cajamarca … w Koldyrierze Zachodniej Andów … ludzie niscy … mojego wzrostu … albo niżsi … kobiety i mężczyźni … „górale” … i dużo ciemniejsi … Peruwiańczycy rozpoznają się w ten sposób …

Wysiadka z autobusu … odbiór bagażu … czas szukać hotelu … pytamy trzech osób o Plaza de Armas … i trzy pokazują … trzy różne kierunki … zwariować idzie … :D :D :D … dochodzimy do jakiegoś kościoła … reklama hotelu … idziemy zobaczyć … na recepcji mnóstwo dzieci … bezstresowo … od razu pytają skąd jesteśmy … żebyśmy coś powiedzieli w swoim języku … nie mam przekonania … że wiedzieli, gdzie jest Polska … jesteśmy jak biały miś na Krupówkach … oglądamy hotel … nie podoba mi się … wilgoć idzie po ścianach … koce na łóżkach … hmmm … delikatnie mówiąc … zaniedbane … i ja wiem … że się obok tych dzieci nie wyśpię … no i cena … niewiele niższa niż hotelu w San Eten …

Szukamy czegoś innego … zawsze można wrócić … za chwilę inny hotel … przy nazwie dwie gwiazdki … wchodzimy zobaczyć … na recepcji … konkretny mężczyzna … oglądamy pokoje … rewelacja … cena niższa niż w Eten … zostajemy … formalności … jest możliwość wypicia herbaty … idziemy z Tomkiem po coś do jedzenia … bułki i tuńczyk … zawsze spoko … jest 22.00 … jeszcze Msza … w pokoju … i czas na spoczynek … jutro zapowiada się ciekawie … w końcu jesteśmy w górach … i to mnie kręci … :D :P :D

+ JMJ

Wtorek (22.08)

El Cuadro de Rescate (pokój/pomieszczenie oswobodzenia/okupu) …

Pobudka po 7.00 … wypoczęty … toaleta … brewiarz … wyjście po bilety … szukamy terminalu … co kogoś zapytamy … kieruje w inną stronę … oni coś mają z Polaków … wszyscy się na wszystkim znają … na wszystkim, czyli na niczym … czy nasi przodkowie nie dotarli czasem do Peru … jeszcze przed Kolumbem??? … Polacy do wszystkiego są zdolni … ze wszystkim sobie poradzą … zaczynam układać nową teorię … o Polakach odkrywcach Ameryki … :P :P :P

Trochę chodzimy … w jednym miejscu … 6 aptek … jedna obok drugiej … 3x Mi Apteca … 3x Inka Apteca … szał … w końcu udaje się znaleźć terminal … kupujemy bilety jutro na noc … mam spore wątpliwości … czy to dobry pomysł … ale to ja muszę się podporządkować … a nie wszystkich podporządkowywać pod siebie … wracając … zakupy „śniadaniowe” …

Śniadanie … w hotelu … własne … z herbatką z koki … stawia na nogi … naprawdę … czas wyruszać w drogę … Staszek z nami nie idzie … ciężko odkryć, co jest przyczyną … najpierw Informacja Turystyczna … sympatyczna pani … wyjaśnia, co warto zobaczyć … jak tam trafić … wybór na dziś … Kuntur Wasi … 1,5 godziny drogi autem … na mapie pani zaznacza … postój busów jadących w tę stronę … miasto obok nazywa się … San Pablo …

Wychodzimy na poszukiwania … ulice zgadzają się … dochodzimy do wskazanego miejsca … nic tu nie ma … pytamy … ludzie podają nam różne kierunki … każdy twierdzi … 3, no może 4 przecznice … więc krążymy … w trakcie rozbolał mnie brzuch … boli mocno … jakby po dzisiejszym śniadaniu ??? … ciężko chodzić … ale daje radę … krążymy … krążymy … i końca nie widać … w pewnym momencie … wydaje mi się … że ludzi to nam drogę do Kuntur Wasi wskazują … a nie do parada de autobuses … w końcu udaje się … znalezione … wsiadamy … i czekamy … na odjazd … oczekując … próbuje wymienić dolary … chłopak „naganiacz” wskazuje mi sklep naprzeciwko … chce mi dać 3 sole za dolara … normalny kurs 3,24 … chyba zwariował … to dziękuję …

Dwóch starszych panów … zaczyna się gorączkować … ponaglając odjazd … czekamy już ok. 20 minut … ruszamy … jeden z owych panów … siedzący koło mnie … rozpoczyna rozmowę … dyskutujemy … o Polsce … o życiu w Peru … o korupcji … o klimacie … o niebezpieczeństwach w Peru i Ekwadorze … ogólnie la mezcla (mieszanka) … bardzo sympatyczny pan … mówi dość niewyraźnie … ale chyba zacząłem się przyzwyczajać … bo rozumiem prawie wszystko … droga wspina się na szczyty … ok. 3500 m.n.p.m. … piękne widoki … potężne góry … pan wysiada przy szkole policyjnej … dosiada się do mnie drugi starszy pan … też rozmowny … ale już mniej …

Po drodze mijamy … znaki „drogowe” … z wypisanymi cytatami z Pisma Świętego … pytam pana … kto to stawia … chyba nie państwo??? … wspólnota ewangelików … duże znaki … jak znaki drogowe … ok 20 … z biblijną nauką … ciekawy pomysł … ale w Polsce by nie przeszedł … zaraz by się włączyła „tolerancja” … odmienność … pewnie któryś przykułby się łańcuchem … od takie tam historie …

Kierowca zawozi nas pod samo muzeum … trochę na odludziu … oferuje, że po nas przyjedzie … daje swój numer … wchodzimy do środka … ja pierwszy … rodzina Don Darka została na dworze … coś rozmawiali … w środku facet … „Extranjero?” (obcokrajowiec) … „Si, claro. Soy blanco” (Tak, jasne. Jestem biały) … i policzył mnie jak Peruwiańczyka … czyli 5 soli … :D :D :D … oglądamy film … bez niego nie zorientowalibyśmy się co i jak … potem sale muzealne … ciekawe … trochę zdjęć …

Schodzę na dół … facet zaczepia mnie … mówi coś o wymianie biletu … nie bardzo rozumiem … zabiera mi mój … daje nowy … i zwraca 1 sola … na bilecie napisane „extranjero” … albo mój hiszpański jest już tak dobry … że po wymowie nie rozpoznał obcokrajowca … albo po prosu chciał „przyrobić” na mnie … :P :P :P

Wychodzimy z muzeum … ścieżka arriba (do góry) … piękne widoki … idziemy do ruin … ośrodek rytualny … odnaleziono w nim kilka grobów … świetnie zachowanych … z różnych okresów … niewiele zachowało się z kompleksu … ale i tak ma to swojego ducha … przychodzę jako pierwszy … z okienka wygląda strażnik … pokazuję mu bilet … trzeba kupić nowy … 5 soli … mam tylko banknot 20 soli … nie ma wydać … mam drobnymi 4 sole … „proszę dać 2” … no super … można i tak …

Zwiedzamy kompleks … Tomek bawi się w archeologa … znajduje małe kawałki ceramiki inkaskiej … dołączam do niego … z mizernym skutkiem … coś znajduję … ale nie dużo … brat miałby tu raj … ale pewnie zaraz zrobiłby mi wykład … że tego nie wolno ruszać … a tym bardziej zabierać … a poza tym, to nie wiadomo … czy to autentyczne … :D :D :D … pozdrawiam brata …

Ruiny ciekawe … schodzimy na dół … telefon do kierowcy … w nie całe 10 minut jest na miejscu … wracamy … coś mu się jakiś speed włączył … jedzie jak szalony … wyprzedzamy na zakrętach … droga górska … trochę przepaści … dojeżdżamy do konwoju ciężarówek … 10 ciężarówek … 10 wyprzedzonych … w krótkim czasie …

Cajamarca … wracamy do hotelu … wymiana rzeczy … idziemy do następnego muzeum … najpierw kościół Belen … piękny … cudowna ambona … wisząca … bogato zdobiona … z wieloma figurami … piękny ołtarz … figury … tyle, że zdjęć nie można robić … muzeum … lipa … jakaś sztuka współczesna … nie rozumiem … nie oceniam …

El cuadro de Rescate … w bramie wejściowej zaczepia nas pracownik … Polonia … Lato 1974 … chwila rozmowy o polskim piłkarzu … wchodzimy … zachowany inkaski „domek” … pokój/pomieszczenie … Atahualpa – wódz Inkaski … miał je wypełnić złotem … i wypełnij … raz złotem … dwa razy srebrem … a Pizarro … i tak go zabił … bardzo znana historia … Atahualpa wierzył w dobre intencje Hiszpanów … przybył na przywitanie w całym majestacie … i to stało się przyczyną jego śmierci … złoto …

Następnie … muzeum archeologiczne i etnograficzne … małe … nawet ciekawe … jest po 18.00 … wracam do pokoju … od 8.00 nic nie jadłem … nie było kiedy … zmiana wdzianka … czas na Mszę … tutaj kościół stoi obok kościoła … wybór pada na konwent franciszkański … piękny potężny kościół … fasada z czasów kolonialnych … w tym mieście … trzy takie kościoły …

Chwila modlitwy … zakrystia … czekamy na ojca Izajasza … przychodzi dwóch kapucynów … bardzo sympatyczni … też goście … z Limy … chwila rozmowy … ktoś prosi o spowiedź … padło na mnie … no to spowiedź … przychodzi ojciec Izajasz … tylko się wita … nie zamienił ani słowa … dziwny człowiek … Msza … ojciec mówi cicho … w prezbiterium nie ma odsłuchu … nic nie słychać … „tureckie kazanie” … słowa zlewają się ze sobą … w czasie Mszy piękne śpiewy scholii/chóru … ciężko określić …

Idziemy coś zjeść … trochę się kręcimy … szukając miejsca na posiłek … lądujemy w barze … dużo tubylców … więc chyba dobre jedzenie … na koniec spotykam braci kapucynów … też zamierzają tu zjeść …

Wracamy do hotelu … herbata … zimna kąpiel … nie ma ciepłej wody w moim pokoju … czas na odpoczynek … jutro będzie wymagający dzień …

+ JMJ

Środa (23.08)

Los banos de Inca …

Godzina 7.20 … dźwięk budzika … trzeba wstawać … śniadanie … wyjście … kolejne poszukiwania miejsca … z którego odjeżdżają busy … maszerujemy sporo … postanawiamy nie pytać … w Peru wychodzimy z założenia … „kto pyta, błądzi” … :P :P :P … dochodzimy do wskazanego miejsca … nie ma nic … trzeba zapytać … kobieta w aptece … każe nam wracać … pytamy kolejnego faceta … każe zawracać … kręcimy się … w końcu zatrzymuje się taksówka … pytamy faceta … o drogę … proponuje, że nas zawiezie … w bardzo przystępnej cenie … i tak nie ma zleceń … jedziemy … odległość ok. 45 km … okazuje się … że są tylko dwa busy do Las Ventanillas de Combayo … jedziemy sporo … kierowca trochę niewyraźnie mówi … musi być „zdesperowany” … poświęca nam prawie 5 godzin … ciężko ze zleceniami …

Najpierw droga asfaltowa … potem zaczyna się szutrowa … piękne widoki … świeci piękne słońce … błękitne niebo … kilka chmur … podziwiamy widoki … Tomek ściąga konia z drogi … bo nie chciał się ruszyć … droga … w górę … w dół … długa … pani w informacji stwierdziła … ok. 2 godzin marszu … jedziemy ok. 40 minut … dojeżdżamy … z kierowcą umówieni, że będzie czekał …

Najpierw szukamy kogoś … żeby zapłacić … nie ma nikogo … to idziemy sami … widok niesamowity … nekropolia w górach … cywilizacje preinkasie chowały swoich zmarłych … w „columbarium” wykutym w skale … szukamy jakiejś ścieżki … lepiej na przełaj … wysokość duża … każdy krok to trud … ciężko się oddycha … wchodzimy z Tomkiem po skałach … przedzierając się przez chwasty różnego rodzaju … dochodzimy do pierwszych tumb … można podejść … zajrzeć do środka … z tej wysokości … piękna panorama … zdjęcia … idziemy dalej … do skupiska większej ilości tumb … natrafiamy na ścieżkę … łatwiej iść … dołączają do nas Don Darek i p. Asia … zdjęcia … chwila zadumy … zastanawiam się … jak oni tu transportowali tych zmarłych … palono ciała … potem prochy umieszczano w tumbach … idziemy z Tomkiem trochę dalej … schodzimy …

Zjeżdżamy na dół … do Otuzco … tam także tumby … ale płatne … i małe … nie robią już wrażenia … Don Darek kupuje u miejscowego chłopaka loda … odpakowuje go … i daje chłopcu … zdziwiony … razem z Tomkiem wchodzimy do środka … chwila zwiedzania … wchodzimy na górę … trzech dzieciaków … ok. 8-9 lat … „joven, puedo contarte una historia” (młodzieńcze, mogę opowiedzieć ci historię) … dziękuję … ale „no soy joven” (nie jestem młody) … odpuszczają … Tomka … który szedł wcześniej … chcieli okraść … jakoś trzeba żyć … wychodzimy …

Postanawiamy iść na piechotę do Los Banos de Inca … ok. 4 km … kierowca taksówki … był „przerażony” … że chcemy iść … „taki kawał” … najpierw drogą … spory ruch … potem wzdłuż rzeki … przyjemniej … chyba jednak było więcej niż 4 km … po drodze spotykamy panią … piorącą w rzece … miała dużo prania … kilka metrów dalej … w rzece taksówka … bus … i mototaxi … także się „piorą” …

Los banos de Inca … kupujemy bilety … rodzina Don Darka rodzinny … ja oddzielnie … do rodziny mnie nie przyjęli … :P :P :P … rozglądamy się, co i jak … rozdzielamy się … próbuję się odnaleźć … pytam strażnika i jakąś kobietę … ona mówi mi, o co chodzi … mężczyzna przygotowujący banos … od razu wprowadza mnie do środka … całe bano tylko dla mnie … wody geotermalne … gorąca woda … leje się do małego baseniku … można kontrolować ciepłotę wody … pół godziny oznajmił mi mężczyzna … wydaje mi się trochę mało … na tabliczce napisane … maksymalnie 25 minut … błogo … woda gorąca … po całym dniu miły odpoczynek … wody coraz więcej … super … ale po 20 minutach … nie dam rady więcej … muszę wyjść … teraz już wiem … dlaczego tylko 25 minut … czuję się jak, po całym dniu w Tatrach … druga kąpiel … w czasie ubierania … woda cieknie ciurkiem po moim ciele … trzeba wyjść na zewnątrz … muszę odpocząć po tym odpoczynku … :D :D :D

Chwile jeszcze w Los Banos … wody termalne gorące … wręcz parzące … ładnie urządzone … cały czas coś robią … przyjemnie … wychodzimy … idziemy na soczek … pura naranja … wracamy do Cajamarci …

Obiad … w tym samym barze, co wczoraj … zakupy … chleb … szukamy jakiś swetrów z alpaki … rozdzielamy się … ja z p. Asią … idziemy do katedry … potem … kościół św. Apoloni … na wzgórzu … widać całe miasto … w drodze do kościoła … „odkrywamy” sklepy artesanias (wyroby ręko dzielne) … dużo ich … zakupy … zdjęcia na wzgórzu … wracamy do domu …

Przygotowuję się do Mszy … idę do kościoła … pierwszego, który widzieliśmy … jest 18.50 … wszystko gaszą … Msza była o 18.00 … biegnę do następnego … dobrze, że jest blisko … też o 18.00 … więc tylko franciszkanie … biegiem … na ostatnią chwilę … drzwi do zakrystii zamknięte … otwiera ministrant … nie bardzo chce mnie wpuścić … ale udaje się … wczorajszy „przyjezdny” ojciec kapucyn … sympatycznie … Msza … kazanie … nic nie słychać … nagłośnienie fatalne … po Mszy krótka rozmowa … zaproszenie od jednego brata franciszkanina na obiad … jutro o 13.00 … niestety dzisiaj wyjeżdżamy … wracam do domu … wchodzę do sklepu … picie … pani ma krzyż duży i łady na piersi … zaczepiam ją … opowiada mi historię … krzyż z bierzmowania … ma ponad 50 lat … trzy razy go zgubiła … i trzy razy się znalazł … raz w samolocie … firma go odnalazła … zawsze się modliła o odnalezienie … „do św. Marcina de Porres?” … pytam … „tak, dokładnie” … „ja jestem Marcin” … sympatycznie …

Wracam do hotelu … brewiarz … kąpiel … przygotowanie do wyjazdu … Don Darek przynosi książkę … „El Principito” (Mały Książę) … po hiszpańsku … obowiązkowo muszę kupić … i jeszcze „Piotrusia Pana” … dobry poziom do ćwiczenia języka … chwila w pokoju … wyruszamy … na główną ulicę … złapać taksówkę … nawet dwie … bo do jednej nie wejdziemy …

Rodzina Don Darka szybko łapie taxi … ja ze Staszkiem chwilę stoimy … zatrzymuje się jakaś zdezelowana … może być … daleko nie jedziemy … plecaki do bagażnika … bagażnik się nie zamyka … kierowca … młody … mówi … to taki nowoczesny pojazd … w aucie od razu rozmowa … inicjatywa kierowcy … i szybkie pytanie … „quieres fumar marihuana?” (chcesz zapalić marihuanę) … śmiech … ale on mówi poważnie … jestem księdzem … źle trafiłeś … „ale błąd, ale błąd” … podobno wielu lubi spróbować … nie tym razem … krótka podróż … wiele tematów … o kopalniach w Polsce i Peru … o pracy … szybko się zaprzyjaźniamy … czułe pożegnanie przy terminalu …

Nadanie bagażu … chwila oczekiwania … wykorzystana na opisywanie dnia … i siedzimy w autobusie linii „Dias” … bardzo wygodnie … przestronnie … dużo miejsca … i jeszcze dają jedzenie … pierwszy raz się z czymś takim spotykam … i to w Peru … czas spać … to był dzień pełen wrażeń … zresztą, jak każdy tutaj …

+ JMJ

Czwartek (24.05)

Trujillo …

Podróż minęła mi bardzo szybko … cały czas spałem … przebudziłem się ze dwa razy … facet za mną chrapał … wszyscy cichutko spali … zbudziła mnie la azafata (stewardesa) … zbierała koce … tak, dostaliśmy koce do spania … jest przed piąta rano … wysiadamy … próbujemy się jakoś zorganizować … wychodzimy przed terminal … rozmowa z dwoma taksówkarzami … trzeci się wcina … proponuje hotel … od zaraz … pakujemy się … jedziemy …

Hotel … nie ma problemu z miejscami … starszy kierowca … zwąchał interes … próbuje nas namówić na wycieczkę na jutro … zajmujemy pokoje … czas na spanie … śpię do 9.30 … toaleta … brewiarz … śniadanie … po 10.00 wyruszamy na poszukiwanie terminalu … trzeba kupić bilety na powrót … taksówka … bardzo miły pan … rozmowa o Polsce … Peru … pracy taksówkarza … i wielu innych rzeczach … wielki terminal autobusowy … szukamy empresy (firmy) … jest jedna … musimy dojechać innym autobusem do Chiclayo … a stamtąd ich autobus do Quayacuil … kupujemy …

Jedziemy do kolejnego terminalu … kupić bilet do Chiclayo … mocno to skomplikowane … docieramy do terminalu … niespodzianka … pani nie chce nam sprzedać biletu … bo Staszek jest nie pełnoletni … 17 lat … albo jedzie z rodzicami … albo mamy notarialnie potwierdzone pełnomocnictwo … rozmawiamy … tłumaczymy … nie dociera … idzie pytać … nie da rady … denerwuję się … mam pomysł … napisze sam … ale musi być notarialnie potwierdzone … tłumaczę jej … już trochę mniej grzecznie … że Polska jest … baaaaaaardzo daleko od Peru … nie dociera … zabieram jej paszporty … mówię do Don Darka i p. Asi … idziemy do następnego okienka … w następnym powiem … że Staszek jest moim adoptowanym synem … i tak zostałem ojcem … :P :P :P … trudno będę musiał kłamać … pięć okienek dalej … żeby nas babka nie widziała … z wielkiego obrazu za panią patrzy na mnie … Pan Jezus Miłosierny … zamawiam bilety … idzie dobrze … kobieta wpisuje dane … wpisała Staszka … cisza … jest lepiej … wydrukowane … zapłacone … najlepiej … nie musiałem „rozmijać się z prawdą” … bo mężczyźni nie kłamią … co najwyżej „rozmijają się z prawdą” … :D :D :D … przejechaliśmy cały Ekwador i pół Peru … i nie było żadnych problemów … przecież go nie porwaliśmy …

Wracamy … małe problemy z odnalezieniem hotelu … nie posłuchałem intuicji … najpierw poszedłem dobrze … ale zawróciłem … sam nie wiem czemu … krążymy … docieramy … zabieramy chłopaków … jedziemy do Chan Chan … preinkaskie miasto … założone przez cywilizacje Chimu … stolica ich imperium … wiek od X do XV d.C. … potężne miasto … właściwie ruiny miasta … zajeżdżamy … kupuję bilet … czekam na pozostałych … zagaduje do mnie jakaś kobieta … mówi do mnie „joven” (młodzieńcze) … zagadka … ile mam lat … daje mi 24 … super … dziękuję … podpytuje czy potrzebujemy przewodnika … oczywiście, że chcemy … tylko my … prosimy o mówienie wolno i wyraźnie … :D :D :D … na początku mówiła … aż za wolno … rewelacja … świetnie mówi … wielka wiedza … rozumiem 100% … oprowadza nas po el palacio (pałac) … jednego z królów … każdy król miał swój pałac … jak umierał … umierały z nim wybrane osoby … „ale zaszczyt” … bez względu na to, ile miały lat … pozostałe opiekowały się pałacem … teraz grobem króla … nowy król zamieszkiwał w nowym pałacu … zwiedzamy pałac … a właściwie jego ruiny … jest potężny … okazuje się … najmniejszy w całym mieście … WOW … mnóstwo informacji … zadaję sporo pytań … na wszystkie pani cierpliwie odpowiada … drugi przewodnik zdążył oprowadzić dwie grupy … my ciągle zwiedzamy …

Wiara w życie pozagrobowe … na dalekich wyspach Oceanu … król zabierał ze sobą … na lwach morskich (środek transportu) … po śmierci … wszystkie rzeczy i wszystkich ludzi … pochowanych razem z nim …

Świetni nawigatorzy … dotarli do Polinezji … Wysp Wielkanocnych … rybacy … czcili przede wszystkim Księżyc … dawca życia w tym rejonie … Słońce wszystko zabija … składali ofiary z dzieci … świetnie znali prawa przyrody … fenomen Nino …

Ciężko spisać wszystkie informacje … zwiedzamy plac główny pałacu … rytualny … świątynie … każda dla innego bóstwa … piękna ornamentyka … mało jej zostało zachowanej … w pałacu żyło ok 300 osób … reszta ludzi … na zewnątrz … pracowali na pałac … króla … rodzinę … kapłanów … służbę …

Żegnamy się z przewodniczką … jedziemy do muzeum … małe … nie ma dużo eksponatów … konkwistadorzy splądrowali groby zaraz po przybyciu … niewiele zostało … wrażenie robi makieta … obrazująca miasto … kilka zdjęć … jedziemy dalej … do Huaca de Esmeraldas (Piramida Szmaragdowa) … tak samo ruiny … jakoś wrażenia na mnie nie robi … wracamy do hotelu … wcześniej jednak obiad … chwila poszukiwań … la Chifa … chińskie jedzenie … a w sumie to la mezcla (mieszanka) … chińskiego i peruwiańskiego … bardzo dobre … przypomniał mi się skecz kabaretu Ani Mru Mru … „Chińska restauracja” … w okolicy nie ma psów … może to kurczak … którego właśnie zjadłem … :D :D :D

Wracamy do hotelu … jest 17.00 … zmiana ubrań … „na księdza” … idziemy w stronę la Plaza de Armas … zobaczyć rynek … i znaleźć kościół …

Ryneczek przepiękny … odrestaurowane śliczne kamienice … i cudny kościół … katedra … wchodzimy … adoracja Najświętszego Sakramentu … Msza o 18.00 … chwila modlitwy … szukam zakrystii … kobieta prowadzi mnie do kancelarii … tu zadecydują … czy mogę odprawiać … rozmawiam z bardzo sympatyczną kancelistką … prosi o dokument … potwierdzenie, że jestem księdzem … dwa razy mnie przeprasza … tłumaczy się … ale wszystko jest w porządku … dzwoni do wikariusza generalnego … potem gdzieś jeszcze … jest zgoda … chwilę rozmawiamy … kim jestem … co tu robię … etc. … „Ksiądz bardzo dobrze mówi po hiszpańsku” … miód na moje serce … takie komplementy … :D :D :D

Zakrystia … potężna … na ścianach … cały poczet biskupów diecezjalnych … potężne … stare portrety … niesamowite … zakończenie adoracji … z księdzem … franciszkanem … staruszkiem … służę mu jako munagillo (ministrant) … z kadzidłem … itd. … przed zakrystią jakiś mężczyzna prosi o spowiedź … nie zdążę … wracam do zakrystii … Padre Elias … z nim odprawiam … Msza … bardzo sympatycznie … czytam Ewangelię … kościół wewnątrz prześliczny … odrestaurowany … po Mszy … krótka rozmowa z padre … bardzo sympatycznie … żegnam się … przy zakrystii jakaś kobieta prosi o błogosławieństwo wody … oraz dzieci … dwoje w wózeczkach … zmierzam do wyjścia … jakaś dziewczyna … może z 14 lat … prosi o spowiedź … zawracam … spowiedź … w międzyczasie zaczyna się Msza o 19.00 … na której śpiewa chór … ale pech …

Idziemy na pura naranja (sok z czystej pomarańczy) … mała kawiarenka … sporo czekamy … ale sok wyborny … zdaje się, że pani była szczęśliwa … że padre nawiedził jej kawiarenkę … naprzeciw … San Martin de Tours Estudio i Revelados Digitales (św. Marcin z Tour studio i wywoływanie cyfrowe) … oczywiście, że zdjęcie …

Na ulicy spotykamy muzyków … młodzi chłopcy … przechodzą od knajpy do knajpy … grają po jeden dwa utwory … idziemy za nimi … nawiązuje się znajomość … grają … super … wracamy do hotelu … jeszcze lody … jakieś pieniążki dla babci … która stoi od samego rana i próbuje sprzedać jakieś słodycze …

Czas na odpoczynek … to był dobry dzień … został mi już niecały tydzień …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks Marcin 14-17

20 sie

Poniedziałek (14.08)
El enojo i la alegria (złość i radość)
Telefon nastawiłem na 5.05 … ciężko zwlec ciało z łóżka … mimo, że za dużo nie waży …
Brewiarz … toaleta … śniadanie … hermana Lenka wszystko przygotowała … także
aprowizację na cały dzień … kochana kobieta … wiedziałem, że o 5.30 nie wyjedziemy …
Godzina 6.00 … pożegnanie … wyjazd … nasza piątka … trzy Chorwatki … hermana
Patricia … siostra prowadzi jako pierwsza … przed wyjazdem hermana Lenka … żebym
też jechał … obietnica … będę jechał więcej niż siostra … hermana Lenka dziękuje …
pierwsze dwie godziny sen … wschodzi słońce … piękne błękitne niebo … przepiękne
widoki … wulkany w śniegu … widzimy najwyższy wulkan na świecie … Chimborazo …
nieczynny … widok nieprawdopodobny … w aucie gramy … najpierw w jakieś śpiewanie
… potem w „Kim jestem?” … za pierwszym razem idzie mi szybko … Jerzy Waszyngton …
za drugim muszę trochę dedukować … Gucio … :D :D :D … mijamy kolejne przepiękne
szczyty i wulkany … po trzech godzinach jazdy … zmiana … zatrzymujemy się na stacji …
Panaderia (piekarnia) … ciastko z papają … dobre …
Jadę andyjskimi drogami … po grzbiecie Andów … wysokość ok 3500 m.n.p.m. … widoki
są nie do opisania … pogoda sprzyja … piękne niebo … trochę chmur dodających uroku …
w pewnym momencie jadę powyżej chmur … w dole, jak kołdra wypełniają dolinę … w
drodze dziury … uskoki … wszystko „zasługa” trzęsień ziemi … na poboczach skały …
odpadły od góry … stoczyły się po drodze … co chwila znaki … ostrzegają przed skałami
… po dłuższej jeździe po równym … zaczyna się „góra-dół” …
Oczywiście nie brakuje szalonych kierowców … tym razem autobusy dają popis …
najpierw jedzie za mną „niebieski” … szaleje … widzę w lusterku … wyprzedza na
trzeciego … próbuje mnie … nie dam się … długo jedzie za mną … chyba zatrzymała go
policja … jechała za nami … i nagle zniknął … ale za chwilę pojawia się drugi … biało
–czerwony … ten to dopiero szalony … też próbuje mnie wyprzedzić … za mało ma
„pary” … szaleje … ostry zakręt … stromo w dół … na trzeciego … nie chciałbym być
pasażerem …
Zatrzymujemy się … nie ma parkingów … na ulicy … w ciągu minuty naliczyliśmy … 3
szalonych kierowców … w tym autobus „biało-czerwony” … w końcu nas wyprzedził …
„sukces” …
Droga wije się … wśród przepięknych pejzaży … stroma ściana … na niej wydzielone
poletka … mienią się rożnymi kolorami … góry, aż po szczyty … zagospodarowane, albo
porośnięte roślinnością … różnokolorową … i chmury … wirtuozi … artyści – malarze …
rzekłbym „impresjoniści” … bo bardzo krótko trwa „akt” … trzeba się spieszyć ze
zdjęciem … bo za chwilę zmiana …
Nie mogę się napatrzeć … mógłbym tu żyć … zdobywać te szczyty … kieruję i oglądam …
podziwiam i kieruję … nie ma słów, żeby to opisać … trzeba zobaczyć …

W drodze problemy … siostra nie wie dokąd jechać … pyta … w końcu okazuje się … że
ruiny inkaskie … które mieliśmy zwiedzać … ominęliśmy … zdołowany … byłem
nastawiony … po to, tak wcześnie wstałem … „zmarnowany dzień” …
Na miejscu … Azogues …. po g. 14.00 … dom sióstr … mieszkały tu 4 lata …
katechizowały … dom został … opiekuje się nim jakaś kobieta … przy domu kościół …
zapoznanie z miejscem … obiad … co dalej? … siostra uruchamia głośniki na wieży …
ogłasza w miejscowości … Msza o 19.00 … ciekawy sposób … lepszy niż ogłoszenia …
wygląda na to, że będziemy tu siedzieć do 19.00 … nie ma takiej opcji … nie daleko
wzgórze … na nim figura … idę tam … Tomek … sfrustrowany jak ja … idziemy …
wychodzę z podwórka … rekonesans … gdzie el sendero (ścieżka) … mili ludzie … trzeba
zejść aż do miasta … tutaj nie ma drogi … informuję siostrę, że idę … ale to daleko … nie
będę siedział pół dnia … jedziemy wszyscy … szukamy drogi … udaje się … kościół
franciszkański … Maria la Seniora de la Nieve (Matka Boża Śnieżna) … tylko czemu? …
tutaj ludzie śniegu nie widzieli … tak się objawiła …
Kościół piękny … bardzo duży … spotykam franciszkanina … pytam o drogę … godzina w
jedną stronę … znam ten „czas ekwadorski” i „ekwadorskie odległości” … ja, Tomek,
Staszek i Josipa … wyruszamy … nie znam drogi … prowadzę … po drogach miasta … na
azymucie mając tylko widoczną figurę … bez problemów trafiamy do szlaku …
wspinaczka w górę … mocno w górę … jest moc … tempo duże … Josipa nie nadąża … na
szlaku stacje drogi krzyżowej … dzięki nim wiem, ile do szczytu … ale duże odległości
między stacjami … stromo pod górę … co prawda drogą … ale wymagające …
Widoki cudne … pogoda idealna … podobno dzisiaj pierwszy dzień … przez wiele dni
zimno i chmury … szczyt … 57 minut … potęga Andów zdumiewa … widoczność na 40-50
km … coś nieprawdopodobnego … na zdjęciach nie da się tego oddać … i figura Maryi z
Dzieciątkiem … duża … ale nie większa od Jezusa w Świebodzinie :P … zdjęcia … Jospia
dociera dużo później …
Czas schodzić … już jesteśmy spóźnieni … po drodze krowy „wysokogórskie” … jak one
wchodzą na te zbocza? … nie mam pojęcia … i chłopiec … może ok 3 lat … sam …
zupełnie sam … w Polsce … policja … niebieska karta … prokurator … sąd … a może
nawet zabranie dziecka … robimy mu zdjęcia …
Schodzimy … wracamy do domu … jest 18.55 … ludzie już czekają … „inny Ekwador” ???
… przygotowuję się do Mszy … przychodzi kobieta do spowiedzi … potem siostra
oznajmia … dzisiaj zaczyna się nowenna … do Matki Bożej … najpierw będzie różaniec …
czyli jednak „Ekwador” … modlimy się wspólnie … modlitwę prowadzi jakiś mężczyzna
… potem śpiewy także …
Msza … dzisiaj św. Maksymiliana Mari Kolbego … kazanie … dużo ludzi w kościele …
mówię im o św. Polaku … nawet słyszeli o obozach koncentracyjnych … znak pokoju …
bardzo szczęśliwi, że do nich podszedłem … po Mszy … kolejka w zakrystii … wszyscy
dziękują … ściskają … szczęśliwi … ale idą gdzieś za zakrystię … do jakiegoś holu …
siostra mówi, żeby iść za nimi … wynoszą figurę Matki Bożej z kościoła do holu … w
zakrystii jeszcze krótka rozmowa ze starszą Indianką … pyta o moją wizytę … ile będę …
czy wrócę … wszyscy ubrani … normalnie … my byśmy powiedzieli „ludowo” …
bogactwo kolorów …

Wchodzę do holu … siedzą w wielkim kole … grają … w BINGO … nigdy nie grałem … dają
mi kartę … potem kakao … „nie-plastikowe” … bułkę … i ziarna kukurydzy … sądziłem, że
do jedzenia … chcę włożyć do ust … nie!!! … krzyczą … do zaznaczania na kartce
numerków … śmiałem się z siebie z 3 minuty … oni grają na pieniądze … !!!!!! … ja z Evą i
siostrą … NIE … dla zabawy … chłopak wyczytuje numerki … dwie rundy … dwa razy
zabrakło 4 … pierwszy raz grałem z Indianami w Bingo … dużo radości …
Wracamy do siebie … wchodzę po schodach … mieszkamy wysoko … prawie na szczycie
góry … w dole miasto … błyszczy światłami … a na niebie gwiazdy … jedno spojrzenie … i
jest … pierwszy raz w życiu go widzę … ale od razu go rozpoznałem … KRZYŻ POŁUDNIA
… co za radość … nie wiem czemu … ale zawsze chciałem go zobaczyć … takie małe
marzenie … dzięki Staszkowi robię mu zdjęcia …
Kąpiel … przydział pokoju … sam … łóżko ozdobne … łazienka jak w szatniach
piłkarskich … z dwóch stron wejście … Brewiarz … i spać … jutro znowu w drogę …

+ JMJ
Wtorek (15.08)
Al fin del mundo (koniec świata) …
Dzisiaj uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny … wczoraj ją
odwiedziliśmy na wzgórzu Abuga … dzisiaj czcimy Jej wywyższenie … noc krótka … ale
intensywna … Indianie z holu rozeszli się dopiero po 23.00 … wstaję po 6.00 … śniadanie
… wyruszamy …
Cała ekipa … dwie Indianki z nami … przewodniczki … jedna starsza … druga dopiero po
studiach … mówi bardzo fajnie … wszystko rozumiem … jedziemy do Cuenca … duże
miasto niedaleko … 250 tys. mieszkańców … w dolinie … między szczytami gór … wyjazd
z Azogues nie jest prosty … zjazd z gór … hamowanie silnikiem mało pomaga …
wjeżdżamy na la autopista (autostrada) … 40 minut … na miejscu … najpierw panorama
miasta … bardzo ładna … nad miastem unosi się chmura … przypomina smog … ale to
tutejsze zjawisko … nazwy nie zapamiętałem …
Centrum … najpierw problem z zaparkowaniem … udało się … urokliwe miasto …
zabudowa kolonialna … zachowana stara architektura … mimo, że wpuścili ruch aut … el
trafico es enorme (ruch jest wielki) … a to wakacje … w roku akademickim … jeszcze
większy … tutaj też obowiązuje „pico y placa” … w mieście … znany uniwersytet …
Najpierw el catedral de Cuenca … piękna … ale nie można robić zdjęć … potężny kościół
… właśnie się zaczęła Msza … idę do przodu … w bocznym ołtarzu … adoracja
Najświętszego Sakramentu … chwila modlitwy … w innym bocznym ołtarzu … św. Jan
Bosko??? … figura przedstawia … księdza w chłopcem … ale nie podobny … podchodzę …
San Miguel Cordoba … nauczyciel … wychowawca … założył przytułek dla sierot … robił
to samo, co San Juan Bosko … i żył zaraza po nim … wychodzę z katedry … kramik z
dewocjonaliami … św. Marcin de Porres … ile? … 15 dolaritos … zaczynam negocjacje …

„Yo soy Martin, pues 10” (jestem Marcin, więc 10) … 12 dolarów … i tak dobrze … takich
rozmiarów figurka w Quito … 25 dolaritos …
Czekamy na Staszka i Jospię … idziemy do fabryki i muzeum los sombreros (kapeluszy)
… w drodze miła rozmowa z młodą Indianką … wymieniamy doświadczenia …w fabryce
… dużo różnych kapeluszy … rozmiary … do XXXL … kto ma taką głowę ??? …
przymierzam kilka … nawet pasują … ale gdzie ja je będę nosił … zdjęcie wystarczy …
ciężko także z transportem … wracamy w czwórkę … inni zostali … pooglądać … sklep z
dewocjonaliami … pytam o brewiarz … jeszcze drożej niż w Quito … wywiązuje się miła
rozmowa ze sprzedawcą … chwilę rozmawiamy …
Jospia ma ochotę na czekoladę … trzy kroki dalej la eladeria (lodziarnia) … zachodzimy
… trochę drogo … ale lody dobre … jednak nie naturalne … pozostali dołączają do nas …
czas wracać … parking … stąd nie daleko do terminalu autobusowego … pożegnanie …
wchodzimy … przy kasie Don Darek spotyka mężczyznę … autobus do Loja odjeżdża za
chwilę … zapakowani … piątka Polaków wyrusza dalej na południe …
Autobus kiepski … nie mam przekonania, czy dojedziemy w jednym kawałku … wczoraj
napisałem … o szalonym kierowcy … dzisiaj na takiego trafiliśmy … most … las chapas
(leżący policjant) … pod górę … wyprzedza inny autobus … p. Asia naliczyła trzy
momenty … „otarcia się o śmierć” … nie patrzyłem … spałem … pisałem na kompie …
czytałem … myślałem … :D :D :D … fakt … „zapieprzał” z góry … to najlżejsze słowo jakie
znam … na ten typ jazdy …
Widoki przepiękne … cały czas góry … niektóre doliny bajkowe … w trakcie drogi …
zapach dymu … zatrzymujemy się … policja … dymu coraz więcej … wydobywa się zza
skarpy … czekamy z 15 minut … puszczają nas … pożar … ogień zaraz przy samym
autobusie … wysokie płomienie … w autobusie ludzie przestraszeni … niektórzy krzyczą,
żeby jechać szybciej … palą się całe zbocza … nie widzę nikogo gaszącego … ale
kontrolowany na pewno nie jest … w Polsce dawno zamknęliby drogę … nikogo nie
przepuścili … tutaj wszystko działa inaczej …
Na marginesie … w Quito … widziałem, jak chłopak … myjący szyby aut na skrzyżowaniu
… mył szybę radiowozu … we Wrocławiu … po tym, jak mi umył szybę … na
skrzyżowaniu … zawinęła chłopaka policja … nie zdążyłem mu zapłacić … tutaj
rozumieją … człowiek też chce żyć … a nie zawsze jest za co …
Płomienie pożaru widać jeszcze długo … zjeżdżamy w dół … wjeżdżamy pod górę …
ponad 4 godziny … docieramy do Loja … już niedaleko do granicy z Peru … idę do
informacji … szukamy autobusu do Guansimi … bezpośredniego … jest o 16.30 … dobrze,
bo drogę otwierają dopiero o 18.00 … więc dojedziemy bez czekania … mamy godzinę …
idziemy coś zjeść … jakiś bar … obiad za 3 dolce … zupa zimna … ale drugie niezłe …
kurczak z ryżem i frytkami … tutaj ziemniaki są sałatką … porcje bardzo duże … w sumie
głodny nie jestem … ale zjeść trzeba … wszystkiego nie dałem rady …
Chyba za bardzo dla nich blady jestem … mimo, że opalony … dużo osób mi się przygląda
… w barze chłopiec … chyba nie widział białego … :D :D :D … na terminalu … dużo osób …
wodzi za mną wzrokiem …

Wychodzimy na peron … trzeba zapłacić, żeby wejść … pierwszy raz się z czymś takim
spotykam … kierowca z pomocnikami montują zderzak … :P :P :P
Autobus również kiepski … jedziemy … kierowca spokojniejszy … zjeżdżamy w dół …
coraz więcej roślinności … muszą karczować … i pilnować … bo rośliny szybko zajmą
drogę … zapada ciemność … jedziemy już długo … miało być 3,5 godziny … wiadomo
„czas ekwadorski” … wjeżdżamy na drogę … tą zamykaną … zero asfaltu … licho
wyglądające mostki … dużo zakrętów … wąsko … jedziemy … jedziemy … i jedziemy …
zatrzymujemy się w jakiś malutkich miejscowościach … jedziemy na koniec świata …
W końcu cel … Guayzimi … kiedy wysiąść … jak każdy podchodzi … i kierowca
zatrzymuje się kiedy chce … jakiś mężczyzna podchodzi do nas … mówi, że tu
powinniśmy wysiąść … pytamy o franciszkanów … tak, to tu … Anioł Stróż … parafia jest
z 50 metrów dalej …
Wita nas o. Seweryn … najpierw Msza … w kościele … wszystko przygotowujemy … po
hiszpańsku … szybka … ale uroczysta … zakrystia … po podłodze zaiwania … la
cucaracha (karaluch) … „malutki, nie można go ruszać” … mówi ojciec … wychodzę do
ołtarza … obok mnie wielki karaluch idzie po podłodze … Msza … bez kazania … wszyscy
padnięci … w kościele … obraz św. Faustyny … Bożego Miłosierdzia … Jana Pawła II …
widać, że Polacy pracują … „ale Msza nie ważna” … nie było składki … :D :D :D
Kolacja … ojciec Seweryn … 18 lat kapłaństwa … 2 w Zakopanem … 14 w Argentynie …
teraz od 2 lat tutaj … 37 kaplic … najdalej położona … 1,5 godziny autem … 4,5 godziny
na nogach … pod górę … w błocie … 1 godzina łódką … w JEDNĄ STRONĘ … z powrotem
to samo … Msza, co miesiąc …
Jesteśmy na granicy z Peru … 7 kilometrów w linii prostej … ale nikt nie przejdzie … góry
i przepaści … węże jadowite … 4 godziny życia po ugryzieniu la hoja pudrida (zepsuty
liść) … skorpiony … tygrysy … to codzienność … kilka historii przy kolacji … coś skrobie
przy dachu … nietoperze … nasi sprzymierzeńcy … w walce z komarami … tutaj podobno
nie ma …
Chińczycy są wszędzie … całe wioski Chińczyków … szukają złota … dzisiaj się
dowiedziałem … 15-17 lat temu była wojna ekwadorsko – peruwiańska … o złoto w
dżungli … zaminowane tereny są do dzisiaj …
Ojciec jest obecnie sam … ma wikarego … na urlopie w Polsce … ale po powrocie
wyjeżdża do Argentyny …
Po kolacji ekipa idzie do siebie … zostajemy … na kapłańskie pogaduchy … dowiaduję się
nowych rzeczy … jutro mamy jechać do dwóch Indiańskich wiosek … już się nie mogę
doczekać … tracę rozeznanie … jaki mamy dzień …

+ JMJ
Środa (16.08)

Gringo entre los Indios (Biały wśród Indian) …
Pobudka 5.05 … okaże się za wcześnie … ale niech będzie … toaleta … Brewiarz … ojciec
śpi … po wczorajszym wieczorze dla mnie Seweryn :P … los polacos czekają przy kracie
… budzę dom … śniadanie … przełożono transport rzeczny … o godzinę …
Przygotowanie … biorę ciuchy, które specjalnie kupiłem na dżunglę … nie da się iść w
butach … potrzebne kalosze … znowu dostaję żółte … jako jedyny … „typowy” gringo …
wyjeżdżamy … 7 km asfaltu … jedyne … potem droga kamienista … mnóstwo dziur … ale
ojciec nie zwalnia … jedziemy między las fincas (ranczami) … trochę bydła … bananowce
… trzcina cukrowa … mosty … wiszące … stalowe … lub nie :P … na drodze … przystanki
autobusowe … Indianie też jeżdżą autobusami … spotykamy kilka razy autobus … za
wzgórzem Peru … bardzo blisko … a jednocześnie bardzo daleko … bo za granicą
kilometry dżungli …
W drodze „dżunglowe opowieści” … dziewczynka jakiś czas temu spadła z mostu …
mózg wypłynął … zmarła w szpitalu … sporo dzieci się topi … rodzice nie pilnują …
mijamy kopalnie złota … wszystko rząd sprzedaje Chińczykom … nawet za długi
zastawili Galapagos … prezydent robi, co chce … prezydent = bóg … mnóstwo
„komunistycznych” pomysłów … przebić się przez górę … żeby nie było zakrętów …
Indianie robią napój „anatema” … naturalny napój halucynogenny … dzięki niemu widzą
przyszłość … jeden katechista wypił … spał tydzień … bo za dużo wypił … chciał
zobaczyć jaką będzie miał żonę … po pięciu dniach przyszli po ojca … bo za długo śpi …
inne historie … to spadające w przepaści autobusy … łódki, które nurt rzeki spycha na
skalne brzegi … silnik odpadł z łódki… ratunek w wejściu do wody … ciężko wszystko
spamiętać …
Jedziemy długo … w pewnym momencie most … na nim wielka figura … ptak i jeździec
na nim … bóg Arutam… opisu jeszcze nie przeczytałem … nie ma kiedy … bóg, który
uciekł … sfotografowałem opis … jedziemy dalej … co jakiś czas kilka domów … la
comunidad (społeczność) … zróżnicowane … trzy główne plemiona … nieraz
wymieszane … nieraz jednorodne …
Dojeżdżamy do punktu pozostawienia auta … zabieramy rzeczy … czekamy na transport
… Rio Blanco i Rio Negro … zbiegają się, w tym miejscy … w jedną rzekę … nurt jest dość
wartki … czekamy … nikt nie przypływa … więc zabierają nas inną łódką … drewniana …
z silnikiem … nie dłubana (bardzo wywrotne) … przecieka … wsiadamy … mocno się
zanurza … wydaje się, że woda za chwilę wleje się do środka … rzeczy zabezpieczone
przed zalaniem … wyruszamy … siedzę na baniaku z paliwem na przedzie … okazja
zrobić filmiki … łódka mocno się kołysze … zwłaszcza przy zakrętach … przewodnik na
przedzie stoi … ma wprawę … w pewnym momencie mocne zanurzenie na lewą burtę …
prawie wywrotka … dziewczyny podniosły larum :D … przy mocniejszej fali … mokrzy …
zabawa przednia … cały czas wrażenie … że łódka zaraz się wywróci … płyniemy
slalomem … między wyspami kamieni … „rzeczne mielizny” … czuję się, jak prawdziwy
misjonarz …
Niestety zabawa nie trwa długo … może ok. 30 minut … trzeba iść piechotą … dżungla …
ale z „przejaśnieniami” … trochę błota … kilka razy po kłodach położonych przez błoto …
trochę między trzciną cukrową … prowadzi nas Indianin … tempo dość szybkie …

mijamy piękne palmy … mnóstwo różnych drzew … krzewów … część niebezpiecznych
… jeden ksiądz … pośliznął się na błocie … oparł się o drzewo … z kolcami … całe ręce
pokaleczone … mijamy domy … w dżungli … jak oni tu żyją ??? … droga trwa ok. godziny

Dochodzimy do wspólnoty Shamatak … Indianie Szuarowie … łowcy głów w przeszłości
… nie lubią pracować … jak twierdzi ojciec … wchodzimy na plac … kilka domów wokoło
… kilka finec (rancho) … domy … masakra … podchodzimy do budynku szkoły … tutaj
będzie Msza … I Komunia trojga dzieci … i chrzest …
Msza miała się zacząć o 9.00 … przełożona na 10.30 … zaczęła się o 11.30 … tak długo się
schodzili … najpierw przywitanie … rekonesans … oni się nam przyglądają … my im …
znają ojca … ale nas nie … „wąchamy się” … przyjazd gringo to wydarzenie … zdjęcia …
przywitania … ciągle ktoś dochodzi … rozmowa z miejscowym katechistą … gada i gada
… nawet połowy nie rozumiem … mówi bardzo niewyraźnie … w końcu spowiedź …
najpierw ojciec … potem mnie angażują … spowiadam Indian Szuarów „łowców głów” …
sporo osób do mnie przyszło … liczą, że nie rozumiem … :P :P :P
Agnieszka … wolontariuszka … mimo tylu lat na misjach … wciąż żyje ideałami … także
„liturgicznymi” … uczy Indian i Polaków także … służby przy ołtarzu … celebracji Chrztu

Zwyczaje … wielożeństwo … ciężko przetłumaczyć … jedna żona … ale wiele kobiet … tak
sobie to tłumaczą … wezwanie do chorego … ponad 90 lat … ma żonę cywilną … i kilka
kobiet … został w końcu sam … ale ślubu nie chce wziąć …
Na marginesie … do ojca kiedyś … przyszedł staruszek … zapytać … czy ma się
spowiadać … bo co prawda, poszedł z dziewczyną w las … ale nie dla przyjemności … z
potrzeby … :D :D :D
Ludzie się schodzą … dzieciaki odświętnie ubrane … z jednej strony … za nimi rodzice …
z drugiej strony dziecko do chrztu … rodzice i chrzestni … zaczynamy Msze … mnóstwo
dzieci … w każdej rodzinie po 6-7 dzieci … albo więcej … usmarowane … zazwyczaj w
gumowcach … ale także na boso … ojciec przewodniczy … ja mówię kazanie …
„komunijne” … o pokarmie dla duszy … bardzo prosto … żeby zrozumieli … i krótko …
słuchają … uczestniczą w dialogach … i duzi i mali … możliwe, że trafiło …
Po Mszy … rozdawanie lizaków … rytuał … najpierw sznurkiem od habitu ojca … potem
lizak … dużo zabawy … wygłupiania się … potem … poświęcenie boiska … to wielkie
osiągnięcie wspólnoty … to nie są dzicy Indianie … jest antena satelitarna dla telefonu …
jest komputer … drukarka … nowocześnie … ale z tradycjami … :P :P :P … brzmi jak hasło
reklamowe firmy …
Ojciec święci boisko … do kosza … nogi … i siatki … potem proszą o poświęcenie domów
… naprawdę „dom” to słowo na wyrost … odbiega to od jakichkolwiek naszych
wyobrażeń domu … to trzeba zobaczyć … zbite ze sobą … nierówno … deski … przykryte
blachą falistą … na palach … bo węże … ojciec święci dwa domy … wracamy na boisko …
załatwiają sprawy katechistów … ja rozmawiam z jednym z Indian … naszym

przewodnikiem … opowiada o życiu … o fincach … o tym z czego żyją … mają nawet
telewizor w jednym z budynków …
Obiad … indiański … ajampacu … tak się nazywa danie … na liściu o tej samej nazwie …
mięso … chyba kurczak … ale kości wskazują, że coś innego też … nie chce wiedzieć co …
los palmitos … juka (normalnie trująca, po ugotowaniu – mdła, ale zjadliwa) … sztućce –
palce … autentyczny indiański posiłek … o sanepidowskich standardach nie
rozmawiamy … jedzenie dość suche … zwyczaj, że dzieci jedzą na końcu … jak coś
zostanie … ale ojciec to zmienia … do picia … chicha … napój alkoholowy robiony z juki …
sekretny przepis … podany w misce z kokosa … mówią, że trzeba pięć … żeby być
boracho (pijanym) … oczywiście, że próbuję … aczkolwiek wiadro, w którym to
przynieśli … do czystych nie należy … nie wolno odmówić … bo się obrażą … jemy …
nawet ze smakiem … nie mam problemów …
Pytają mnie … czy przyjadę tu pracować … Boże plany … szukają kapelana czy co ??? …
pożegnania … jest po 14 … mieliśmy być na brzegu … o 12.00 … wracamy … towarzyszy
nam rodzina … w drodze rozmawiam z młodym Indianinem … ojcem tej rodziny …
dobrze mówi … wszystko rozumiem … wymieniamy doświadczenia życia w Ekwadorze i
w Polsce … nagle na drodze … stonoga … wielka … czerowno – czarna … bierze ją do ręki
… ta nie jest trująca … idziemy … rozmowa fajnie się toczy … przyłącza się jego żona …
Dochodzimy do rzeki … łódka już czeka … płyniemy … znowu „zabawa” … teraz z nurtem
… szybciej … ale i niebezpiecznej … więcej osób w łodzi … w pewnym momencie
trafiamy na mieliznę … trochę zarzuciło … prawie się wywróciliśmy … ale na szczęście …
na czas zareagował człowiek na dziobie … dopływamy do brzegu … naprawdę
niesamowite doświadczenie … ruszamy w dół … zajeżdżamy do innej wspólnoty …
odstawiamy „mojego rozmówcę” z rodziną …
La comunidad La Wantza … czekają na Mszę od 14.00 … jest 16.30 … cierpliwi … witają
nas dzieciaki … biegną za samochodem … ja mam odprawiać … ojciec spowiada …
przynoszą trzy intencje … Msza zbiorowa … podporządkowuję się woli Proboszcza …
Msza z kazaniem … dialoguję z dziećmi … tutaj ich jest jeszcze więcej … wspólnota to …
12 rodzin i ok 70 osób … nieźle … kazanie o tym, ile mamy mam … i prośba o modlitwę
za ojca i za Agnieszkę … bardzo życzliwi ludzie … po Mszy rozmawiamy … święcę wodę
… pokarm … figury Matki Bożej … znowu cukierki … i „raz” ze sznura ojca … rozmowa z
ludźmi … na posiłek …
Drugi obiad … porcje ustalone … bardzo duże … dla nas … i dla całej wspólnoty … taki
zwyczaj … zaglądamy do kuchni … „cielo santo” (święte nieba) … tego nie da się opisać …
ale mnie to nie zniechęca … zasiadamy do stołu … kurczak … ryż … juka … pomidory …
wielka porcja … dla mnie za wielka … można zostawić … dzieci wszystko zjedzą … ale
trzeba trochę zjeść … bo się obrażą … jedzenie dobre … do picia … chicha … ale inna …
Wyruszamy w drogę … prowadzę … jazda po bezdrożach … wyzwanie … ale i
doświadczenie … ciężko się prowadzi w gumowcach … zwłaszcza, że są trochę za duże …
wracamy do domu … chwila odpoczynku … i na trzecią Mszę …
Zurmi … wspólnota nie Indian … mają nowennę … codziennie Msza … duży kościół …
pełny ludzi … co ciekawe … udaje się zacząć o ustalonej godzinie … :D :D :D … kazanie …
mówię o prawie i miłości … krótko … na znak pokoju podchodzę do ludzi … bardzo im to

odpowiada … ojciec mówi, że wspólnota bardzo prężna … jedna z najlepszych … po Mszy
… młoda ministrantka wypytuje mnie o język polski … Indian bardzo śmieszy język
polski … tutaj już nie … wgl Indianie mówią tu w szuaru … z gringo po hiszpańsku … na
zewnątrz poczęstunek … bułka … i coś kawo-podobnego …
Wracamy na plebanie … czas na odpoczynek … czas na pisanie … dzisiaj dużo czasu mi
zajęło opisanie … najważniejszych rzeczy … nie wszystkich …
Kolacja … kolejne opowieści … w Polsce "metoda na wnuczka" … tutaj "na babcie" … dwie
starsze kobiety … proszą o pomoc … o przeczytanie małych literek … otwierasz kartkę … i
odlatujesz … narkotyk w środku … katechistka okradziona …
+ JMJ
Czwartek (17.08)
Peru …
Dzisiaj mija miesiąc … szybko czas leci … ciężko uwierzyć … przyzwyczaiłem się do życia
tutaj … ostatnio głosy … tęsknota za Polską … dziwny jestem … nie tęsknię … może
dlatego, że w głowie … trzeba wracać do roboty … :P :P :P … pytałem Seweryna … o
tęsknotę … do Polski leci raz na dwa lata … mówi, że nie ma czasu na tęsknotę … skupia
się na pracy …
Po miesiącu … jak przez mgłę pamiętam życie w Polsce … wiem, że to niedorzeczne …
mocno wciągnęło mnie życie tutaj … jeszcze bardziej niedorzeczne … od jakiegoś czasu
… nie wiem już, który język jest mój … polski już nie brzmi tak jednoznacznie … wiem, to
tylko wrażenie … mój hiszpański nie jest taki super … ale takie są moje doświadczenia …
mówią, że język staje się częścią ciebie … jak zaczynasz w tym języku śnić … miałem już
kilka snów po hiszpańsku … wczoraj bardzo dobrze mówiło mi się z Indianami …
swobodnie … o wielu różnych sprawach …
Dzisiaj … ściągam się z łóżka o 5.40 … jak na pielgrzymce … :D … toaleta … brewiarz …
Msze miałem zacząć o 6.00 … mały poślizg … chyba „Boży” … pukanie do drzwi …
Agnieszka … chce uczestniczyć we Mszy … prosi o spowiedź … okazja u kogoś innego …
niż Proboszcz … Msza w pokoju … ostatnia gregoriańska za babcię … oprócz jednej po
polsku … wszystkie za babcię … były po hiszpańsku … do zobaczenia Babciu w niebie …
ojala (oby) … :D :D :D … trochę jeszcze muszę popracować na to …
Śniadanie … wyjeżdżamy z ojcem … do Zamora … trzeba przed 8.00 … bo zamkną drogę
… mamy 35 minut … trochę się ciśniemy … we czterech na tylnym siedzeniu … w drodze
opowieści … szybciej zaczęli prace na drodze … przed nami … koparka ściąga ziemię …
czekamy … za jakiś czas … przejeżdżamy koło skarpy … ziemia leci niemalże na nas …
któregoś dnia … ojciec jedzie drogą … przepuścili go … facet dalej … macha maczetą …
nie jechać … ojciec jedzie … zaraz z tyłu … spada drzewo … innym razem … jedzie …
zatrzymuje policja … kamienie się obsuwają … czekają … w końcu policjant puszcza …
dwa auta … ojciec drugi … między samochodem poprzedzającym … a nim … przetacza
się wielki kamień … policjant machnął sobie ręką … nie zauważył … na szczęście Anioł
Stróż czuwa …

Terminal w Zamora … pożegnanie z ojcem … pieniędzy za noclegi i jedzenie nie chciał …
od Don Darka … wsadzam mu pieniądze do kieszeni … szukamy autobusu … jest 9.00 …
jedna firma … 11.15 … druga … 10.30 … lepiej … kolejna … 10.15 … super … ostatnia …
9.00 … najlepiej … rzutem na taśmę … plecaki … siedzimy … pod górę … zakręty …
kierowca lekko szalony …
Podróż żmudna … długa … 5 godzin … obok mnie siedzi … najpierw duuuża kobieta …
potem duży mężczyzna … i „pachnie zaniedbaniem” … w czasie drogi … brewiarz …
spanie … hiszpański … spanie … książka … spanie … czas jakoś leci … dojeżdżamy do
Macara … miasteczko na granicy z Peru … podjeżdżamy pod jakąś bramę … jak na
podwórko … na placyku … jeden autobus … chyba się stąd nie wydostaniemy … terminal
… jedyny autobus do Piura … o 3 de la manana (w nocy) … rewelacja … hotelu żadnego
nie widać … decyzja … jedziemy dalej … zjawia się taksówkarz … na granicę … jedziemy
… przy okazji wymieniamy pieniądze … całe szczęście … jest po 18.00 … w ciągu kilku
chwil jest ciemno … to buduje napięcie grozy … tutaj noce są piękne … ale bardzo ciemne
… na granicy … oprócz paszportów … trzeba wypełnić formularze … pani się nie śpieszy
… sprawdza dokładnie dokumenty … trzy osoby przed nami … wszystko ok. 30 minut …
komary gryzą okropnie … przejście przypomina bardziej plac budowy … przechodzimy
most nad jakąś rzeką … granica … na piechotę docieramy do punktu sprawdzania w Peru
… kolejne formularze … ale pani to szybciej idzie … poprzedni kierowca … z granicy są
połączenia do Piury … chyba rozminął się z prawdą …
Kończymy odprawę … zjawia się jakiś kierowca … pyta gdzie … do Piury … tam nie jedzie
… ale do miasta … oddalonego 1,15 g. … może zawieść … stamtąd do Piury … inną
taksówką … niech będzie … nie za bardzo mamy wyjście … wsiadamy … obok kręci się
jakiś starszy facet … zagląda do bagażnika … też ma zamiar jechać? … już nas jest 6 osób
… układają bagaże … tego faceta też … czyli jednak … jedzie z nami … tyle, że … w
bagażniku … pytam, kto będzie płacił mandat … coś zabełkotał …
Podjeżdżamy kawałek … zatrzymujemy się … p. Asia dała mi książkę … o Hiszpanie w
Meksyku … jak go porwał taksówkarz … i okradł … super … akcja jak z książki …
kierowca cofa w jakąś drogę gruntową … wysiada … otwiera bagażnik … zaczyna
wyciągać nasze plecaki … co się dzieje ??? … wszędzie ciemno … żadnych ludzi … obok
tylko jakiś dom … kierowca wrzuca do auta 3 spore beczki paliwa … śmierdzi okropnie
… przykrywa kartonami … na to nasze plecaki … wysiadamy ze Staszkiem … sprawdzić
czy wszystkie wrócą do auta … jednego kierowca prawie zapomniał … pakuje swoje
rzeczy … i starszego faceta … do bagażnika … klapa nie chce się zamknąć … daje mu
sznurek … żeby trzymał klapę … zastanawiamy się czy to szmugiel??? …
Przejeżdżamy kawałek … znowu postój … znowu coś załatwiają … krótko … ruszamy … i
się zaczęło … droga super … prosta … dobry asfalt … prędkość 110/120 km/h … muzyka
na full … mocne basy … aż głowa oddaje … i otwarte okno kierowcy … mieszanka
wybuchowa … „był czas przywyknąć przecie” … do tego się przywyknąć nie da …
pędzimy … las chapas … nie stanowią problemu … gwałtowne hamowanie zaraz przed …
i gaz zaraz po … na poboczach policja … kierowca włącza światło w kabinie …
przejeżdżając koło policji … w pewnym momencie … droga zamknięta … zjeżdża na bok
… kontrola policji … tego się bałem … my we czwórkę na tylnych siedzeniach … facet w
bagażniku … i śmierdzące na całe auto paliwo … podchodzi dwóch … świecą latarkami …
kierowca wysiada … otwiera bagażnik … trzy słowa z policjantem … otwierają nam

drogę … jedziemy … „la propina” (napiwek) … tak się wyraził kierowca … chyba wszyscy
wiedzą o co chodzi … galopujemy dalej … kolejne patrole policji … ale już bez przeszkód
docieramy do celu … zatrzymujemy się na postoju taksówek … woła kolegów … do Piury
… ta podróż … nie była monotonna … wzbudziła moją adrenalinę i wiarę … :P :P :P
Otacza nas grupa taksiarzy … gadają tak szybko … ciężko zrozumieć … na dwie taksówki
… dobra jedziemy … ja ze Staszkiem … młody chłopak … kierowca … szyba przednia …
przyciemniana z góry i dołu … oglądasz świat jak w „Starym Kinie” … co jakiś czas
zamieniamy kilka zdań … ale zbyt rozmowny nie jest … znowu gnamy … otwarte na
oścież okno … a on przeziębiony … muzyka na full … i 110 km/h z licznika nie schodzi …
teraz więcej zakrętów … po drodze … pokazuje mi pożar pól … gnamy dalej … ale z nim
czuję się bezpieczniej … wjeżdżamy do Piury … pytam o hotele … chwile rozmawiamy …
podjeżdżamy pod hotel „Aleksander” … pierwsze wrażenia dobre … cena dobra …
zostajemy … ale potem okazuje się … syfiasto … brak ciepłej wody … widok z okna …
klatka schodowa … dobrze, że to tylko na jedną noc … wychodzimy poszukać czegoś do
jedzenia … wszystko pozamykane … lub nic nie ma w sklepie … wracamy … tylko z wodą
… kupiona u bardzo miłej pani … której weszliśmy do domu … sądząc, że to sklep …
Ogólnie … Peru … jestem tu od kilku godzin … mówią tragicznie niewyraźnie … z innym
akcentem … trzeba się przyzwyczaić … są bardzo głośni … i chyba jest niebezpiecznie …
facet na recepcji w hotelu … załatwia nam taksówkę na jutro … żeby wymienić pieniądze
… samemu lepiej nie próbować … sklepy za kratą … jak nasze apteki czy stacje nocne …
domy za kratami … Ekwador przy tym … to wyższa cywilizacja … czas na spanie …
zobaczymy, co przyniesie jutro … Ojcze, w Twoje ręce …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks. Marcin 10-13

20 sie

+ JMJ
Czwartek (10.08)
Quito …
Dzisiaj zakończyła się Wrocławska Piesza Pielgrzymka do Częstochowy … gracias a Dios
(Bogu dzięki) … ja pielgrzymuję nadal … :D :D :D
Dzień zaczynam szybko … 6.10 … ale dzwonka na pobudkę … nie było … mam podejrzenia
… ale się zbieram … kaplica … tylko jedna osoba … no to czekamy … zdążyłem do Mszy się
przygotować … posiedzieć … pomyśleć … w końcu są … jest 6.50 …
Msza … kazanie … jak zawsze … w czasie modlitwy wiernych … Michael modli się … "za
tych, co przyjechali zabić los chanchos (świnki)" … to w ramach przygotowań do soboty
… śniadanie … próba ustalenia planów … zgłaszam się na ochotnika do pomocy … trzeba
jechać do Quito …
Po śniadaniu wyjeżdżamy z hermaną Lenką, Evą i hermanitą Tanitą … w drodze trochę
rozmów … i różaniec … przeplatany … po hiszpańsku, polsku, chorwacku, łacinie, włosku
… śpiewany i mówiony … hermana Lenka chce się nauczyć po polsku … mówi w pięciu
językach biegle (chorwacki, hiszpański, angielski, niemiecki i włoski) … nigdy jeszcze …
tak dobrze "nie bawiłem się" przy różańcu … bo nie jest na sztywno … na spontanie …
urozmaicony … z uśmiechem … z żartem … przerywany wskazówkami jak jechać …
wymianą spostrzeżeń … że polski podobny jest do chorwackiego :P … ale jednocześnie
bardzo na serio … bo to modlitwa z serca … bardzo mi to przypadło do gustu …
Jedziemy do centrum historycznego … więc trzeba przebić się przez pół miasta …
stwierdzam, że główne drogi Quito już znam … jestem w stanie sam dojechać do centrum
… ruch duży … pomimo Pico y Placa … znowu sporo zwariowanych kierowców … na
Panamericanie dostrzegłem nową rzecz … oczywiście dla mnie … na znakach zakazu …
wypisane jest … "la multa 135 dolares" (mandat) … piszą kwotę mandatu za wykroczenie
… ciekawy pomysł …
Dojeżdżamy … wchodzimy do rynku … dzisiaj 10.08 … Dzień Niepodległości Ekwadoru …
przy pomniku … defilada i uroczystości … idę z hermaną Lenką do Kurii … budynek w
szeregu sklepów … dość okazały … ale w środku bardzo skromnie … widzę tylko
świeckich … księży nie widzę … jeden stoi, gdzieś daleko … szybko załatwiamy sprawę …
następny bank … wchodzimy … dziewczyny już tu są … ochroniarz wyprasza nas z holu
banku … do strefy przy wejściu … strefa bezpieczna … następnie szukamy jakiegoś sklepu
… nie do końca rozumiem czego potrzebujemy … chyba czegoś do maszyny do szycia … w
jednym sklepie długo czekamy … z Evą obserwujemy ulicę … w Ekwadorze nie ma Audi
:P :P :P … w ogóle … nie ma samochodów takiej marki … hermanita Tanita wyjaśnia mi

potem … są za drogie … to wielki luksus jeździć Audi … mocno wyróżniam się w tłumie …
jestem za blady :D … sporo ludzi mi się przypatruje … w drodze powrotnej … spotykamy
… "człowieka orkiestrę" … kilka instrumentów przytwierdzonych do różnych części ciała
… gra na wszystkim … ciekawe czy jest ekwadorski "Mam Talent" … może by coś
"zawojował" …
Jedziemy szukać okulisty dla Evy … bolą ją oczy … krążymy … okulista zamknięty …
wracamy … na skrzyżowaniu ze skrajnie lewego pasa … zaraz przed moją maską … skręca
taksówka … w PRAWO … bez kierunkowskazu … bez niczego … hermana Lenka nerwowo
reaguje … miała wypadek w Quito … dość dawno … trauma została … zaraz na następnym
skrzyżowaniu … rondo … trzy pasy … ja na skrajnie prawym … autobus na skrajnie lewym
… skręca w prawo … przez wszystkie pasy … zaraz przed moją maską … kierowca mi
pokazuje … że tutaj chce jechać … masakra … Que Ecuador …
Wracamy do domu … obiad … przyjechała Władka … pomaga w przygotowaniach do
soboty … od jakiegoś czasu rodził się pomysł … zrobić wywiady z ludźmi z Misji … zacząć
od Władki … pomysł przekazany Tomkowi i Staszkowi … Tomek coś przygotował … ale
nie chce występować … i wtedy ja już wiem … że to ja będę musiał zrobić … po obiedzie
Władka przychodzi na la entervista (wywiad) … szukanie tego, kto to zrobi … ja siedzę
obok … może Padrecito??? … nawet już nie oponuję … robimy wywiad … pierwszy raz w
życiu … jakoś koślawo … ale wyszło … Władka jest bardzo wdzięczną osobą do rozmowy
… nagrane … fajnie … jutro spróbujemy kolejne …
Brewiarz … chwila na odpoczynek … dzisiaj mocno grzało słońce … zmęczyło …
przygotowanie na kolejną Mszę … w Oyacoto … hermana Lenka wyjechała … nic nie
wiadomo … kto ma jechać jeszcze … i gdzie są klucze od zakrystii … zaginęły … Que
Ecuador … cierpliwie stoję i czekam … w końcu jedziemy … najpierw na Peaje (punkt
opłat) … podwieźć hermanę Sandrę i Evę do Santa Anity … zajeżdżam do kościoła …
nikogo prawie nie ma … ale klucze się znalazły … czekamy … 17.15 zaczynam … schodzą
się … jest sporo osób … Msza … kazanie … wielka serdeczność ludzi … zwłaszcza w czasie
znaku pokoju … schodzę od ołtarza na kościół …
Po Mszy … powrót na Misję … chwila na organizację … chwila w ogródku misji … z
Jesusem, jego siostrą, p. Asią i Tomkiem … wyjazd do San Miguel … na Mszę …
San Miguel … jest 19.25 … zaczęli różaniec … o 19.30 miała być Msza … modlimy się
wspólnie … Wspólnota Charyzmatyczna … na początku kilka osób … z biegiem czasu
docierają … na Mszy ok 40 osób … po różańcu przygotowanie do Mszy … wszystkiego
trzeba szukać … nie ma lekcjonarza … książki do czytań i Ewangelii … mężczyzna
pomagający mi, przynosi … Biblię … ja przecież nie pamiętam skąd są dzisiejsze czytania
… co robić??? … przecież mam przygotowane kazanie pod Ewangelię … więc szukam … i
modlę się do Ducha Świętego … jest, znaleziona … zaznaczam … ale nie zapamiętuję
numerów … i to był błąd … Biblię przekazuję facetowi … błąd numer dwa … zaczynamy
Mszę … śpiewy … mała orkiestra … wszyscy na maksa zaangażowani … podchodzę do
Ewangelii … przecież miałem zaznaczone … facet nie wiedział … znacznika użył jako coś
innego … więc szukam … i szukam … i się modlę do Ducha Świętego … jest … kazanie …
zaczynam od pytania … co się stało … bo po prawej stronie kościoła siedzą wszyscy
Ekwadorczycy … a po lewej … Polak … Tomek, który ze mną przyjechał … śmiech … fajna
atmosfera … przed Komunią … nie ma kluczyka do tabernakulum … więc liczenie … kto
przyjmuje Komunię … jeden chleb … trzeba podzielić … la multiplicacion del pan
(rozmnożenie chleba) … :D :D :D
Po Mszy przychodzi kobieta … w średnim wieku … mówi baaaardzo niewyraźnie … ma
jakiś problem … chce porozmawiać … modlitwa znowu do Ducha Świętego … żeby
zrozumieć … córka jest w ciąży … i ma guza na mózgu … żeby ją ratować … trzeba zabić

dziecko … a ona nie chce tego … ma 15 dni na podjęcie decyzji … rozmawiamy …
Wracamy do Misji … w kuchni … Padre Juan Diego … i siostry … rozmowa z nimi to
wielkie wyzwanie … krzyczą … przekrzykują się … zdanie zmieniają co 10 sekund … i …
NIE SŁUCHAJĄ … w ogóle … możesz sobie mówić … zupełnie nie zwracają na to uwagi …
mówię im to wprost … z uśmiechem na twarzy … ale wprost … oni to wiedzą … proponuję
rekolekcje w ciszy … chyba są niemożliwe … Que Ecuador … to już jest kwintesencja :P :P
:P
Zabieram się za pracę … napisać coś na fb … ciężko dzisiaj zebrać myśli … zmęczony …
Sarita … kobieta, która pomaga na Misji … zaczyna ze mną rozmowę … o księżach …
którzy pracowali na jej rodzinnej parafii … rozmawiamy dość długo … i oto właśnie
kończę pisać … jest 23.30 … muszę odpocząć … to był "gorący" dzień … dosłownie i w
przenośni … na jutro zapowiadają "cieplej" …
+ JMJ
Piątek (11.08)
El mitad del mundo de nuevo …
Dzień zaczyna się spokojnie … pobudka ok. 6.40 … Jutrznia … Msza … mam kryzys …
wczorajsze krzyczenie w czasie kolacji … przerosło moje siły … potrzebuję nic nie mówić
… potrzebuję ciszy … ciężko pozbierać myśli … ale kazanie jakoś poszło … na Mszy mało
ludzi … dochodzą w trakcie … dopiero powstawali :P
Śniadanie … oczekiwanie na Jose Luisa … znajomego Don Darka … umówieni jesteśmy na
wizytę w jego domu … mieszka w El mitad del mundo (środek świata) …
Spory ruch … telefon … spóźnię się … spóźniony ok 5 min. … "dziwny Ekwadorczyk" …
przed konwentem … stoi jego auto … Lada … 23 lata … biała … wygodna … ale ledwie
trzyma się w kupie … wsiadamy … i ahoj przygodo … najwyżej nie wrócimy :P
Jedziemy powoli … na chapach coś uderza o podłogę … nabieram coraz większych obaw
… wyjeżdżamy poza miasto … kontrola policyjna … zatrzymują nas … dopytują o
pasażerów … ale coś nie pasuje policjantowi … Don Darek twierdzi, że coś z przeglądem
… nie słyszałem rozmowy … ale mam wątpliwości, czy auta tutaj wgl jeżdżą na przeglądy
… niektóre samym wyglądem … mówią, że przeglądu nie było … rozmowa z policjantem
się przedłuża … w końcu udaje się … zwraca dokumenty … jedziemy dalej … najpierw
szeroką … dopiero co wybudowaną ulicą … ale za chwile … jedziemy przez budowę …
wszędzie taśmy … el peligro (niebezpieczeństwo) … robotnicy coś robią … a ruch idzie w
najlepsze … piach … dziury … sprzęt budowlany … i ruch samochodów … w Polsce by to
nie przeszło … aaaa i autobusy … które przystanek mają w każdym możliwym miejscu …
ulubione to środek skrzyżowania … wystarczy machnąć ręką … wszędzie się zatrzymają

W trakcie jazdy rozmowa … bardzo przyjemna … o autach … i pierwszy raz widzę w
Ekwadorze … audi A4 … o rolnictwie … polskich uprawach … o przemyśle … polskim
rynku pracy … mamy dużo czasu … "bo rowerzyści nas wyprzedzają" … oczywiście
żartuje … ale za prędkość nie zapłacimy mandatu …
Docieramy do celu … na podwórku … Chevrolet Corsa … tak, tak … nie popełniłem błędu …
tu więcej jest takich wynalazków … aż zdjęcie zrobiłem … mieszkanie bardzo przytulne …
ładnie urządzone … Jose Luis, żona i dwie córki … reprezentanci klas średniej …
Rozmowa … dobrze mi się z nim rozmawia … bo mówi wyraźnie i niezbyt szybko … i nie
używa "ekwadorskich wtrętów" … w części gościnnej … duża figura Michała Archanioła …
na szafce figury Archaniołów … oprócz uznanych w Kościele … Gabriel, Rafał, Michał …
Uriel, i jeszcze dwóch innych … nieuznanych przez Kościół katolicki … obiad … ryba … ryż
… pieczone banany … surówki … bardzo pyszne … przyrządzone na "ichni" sposób …

Wymieniamy poglądy … doświadczenia … Jose Luis prosił wcześniej o poświęcenie domu
… modlitwa … poświęcenie … bardzo szczęśliwy … zaprasza nas na taras … na dachu
domu … na lewo … potężne góry … spowite chmurami … na prawo w oddali kolejne góry
… chmury wchodzą do miasta … cisza i spokój … "tylko wystawić grilla, piwo i żyć" …
mówię żartobliwie … Jose Luis pokazuje kąt … grill i butelki po piwie :P … a wszystko w
"połowie świata" …
Zaproszenie do ruin … jedziemy wszyscy … córki w bagażniku … :D :D :D … mała loteria w
mojej głowie … będziemy pchali??? … czy nie będziemy pchali??? … wyślij smsa w treści
wpisując TAK lub NIE … na dowolnie wybrany numer … :P :P :P
Dojeżdżamy do Pucara de Rumicucho … ruiny kompleksu obronnego Inków … widoki
przecudne … w dole potężna rozpadlina … taki "mini-Grand Canyon" … spacerujemy …
rozmawiamy … robimy zdjęcia … gdy wyjeżdżamy jest zimno … dostaję chiompa (bluza,
kurtka) od Jose Luisa … za duża … jest wesoło … zachodzimy do małej chatki … szumnie
nazwanej "Muzeum" … kilka wykopanych naczyń … wracamy …
W domu jeszcze poczęstunek … napój kukurydziany … bardzo smaczny … ale bardzo
zapychający … wracamy … w Calderonie … zakręt … 360 st. … to drugi taki … pierwszy jest
w San Miguel … autem, na raz, nie da się zakręcić …
W Convencie zamieszanie sięgające zenitu … próbujemy się odnaleźć … zastępuję
hermanę Patricie … jedziemy z roślinami do kościoła … hermana Lenka w kościele
stwierdza … to nie te … wracamy … zabieramy właściwe … ale hermana Rosa … prosi o
podwiezienie do piekarni … więc do piekarni … z powrotem do Misji … i do kościoła … w
kościele mało ludzi … zadanie … zawiesić obraz Jezusa Miłosiernego … na ścianie … tyle,
że … to samo płótno … bez ramy … wymiary 2,5×1 m … spore … pomysł sióstr … taśma
dwustronna … nieraz mnie luzują swoimi pomysłami … ale zrobimy to … wydaję
dyspozycje … najpierw mycie ściany … potem klejenie taśmy … ale jest tylko jedna … nie
starczy na całe płótno … damy radę … najważniejsza góra … kleimy z Josipą … Staszek klei
do ściany … przyklejone równo … tyle, że płótno krzywo skrojone … zostaje jak jest …
potem sprzątanie kościoła …
Biorę miotłę … czuję się jak Marcin de Porres … bardzo popularny w Ameryce święty …
Patron rzeczy i ludzi zagubionych … u nas jest św. Antoni … a tutaj mówią, że święty
Antoni za bardzo zajęty jest … więc oni mają Marcina od Miotły … tak go nazywają … bo
przede wszystkim … w swoim życiu … zamiatał …
Kończymy … wszystko przygotowane … jest 21.40 … przyjeżdżamy do domu … tylko
zamknąłem drzwi auta … siostra Rosa … trzeba jechać … do kościoła ewangelickiego … w
jakieś niezidentyfikowane ciemne na maksa miejsce … w którym jest jakiś potężny
rondel do gotowania … znowu do kościoła … i do domu … po drogach z takimi dziurami …
że 10 km/h wydaje się szaleńczą prędkością … więc wszystko trwa … aaaa a po drodze
jeszcze piekarnia … która już była zamknięta … ale na zaklęcie "noches" … cudownie się
otworzyła …
Kolacja … jest po 22.00 … a w Misji życie tętni na całego … siadam, żeby coś napisać …
przychodzi Tomiris z koleżanką Glorią … proszą o spowiedź … nie odmówię … więc
jeszcze spowiedź … jest 23.44 … oczy mi się same zamykają …
Jutro ma być jeszcze bardziej gorąco …
+ JMJ
Sobota (12.08)
Los votos (śluby zakonne) …
Pobudka sióstr … g. 5.00 … moja niestety też … nie zwlokłem się z łóżka … ale radio … z
piosenkami religijnymi … mówiąc delikatnie … za głośno grało … modlitwy prywatne po

7.00 … Ojciec Święty przyjechał … Padre Juan Diego w białej sutannie … pojawia się w
kaplicy :D :D :D … śniadanie … hermana Eli dzisiaj ma śluby … zamiast się przygotowywać
… zmywa i szykuje coś w kuchni … oczekiwanie na Mszę …
Oficjalna informacja … Msza g. 10.00 … hermana Sandra … "Msza jest o 12.00?" …
szukanie potwierdzonych informacji … zamieszanie na maksa … wszyscy gdzieś biegną …
mnóstwo ludzi … skąd oni się biorą … nie mam pojęcia … ciągle nowi … wychodzą jak
spod ziemi … wszyscy mają swoje zadania … i nikt nic nie wie …
Trzy świniaki gotują się na żywym ogniu … namioty rozstawione … stoły, krzesła
przygotowane … y gran lio (wielkie zamieszanie) …
Czekam w sali spotkań … przyjeżdżają siostry z Marianas z Vladką … przywitanie …
wesoło … dużo żartów … potem poważniej … czas zbierać się na Mszę …
Zabieram cały furgon ludzi na Mszę … już mamy wyjeżdżać … pytam … "Quien falta?"
(kogo brakuje) … Eli – el novia … prawie zapomnieli o najważniejszej tego dnia …
wyjeżdżamy … wesoła buseta … kościół … kardynał już jest … Raul Eduardo Vela
Chiriboga … 85 lat … wchodzę do zakrystii … przywitanie … "Padre habla espanol?"
(Ksiądz mówi po hiszpańsku) … "pocito" (malutko) … moja odpowiedź … "bastante bien"
(bardzo dobrze) … Padre Juan Diego … rozmowa o Polsce … o Janie Pawle II … bardzo
sympatyczny … przychodzą siostry … przedstawiają plan święta … kardynał z uśmiechem
… zmienia prawie wszystko … w pokorze to przyjmują … Padre Juan Diego jest mocno
wzburzony … chociaż tego nie pokazuje …
Wychodzę się ubrać … ornat i alba na krześle … w prezbiterium … podchodzi do mnie
kobieta … mama Eli … prosi o spowiedź … "ahorita?" (teraz) … "si" … no to szybka
spowiedź … ale w kolejce już stoi … jej mąż … trzeba wracać do zakrystii … Padre też
usłyszał kilka słów od kardynała … to chyba przelało czarę goryczy … wydawało mi się …
że Padre niczym się nie przejmuje …
Wychodzimy do Mszy … na kościele może z 30 osób … zapowiadanych było 250 …
przyjdą tylko na "wyżerę"??? … dołączają w trakcie Mszy … w różnych momentach …
"najlepsi" na sam koniec …
Czytam Ewangelię … historia się powtarza … w rytuale inna … przychodzę i czytam inną
… więc modlitwa do Ducha Świętego … jakoś poszło … kazanie … śluby … jak zwykle tutaj
… dużo kręcenia się … przekazywania mikrofonu … no właśnie … tutaj jeszcze na to nie
wpadli … że można postawić statyw na mikrofon … na ołtarzu … we wszystkich
kościołach w jakich byłem … ksiądz trzyma mikrofon w ręku … ja nie umiem tak
odprawiać … potrzebuję dwóch rąk …
Ofiarowanie … Padre Juan Diego wycofał się zupełnie … nie robi nic … więc ja muszę …
podaję kardynałowi ampułki (naczynie na wodę i wino) … na wieczku duży znak "V" …
czyli wino … ale … kardynał nalewa do kielicha mnóstwo wody … zatrzymuję go … wodę
przelewam do ampułki … bawimy się jak dzieci w wannie … w przelewanie wody … "Con
paciencia Padre" (z cierpliwością) … mówi do mnie ze trzy razy … ale nie wiem, czy chce
mnie … czy siebie … uspokoić … kardynał tak szybko wymawia słowa modlitwy … że nie
nadążam …
W trakcie Mszy … wchodzi kobieta … idzie przez środek … i szuka miejsca … kogoś mi to
przypomina … z niedzielnej Mszy o 10.00 … na Klecinie … ma zielone gumowce … błędny
wzrok … komórkę w ręku … zajmuje miejsce w pierwszej ławce … robię zoom … chyba
rozpoznaję … tak, to ta kobieta … u której byliśmy po rzeczy dla dzieciaków … bardzo
majętna … z wielkim mieszkaniem …
Komunia … kardynał zostawia to mnie …
Kończy się Msza … czas na zdjęcia … obowiązkowo z kardynałem … no i z siostrami … w
kościele jak w ulu … zamieszanie na maksa … od razu zaczynamy sprzątać … i wywozić

pożyczone sprzęty … kardynał odjeżdża … o 12.00 ma kolejną Mszę … jedziemy do Misji
na fiestę …
Misja … skąd ci ludzie się nagle wzięli … nie ma ich 200 … ale setka jest na pewno … taki
mają zwyczaj … przychodzą się najeść … a jak nie mogą zjeść wszystkiego … to zabierają
do domu … siadamy z Chorwatkami … wesoło … toast … modlitwa … króciutkie
przemówienia … jedzenie … Władka przygotowywała dla księży i sióstr … rewelacja … jak
zwykle … jedzeniu towarzyszy … muzyka … ale wszyscy bardzo poważni … próbuje się
wygłupiać … potańczyć … patrzą jak na "kosmitę" … jednak w Polsce lepiej się bawimy …
Zupa … drugie danie … deser … i zaczynają wychodzić … tyle przygotowań … orkiestra … a
oni się zwijają … nie pojmuję … ciężko ich zrozumieć … występy Michelle … Staszka i
Tomka … i została … garstka ludzi … bawimy się z siostrami … do których się przysiadłem

Zdjęcie z Padre Juan Diego … i pożyczenie sutanny … do zdjęcia … i nie tylko … zdjęcie z
Vladką … robi Don Darek … super … tyle, że za chwilę Vladka przesyła mi wiadomość … ze
zdjęciem … jest na nim tylko ona … :D :D :D … jeszcze raz … pojawiam się na fieście w
nowym stroju … habemus Papam … wesoło …
Fiesta i po fieście … sprzątamy … krzesła, ławki, stoły … trochę się nachodziłem …
wszyscy we dwie osoby … ja "gieroj" sam … trzech młodych chłopaków obsługiwało stoły
… może w piłkę nożną … jasne … Polska contra Ecuador … ja, Tomek, Don Darek …
porażka … sromotna … 12:3 … wszystkie bramki dla nas … strzela Padrecito … chłopaki
mocni technicznie … i wybiegani … wysokości im nie przeszkadza … mnie też nie … ale
Don Darek ją odczuwa … po Meczu … próbujemy z Tomkiem coś z chłopakami pogadać …
mało rozmowni … uprzejmi, ale nic nie mają do powiedzenia …
Przygotować się na Mszę … Nieszpory … nie ma czasu, żeby odpocząć … zbieramy się do
San Miguel … wyjazd … zabieramy młodzież grająco-śpiewającą … w aucie wesoło …
znowu zakręt … 310 st. … schodzi się w trójkąt … nie da się go pokonać na jeden raz … w
mieście fiesta … otwieramy kościół … rozstawiają sprzęt … w kościele było malowanie …
rozłączyli sprzęt … stawiają ławkę na sztorc … każą włazić jakiejś dziewczynie … kable
przy suficie … "Padrecito chce spróbować?" … aż taki ciężki nie jestem … trochę
zwinności jest … kable wyciągnięte … czekamy na ludzi … dosiadam się do znajomego mi
już małżeństwa … miła rozmowa … trzech synów … dwóch gra … trzeci służy … już prawie
20.00 … zaczynamy … dużo osób nie ma …
Kazanie … Michelle zasypia … to było "dobre" kazanie (dla Michelle) … grają … śpiewają …
bębnią na perkusji … nad samą jej głową … nic jej nie przeszkadza … po Komunii … "może
coś po polsku" … solo Powietrzem moim …
Po Mszy … rozmowy z ludźmi … zamykamy kościół … i hermanę Stefi … specjalnie
oczywiście … jeszcze chwila rozmowy … wracamy … Michelle śpi …
W domu … kolejne lio (zamieszanie) … jutro nie wyjeżdżamy do Peru … wiadomość od p.
Asi … ale nikt o tym nie wie … wszyscy nastawieni na wyjazd … w między czasie …
rozmowa z hermaną Rosą i Sandrą … tym razem bardziej poważnie …
I kończy się kolejny dzień … a w Polsce zaczyna … z Bogiem …
+ JMJ
Niedziela (13.08)
La memoria de Maria de Fatima (wspomnienie MB Fatimskiej) …
Dzisiaj pospałem … prawie do 7.00 … "szaleństwo" … Jutrznia … Msza … w Misji złapali
bakcyla ekwadorskiego … dochodzili w czasie modlitwy … wszyscy zmęczeni po
wczorajszym … Msza jak zwykle … kazanie … dobrze, że Słowo Boże … jest tak bogate … ta
sama Ewangelia była w poniedziałek … wtedy też mówiłem kazanie … wymyśliłem coś

innego … dzisiaj łączymy się duchowo z procesjami Fatimskimi …
Śniadanie … bardzo spokojnie … nie musimy się spieszyć … można porozmawiać …
pocieszyć się wspólnotą … nawet nie było dużo szumu przy stole … chyba jeszcze się nie
obudzili … w czasie śniadania rodzi mi się pomysł jak można tu wrócić … ale wszystko w
rękach Bożych …
Po śniadaniu czas na własne zajęcia … więc nauka hiszpańskiego … dostaję książkę z
meksykańskimi słowami … napisane, że B1 … oszustwo … bo rozumiem ok 95 % … więc
niższy poziom … książka fajna …
Koło południa … zmęczenie zaczyna wychodzić … kładę się spać … budzi mnie Michelle …
krzyczy do "mamy" Rosy … i trąbi w samochodzie … zaraz przy moim oknie … okazuje się,
że myją razem auta … w niedzielę??? … w Ekwadorze niedziela nie jest dniem bez pracy …
przedziwne dla mnie … kiedy odpoczywają ??? …
Obiad … znowu spokojnie … el tranquilidad (spokój) … o tym dzisiaj mówię w kazaniu …
Brewiarz … nauka hiszpańskiego … mózg się trochę lasuje … koło 16.00 … wywiad z
hermaną Sandrą … najpierw przygotowujemy pytania … na bazie pytań Tomka … mówię
siostrze, że może dużo mówić … bo pytań tylko sześć … specjalnie nie trzeba jej zachęcać
… mówi ok 15 minut … dobra jest … bardzo pogodna … mówi szybko … ale wyraźnie …
wszystko można zrozumieć …
Czas na relaks … koło 18.25 … chcę odmówić Nieszpory … zbiera się kilka osób … to
razem … ale czy zdążymy … normalnie wspólna modlitwa trwa ok 30 min … o 19.00 Msza
w Oyacoto … damy radę … dobre tempo … kończymy o 18.45 … w auto … Oyacoto …
wszystko już gotowe … zaczynamy z poślizgiem … hermana Sandra prosi o spowiedź …
pierwszy raz spowiadałem siostrę zakonną … i to po hiszpańsku … :D :D :D
Msza … kazanie … muszę zmienić, bo są siostry … dzisiaj słyszały kazanie rano … teraz
musi być coś … choć trochę innego … zmuszają mnie do intelektualnego wysiłku … i to po
hiszpańsku …
Kończę Mszę … w auto i do San Miguel … na 20.00 … przy Peaje zabieramy jakąś Seniorę
… zbliżamy się do zjazdu do San Miguel … "un poco mas arribito" (troszkę wyżej) … mówi
hermana Sandra … więc przejechałem zjazd … "no, no aqui" (nie, nie tutaj) … krzyczy
siostra … nie umiem pojąć ich "systemu metrycznego" … następna możliwość to dopiero
w Calderonie … trochę daleko … czas leci … ale jest wyjazd z San Miguel na Quito … nie ma
aut … cofam wyjazdem … w Polsce wolno cofać na jednokierunkowej … mam nadzieję, że
tutaj też …
San Miguel … Msza … kazanie … zaczynam od żartu … każdy człowiek ma dwa żołądki …
patrzą na mnie poważnie … trochę zdziwieni … "ja mam jeden na obiad … drugi na deser"
… nie wierzą, w to co mówię … zaczynam się śmiać … łapią, że żart … bardzo wdzięczni
słuchacze … mimo, że kaleczę język … po Komunii śpiewają Barkę … mówię im, że to
ulubiona pieśń Jana Pawła II … domagają się pieśni po polsku … tak, jak wczoraj …
śpiewam "Chwalę Ciebie, Panie" … dostaję oklaski … "to nie koncert" … śmieją się … Msza
skończona … jeszcze rozmowy po … sympatycznie … wracamy do domu …
Jutro wyjeżdżamy … rozpoczynamy drogę do Peru … wyjazd 5.30 … maskara … zabieram
komputer … jak tylko będzie internet … będę pisał … jutro zapowiada się długi dzień …
Dobranoc … i dzień dobry …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja 14

14 sie

Śluby, kajdany i błogosławieństwo

„Błogosławionaś ty między niewiastami” – powiedział do Maryi Archnioł Gabriel. Ja dziś też się tak czuję – mówi h. Liz na mszy pod przewodnictwem kardynała po złożeniu ślubów. I po chwili dodaje: – Dziękuję Maestrze, za formację duchową, dziękuję wszystkim świętym siostrom ze zgromadzenia, za wzór życia.

Oto najważniejse słowa, jakie tego dnia usłyszałem, kolejne potwierdzenie moich spostrzeżeń sprzed lat. Potrzebne to potwierdzanie, bo czasem naprawdę trudno uwierzyć, że to co się wokół mnie dzieje to rzeczywistość, nie sen ani przewidzenie dyktowane pragnieniem serca. I nawet teraz, gdy patrzę przez okno i widzę budynki, te materialne dowody majestatycznie potwierdzające prawdę tego, co jest, a które powstały przez ostatnich 17 lat z potrzeby, nie dla próżności (bo czasem nasze budowanie, nawet dla Boga z próżności właśnie wynika) to nie chcę od nich oderwać wzroku, żeby za chwilę, gdy w ich stronę znowu popatrzę, nie dojrzeć pustki. Tej samej pustki, o jakiej był przekonany Herod, gdy magów posyłał do Betlejem. Że nikogo/nic tam nie będzie. Lecz jego przekonanie wynikało z pragnienia, by żyć pustką; pragnieniem sióstr jest żyć agape.

Szkoła musiała się rozrosnąć, by pomieścić wszystkich chętnych, nieprawdopodobne jest to, że zbudowano ją tylko dzięki życzliwości ludzi, którzy poznali siostrę Lenkę i pozostałe siostry po czym bez wahania im zaufały.
Ja nie mam pieniędzy, mam tylko wiarę. I obietnicę Jezusa: „proście, a otrzymacie”. I nigdy, ale to nigdy się niezawiodłyśmy.
Może dlatego, że nie było w nich ani krzty próżności, tylko chęć służenia, niczym u św. Franciszka lub św. Klary, której wspomnienie obchodziliśmy kilka dni temu?

Padre Marcin pokazał mi wpisy na FB swego dawnego kolegi z seminarium. Radykalnego w wyrażaniu swej wiary, który w pewnym momencie zrezygnował z pracy na parafii i wyszedł na ulice Wrocławia, by tam głosić Chrystusa. Lecz ponieważ zabrakło mu materialnego wsparcia załamał się i w ogóle odszedł od kapłaństwa. Teraz jest ojcem rodziny i pisze o kajdanach, które udało mu się zrzucić i o swoim obecnym szczęściu.

Nie wątpiąc w jego szczęście wynikające z odnalezienia powołania do życia w rodzinie zastanawiam się, skąd u niego ten uparty radykalizm, choć tym razem słowny tylko. Bo gdy w czasie mszy z kardynałem słyszę słowa o „kajdanch miłości Bożej”, wiem, że są to kajdany słodkie i upragnione. Tak samo jak kajdany przykazań Bożych, bez których szamotałbym się tylko w życiu na próżno szukając kursu, który mógłby mi się na dłużej niż tylko na chwilę wydać sensownym. Dlaczego zatem używać słów, które nie mają żadnego pokrycia, choćby w życiu tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy, jak wczoraj Eli wiernośc Bogu przysięgli i wierni przysiędze żyją absolutnie szczęśliwie?

A co do ewangelizacyjnego wyjścia na ulice, to zanim podejmiemy ten odważny krok musimy najpierw stanąć w prawdzie wobec samego siebie. Co nami kieruje: autentyczna miłość, czy pycha? No i potrzeba tu też postawy Biedaczyny; ten, gdy bracia z klasztoru wysłali go w drogę bez płaszcza, a działo się to śnieżną zimą, szczerze im błogosławił, za całą miłość, którą mu okazali. A gdy go innym razem zbójcy dopadli i do krwi obili błogosławił Panu, że w ten sposób mógł odpokutować grzechy, z których się nie spowiadał, bo ich sobie nie uświadamiał. To chyba jest prawdziwy radykalizm wiary, zero próżności. Ale któż z nas dorówna św. Franciszkowi?

PS
Można było oczywiście na miejscu Franciszka po wyżej opisanych zajściach obrazić się na Boga i cały świat, ścigać winnych po sądach, zgorzknieć lub stracić wiarę w człowieka. On wybrał drogę błogosławieństwa, tak jak i Święta Rodzina, przed wiekami, gdy dziękowała Bogu również za to, że pobłogosławił ich biedą i miłością.

Darek

PPS Ponieważ to ja wstawiam to na bloga, mam okazję prosić o odzew w formie komentarzy, po pierwsze – bo mojemu tacie jest trochę przykro i fajniej by mu się pisało, i po drugie – bo może ktoś z Was czytając takie rozważania mojego ojca wpadnie na jakąś dobrą myśl, wartą podzielenia się z nami.

A teraz uwaga, zadaję pytanie i oczekuję odpowiedzi: co sądzicie o zdjęciach i, co istotne, czego wam brakuje?

Tomek

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia ze ślubów Eli

14 sie

IMGP9530

Choć ubiór może mylić, do Oyacoto nie przybył papież, a jedynie padrecito Juan Diego.

IMGP9532

IMGP9559

Siostra Eli tuż po złożeniu przyrzeczeń i otrzymaniu welonu, różańca i krzyżyka – jej wyposażenia jako siostry CMO

IMGP9564
Ksiądz Marcin z kardynałem Raulem Chiribogą

IMGP9536

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

misja 13

14 sie

Pamięć, czyli Eli w Polsce

Co z tego, co przeżywamy jest dla nas ważne, co nam zostaje w pamięci? Przyznam, że zaskoczyła mnie rozmowa z Eli, którą obiecywałem przeprowadzić (sobie i innym) już dawno. Chodziło o jej pobyt (dokładniej o jedną, ostatnią noc czuwania) na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, gdzie ją zawieźliśmy po jej pełnej przygód i emocji podróży z Chorwacji do Ponikwy. Zawieźliśmy i zostawiliśmy, a gdy młoda misjonarka wróciła do Wrocławia, ja z rodziną byliśmy już na wakacjach.

Spodziewałem się barwnej opowieści o wspólnym przeżywaniu wiary młodzieży z całego świata, o zawartych przyjaźniach, słowach, które zapadły w pamięć. A Eli całą tę noc skwitowała krótko: piękna jedność. A przede wszystkim mówiła o swoim lęku przed tym spotkaniem, o tym, jak bardzo ważne były dla niej najpierw nasze czekanie na nią do drugiej w nocy, aż dojedzie z Chorwacji, a potem staranie, by trafiła do swej grupy, by ktoś się nią na miejscu zaopiekował, by w upale przetrwała ten dzień, by miała jak wrócić. A potem wspominała wizytę we Wrocławiu, nocleg u drogiej dla niej Dory, zwiedzanie miasta z Paulą, spotkanie Maki i Piotra.

Myślę, że dla nas wszystkich organizujących wtedy pobyt Eli opieka nad nią była czymś zupełnie naturalnym i jeśli do tych chwil wracamy pamięcią, to dlatego, że cieszyło nas pokazywanie jej drogich nam miejsc, tak różnych od tego, co ta młoda dziewczyna zdążyła osobiście poznać (Quito i okolice + Split, gdzie zatrzymała się z s. Lenką), cieszyło to, że jednak uda się nam ją dostarczyć na spotkanie młodzieży, że coś tam pięknego przeżyje. A jej pamięć zachowała przede wszystkim nasz trud i troskę. A teraz w sobotę Eli będzie składać śluby w CMO i cieszę się bardzo, z tego co się już wydarzyło i na to, co dopiero nastapi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

wyjaśnienia p. Agnieszki

11 sie

Drodzy Państwo, pięknie dziękuję. Jeśli wolno – mogę nanieść trzy korekty?
W Argentynie pracowałam pół roku.
Przeniosłam się do Ekwadoru ze względu na zdrowie i dodatkowe sytuacje (powrót do Polski siostry, która mnie zaprosiła do współpracy, ale tego nie ma co pisać )
Więc może po prostu dobrze byłoby napisać:
„Z Villa Dolores w Prowincji Cordoba Agnieszka przeniosła się na placówkę do Ekwadoru”.

Nauczanie katechezy to u nas cotygodniowe spotkania a to robią katechiści. My odwiedzac możemy wioski zwykle raz na miesiac. Lepiej napisać.
„Wiosek, które należa do parafii misji polskich Bernardynów, gdzie pracuje Agnieszka jest w sumie 35″.
Serdecznie pozdrawiam i jakby co czekamy na info o przyjeżdzie.
Z Bogiem

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 12

11 sie

Prace syzyfowe?

Zaraz na początku naszego pobytu, przy okazji nowenny przed fiestą św. Anny w Santa Anita, padre Marcin wyraża wobec prowadzącej modlitwę hermany Sandry zdziwienie:
Siostra mówi do nich, jak ja mówię do uczniów z drugiej klasy podstawówki.

Kilka modlitw później (tak tu chyba najlepiej odmierzać czas) s. Sandra odnosi się do tych słów:

Wiem, że nasze działania ewangelizacyjne nie zawsze przekładają się na widoczny wzrost wiary i świadomości u ludzi. Panie Boże, dodawaj nam misjonarkom sił, otwieraj serca i umysły ludzi, wśród których pracujemy, Ty możesz wszysto. Dodawaj nam wytrwałości w chwilach zwątpienia.

Wczoraj siostra Lenka przywiozła z lotniska do CMO podróżującą przez Quito Agnieszkę – Polkę, świecką misjonarkę z diecezji przemyskiej. Mieliśmy czas tylko na krótką rozmowę, już nad ranem wylatywała do Loja, aby stamtąd dojechać do franciszkańskiej placówki misyjnej w dżungli. Przez rok pracowała jako katechetka w Argentynie. Latem temperatury sięgały tam 40 stopni Celsjusza, zimą zeszłego roku za sprawą el Nino ochłodziło się tak znacznie, że spadł śnieg. A domy nie przystosowane do chłodu, żadnego ocieplenia ani ogrzewania.

Ze względu na zdrowie pani Agnieszka przeniosła się do Ekwadoru. Zastała tu temperatury znacznie stabilniejsze, ale porozrzucane po selwie Indiańskie wioseczki stanowią równie trudne wyzwanie. Zwłaszcza przy wezbranych po deszczach rzekach, które potrafią zabrać Indiańskie chatki i przemieszczających się w łodziach ludzi. Ostatnio tak zginęła jedna z lokalnych katechetek, których pracę p. Agnieszka koordynuje. Informację o tym Polka zamieściła w jednym z niedawnych wpisów na swoim blogu, po polsku i angielsku, nie powtórzyła jej jednak ani prasa południowoamerykańska ani europejska, jak to się dzieje w przypadku śmierci misjonarza. Śmierć Indianki nie jest wydarzeniem medialnym. Może także dlatego, że jest tak powszednia, jak juka (odpowiednik chleba) w ich codziennej diecie.

Wiosek, w których polska misjonarka naucza katechezy jest w sumie 35. Żeby do nich trafić potrzeba często całego dnia, łodzią, potem na piechotę. Zatem odwiedza swe ukochane dzieciaki nie częściej niż raz na miesiąc. One wprawdzie na spotkania z nią czekają z niecierpliwością, ale katecheza siłą rzeczy musi być znacznie okrojona. I wyniki nie takie, jak by pragnęła. O co się modli pani Agnieszka (Ines) nie zapytałem. Nie wiem, czy widzi skuteczność swych wysiłków. Ale wracała do swoich z radością. Może uda się nam ją tam odwiedzić?

Przyglądając się pracy misjonarzy czy samemu próbując nauczyć Indian w ich przekonaniu jednego z najtrudniejszych języków świata tj. angielskiego, można pomyśleć, że to syzyfowe prace. Ale ludzie na misjach, których poznałem, na to akurat nie narzekają. Tak jak i my nie narzekamy, że nasi sąsiedzi zobojętnieli na sprawy Boże i zatracili radość życia.

Na misjach jednak praca wre. Może czas odkryć konieczność misyjnych działań w coraz mniej chrześcijańskiej Europie? I na całego się tym zająć? A dopiero resztę zostawić Panu Bogu i nie martwić się tym, co bogowie greccy kiedyś złośliwie wymyślili.

PS
blog p. Agnieszki http://szczyt-w-dolinie.blogspot.com/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z misji i Antisany

11 sie

IMGP2417 IMGP2441

Wczoraj pojechaliśmy do Parku Narodowego Antisana, gdzie niestety nie udało nam się pochodzić po wulkanie, a jedynie po gorce nad laguną, to przed odjazdem natknęliśmy się na coś niespodziewanego. Dostrzegliśmy włochate stworzenie. Alpakę. Rzuciliśmy się więc od razu do fotografowania i nawet głaskania, choć nie wszystkie były zadowolone. Jedna spojrzała na Staśka, charknęła i zrobiła tfu tfu. Mialem ubaw fotografując.

IMGP2557

 

IMGP2496

Tomek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 11

10 sie

Z pomocą czy po pomoc?

 

Dzisiaj na kazaniu ks. Marcin mówił o dwóch rodzajach śmierci, cielesnej i duchowej oraz o codziennej konieczności duchowego odradzania się. I myślami wróciłem do tragicznych wydarzeń w życiu naszej rodziny i do wizyty na misji w Ekwadorze niespełna rok po śmierci Gabrysi. Z perspektywy siedmiu lat nadal wyraźnie dostrzegam błogosławiony wpływ decyzji, by do sióstr pzyjechać, by w życiu zaznać uczucia (wtedy jeszcze jedynie mgliście przeczuwanego), jakie powstaje w nas, gdy zupełnie bezinteresownie próbujemy coś z siebie dać. Uczucia odnawiającego w nas wolę życia, nadającego najgłębszy sens naszemu działaniu. Z takiej perspektywy patrząc była to śmierć, która zrodziła jednak w nas wszystkich nowe duchowe życie, przynoszące (także dzięki wielu z Was) konkretne owoce.

 

Zamiatając boisko przed sobotnią fiestą z okazji ślubów Eli rozmawiam ze spokrewnioną z siostrą Rosą jedenastoletnią Glorią, Gdy pyta mnie o rodzinę, pewnie pod wpływem wcześniejszych rozmyślań, opowiadam jej o Gabrysi.

  • Zatem przyjechaliście tutaj zaraz po jej śmierci po pomoc – mówi dziewczynka, choć być może nie do końca rozumiem, być może powiedziała:
  • Zatem przyjechaliście by pomagać zaraz po jej śmierci.

    Ale nie proszę o wyjaśnienia, bo nie widzę już różnicy w tak postawionych pytaniach. Każde z nich, jest pytaniem o to samo. Bo pomagając pomoc otrzymujemy. Bo ofiarując chleb biednemu sami sycimy się jego sytością.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS