RSS
 

misja 8

08 sie

Misja bez misjonarek

 

Kończę opis relacji z kilkudniowego wypadu przez niezwykłe Mindo nad zachmurzony Pacyfik. Resztę świetnie opisuje padre, Tomek też robi notatki, zatem chyba coś również opublikuje. Jednak nie ukrywam, że brakuje jakiegokolwiek odzewu na to, co piszemy. (Jedynie padre ma swe grono zagorzałych czytelników, ale oni kontaktują się ze sobą na innym forum.) Pewnie część z Was w wakcyjnych rozjazdach lub z problemami znacznie większej wagi (pamiętamy), ale trudno się pisze w taką szerszą niż Atlantyk pustkę.

 

 

Od kilku dni jesteśmy na misji bez sióstr, pojechały na retiro, zatem troszkę tu spokojniej niż zwykle i czas uporządkować myśli i wrażenia, co czynię od kilku dni, choć idzie dość wolno.

 

Spotkaliśmy się ze wszystkimi już siostrami, odwiedziny w prowadzonym przez misjonarki przedszkolu w Marianas pokazały, że to co one (s. Maritza, s. Liz, s. Tati oraz Vlatka) tam robią w niczym nie odbiega oddaniem i radością czynienia dobra od tego, co dzieje się w dużo większym i głośniejszym kompleksie budynków w Oyacoto. Wśród gwaru (najczęściej) radosnych rozmów próbuję usłyszeć najważniejsze wypowiadane słowa, które mógłbym potem przekazać dalej, z nadzieją, że padną na podatniejszy niż mój grunt. Choć wiem, że to, czego doświadczam, ma zmieniać przede wszystkim mnie, a dopiero potem ewentualnie ma trafić do innych. Na szczęście to, co wokół mnie się tu dzieje jest na tyle mocne, że trudno pozostać obojętnym. Zatem choćby komunikacja w rodzinie układa się nam zupełnie dobrze. No i pewnie jeszcze kilka innych spraw może cieszyć, ale Tomek nie lubi, jak się o nim pisze.

 

Pamiętacie pewnie, że pełna nazwa Oyacoto to San Francisco de Oyacoto i myśl patrona tej miejscowości towarzyszy mi tutaj na co dzień. Wprawdzie figurka św. Franciszka w miejscowym kościółku przystrojona jest w aksamitny płaszcz z zupełnie niepasującymi do biedaczyny złoceniami, bo tak tylko pewnie kultura ludowa potrafi w sztuce oddać świętość tej postaci, ale przecież wiem dobrze, jak dalekie od wszelakich złoceń czy wygód było jego życie i to jest idea powracająca do mnie na misji. Choćby w słowach Maestry: „nie mając nic mogę w pełni doświadczyć działania w twym życiu Boga”. Bo im więcej materii sami w życiu zagospodarowujemy, tym mniej Boga potrzebujemy. Rodzi się w nas złudna myśl o naszej samowystarczlności. A Franciszek pisze swą „pieśń słoneczną” , utwór absolutnie radosny, wychwalający Stwórcę w całym stworzeniu, gdy na koniec swego życia nie ma nic. Nawet wzroku, dzięki któremu pokochał także chwasty w ogrodzie, i zafascynowany również nimi modli się, by i one mogły przeżyć, bo piękne. I tak przechodzi na drugą stronę życia, podając dłoń sisotrze-śmierci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Michel czyta

08 sie


https://drive.google.com/open?id=0B6YYNIzjwCbMalduMG9xNzREZzA

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks. Marcin 31-6

07 sie

Poniedziałek (31.07)
La Isla de la Plata (Wyspa Srebra) …
Pierwsza noc pod moskitierą … noc trudna … sąsiedzi wrócili ok. 23.00 … dziecko jęczało
niemiłosiernie … rano rozmowa z właścicielką … zmieniam pokój … przenoszę się na
pierwsze piętro … śniadanie … w jakiejś … hmmm ciężko to nazwać … ani to bar ani
restauracja … wszędzie brudno … to nie Mindo … jedzenia mało … i kiepskie … ale potem
okaże się to zbawienne … o 9.00 czeka na nas przewodnik … zabiera nas na statek …
"Amazing" … to nazwa naszego teamu oraz statko-motorówki … zdejmujemy buty …
wszystkie do worka … team międzynarodowy … Amerykanie (których tu pełno), Niemcy,
Hiszpan … i ktoś jeszcze … po akcencie ciężko wyczuć kto … mówi po hiszpańsku …
ruszamy … najpierw powoli … jak żółw ociężale … ale po nałożeniu kapoków … i słowach
wstępu … szarpnęła maszyna po wodzie … prędkość ok. 40-50 km/h … wiatr … bryza … i
spaliny (pod koniec bardzo dokuczliwe) … fajna przygoda … w pewnym momencie …
KOLIZJA … zderzyliśmy się z czymś … łódką szarpnęło … prawie się przewróciła …
obróciła się … obsługa mówi, że wpadliśmy na wieloryba … to pierwszy raz w 20 letniej
karierze przewodników … płyniemy dalej … wszyscy mają nadzieję, że zwierzę nie
ucierpiało …
Rozmawiam z przewodnikami … pyta skąd jesteśmy … nie może rozpoznać, co to za język
… nawiązuję nić znajomości z przewodnikami … w pewnym momencie … są … LAS
BALLENAS (wieloryby) … to czas ich rozrodu … przepiękne … potężne stworzenia …
zachowują się jak modele … wypływają … wyskakują z wody … prezentują swoje wdzięki
… przewodnik pyta czy chcę iść na górę … tylko trzy osoby (z 16) … ja pierwszy …
najpierw na dziobie … zdjęcia … potem jako jedyny mam zaszczyt zasiąść koło kapitana …
zdjęcia … obserwacja trwa ok 30-40 minut … czuję się jak reporter National Geographic …
natężone wszystkie zmysły …
Płyniemy na wyspę … La Isla de la Plata … nazwa od ptasiego guana … z daleka błyszczy
jak srebro … marynarze twierdzą, że … w nocy, w blasku księżyca … świeci cała wyspa … z
łódki wysiadamy jak konkwistadorzy … wskakując do wody ( po łydki) … na wyspie
przygotowania do wymarszu … jeden z przewodników oddziela naszą piątkę …
"będziecie ze mną" … super będzie po hiszpańsku … przewodnik mówi coś, że chyba
będę profesorem hiszpańskiego … tłumaczę Staszkowi, co mówi … "wydaje się", że
jestem księdzem … na początku przewodnik sądzi, że jesteśmy Francuzami … to kolejna
osoba, która tak myśli …
Wyruszamy … roślina NN … nie pamiętam … w środku ma … klej … przewodnik stosował
go w dzieciństwie … tak, jak jego mama … dobry też na głowę … rozciera na palcach … i
nakłada mi na włosy … mocny … do tej pory trzyma … mam nadzieję, że przy myciu
głowy zejdzie … idziemy na szczyty wyspy … po drodze jaszczurki … rośliny o
właściwościach leczniczych … i głuptaki … wgl na nas nie reagują … czas godów … prawie
wszystkie w parach … uczymy się rozróżniać samca i samicę … ciekawe stworzenia …
piękne widoki ze szczytów … znowu widać wieloryby … las fragatas … potężne ptaki …
tutaj żyją i rozmnażają się … jesteśmy w odległości 3-4 metrów od ich gniazd …

schodzimy na dół … przewodnik proponuje wycieczkę na jutro do parku … bierzemy …
mówi, że działa w stowarzyszeniu na rzecz najuboższych … obiad na łodzi … obok nas
potężne żółwie … las tortugas verdes … płyniemy na nowe miejsce … możliwość
nurkowania w masce … oglądanie ryb … nie korzystam … nie czuję się na siłach …
Niemiec oparzony przez meduzę … przewodnik … "to dlatego, że Niemcy są biali" :P
wracamy … znowu wieloryby i pelikany … w wielkiej grupie … hotel … prysznic … zakupy
… obiado-kolacja … w wykonaniu najmłodszych … dobre … Msza w pokoju … czas do
spania …
+ JMJ
Wtorek (01.08)
Como los ninos (jak dzieci) …
Cześć i chwała Bohaterom … od kilku nocy śnią mi się znajomi … ludzie, o których wgl nie
myślałem … dzisiaj mijają dwa tygodnie w Ekwadorze … przed nami miesiąc …
Noc trudna … nowi sąsiedzi … i nowe dziecko … dwa "koncerty" … ok. 23.00 … zatytułowany
"dejame" (zostaw mnie) … drugi ok. 1.30 … "no quiero" (nie chcę) … dzieciak wychowywany
bezstresowo … nie wytrzymuję … walę w ścianę … dopiero teraz rodzice reagują … po 3.00
telefon … czy chcę grać dzisiaj w piłkę … ciężka noc …
Pobudka g. 6.00 … Msza prywatna … śniadanie … wyjazd do la selva (dżungli) … taksówka
czeka … nie może odpalić … na popych … jedziemy … na miejscu czekają przewodnicy …
zostawiamy buty … zakładamy las botas de gumas (kalosze) … te są z kauczuku … dostaję
żółte … jako jedyny … jak Gringo Cejrowski … wyruszamy do dżungli … mokro … w nocy
padało … dużo el lodo (błota) … z biegiem czasu coraz więcej … co chwilę przechodzimy
rzekę … Rio Blanco … raz płynie w prawo … raz w lewo … bardzo się wije … okazja, żeby
wyczyścić buty … próbujemy tutejszych owoców … błoto … błoto … jeszcze raz błoto … a i
sporo komarów … nawet el repelente (środek) nie działa … dochodzimy do punktu
obserwacji małp … przewodnicy odchodzą … pytam czy wrócą … twierdzą, że tak … czekamy
ponad 20 minut … wracają … idziemy wyżej … stromo … i błoto … na drzewie … na samym
czubku … małpy … żyją swobodnie … przewodnicy pokazują drzewa i rośliny lecznicze …
łapią kraba i krewetkę …
W czasie drogi sporo rozmów … o wszystkim … także o życiu przewodników … jeden, 30 lat,
rozwiedziony … syn w Quito … 12 lat … żyje z turystów … ma świnie … żyje z rodziną … drugi
Jefferson … lat 20 … uroda typowo indiańska … od miesiąca jest tatą … córeczka … żona 15 lat

Dużo żartujemy … przy jednej z roślin … "esta planta es medical" … pomaga na nerki … mówią
przewodnicy … "my w Polsce też mamy takie lekarstwo … mówię … nazywa się piwo" … w
drodze powrotnej … w rzece udaję, że ugryzł mnie wąż … przewodnicy nie bardzo w to
wierzą … ale reagują … żart się spodobał … te rozmowy to wielka wartość tego wyjazdu … na
koniec drogi mandarynki z drzewa … zielona skóra … pyszne …
Wracamy do punktu wyjścia … el almuerzo (obiad)… zachodzimy do jednego z domów …
wszystko gotowe … jemy z przewodnikami … rozmawiamy o jedzeniu ryb z rzeki … mówię,
że chciałbym spróbować … Jeff wyciąga krewetkowe szczypce … dzisiaj zdobyte … chcemy
spróbować … idzie do kuchni … po kilku chwilach wszystko gotowe … super smakuje …
Chcemy zobaczyć córeczkę Jeffa … idziemy do jego domu … w sąsiedztwie … warunki bardzo
trudne … ciężko uwierzyć, że wgl ktoś tu mieszka … mała ubrana na różowo … i różowe
rękawiczki … bo jest zimno … mówi Jeff … przychodzi żona … jak moja uczennica z czasów

gimnazjum w LB … szok … serdeczne pożegnanie … żart z kierowcą taksówki … wracamy …
przygotowanie do wyjazdu … jedziemy na noc …
Na mieście fiesta … idziemy … dzieciaki w różnym wieku przebrane w stroje … tańczą …
pięknie to wygląda … zdjęcia … kilka filmów … powrót … jedzenie … bagaże … na plażę …
pożegnanie oceanu … La parada de Autobuses (przystanek) … kurs bezpośrednio do Quito …
zapowiedzianych 11 godzin … to będzie długa noc …

+ JMJ
Środa (02.08)
El regreso o la vuelta (powrót lub powrót) …
Dzisiaj wyruszyła kolejna Piesza Pielgrzymka Wrocławska do Częstochowy … łączymy
się w modlitwie …
Plecaki zapakowane do autobusu … zajmujemy miejsca … wcześniej wykupione … każdy
ma swój numer … ale ciężko stwierdzić, które miejsce jest które … siedzę od okna …
przychodzi jakaś "baba" … od razu zaczyna awanturę … że siedzę na jej miejscu …
zupełnie niepotrzebnie zaczynam z nią rozmawiać … oczywiście przesiadam się … bez
różnicy większej … a ona gada i gada … zaczynamy komentować po polsku z chłopakami
… to też jej nie przeszkadza … gada dalej … zaczepia konduktora autobusu … jego
ironiczny uśmiech i spojrzenie … trochę ją wyciszyło … co ciekawe … robi znak krzyża
chyba z 5 razy przed podróżą … pierwszy Ekwadorczyk tak niesympatyczny w czasie tej
podróży …
Wyjeżdżamy … tutaj noc zapada między 6.00 a 6.30 … więc ciemno zupełnie … czas na
modlitwę i rozmyślanie … przerwane … wydarzeniami na ulicy … z daleka mnóstwo
migających czerwonych i niebieskich świateł … wypadek ??? … bliżej … chyba nie policja
… wojsko … na środku ulicy zrobiona blokada … wszystkich zatrzymują … bardzo dużo
żołnierzy … wszyscy w hełmach i uzbrojeni w długą broń … zatrzymują nas … do
autobusu wchodzi uzbrojony żołnierz … wszyscy mężczyźni mają wysiadać z
dokumentami … kobiety mają zostać w środku … la inspeccion militar (inspekcja
wojskowa) … wysiadamy … ręce o autobus … przeszukanie … następnie rejestracja …
zaniepokoiłem się, gdy jeden młodzieniec podszedł do mnie zbyt blisko … zrobił ruch
jakby chciał mi coś włożyć do kieszeni … las drogas (narkotyki) … podając paszport
mowię … extranjero (cudzoziemiec) … nawet nie patrzy na dokument … przechodzę do
grupy "odprawionych" … żołnierze przeszukują autobus … ewidentnie kogoś szukają …
ludzie są zaniepokojeni … co będzie dalej …
… o tym w następnym odcinku … już za tydzień … :P :P :P
Żart oczywiście … przeszukanie szybko się kończy … każą wsiadać … zaczepia mnie
kierowca … mówi, żebym robił zdjęcia … "takie rzeczy tylko w Ekwadorze" … śmiejemy
się … kierowca "jajcarz" … dojeżdżamy do dużego dworca … pytam kierowcę … czy zdążę
pójść do łazienki … "iść, iść … najwyżej nas tu potem nie będzie" … śmiejemy się …
zdążyłem "justo a tiempo" (na czas) … pokazuje mi kciuka … "lubię to" …
Włączyli jakiś film … banalną komedię … ale po hiszpańsku … okazja poćwiczyć język …
zwłaszcza, że są napisy … do końca nie dałem rady wytrwać … na samą końcówkę
zasnąłem … ok. 4.30 budzi mnie Don Darek … wstajemy … Quito … mieliśmy dojechać na
7.00 … "czas ekwadorski" … kierowca miał takie tempo, że przyjechał 2,5 godziny za
wcześnie :P … dobry koleś … podobno wyprzedzał na trzeciego pod górkę … znaleźliśmy
nić porozumienia … serdeczne pożegnanie z kierowcą …
Trzeba się odnaleźć w nowej rzeczywistości … bano … coś przegryźć … i szukamy kto nas
zawiezie do domu … w okienku … facet kłamie, że za 20 minut autobus … idziemy na

peron … jak już wejdziesz, to nie wyjdziesz … bo zabierają kartę wejścia … więc stoimy na
zimnie (ok. 10 st. C) … ponad 30 minut … droga do domu … cisza i spokój …
El peaje … nasz przystanek … ale do domu jeszcze ok. 2 km … no to "z buta" … slalom
między psami, które znowu próbują za nami gonić … w pewnym momencie moja gleba …
na piasku rozjechałem się jak na lodowisku …
La casa … serdeczne przywitanie z siostrami (choć miały już wyjechać) … i z Padre Juan
Diego … śniadanie … front robót dla mnie na piątek, sobotę i niedzielę … Padre zbiera się
do wyjazdu z siostrami … ale opóźnienie z powodu śmierci młodego księdza … 35 lat …
zawał serca … chcemy jechać na pogrzeb … dzisiaj o 12.00 …
Dwie godziny snu … wyruszamy … jasne, że nie o umówionej 11.30 … prowadzę … chyba
już się stałem "nadwornym kierowcą" … przygotowany do koncelebry … jeszcze tylko do
mechanika … a i wgl to gdzie jedziemy … nikt do końca nie wie … jeszcze pytamy o drogę
… i już jest 12.05 gdy parkujemy przed kościołem … podchodzimy … Msza przed
kościołem … tłumy ludzi … Padre kręci się i stwierdza, że nie będziemy odprawiać … po
raz pierwszy poważnie się zdenerwowałem … Msza to nie zabawa … uczestniczymy z
ludźmi na placu … znany i lubiany … rok starszy ode mnie …
Wracamy … obiad … czas nadrobić zaległości … całe popołudnie poświęcone na
przepisanie notatek z wyjazdu …
Siostry szykują się do wyjazdu na rekolekcje … 12.08 mają być śluby jednej z
nowicjuszek … dłuuugie przygotowania … wyjazd sióstr … zostajemy z wolontariuszkami
sami … FIESTA … oznajmia wolontariuszka Eva … o 19.00 Msza … w wąskim gronie … po
hiszpańsku … przerwana na początku … tylko przy Padrecito otwiera się kłódka bramy …
a właśnie ktoś pukał … u wrót rodzina … pytają o przygotowanie do chrztu … czyżby
kolejne wyzwanie??? … Eva każe im przyjść jak wrócą siostry … kontynuujemy … od
dwóch dni już nie mówiłem kazania po hiszpańsku :P … chłopaki śpiewają po polsku … w
czasie Ojcze nasz Michael podchodzi do ołtarza i łapie mnie za rękę … po Komunii …
Michael i Tomiris … dwie dziewczynki, które zostały z nami … z własnej inicjatywy
zaczynają śpiewać … nawet im wychodzi … na koniec Mszy też śpiewają … rodzinnie …
Kolacja … wspólne ustalenia na jutro … czas odpocząć …
+ JMJ
Czwartek (03.08)
Tranquilo (spokojnie) …
Pobudka 8.00 … brewiarz 8.30 … prowadzę … trochę trudniej bo po hiszpańsku … ale
jakoś Ojciec zrozumie :P … po modlitwach jedziemy po Władkę … Chorwatkę … siostry z
Marianas też wyjechały … Władka została sama …
Spóźnieni na przystanek … ale tylko dlatego, że nie wiedziałem … śniadanie … wesoło …
kończy się jedzenie … Eva mówi, że hermana Lenka miała kupić … zapomniała … za dużo
ma na głowie … trzeba jechać "de compras" (na zakupy) …
Czas na przygotowanie zdjęć … wyjeżdżamy na zakupy … Calderon … zakupy z Władką to
sama przyjemność … krótko i na temat … wie, co chce kupić … zachodzimy w trzy miejsca
… i po zakupach …
W czasie drogi … Władka jest w moim wieku … nieważne ile :P … kobietom się wieku nie
wypomina:P :P :P … mieszka tu od 5 lat … pracowała w Quito … była szefową kuchni …
przyjechała do sióstr … wolontariuszka … zrobiła tutaj prawo jazdy … za
międzynarodowe musiała płacić 80 dolarów … co 2 lata … w Polsce 8 dolarów … w
Ekwadorze kurs trwa 8-10 dni … włącznie z egzaminem … teraz rozumiem … czemu
jeżdżą tak, jak jeżdżą …
Władka super gotuje … obiad … wyśmienity … el postre (deser) … ricisimo (przesmaczny)

… mówię do Władki, że przenoszę się do nich do domu … w końcu potrzebują Padre …
Władka, tak jak ja, nie może się przyzwyczaić do spóźniania się …
Po obiedzie … odwiedza nas spec od telefonu … coś nie działa … obcina kable … zakłada
nowe … stare zostawia w miejscu, gdzie spadły … naprawione …
Odwozimy Władkę … ma zaproszenie na jutro … będzie o 9.00 … moje podniebienie już
się cieszy :D :D :D … już znam główne trasy Calderonu … kilka razy przejeżdżam na
czerwonym … "jak się skręca, to można" … tłumaczy Władka … "takie rzeczy tylko w
Ekwadorze" …
Po powrocie … czas na odpoczynek … modlitwę … naukę hiszpańskiego … cały czas mam
wrażenie … że z dnia na dzień mój hiszpański jest coraz gorszy … dogaduję się … ale
chyba za dużo wymagam … chyba potrzeba więcej pokory …
Msza o 19.00 … gdy mała wskazówka jest na 7 a duża na 12 … nikogo nie ma w kaplicy …
tylko Staszek … czekamy 15 minut … weszli w "ekwadorski czas" …
Msza znowu rodzinna … tak sobie pomyślałem … przecież to są dla mnie obce osoby … i ja
dla nich jestem obcy … łączy nas WIARA … niesamowite … ile ta wiara może …
Po kolacji … Tomek szuka swoich klapków i buta … winni … psy … pogryzły wszystko … w
bucie da się chodzić … w klapkach już nie …
Na Misji jest spokojniej … trzeba to wykorzystać, żeby odpocząć … pomodlić się …
pouczyć … nadrobić zaległości … posprzątać … jest co robić …
+ JMJ
Piątek (04.08)
La memoria de san Juan Maria Vianney (wspomnienie św. Jana Marii Vianney'a) …
Pobudka g. 7.45 … wspólna Jutrznia … jedziemy po Władkę … śniadanie … telefon …
odbiera Władka … pytają, czy można wyspowiadać się u Padrecito Martin … wydaje mi
się, że Władka żartuje … ale nie … naprawdę pytają o mnie … umawiamy się na 16.00 w
"convento" (Misji) … trzy osoby … muszę zrobić dzień "gospodarczy" … zabieram się za
porządkowanie swoich rzeczy … przerywam … przygotowanie do Mszy … dzisiaj Msza o
11.00 … chcemy, żeby Władka była z nami …
Każda Msza to ciekawe przeżycie … już się przyzwyczaiłem, że na każdej Mszy trzeba coś
powiedzieć … całkiem możliwe, że coś rozumieją … dzisiaj nawet odwoływali się do
kazania … jest nadzieja :D :D :D
Po Mszy … kontynuuję sprzątanie … ścieranie kurzów … mycie łazienki … zamiatanie …
mycie … przyjemniej …
Zachodzę do kuchni … przygotowują rzeczy do obiadu … biorę się za tarcie kokosa … na
jakiś napój … kończę z kokosem … zabieram się za wyciskanie pomarańczy … dużo ich
jest … owoce tutaj są przepyszne … w trakcie pracy ćwiczymy języki … uczę się nie tylko
hiszpańskiego, ale też chorwackiego … wolontariuszki mówią, jak co się nazywa po
chorwacku …
Czas szybko leci … połączenie z bratem, bratową i bratanicą … Skype … obiad … zupa (z
agawą) i ryba z ryżem … ale zupełnie inaczej podana … Władka przygotowuje rybę, jak
czerwone mięso … przepyszne …
Po obiedzie … chwila na modlitwę … odwozimy Władkę … w drodze kolejne novedades
(nowinki) … każdy mieszkaniec domu sam musi wylać asfalt … a jak nie, to są dziury …
asfalt – ziemia – kawałek asfaltu – znowu ziemia … co za ciekawe prawo …
W drodze powrotnej … zajeżdżamy do znajomej Panaderia (piekarni) … z nami jedzie
Tomiris i Michael … zaczyna się rozmowa na temat Polski i Chorwacji … Tomiris nie ma
pojęcia na temat mapy … wgl Ekwadorczycy nie mają pojęcia, gdzie jest Polska …
zazwyczaj mówimy … między Niemcami i Rosją … mas o menos (mniej wiecej) … i

liczymy na to, że coś z tego zrozumieją …
Po powrocie … czekam na umówionych gości … czekam dwie godziny … "czas
ekwadorski" … tym razem nikt nie przychodzi … nauka hiszpańskiego … brewiarz …
Zachodzę do kuchni … jest po 18.00 … kilka osób przygotowuje obrazki na śluby Eli …
rozmawiamy … znowu nauka chorwackiego … poznaję chorwackie słowo … które w
hiszpańskim jest przekleństwem … Eva dowiedziała się o tym … w kaplicy … istnieje też
słowo hiszpańskie … które po chorwacku znaczy to samo, co po polsku … przekleństwo …
Dużo radości … śmiechu … Eva wychodzi … i wtedy dzwoni telefon … jak "bomba"
przekazywany z rąk do rąk … trafia do mnie … każdy boi się odebrać … czekam … "może
przestanie dzwonić" :P :P :P … w końcu odbieram … "Bueno" – mówię … "Padrecito
Martin?" – pada pytanie w słuchawce … już mnie znają??? … ci od spowiedzi … nie mogli …
są niedaleko … zapraszam ich … czekam … zajeżdża minibus … miały być trzy osoby …
wchodzimy do Misji … pytam, skąd mnie znają … "wieści okoliczne doniosły, że u
Padrecito można się wyspowiadać" … pewnie liczą na to, że nic nie zrozumiem :P :P :P
z trzech zrobiło się pięć osób … ponad godzina … znowu ktoś chce mi płacić za spowiedź
… żegnamy się … i wtedy mówią do mnie … widzimy się jutro o 17.00 w Oyacoto … ???? …
oni jutro mają ślub … czyżbym o czymś nie wiedział … mam zaplanowaną Mszę na tą
godzinę … ale Padre Juan Diego nic nie powiedział … o ślubie …
Na marginesie … dzisiaj jest wspomnienie św. Jana Marii Vianey'a … na początku Mszy
powiedziałem … "su fama de confesor y director de las almas atrayeron gente de todas
partes" (jego sława jako spowiednika i kierownika dusz ściągała ludzi ze wszystkich
miejsc) … :D :D :D … doświadczyłem czegoś podobnego …
Dziewczyny ze mnie żartują … na temat spowiedzi … siedzimy przy kolacji … Josipa
przychodzi … Padrecito … jakaś kobieta do ciebie … od razu czułem, że to broma (żart) …
ale idę … na szczęście żart … po kolacji Nieszpory … próbujemy dodzwonić się do
hermany Lenki … bez sukcesu …
Pogodny wieczór … nie jesteśmy padnięci po całym dniu … więc karty … gramy w "burro"
(osioł) … dużo radości … potem uproszczony poker …
Czas na spoczynek … jutro będzie się działo … obecnie stwierdzam … estoy listo por todo
(jestem przygotowany na wszystko) … czym nas zaskoczysz Ojcze jutro? :D
+ JMJ
Sobota (05.08)
Que Ecuador!!! …
El proverbio (powiedzenie) … w Polsce często się mówi "Ale Meksyk" … oznacza
zamieszanie … dużo chaosu … nikt nic nie wie … wszystko wymieszane … ja osobiście …
po dniu dzisiejszym … nie będę mówił … "ale Meksyk" … tylko … "ale Ekwador" …
Pobudka o 8.00 … Jutrznia … śniadanie … wszystko według stałego … niezakłóconego
porządku … ale to dopiero wstęp … po śniadaniu … musimy jechać do Marianas … Władka
wczoraj wieczorem zadzwoniła … zatrzasnęła sobie drzwi … nie miała kluczy … ani
telefonu … więc wyłamała zamek … potrzebuje pomocy … "emergencia" (nagły wypadek)
… wjeżdżamy do miasta … fiesta … no w końcu sobota … ulice pozamykane … szukamy
przejazdu … musimy zatoczyć wielkie koło … Eva jest przerażona … nie mamy mapy …
tylko moja "intuicja" kierowcy :P :P :P … docieramy bez problemów … jedyny problem to
"conductores locos" (zwariowani kierowcy) … kilka razy wyjeżdżają mi prosto pod koła
… trzeba mieć refleks, być uważnym … i mieć dużo cierpliwości … jeden wyjechał tak
blisko, że cud Boski, że się nic nie stało … we wszystkich miastach ruch potężny …
Marianas … zamek wyłamany … drewno w futrynie w kawałeczkach … ja na pewno tego
nie zrobię … nie ma narzędzi … tylko młotek i gwoździe … jedziemy do stolarza

zaprzyjaźnionego … nie ma wolnych ludzi … chce nam dać kawałek drewna do wymiany
… po co mi to? … nie mam nawet dłuta … proponuje Władce zabić drzwi do poniedziałku
… jest drugie wyjście … jedziemy do innego stolarza … mówi, że za 10 minut … CUD … po
12 minutach przyszedł … chyba nie jest Ekwadorczykiem :P :P :P … klej … szpachla … i
jakoś pójdzie … udaje mu się naprawić … Władka szczęśliwa … przy okazji pracy …
rozmowa na temat Ekwadoru , Chorwacji , Polski …
Wracamy od Władki … trzeba zatankować … zajeżdżamy na gasolinera (stacja
benzynowa) … nie wiem, z której strony jest wlew … no i zajeżdżam źle … zawrotka … jest
ok … el trafico es horrible (ruch jest straszny) … na skrzyżowaniu … chcę skręcić w lewo
… skręcająca w lewo ciężarówka … wyprzedza mnie … na skrzyżowaniu … masakra …
Wracamy do domu … trzeba przygotować się do popołudnia … obiad … i zbieramy się na
Msze …
Pierwsza Msza … jedziemy do Calderonu … na cmentarz … ruch potężny … drogi nadal
pozamykane … dojeżdżamy do drogi prowadzącej na cmentarz … mamy 5 minut … droga
zamknięta … prace drogowe … zostawiamy auto … na piechotę … kawałek drogi … w
kaplicy jesteśmy o 14.02 … wchodzimy … nie ma nikogo … pusto … przychodzi jakiś facet
… na Mszę? … tam na dole … na grobie??? … tak … dla niego nie ma w tym nic dziwnego …
Siostra Lenka usilnie prosiła mnie o punktualność … miało być w kaplicy … dostałem
torbę z rzeczami do Mszy … dobrze, że do niej zajrzałem … brakowało podstawowych
rzeczy …
Schodzimy na dół … przy grobie ustawiony stół … jako ołtarz … dwóch chłopców …
nikogo więcej … tak, rodzina zaraz przyjdzie … zaczynają się schodzić … patrzę na el
sepulcro (grób) … Jehova te guardara (Bóg cię będzie strzegł) … zastanawiam się … czy to
katolicy … czy los testigos de Jehova (świadkowie Jehowy) … ale to jeszcze nic … chłopak
ma na imię … Paul STALIN … trzy razy czytam … potem dopytuję … bo może się
pomyliłem … ale nie …
Chłopak miał 17 lat … (1999-2016) … mam odprawić Mszę w rocznicę śmierci … prawie
są wszyscy … czekamy na tatę … po 20 minutach … przyjeżdżają … bez pośpiechu … Msza
… po Ewangelii stoją … to dobrze … nie wiedziałbym, co powiedzieć …
Mszę kończę o 14.55 … o 15.00 mam Mszę w Oyacoto … najpierw na piechotę do
samochodu … potem szukać wyjazdu … ruch jeszcze większy … znowu szaleni kierowcy …
wjeżdżam w ulicę … normalnie jest dwukierunkowa … ale ponieważ inne zamknęli … to
ta się stała jednokierunkowa … tyle, że nikt nie dał żadnego znaku … stoimy na
skrzyżowaniu … takich, jak ja jest więcej … kierowcy z naprzeciwka … "una via"
(jednokierunkowa) … możemy skręcić tylko w prawo … to odwrotny kierunek do
pożądanego … Jesus, który jest z nami … wskazuje drogę … zaraz za skrzyżowaniem …
korek … zablokowały się auta … nie da się poczekać … cisną się jak szaleńcy … wszystko
jak na złość … przeciskam się między autami … "na grubość lakieru" dosłownie … inaczej
się nie da … w końcu się udaje wyjechać … trzeba jeszcze zawrócić … wracamy do
Oyacoto …
Druga Msza … Oyacoto … spóźnieni 30 minut … chrzest … pierwszy mój chrzest po
hiszpańsku … do Mszy mało co przygotowane … spóźnienie więc spore … po Ewangelii …
bez kazania … dużo tekstu rytu chrztu … kaleczę hiszpański … rytuał napisany w liczbie
mnogiej … nie dość, że muszę przekształcać na liczbę pojedynczą … to jeszcze chrzczę
dziewczynkę … w hiszpańskim … zmienia się rodzaj … ale się umęczyłem … Msza z całą
oprawą … na koniec przepraszam za błędy …
Po Mszy podchodzą do mnie ludzie … Padre jest bardzo dobrze … kilka słów, z którymi
był problem … jest dobrze … pocieszają mnie … bardzo mili … dziękują za Mszę …
Trzecia Msza … chwila przerwy … okazja zajechać do domu … wracamy do Oyacoto …

wieczorna Msza z niedzieli … już spokojniej … oczywiście, że o 17.00 nie zacząłem … bo
nikogo nie było … zeszli się na 17.15 … w czasie Mszy jeszcze się schodzą … ja myślałem …
że na Klecinie na 11.30 się spóźniają … to jest nic w porównaniu do Ekwadoru … kazanie
… po Komunii śpiewamy po polsku … po Mszy znowu podchodzą … dziękują …
rozmawiają … bardzo miło …
Czwarta Msza … której nie było … z Oyacoto jedziemy do Santa Anity … zajeżdżamy … nie
ma nikogo … Eva mówi … że nikt nie przyjdzie … bo był chrzest i ślub … nie ma ludzi …
więc nie będzie Mszy … wracamy …
Chwila w domu … kolacja … szybka … wyjazd do San Miguel …
Czwarta (piąta) Msza … w tym kościele jeszcze nie byłem … ładny kościół … Msza ma się
zacząć o 19.30 … jest 19.40 … w kościele może 6 osób … zaczynamy … w trakcie dochodzą
… w sumie ok 40-45 osób … bardzo miła atmosfera … kazanie … wychodzę do ludzi …
między ławki … dobrze się do nich mówi … jest odzew z ich strony … na koniec śpiewam
… "Powietrzem moim" … po Mszy przychodzi mężczyzna … wita się … zaprasza na
czwartek na Mszę ich wspólnoty modlitewnej … myślę, że może dam radę dotrzeć …
pytam tego mężczyznę … o imię Stalin … tak, bardzo popularne imię … a w Polsce, co
oznacza? … masakra … nie słyszeli o Stalinie …
Wracamy do domu … po Mszach … jedna refleksja … ludzie tutaj mają problemy z
czytaniem … z tego też można wnosić o poziomie kształcenia …
To był mocny dzień … jutro zapowiada się spokojniej … "que Ecuador" … wchodzi na
stałe do mojego słownika …
+ JMJ
Niedziela (06.08)
La calma (spokój) …
Wczoraj z Evą umówiliśmy się na wyjazd o 7.00 … jedziemy do Władki … zapomniałem
nastawić zegarek … nad ranem śnią mi się jakieś niestworzone rzeczy … postacie, jak z Lord
of Rings … nagle się budzę … a dokładnie … budzi mnie mój Anioł Stróż … albo ktoś ze
zmarłych … przed zaśnięciem zawsze się za nich modlę … 6.53 … wystarczy czasu na
przygotowanie …
Jedziemy do Władki … ruchu prawie nie ma … ale zwariowani kierowcy nie śpią … znowu
zajeżdżają drogę … jesteśmy … "justo a tiempo" (dokładnie na czas) … jedziemy do mercado
(rynku) … Władka kupuje el pulpo … potem wyjaśnię, co … w centrum mercado … wielka
kapliczka … w środku … Jezus niosący krzyż … Matka Boska … !!! … jedziemy do domu …
wieziemy el postre (deser) … ciasto kawowe … pyszne …
W domu … el desayuno (śniadanie) … Jutrznia … bardzo lubię te nasze wspólne modlitwy …
kaleczymy trochę brewiarz … ale to nieważne … teksty z Biblii są trudne … pomagają jednak
uczyć się języka …
Msza w kaplicy … o 11.00 … nawet punktualnie przyszli … śpiewamy Bienaventurados
(Błogosławieni) … hymn ŚDM … na początek Mszy … po polsku, hiszpańsku i chorwacku …
kazanie … nawet jestem zadowolony … temat trudny … La Transfiguracion del Senior
(Przemienienie Pańskie) …
Po Mszy … planujemy na jutro wyprawę na Pichinchę … szczyt koło Quito … 4700 m. n.p.m. …
Internet … przewodnik … informacje od Władki … wszystko prawie zaplanowane … Władka
przypomina sobie … Pico y Placa … ??? … nie rozumiem … w poniedziałek … w Quito … od 7.00
do 9.00 … od 17.00 do 19.00 … auta z numerem 1 na początku rejestracji … nie mogą się

poruszać … wysoki mandat … i zabierają auto na 3 dni … masakra … czyli nasza camioneta w
to się wlicza … plany przekładamy na wtorek …
Obiad … pyszna zupa … z jakąś kukurydzą tutejszą … no i na drugie … el pulpo (ośmiornica) …
na początku dystans mentalny … ale przygotowane super … i przepyszne … kolejna rzecz …
pierwszy raz … el postre (deser) … w czasie obiadu dziewczyny rozmawiają po chorwacku …
wtrącam się … Władka … Padrecito naprawdę rozumie … nie wszystko, ale sporo …
Odwozimy Władkę … w czasie drogi rozmowa … dziewczyny po chorwacku … ja po
hiszpańsku … Władka opowiada … mężczyźni … przede wszystkim Indianie … wgl nie szanują
kobiet … kobiety ciągle ich przyprowadzają … pijanych do domów … kobiety nie mogą nic
powiedzieć … obrazek … mężczyzna poszedł kupić skrzynkę piwa … kobieta ją niosła … on
ręce w kieszeni … jadąc widzimy pijanego młodego chłopaka … ma może z 15 lat … masakra

Po powrocie … drzemka … trzeba odpocząć … brewiarz … nauka hiszpańskiego … i mecz …
koło szkoły boisko … betonowe … do gry w piłkę … ja, Don Darek i Eva … kontra … Tomek,
Staszek i Michael … pierwszy raz gram na takiej wysokości … 2800 m. n.p.m. … najpierw
brakuje oddechu … ale za chwilę jest ok … w końcu szykowałem formę … od wielu miesięcy …
wygrywamy 12:5 … co za spektakularny sukces …
Po meczu … Nieszpory … szykujemy się na wyjazd na Mszę do kościoła … prawie wszyscy
chcą jechać … ktoś musi zostać pilnować domu … zapakowani … niektórzy uwielbiają jeździć
na pace camionety … jedziemy do kościoła … muszę przejechać przez "bramiki" … bo na
środku drogi … jest boisko … dzieciaki ze starszymi grają w piłkę … w kościele najpierw
trzeba posprzątać … dużo kurzu … zapomniałem alby … muszę wrócić … znowu zakłócam
mecz …
O 19.00 nikogo nie ma w kościele … tylko my … czekamy … koło 19.15 zaczynają się schodzić
… w okolicach Ewangelii … jest nas już ok 25 osób … i mnóstwo psów … dwóch chłopców
szaleje … na końcu kościoła … jest kaplica św. Michała Archanioła … ma barierkę w furtką …
ojciec zamyka ich … jak w więzieniu … na kazaniu mówię o prawie … Mojżesz reprezentował
prawo … prawo potrzebne jest do życia … ale nie jest najważniejsze … żartuję mówiąc …
Ekwadorczycy np. potrzebują prawa o ruchu drogowym … do tego, żeby normalnie żyć …
śmieją się … przyjemna atmosfera …
Po Mszy … rozmowy z mieszkańcami … zanim wrócimy … trzeba odkręcić wodę … żeby była
w Misji … nikt z nas nie ma pojęcia, o co chodzi, z tym odkręcaniem wody … ale są dwie
osoby … tubylcy … chyba wiedzą … trochę się kręcimy … nie ma wody … na szczęście w Misji
woda jeszcze jest …
Powrót … kolacja … rodzinna atmosfera … tutaj dom cały czas jest pełny … zawsze jest nas
dużo … i to jest rewelacyjne … na kolację .. znowu coś nowego … jakaś kukurydza … zawinięta
w liście … pyszne …
Kolejny dzień za nami … co prawda nie ma jeszcze połowy wyjazdu … ale coraz do niej bliżej
… jutro 20 dzień naszego pobytu … zdążyłem się przyzwyczaić …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

U przewodników, zdjęcia

07 sie

DSC_0709

 

Nasza wycieczka koło domu przewodnika

DSC_0710

DSC_0708

Przewodnik Jeff (20 lat) ze swoją 15-letnia żoną i ich malutką córeczką.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 7

06 sie

Goście

Dziś rano przybyła z wizytą i naręczem kwiatów dla sióstr jedna z las ninas sprzed lat -Vanessa, wraz ze swą mamą i kuzynką oraz dziewięciomiesięcznym chłopczykiem – synem kuzynki.

 

Nie miały szczęścia i już po raz drugi nie zastały Maestry – jak rozumiem nie łatwo im tak podróżować, mimo że mieszkają w Quinche, w górach i odległość nie jest tak znaczna. To dopiero druga ich wizyta u sióstr od trzech lat, kiedy Vanessa wraz z kuzynką Joanną odeszły ze szkoły. Joanna uczyła się tu tylko rok i nigdy jej nie spotkaliśmy.

 

Vanessa jest Indianką Quichua, a nie jak większość las ninas Shuar i nie ma z pozotałymi kontaktu. Wiedziała coś tylko o jednej z dziewcząt sprzed lat, że ma już spore dziecko. O męża dziewczyny nie pytałem. Vanessa nie może znaleźć pracy, utrzymuje ją jej mama, która wynajmuje mieszkanie. O swym życiu mówią : „la vida dura”, „ciężkie”.

 

Rozmowa ożywia się znacznie, gdy zaczynamy wspominać nasze poprzednie spotkania. Vanessa pamiętała Paulę, Elliota, naszych chłopców też oczywiście, „polowanie” na Tomka . Oglądamy zdjęcia, padają imiona koleżanek z internatu. Polskich słów, których je kiedyś uczyliśmy nie potrafi powtórzyć, ale pamięta fragment wierszyka „idzie kominiarz po drabinie…” Obiecują przyjechać w piątek, kiedy będzie już z nami h. Lenka – być może mają do niej jakąś prośbę.

 

Dziś od samego rana jest na misji także siedemnastolatek o imieniu Jesus, brat uroczej Tomiris, która zamieszkała z nami od czasu, gdy siostry wyjechały z padrecito Juan Diego na swe coroczne tygodniowe rekolekcje, „retiro espiritual”. Poznaliśmy go w trakcie bierzmowania, do którego przystąpił (s. Lenka była świadkiem Tomiris). Bardzo charakterystyczny, w beżowym płaszczu zamiast marynarki, tym samym, w którym przyszedł do nas dzisiejszego ranka, by towarzyszyć padre Marcionowi zastępującemu padrecito JD na pięciu (!) mszach. Tomek chwilę z nim porozmawiał, poopowiadał o szkole w Polsce. Jesus w czasie wakacji, aby pomóc rodzinie, pracuje w warsztacie samochodowym po czternaście godzin dziennie siedem dni w tygodniu. Jesus w nieodległej przyszłości chce zostać kiędzem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 6

06 sie

 Pieniędzy nie dałem

 

Hotel okazał się bezpieczniejszy od łodzi, trzęsienie ziemi przeszło przez Puerto Lopez rok temu niszcząc wiele budynków (w tym kościół) i jak na razie się nie powtórzyło. Kuchnia, z której korzystaliśmy na hotelowym patio pozwoliła nam oszczędzić trochę pieniędzy i niesmaku (jedzenie w restauracjach kiepskie i drogie, obsługa jeszcze gorsza). A mimo to pieniędzy mu nie dałem.

 

Przewodnik był dwudziestoletnim mężczyzną z długim nożem w bucie. Ubranie nieco przybrudzone, gdzieniegdzie podarte, łagodny wyraz twarzy. Sprawiał wrażenie pewnego siebie. Choć niczego nie obiecywał, ufałem, że wytropi dla nas wyjce, które pod nieobecność brata-słońca markotnie pozaszywały się po czubkach wysokich na kilkdziesiąt metrów drzew. Tam skulone marzły i wcale nie do wycia im było.

 

Obuci w kauczukowe kalosze idąc cieszyliśmy się wyższością materiałów naturalnych nad sztucznymi. Jedynie Staszek markotny bardzo – widać radość z taplania się w błocie po łydki ma już za sobą. Pozostałym wędrowcom nic jednak nie przeszkadzało, by co chwilę wybuchać salwami radosnego śmiechu – może tak chcieliśmy udowodnić wyższość ducha nad materią? I nie ważne, że spodziewaliśmy się niezwykłego i SUCHEGO lasu tropikalnego, a wyszło inaczej i to zaledwie kilkanaście kilometrów od pozbawionego zupełnie o tej porzez roku opadów, choć stale zachmurzonego, wybrzeża. Komary gryzły, to prawda, ale – wbrew opinii mych polskich towarzyszy – wiedziałem, że malaria nam nie grozi. Tak powiedział mi nasz młodszy przewodnik. Tego starszego już o to nawet nie musiałem pytać.

 

Radość z wypatrzenia trzech małp była wspólna obu tropicielom i wszystkim spoconym gringos (z wyjątkiem najwyższego). Cieszyli się jak dzieci. A skulone wyjce rzeczywiście siedziały na czubku drzew i marzły. Choć jak postukać w drzewo maczetą, to się poruszą. Nie wystarczyło to jednak, by się rozruszały i zawyły. Zatem ruszyliśmy w (błotnistą) drogę powrotną. Indiański młodzieniec raczył nas co chwila cierpkimi, dzikimi mandarynkami i innymi jeszcze bardziej zielonymi owocami, tematów do rozmów nie brakowało. Ot, choćby dowiedzieliśmy się, że młodzieniec to tatuś, a mamusią jest piętnastoletnia dziewczyna. I nic w tym dziwnego, dziewczyny pełnoletniość osiągają pod słońcem równika trzy lata wcześniej niż u nas. Mimo, że wyglądają podobnie do naszych piętnastolatek.

 

Po skromnym, lecz pysznym obiedzie w wypadowej wiosce zapytałem, czy możemy poznać jego żonę i dziecko. Zgodził się bez wahania. Nic dziwnego, na spotkanie wyszła nam śliczna dziewczyna z dwumiesięczną córeczką na ręku. Młodziutka, za młoda żeby być matką, za młoda żeby tak żyć… Bo przy okazji robienia pamiątkowych zdjęć rzuciliśmy okiem do wnętrza ich domu. Szybko jednak opuściliśmy oczy. Bieda porażająca. W porównaniu z tym, drewniana chatynka haitańskiego księdza w centrum Mindo, do którego wprosiliśmy się na herbatę, wydała się luksusowym pałacem. Tu oprócz łóżek i stołu ustawionych na klepisku nie było nic. Czy w wieku piętnastu lat można już przestać marzyć o przyszłości? Czy pojedynczy mebel potrafi wypełnić marzenia tej dziewczyny? Czy też do szczęścia może wystarczy jej świadomość, że jest kochana? Bo to także widać było na pierwszy rzut oka.

 

W takich sytuacjach rodzi się w nas chęć pomocy. Naturalnie, a potem najczęściej równie naturalnie chęć ta obumiera…

 

- Ale zanim obumrze może jednak coś dam? – pomyślałem. Spokojnie mogłem w tej chwili włożyć do jego lub jej dłoni dwudziestodolarówkę – tyle pieniędzy na pewno miałem w nadmiarze. Taki chrześcijański gest, na potwierdzenie tego, co sam o sobie często myślę: „niezły facet”. Ale pieniędzy nie dałem.

 

Powody były dwa, początkowo intuicyjne, teraz mam to już trochę bardziej przemyślane. Każdy z nas chyba lubi racjonalizować swoje czyny, rzadziej potrafimy siebie jednoznaczniej na drodze życia ustawić, zwłaszcza na dłużej.

 

Powód pierwszy: kiedy otrzyma ode mnie tę dodatkową zapłatę, która w niczym przecież nie zmieni jego życia, przy każdej następnej oprowadzanej przez siebie grupie przynajmniej podświadomie będzie liczył na podobne wsparcie. I kiedy go nie dostanie raz, drugi, trzeci, będzie odczuwał cierpki jak dzikie mandarynki zawód. I za którymś razem nie wybuchnie już salwą radosnego śmiechu po drodze, a jego spojrzenie na młodziutką żonę przepełniać będzie coraz bardziej gorycz niespełnienia i smutku.

 

Powód drugi: czy ja ofiarując tych dwadzieścia dolarów dam jakiekolwiek (pozytywne) świadectwo o chrześcijanach, do których z racji chrztu świętego się zaliczam? Czy byłby to gest, który poruszy serce, udowodni prawdę tego, w co wierzę, prawdę mojej wiary? Czy tak zachowałby się misjonarz, któremu autentycznie zależałoby na odmianie serc? Tu trzeba czegoś znacznie większego. Zatem pieniędzy nie dałem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z wycieczki cd.

05 sie

IMGP2324

IMGP2308

Na paradzie w Pto Lopez

IMGP2238

I na obserwacji małp.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 5

05 sie

Przygoda

 

Drogę z Mindo do zachwalanego przez przewodniki anglojęzyczne Puerto Lopez nad Pacyfikiem przez Jipijapę (fajna nazwa, co, zwłaszcza gdy J przeczytacie jako CH) pokonaliśmy w jeden dzień tylko dzięki padre Marcinowi. Jak on to wymodlił, tego nie wiem, ale ostatnia mocno spektakularna przesiadka odbyła się przy pospieszających nas okrzykach konduktorów obu autobusów stojących po przeciwnej stronie ruchliwej jezdni w Porto Viejo, a my nie do końca rozumiejąc co się dzieje targaliśmy bagaże z autobusu buchającego gorącem do autobusu wychłodzonego klimą, przeskok w inną rzeczywistość, zaledwie parę metrów w poprzek drogi, zatrzymując zdecydowanym gestem ręki (bagaż w dół) spieszące się dokądś auta. Najbardziej nie mógł w nasze szczęście uwierzyć Tomek i zanim usiadł wypytał wszystkich siedzących w autobusie pasażerów, czy aby na pewno znaleźliśmy się we właściwym.

 

No i tuż po zmroku zawitaliśmy w kurorcie. Tam zdaliśmy się już tradycyjnie (Pan Bóg przecież czuwa, czujemy to doskonale) na czekającego na nas naganiacza hotelowego, ale mocno go przy okazji zaskoczyliśmy. Byliśmy chyba pierwszymi w jego życiu gośćmi, którzy trasę z terminalu hotelowego do zachwalanego przez niego hoteliku (3 km) zechcieli odbyć na piechotę. (Na nasze wymęczone ciała i zmiętolone jednodolarówki czekał cały szpaler trójkołowych motorków.) I bardzo mnie to bawiło (jego mina i śmieszny chód), i tak szliśmy i szliśmy, ciemności zapadały, samochody wokół nas szalały, pot zraszał czoło, a przewodnik wciąż nie mógł się nadziwić i tylko śmiesznie od czasu do czasu podskakiwał i nieustannie do kogoś dzwonił. Po takim zaangażowaniu z jego strony nie mogliśmy odmówić mu hotelu, prawda? Nie odmówiliśmy także rekomendowanej przez niego wycieczki na Isla de la Plata (Galapagos dla ubogich) w łodzi all inclusive. Ale o tym już trochę pisałem i wiecie, że Pan Bóg rzeczywiście czuwał.

 

Tak, wiem, złapaliście mnie, nie dotrzymałem słowa, jednak opisuję przygody. Trudno się od tego uwolnić, tak wiele się dzieje. A poza tym „przygoda” to po hiszpańsku „aventura” , a już bienAVENTURAdos to „błogosławieni”. Zatem idę na całość. To znaczy na taką całość, na jaką mnie na razie stać. I proszę o dalsze modlitewne wsparcie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 4

05 sie

Dzieci na scenie

 

Okazuje się, że w Ekwadorze także może być czysto, ulice nie muszą być zaśmiecone a wyjście po zmroku do miasta nie koniecznie grozi utratą co najmniej pieniędzy i dokumentów. Co więcej, w kafejkach upalnego i wilgotnego Mindo, do którego udaliśmy się w poszukiwaniu tropikalnych motyli, usłyszeliśmy nocą porywającą muzykę i to w wykonaniu dwójki muzyków, gitarzysty i młodej, pięknej kobiety, z maleńkim dzieckiem na ręku. Zanim jednak Asi udało się uruchomić komórkę dla zrobienia zdjęcia, muzyka umilkła, śpiewaczka wstała z miejsca i okazało się, że dzieci ma dwoje, tyle że jedno z nich urodzi się dopiero za kilka dni (choć moje obliczenia nie zostały autoryzowane). W tym momencie po raz kolejny zobaczyłem – i to jakie szeroko otwarte oczy przy tym miałem – dobrze że Asia w ciemności ulicy tego nie dojrzała (!), że posiadanie dzieci nie musi przeszkadzać w rozwijaniu swego talentu i pasji (w tym wypadku do śpiewania) – a przy tym jaki to urok wystąpić na scenie z bobasem! – taki mały kamyczek do ogródka feministek.

 

Gdy godzinę później (tuż przed północą) pojawiliśmy się przed wciąż otwartymi drzwiami kawiarni ponownie, zobaczyliśmy na scenie … Staśka i Tomka. No cóż, sami ich tam wysłaliśmy, żeby posłuchali cudownych dźwięków. Teraz akompaniował im jakiś młody muzyk na bębenkach, a śpiew rozbrzmiewał czysto i po polsku. Ale północ to definitywny koniec występów, zatem nie nacieszyliśmy się widokiem za długo. W rozmowie w drodze powrotnej do hoteliku chłopcy wyjawili chęć zakupu gitary i dalszych występów w lokalach Ekwadoru i Peru. I już zaczęli dzielnie ćwiczyć.

 

No a Tomek jeszcze po drodze opowiedział, jak dziewczyna z dwójką dzieci tańczyła do muzyki latynoskiej, a ja tego nie widziałem i już nie zobaczę. Cholera! Następnego dnia wyjechaliśmy nad Pacyfik. I zrobiło się jeszcze goręcej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Misja 3

05 sie

Język, uprzedzenia i domysły

 

Gdy się podróżuje do Ameryki Południowej i jest się Polakiem trudno nie odwołać się choćby od czasu do czasu do książek Wojciecha Cejrowskiego. Może pamiętacie, jak pisał o motylach i o jednym takim motylu śmierci, do którego najbardziej pasowała nazwa „schmeterling”. No bo rosyjska „baboczka” czy francuski „papillon” lub hiszpańska „mariposa” śmiertelnie groźne się nie wydają. I bardzo nam w rodzinie ten opis pasował dopóki nie usłyszeliśmy, jak ów niemiecki wyraz wymawia mieszkająca w Niemczech dziewczynka o imieniu Ela. Okazało się, że w ustach dziecka nawet najbardziej drapieżne słowa zabrzmią łagodnie, niczym uderzenie skrzydeł motyla lub śpiew szczęśliwego wieloryba. No i uprzedzenie prysło. Z kolei z lektury Sołżenicyna pamiętam, jak melodyjny język rosyjski potrafi zabrzmieć niczym mordercze okrzyki dzikiego plemienia Indian, gdy słowa wymawia rządzący innymi więźniami kryminalista z gułagu. Ale mimo świadomości tego, iż nasze sądy bywają omylne, zaryzykuję pewną hipotezę dotyczącą języka hiszpańskiego w Ekwadorze. Uderza mnie w nim dziwna łagodność, uniżenie, może nawet poddaństwo, słyszalne od czasu do czasu w tonie głosu, trochę w intonacji, gdy pewne słowa wymawia się prawie szeptem, jakby wyrażało się intymną prośbę czy też przyznawało się do zjedzenia czekoladki, którą wcześniej obiecaliśmy się podzielić I słychać to bez różnicy, czy mówi zgrywający „macho” Indianin, czy piętnastoletnia panna.

 

Od jakiegoś już czasu, gdy rozmyślam nad problemami biedy, bezradności, uzależnień wśród Indian Quichua winę za sytuację z dzisiaj gotów jestem (częściowo oczywiście) zrzucić na podbój państwa Inków przez garstkę zaledwie konkwistadorów. Jak czuli się ci Indianie, władcy potężnego państwa, twórcy imponującej cywilizacji, gdy zostali pokonani, wielokroć oszukani, przez białych (potrafiących oczywiście wykorzystać antagonizmy pomiędzy etnicznymi grupami wcześniej podbitymi przez Inków, ale jednak dysproporcja sił była zawsze ogromna, nawet gdy weźmiemy pod uwagę epidemie dziesiątkujące los Indigenos od początku kolonizacji)? Czy poczucie ogromu klęski nie musiało przerodzić się we frustrację i załamanie wiary we własne siły i zdolności? Jak ojciec rodziny miał budować swój autorytet albo przekazywać swym synom, że są czegoś warci, gdy stał nad nim biały z batem i każdym gestem dawał do zrozumienia, że przypadku nie było, że nawet Bóg tak chciał? A gdy dodać do tego tych białych, którzy nie chcieli Indian uznać za ludzi, bo tak pasowało ich interesom lub ideologii? (Budzi to zresztą we mnie jednoznaczne skojarzenia z dzisiejszą odmową nazwania człowiekiem dzieci nienarodzonych!) Jak w takiej sytuacji być ojcem rodziny? Czy instytucja „macho” nie jest także bezpośrednią reakcją (odreagowaniem) tego samego? Czy nie ma to wpływu na fatalną słabość mężczyzn w tym kraju, na ich niezdolność do wierności, dotrzymywania słowa, do stałości? Na ich manifestacyjną brawurę w prowadzeniu samochodu? I na alkoholizm, który wydaje się im ucieczką w lepszą rzeczywistość? Nie, nie jest to tanie usprawiedliwienie słabości, przeszłość zostawia swoje piętno na każdym.

 

PS

W hiszpańskim używanym w Ekwadorze grzeczną prośbą o powtórzenie, gdy się czegoś nie zrozumiało, odpowiednikiem naszego „proszę?” jest „mande” dosłownie: „rozkazuj”, „poślij mnie”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS