RSS
 

Misja 2

04 sie

 

Na misji z motylem na ramieniu i wielorybem pod łodzią

 

Z relacji ks. Marcina już wiecie, że wróciliśmy. Padre szczegółowo i niezwykle barwnie zajął się opisem tutejszych realiów oraz naszych przygód, bo bez nich każdy wyjazd traci na wyrazistości i pozostaje jakby zawieszony pomiędzy rzeczywistością a ułudą. Gdy nasz brytyjski przyjaciel Chris zapytał, kiedy rozpoczynamy naszą przygodę w Ekwadorze początkowo zaprotestowałem, że to nie przygoda, lecz misja, ale już po chwili wiedziałem, że przesadziłem. Misja to przygoda właśnie i oddzielanie jednego od drugiego to trochę tak, jakby patroszyć duszę od ciała w żywym człowieku ze świętym przekonaniem o wyższości tej pierwszej nad drugim. Ale korzystając z tego, że do opisu księdza bardzo niewiele da się dodać, będę dalej próbował połączyć to, co dzieje się przed naszymi oczami z myślami, z jakimi wszyscy chyba się borykamy w naszym życiu w 21. stuleciu po Chrystusie. Z nadzieją, że może poniżej formułowane uwagi przydadzą się nie tylko autorowi tych słów, by umiał przeżywać swe dni zdecydowanie bardziej jednoznacznie.

 

Aha, tytułowy motyl siedział na ramieniu padre ku obopólnemu ich zadowoleniu, wieloryb zaś znalazł się pod naszą łódeczką prującą fale Pacyfiku przez przypadek, zupełnie niechcący, lecz na szczęście nie zakończył naszej przygody (z życiem?) w tym momencie. Mamy tylko nadzieję, że i on przeżył i na potłuczeniach się skończyło. BO BARDZO GŁUPIO BY BYŁO pozbawiać życia istoty, dla zobaczenia której przemierzyliśmy w poprzek pół Ekwadoru.

Darek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia znad Pacyfiku

03 sie

IMGP2004

IMGP2074

IMGP2118

 

Trafił swój na swego – Stasiek fotografuje głuptaka.

IMGP2162

Isla de la Plata – rzekoma kryjówka korsarza Francisa Drake’a

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ksiądz Marcin 27-30

03 sie

Czwartek (27.07)
La repeticion de diversion (powtórka z rozrywki) …
Pobudka o 6.00 … poranne modlitwy … śniadanie … znajomi robią pranie … zrzucamy się
wszyscy razem … czekamy na wyjazd z hermaną Lenką do drugiego domu sióstr w
Calderonie … planowana godzina wyjazdu 11.00 … jest czas na modlitwę … potem nauka
hiszpańskiego …
Pranie szybko schnie … przed wyjazdem zbieramy suche … mała "wojna" czyje majtki są
czyje … :P :P :P … czekamy na siostrę Lenkę … 11.30 … 12.00 … 12.15 … w końcu jest …
"czas ekwadorski" … hermana przywozi dwa biurka do szkoły … rozładowujemy
camionetę …
"Usted quiere manejar" (chce Pan prowadzić) … pyta mnie siostra Lenka … co to za
pytanie? … wyjeżdżamy busetą … po drodze zajeżdżamy na cmentarz w Calderonie …
hermana Lenka chce pokazać mi, gdzie będę odprawiał Mszę w przyszłym tygodniu …
jesteśmy bardzo wysoko … widoki przepiękne … zdjęcia zrobione … kierowanie w mocno
górskim terenie utrudnione … w pewnym momencie … muszę zatrzymać się na
czerwonym świetle … stoję pod górę … na takim wzniesieniu jeszcze nie ruszałem …

egzamin bym zdał … :D
Zajeżdżamy do domu sióstr w Calderonie … siostry prowadzą tu żłobek … wchodzimy …
wszystkie dzieciaki śpią po obiedzie … ułożone pokotem na materacach … obiad …
przepyszny … gotuje Władka … Chorwatka … zwiedzamy dom … czekamy kiedy dzieci
wstaną …
Po przebudzeniu dzieciaki prezentują co umieją … najpierw modlitwa … nagrane …
piosenka … nagrane … tańce … nagrane … jedna z sióstr wyciąga flagę Ekwadoru …
dzieciaki śpiewają hymn … nagrane … po występach czas na los regalos (prezenty) …
siostry proszą dzieci, żeby przekazały zrobione aniołki … do mnie podchodzi
dziewczynka Pola … następnie wspólna zabawa … skaczemy na jednej nodze w parze z
dziećmi … opiekunka wysypuje klocki … dzieciaki szybko się z nami oswajają … Pola znou
do mnie podchodzi … zaczepia … kołuje i znowu ląduje koło mnie … w pewnym
momencie przynosi klocki … coś pokazuje i mówi … ciężko dzieci zrozumieć …
zaczynamy budować wieżę … kilkoro dzieci się do nas przyłącza … dużo śmiechu … cały
czas coś komentuję … robimy wieżę wyższą od Poli … potem ode mnie … chcemy zrobić
wieżę wyższą od Staszka … rozlatuje się nam … drugie, trzecie i czwarte podejście …
nawet pomoc innych nie przynosi rezultatu … "wieża Babel" … chyba Pan nie chce tej
budowy … :P :P :P … hermana Lenka mówi mi, że Padre Juan Diego pojechał do kogoś do
szpitala … mam odprawić Mszę w Oyacoto i Santa Anita …
Siostry proszą o Mszę … malutka, ale urodziwa kaplica … atmosfera rodzinna … śpiewy
trochę nam nie wychodzą … ale i to jest fajnie … na koniec wspólne zdjęcie w kaplicy …
Herbata w oczekiwaniu na hermanę Lenkę … pojechała znowu coś załatwiać … Msza w
Oyacoto ma być o 17.00 … jest 16.45 … jeszcze herbata … wyjeżdżamy o 16.55 … na
skrzyżowaniu … światło czerwone … a my skręcamy w lewo … "jedziemy, jedziemy" …
mówi do mnie siostra Lenka … to jedyna okazja, żeby przejechać … ciągniemy się za
śmierdzącą ciężarówką … jak na złość … jeszcze panederia (piekarnia) … trzeba kupić
bułki na jutro … w Oyacoto … 17.20 … w zakrystii … nie ma alby … to bez alby … sama
stuła i ornat … pierwszy raz … już mam wyjść do ołtarza … na stoliku stoi monstrancja …
"ma być wystawienie?" … pytam hermanę Rosę … si Padrecito … po Mszy … tylko nie
mamy książki … Padre Juan Diego wszystko z głowy mówi … aha … no to spontan … Msza
… kazanie … adoracja … trochę pogadałem … zaśpiewałem pieśń po polsku … znowu
pogadałem … błogosławieństwo … trzeba kończyć, bo już trzeba jechać do Santa Anity …
Przesiadam się z busety na camionetę … towarzyszy mi wolontariuszka i dwoje
tutejszych … Jesus i jego siostra … nie mogłem zapamiętać jej imienia … Jesus mówi, że
chce być księdzem tak, jak ja … oczywiście, że jesteśmy spóźnieni … nikt tym się nie
przejmuje, bo oni też nie są gotowi … tutaj alba jest … ale trzech Padrecito Martin by się
w niej zmieściło … Msza … kazanie … nie ma adoracji … ale za to jest procesja z figurą
Santa Anity … trafiamy do jednego z domów … motor przy drzwiach … kafelki na
podłodze … musi być lepsza sytuacja finansowa … modlitwa … zabawa ruchowa …
poczęstunek … pół bułki … i znowu to "plastikowe kakao" … odmówić się nie da … dobrze,
że kubki małe … wracamy … jedziemy do San Miguel odstawić Jesusa i jego siostrę …
Powrót na misję … kolacja … nowe plany po naszym przyjeździe … zapowiada się
baaaaaardzo ciekawie … pakowanie … Nieszpory … facebook … jutro pobudka o 5.00 …
wyjeżdżamy na tydzień … niestety nie biorę laptopa … względy bezpieczeństwa … przez
tydzień nie będzie więc nowych informacji … będę pisał na kartkach …
Dios les bendiga …
+ JMJ
Piątek (28.07)

El viaje (podróż) …
Pobudka g. 5.00 … Msza … tym razem bez kazania … wyjazd … jedziemy na przystanek
autobusowy … oczywiście, że prowadzę … wyjazd miał być o 7.30 … na miejscu okazuje
się, że o 8.00 … 50 minut czekania … bilet 3,10 dolara … ok. 100 km … 2,5 godziny jazdy …
linia Flor de Valle … autobus bardzo wygodny … mało ludzi … Le estamos vigilando (są
Państwo obserwowani) … w autobusie są kamery … bagaż ma swój numer … przy
kierowcy podawana aktualna prędkość … jestem pozytywnie zaskoczony … jedziemy do
Mindo … miejscowość turystyczna … w pewnym momencie … pojawia się misjonarz
ewangelicki … kwestuje na rzecz uzależnionych od alkoholu i narkotyków … w połowie
drogi do autobusu wsiadają sprzedawcy … lody, napoje, przekąski … rzekłbym "all
inclusive" … wjeżdżamy do jakiejś miejscowości … zatrzymujemy się przy jakimś sklepie
… zbici z tropu … to już tu ??? … jakaś wiocha … wszyscy wysiadają … to my też … zaraz po
wyjściu … jakiś starszy pan oferuje hotel … idziemy zobaczyć … Hotel de las Orgideas …
wygląda nieźle … zostajemy … ale nie ma wody … jakiś remont instalacji w całym pueblo
… będzie wieczorem … właściciele bardzo mili … gościnni … z rozmowy wychodzi, że
jestem księdzem … gospodyni dużo mówi … u nich w parafii jest nowy ksiądz z Haiti …
nie pamiętają jak się nazywa … ale bardzo miły … idziemy na pueblo … jedno obok
drugiego biura turystyczne … wszyscy oferują to samo … tyle, że w innych cenach …
trzeba się rozejrzeć … odwiedzamy Pana Jezusa w kościele … piękny kościół … szukamy
domu proboszcza … nikogo nie ma … dom dość lichy … idziemy na sok z owoców …
decyzja … jedziemy do Mindo Lindo … 7 ha lasu tropikalnego … i ptaki … wracamy do
jednego z biur turystycznych … zamawiamy taksówkę … Mindo Lindo … dom małżeństwa
niemiecko-ekwadorskiego … obchodzimy cały las … przedsmak dżungli … ale ptaków
brak … po powrocie … herbata z Hierba Luisy … właścicielka (Niemka) … cieszy się z
wizyty sąsiadów … pokazuje nam miejsca, gdzie przylatują kolibry … jak paparazzi
czekamy na ptaszki … są … ciekawe zdjęcia … ciężko je uchwycić … słychać jak nadlatują …
jak wielkie bąki … wracamy do Mindo … obiado-kolacja … przyjemna knajpka … ryba z
tutejszej rzeki … w hotelu nadal nie ma wody … idziemy na koncert żab w Mindo Lago …
przed wejściem … decyzja … wracamy … w drodze powrotnej … las montanas nubledas
(chmurne góry) … widok niesamowity … chmury, które wpływają na góry … jak w
Amazonii … przechodzimy obok kościoła … przy płocie stoi Padre … duży czarnoskóry
mężczyzna … bardzo sympatyczny … umawiamy się na jutro na 18.30 na spotkanie … i na
g. 19.30 na Msze … wracamy do hotelu … jest woda :D :D :D … co za radość … spać o 20.00
??? … nie Nieszpory … różaniec … przed pokojem ławeczka … cudna noc … idealna
temperatura … gospodyni podlewa rośliny … zjawia się kot … zachowuje się jak pies … w
pewnym momencie wbiega na ponad 2 metrową bramkę … siada na środkowym słupku
… kombinuje coś zejść .. udaje się … jest po 21.00 …
+ JMJ
Sobota (29.07)
La ruta en las Andas (szlak w Andach) …
Położyłem się po 21.00 … pierwszy raz od wielu lat tak wcześnie … zasnąłem prawie
natychmiast … sen trwał do 7.00 … wypoczęty … budzę się w "Amazonii" … jakieś ptaki
przepięknie śpiewają … poza tym cisza dookoła … śniadanie w kuchni właścicielki …
udostępniają wszystko … po śniadaniu wyjście … najpierw Mariposario … rezerwat
tutejszych motyli … ok. 3 km drogi … kurz wszechobecny … ciągle wzbudzany przez auta
… w końcu docieramy … wchodzimy do środka … mnóstwo motyli … zdjęcia … są
przepiękne … przychodzi mi myśl … mógłby któryś na mnie usiąść … ok 60 sekund
później … siadają na mnie dwa wielkie motyle … jeden na ramieniu … drugi w okolicach

łokcia … Avatar … scena jak Eywa daje znać … że wybiera Jacka Suly … ludzie przyglądają
mi się … normalnie musza moczyć palce w bananie, żeby motyle przyleciały … "moja
słodycz" jest już niezaprzeczalna … zdjęcia … po kilku minutach … ten z ramienia odleciał
… drugi stał się moim przyjacielem … czuję jakby delikatnie szczypał … "przyjacielskie
zaczepki" … chodzę z nim po Mariposario … po dłuuugim czasie odlatuje … adios amigo !
… dwa motyle wygryzają się z kokonów na naszych oczach … Boże cuda … wracamy … w
połowie drogi … otwarta brama … most … przechodzimy … może skrót … goni nas pies …
nie dogonił … spotykamy znak Laberinto … 200 metrów … już wiem, że oprócz określenia
"ekwadorski czas" … jest też … "ekwadorska odległość" … 200 metrów to ok. 350-400 m
… godzina marszu to ok 1,5-2 godzin … w końcu docieramy … robię rozpoznanie … zwiad
… mili ludzie … negocjuję cenę … bez problemu … we trzech wchodzimy do labiryntu …
and the winer is … Padrecito Marcin … 8 minut … labirynt dość spory … przed wejściem
właściciel mówi, że … poszukiwania zaczną dopiero jutro … wychodzę i spotykam
właściciela … zaskoczony, że już … miało być ok 20 minut … proponuje, żebym poszedł
jeszcze raz … tym razem 4 minuty … już znam drogę … jeszcze chwila na ptaki … wracamy

Wchodzimy na drogę do Santuario de las Cascadas (Sanktuarium Wodospadów) … droga
ok. 5 km … dość strono do góry … dzielnie idziemy w oparach samochodowych spalin i
kurzu … dużo turystów … oprócz amerykańskiej pary jadącej rowerami … jesteśmy
jedyni, którzy idą piechotą … "kosmici" … tak, na nas patrzą … wszyscy przyjeżdżają taxi
… taka polska droga na Morskie Oko … tzw. "wozidupki" … tyle, że tutaj kosztuje to 3
dolaritos … nie 50 zł/osoba … wiele atrakcji po drodze … zjazd na linach … spław na dętce
… dochodzimy do Tarabity … el Tereferico(kolejka górska) … Pan Darek i Pani Asia nie
decydują się … jesteśmy we trzech … "lecimy" nad lasem równikowym … potężna
wysokość … widok niesamowity … idziemy na cascady … obsługujący twierdzi, że
godzina drogi … mieliśmy super tempo i doszliśmy w 58 minut … "czas ekwadorski" …
oczywiście robiliśmy zdjęcia … 5 cascad … do każdej trzeba wspiąć się wyżej … w drugiej
chłopaki się kąpią … w czwartej kąpię się ja … a dokładnie moje buty … trzeba przejść po
mokrych kamieniach w strumieniu … są śliskie … kombinuję … no i sprawdzam
wodoszczelność moich butów … dobrze, że nałożyłem górskie … szczelne … przed
ostatnią cascadą most na linach … pod koniec … wielka dziura … przechodzimy
pojedynczo … ostatnia cascada … i powrót … przed mostem … 5 Francuzek … chyba się
trochę boją … kilka rad i idziemy dalej … powrót w 35 minut … znowu el tereferico …
nagrywam drogę … powrót … kolejne 5 km … ale już z góry … obiad … wracamy do hotelu
… chcę zrobić pranie … gospodyni mi pomaga … wywiązuje się miła rozmowa … mówi, że
idzie dzisiaj do kościoła … bo chce zobaczyć mnie przy ołtarzu …
Wychodzimy na umówione spotkanie … Padre przyjmuje nas … w swoim "szałasiku" …
bo ciężko to nazwać domem … herbata … miła rozmowa … Padre podaje mi teksty Mszy …
"ksiądz będzie przewodniczył … to powie kazanie" … śmieje się … myślę, że to żart …
śmieje się, ale nie żartuje … mam 35 minut …
W kościele ok. 50 osób … Msza z niedzieli … jest gospodyni … przychodzi także spóźniony
gospodarz … widzę, że są poruszeni … "wydukałem" jakieś kazanie … Msza bardzo
"serdeczna" … na koniec zbieram gromkie oklaski … jak zwykle przepraszam za swój
hiszpański … po Mszy gospodarz wróży mi bycie papieżem :P :P :P … podchodzą ludzie …
obiecują modlitwę … czuję "głód Boga" … wracamy do domu … gospodarze mocno
poruszeni … proszą o błogosławieństwo całego domu … zanim błogosławieństwo …
gospodyni przygotowuje ryż z warzywami i owocami po ekwadorsku … pyszne …
cenamos juntos (jemy razem) … błogosławieństwo całego hotelu … a potem rozmowa … o

wierze … o religii … o wątpliwościach … oczywiście po hiszpańsku … kończymy ok 23.30
… jutro wyjazd …
+ JMJ
Niedziela (30.07)
La destinacion – Puerto Lopez …
Noc krótka … pobudka o 6.00 … trochę przeciągam wyjście z łóżka … Jutrznia … brak wody …
szybka akcja … dla ochłody … kubeł zimnej wody … mycie głowy … śniadanie z gospodynią …
Msza o 7.30 w kościele … przed wejściem spotykam młodzież z tutejszego collegium … jest
ich dużo … pół kościoła … chłopaki mało zainteresowani … siostry prowadzą szkołę … więc
muszą … w tej prowincji nie ma teraz wakacji … tutaj wakacje są styczeń, luty … w
Ekwadorze każda prowincja ma swój termin wakacji … w Quito teraz są wakacje … próbuję
wymigać się od kazania … "tamto wczorajsze niech Padre powie … dobre było" …
przewodniczę … w trakcie Mszy zmieniam koncepcję … będzie jak kazanie do dzieci … mówię
o szukaniu prawdziwego skarbu w życiu … nawet słuchają … chłopaki też … próbuję dialogu
… na początku zaskoczeni … ale dają się wciągnąć … schola "śpiewa" … to mocne słowo …
gitara elektryczna … perkusja … i wielki fałsz … jest wesoło … po Mszy … pożegnanie z Padre …
wracamy po rzeczy … gospodyni odprowadza nas na taxi … czule żegna … rano mam myśl …
odpraw Mszę rano w kościele … wszystko się poukłada … plan … jechać do Los Banos
taksówką … tanio … potem autobus … kierowca bardzo miły … oferuje za nie duże pieniądze
Santo Domingo … będzie dużo szybciej niż autobusem … w aucie rozmowa … zdziwiony
dobrym poziomem języka … Santo Domingo … wchodzimy na dworzec … od razu miejsce w
autobusie … za chwilę odjazd … w biegu … plecaki do bagażnika … problemy z miejscami … w
końcu ruszamy … autobus pełny … najpierw kwesta na jakiegoś chorego kolegę … potem
setki sprzedawców … cel Puerto Viejo … planowany przyjazd … g. 15.00 … "czas ekwadorski"
… dojechaliśmy na g. 16.00 … autobus … lekka ruina … bez klimatyzacji … temperatura 32 st. C
… wszystko w temacie … tylko spać … jakieś problemy na pierwszym przystanku … po
sprawdzeniu biletów … Senior nie chce wysiąść … chyba nie miał biletu … droga długa … za
oknem … obraz biedy i brudu … u nas nawet altany działkowe lepiej wyglądają … a oni
mieszkają w takich warunkach … sprzedawcy … sprzedawcy … i jeszcze raz sprzedawcy …
Puerto Viejo … na światłach … konduktor autobusowy … woła nas … na przeciwległym pasie
stoi autobus do Puerto Lopez … autobus się zatrzymuje … przez drogę z plecakami …
liczyłem na bano (łazienkę) … nic z tego … białka stają się żółtkami … wytrzymam … nowy
autobus … lepszy … klima … ale temperatura spada … do 23 st. C … w obu autobusach … czy
chcesz czy nie … oglądasz filmy … amerykańskie "mordobicie" … ale masz wybór … zamiennie
… słuchasz … bo głośnik "nawala" nad głową … w autobusie dzieci … nie ważne … nie ma
znaczka w rogu ekranu …
Dwóch chłopców … bezstresowo wychowywani … mama majętna … dwóch sprzedawców …
robi szoł … zegarki, okulary, srebro … kto, co chce … perfumy … dzieci wymuszają na matce
zakup perfum … młodszy 5-6 lat … włazi na fotel … na zagłówek fotela matki … zero reakcji …
czekać tylko na mocne hamowanie … obok dwóch facetów … śpią całą drogę … ponad 2
godziny … nawet dzwoniący telefon nie przeszkadza … w końcu Puerto Lopez … przy wyjściu
"naganiacz" … na maksa szybko nawija … zrozumiałem, że hotel przy morzu … i że 10 dolców
za noc … idziemy za nim … 3 km "z buta" … z moim sporym plecakiem … narzucam tempo …
zostają z tyłu … przed hotelem … gość mówi do mnie, że mam niezłą kondycję … góry swoje
robią … hotel … taki sobie … za tą cenę … Machalilla … komary … trzeba się chronić …
Przez cały dzień … dwie bułki … trzy banany … nie jestem głodny … jogurt i starczy … idziemy
zobaczyć kościół … trwa Msza … więc na plażę … przywitanie z oceanem … wracamy

sprawdzić jak jutro są Msze … spotykam Padre … miły, w średnim wieku mężczyzna … chyba
Ekwadorczyk … jutro nie ma Mszy … dopiero we wtorek … kościół bez części dachu … część
jakby wyburzona … to skutek zeszłorocznego trzęsienia ziemi … w przyszłym tygodniu
zaczynają naprawiać … wracamy do hotelu … jest WiFi … ale nie wszędzie … w moim pokoju
… no pewnie, że nie ma … czas na spanie … dzięki Ci, Ojcze, za ten dzień … wszystko się super
ułożyło …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z wycieczki

03 sie

Wstawiam zdjęcia z naszej wycieczki do małego miasteczka Mindo słynącego z motyli i wodospadów. IMGP1698

 

IMGP1715

IMGP1776

IMGP1788

IMGP1811

IMGP1817

Ksiądz Marcin przyciągał motyle zapachem repelentu na komary…

IMGP1827

IMGP1848

IMGP1898

IMGP1948

W drodze do wodospadów natknęliśmy się na dwóch robotników drogowych bawiących się truchłem węża ekis, jak twierdzili mocno jadowitego, que mata hombre.

IMGP1981

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Zdjęcia z Marianas

28 lip

IMGP1558

W Ekwadorze też niektórzy nie lubią marchewki…

IMGP1586

 

 

 

IMGP1595

IMGP1597

IMGP1598

IMGP1601 IMGP1655 IMGP1668

IMGP1673

Stasiek tańczący z Matheo.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Motyle i wieloryby

28 lip

W tej kolejności oglądać będziemy od jutra przyrodę Ekwadoru. Przez Mindo do Isla de la Plata nad oceanem jedziemy jutro rano, wracamy za tydzień. W związku z tym mogą się pojawić problemy z zamieszczaniem nowych wpisów, proszę się o nas nie martwić.

Dziś piękne chwile w żłobku prowadzonym przez siostry z CMO w Marianas. Pyszny obiad a potem msza w kaplicy dla sióstr, Vlatki i dla nas. A oprócz tego maluchy tańczące i śpiewające tylko dla nas. Raj dla fotografów.

Do usłyszenia wkrótce!

DS

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Lęki

27 lip

Lęk towarzyszy mi na co dzień. Cholernie niechciany towarzysz. Przeszkadza na co dzień. Powstrzymuje od działania, paraliżuje. Choć wtedy na lotnisku Fryderyka Chopina w Warszawie wręcz odwrotnie, wprawił w pośpiech. I truchtem rzuciłem się na przód kolejki, bo przegapiłem moment, kiedy mogłem wejść na pokład w swojej grupie. Wypadające z ręki dokumenty, zdziwione spojrzenia innych podróżujących i poczucie, że jednak nie zdążę, że samolot odleci beze mnie. I jak się wtedy wytłumaczę przed wszystkimi, którzy wiedzą, że lecę, którzy przekazali mi hojnie pieniądze dla sióstr, którzy czekają na wieści z misji, bo stała się ona dla nich ważna? Ale wszyscy wchodzą na pokład, overbooking w locie z Warszawy mnie nie dotyczy i kilka godzin później już spokojniej zajmuję siedzenie koło Asi, Tomka, padre Marcina i Staśka w samolocie z Frankfurtu do Kolumbii. Po drugiej stronie oceanu strachu (tej natury) już nie ma, z Bogoty do Quito dojechać można nawet autobusem. Nawet gdyby lot spóźnił się cały dzień, na misję dotrzemy.

 

Bliżej równika postać lęku się zmienia. Co u sióstr? Jak żyją? – martwię się. Czy te iście idylliczne obrazki z życia codziennego w Oyacoto, ta nieprawdopodobna rzeczywistość doświadczona przeze mnie wśród andyjskiego kurzu i brudu aż cztery lata temu przetrwała? Wiele innych pięknych dzieł nagle się kończy lub zmienia swą naturę i wtedy trudno się nimi zachwycać. I zostaje jedynie żal, że coś co było, już nie jest i tylko „pamięć w kamień wrasta” i ciąży ku przeszłości, wbrew naszemu powołaniu, choć tak jak i kamień trwa, zatem nie ginie do końca człowiecza nadzieja dotycząca jutra.

 

Rozmawiając z siostrami przez telefon nie można dowiedzieć się wiele, ich opowieści są nad wyraz skąpe, Maestra niechętnie mówi o innych siostrach, nie wiadomo zatem, jak jest. Znamy jedynie liczby de los alumnos w szkole i imiona nowych postulantek: Estefani i Tanita. O tym, że wśród sióstr nie ma już hermany Marii (przeszła do innego zgromadzenia) dowiadujemy się dopiero na dwa tygodnie przed wyjazdem z maila od Driny z Chorwacji, która właśnie wróciła z obu tak różnych Ameryk. Zatem złe wieści. I te liczby, prawie 400 uczniów do nauczenia i nakarmienia i 5000 dolarów miesięcznie na pensje dla nauczycieli, bo los autoridades nie chcą nawet z to zapłacić. Z jednej strony imponujące, ale … Pamiętam doskonale zagonione czasy, gdy szkoła liczyła „jedynie” 150 uczniów i wiem dobrze, że uczy się Indian z okolic niełatwo a pieniądz trafia do sióstr tylko dzięki ludziom dobrej woli. Lękam się o siły, o ducha misjonarek, czy potrafiły wytrwać, czy tylko automatycznie wykonują czynności do których wykonywania po prostu przywykły? Czy swoją codziennością nadal potrafią mnie zachwycić, jak piękno, o którym pisał Norwid „do pracy, praca by się zmartwychwstało”. A o to mi chodzi w tej podróży, i wcale przy tym nie czuję się egoistą.

 

Kilka dni później już wiem, że i te obawy mogę spokojnie odstawić na bok. Pewnie pojawią się znowu, gdy wrócę do domu, ale tymczasem widzę i poświadczam Wam, że żyją tu ludzie, którzy się nie zmieniają. I coraz lepiej dostrzegam skąd się bierze ich siła. Widzę je w trakcie modlitwy, w czasie Mszy św odprawianej przez padre Marcina. Zachwyca mnie ich autentyczność dialogu z Bogiem, dobra troska o niemal wszystko i wszystkich, którą niezmiernie wyrażają w modlitwie wiernych. Jako człowiek północy, męczę się proszeniem znacznie szybciej. A może bardziej niż męczę wstydzę się prosić i prosić bez końca. Siostry tu wydają się znać Boga od tej strony lepiej niż ja, one po prostu wiedzą, że On słuchaniem próśb nigdy się nie męczy. Zatem proszą za wszystkich tych, którzy je wspierają, za moją rodzinę, padre Marcina, o pokój w Wenezueli ( o dalszym świecie mało się dowiadują) za dzieci bez rodzin, za głodnych, bezdomnych, za misjonarzy, którym grozi śmierć, za chorych i cierpiących, za przyjaciół, rodzinę. Pięknie w modlitwę włącza się mieszkająca z siostrami siedmioletnia Michel, prosząc najpierw niezmiennie za swoją mamę naturalną, która ją porzuciła 5 lat temu, za wszystkie swoje w większości przyrodnie siostry i braci (taty prawdopodobnie nie zna) potem za „mamę” Rosę, która się nią najbardziej opiekuje i za pozostałe siostry z CMO. Modlitwa jest dla niej tu codziennością, w dalszym ciągu przypomina mi ona Marcelino z historii „Marcelino chleb i wino”, mimo że chuligan z niej często straszny i h. Rosa potrafi stracić do niej cierpliwość (raz Maestra uratowała przy kolacji dziewczynce skórę, a i jej nie przyszło to łatwo, h. Rosita to niezły uparciuch i człowiek pełen prawie zawsze dobrych, ale jednak wielkich emocji). Dorastając w atmosferze pełnej ufności i oddania modlitwy Michel umie rozmawiać z Bogiem, poza tym umie też czytać i malować się szminką. Przyszłość pokaże, co wychodzi jej najlepiej.

 

No ale z lękami nie koniec. Gdy dwa dni temu zaczyna mnie boleć brzuch bo przeholowałem z dietą i lekarstwem (spirytus w herbacie od padre Marcina memu żołądkowi nie pomógł, wręcz przeciwnie) pojawiają się lęki jeszcze innej natury. I przypominam sobie cierpiącego Piotra i zawstydzam się swoją niewytrwałością w cierpieniu i chorą wyobraźnią. I obiecuję sobie jeszcze bardziej pamiętać o cierpiącym Przyjacielu.

Darek

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks Marcin 25-26

27 lip

Wtorek (25.07)
Generalmente (ogólnie) …
Dzisiaj mija tydzień od przyjazdu … niesamowite … kiedy ten czas przeleciał ??? …
zdążyłem przyzwyczaić się do nowego miejsca … dobrze się tu czuję … zaczyna do mnie
docierać dopiero teraz, że jestem na drugiej stronie kuli ziemskiej … i tu też da się
chodzić po ziemi … nie spada się w kosmos … :P :P :P
Las compras (Zakupy) …
Poranne modlitwy … zaczęły się równo z dzwonkiem … teoretycznie – dzwonek jest na 5-
10 minut przed modlitwami … "czas ekwadorski" … "Ojcze nasz" w Quichua …
Przy śniadaniu plany … zgłaszam się do pomocy przy transporcie materiału do szycia
mundurków dla dzieciaków na nowy rok szkolny … hermana Lenka jedzie na spotkanie
… my dostarczamy materiał do szwalni … chyba z 6/7 psów na podwórku … dwa groźne
… ale zamknięte … jedziemy do supermercado (supermarketu) … próba parkowania na
małej powierzchni … pomaga mi jakiś Ekwadorczyk … twierdzi, że za złe parkowanie jest
6 punktów karnych … czyżby mieli punkty??? … mam wątpliwości … jeśli tak, to chyba
nikt już nie ma prawa jazdy … przecież każdy parkuje, jak chce … w supermercado …
szwarc, mydło i powidło … dość czysto … przypomina mi to stare Biedronki … proszek do
prania i papel higienico …
Targ owocowo-warzywny … trochę się kręcimy … trzeba spróbować nowych owoców …

nie wszystko wiadomo, jak się nazywa … nie wszystko wiemy, jak się je … koniec języka
za przewodnika … nawet udało mi się zrozumieć, co Indianki mówią … platanos
(banany), granadillos (granaty??? chyba), papaja i owoc, którego nazwy nie
zapamiętaliśmy … bardzo smaczne … nie takie, jak u nas … tanio …
Wracamy po hermane Lenkę … odbieramy nową porcję materiału do szycia … wyjazd z
fabryki – spore wyzwanie dla mnie … początkującego "ekwadorskiego" kierowcy …
Wracamy do domu … obiad … siesta … prywatna modlitwa … trzeba przywieźć Mszał,
żeby odprawić Mszę … jadę sam do kościoła … pierwsza samodzielna wyprawa :P :P :P
na środku skrzyżowania dwa samochody … jeden próbował holować drugiego … w
takich górach to la mision imposible … próbuję dostać się do kościoła … oni tu mają
zupełnie inaczej działające zamki … udaje się … w drodze powrotnej jakaś koza
przechodzi przez drogę … zwierzęta tutaj wgl nie reagują na klaksony … po powrocie
zawieszam ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, którą przywiozłem w prezencie, w
kaplicy …
Los visitantes (goście) …
O 19.00 ma być Msza … pomysł, żeby śpiewy były po polsku … przygotowujemy pieśni …
dwie możemy śpiewać po polsku i chorwacku … wskakują na listę …
Przyjeżdżają goście … siostry z drugiego domu założonego także przez siostrę Lenkę …
wychodzę z pokoju i od razu natykam się na siostrę Maricsa … duuuża kobieta … po tym,
jak się przedstawiła i po wzroście wydaje mi się, że jest Chorwatką … jednak nie …
mieszanka Ekwadorczyka i Paragwajki … bardzo władcza … nie znosząca sprzeciwu … a
przy tym bardzo sympatyczna … prawa ręka hermany Lenki … "Padrecito habla espanol
muy bien" (Ojczulek dobrze mówi po hiszpańsku) … 100 punktów do "brawo ja" …
Nieszpory … miały zacząć się o 18.00 … 18.20 … wiadomo … jest nas dużo … przyjeżdża
Padre Juan Diego … po modlitwie Msza … pierwszy raz z Padre … jest nas sporo w kaplicy
… polskie śpiewy … połączone z chorwackimi … Ojcze nasz w Quichua … jak w Dzień
Pięćdziesiątnicy … Padre nie chce nic mówić … więc ja się męczę z kazaniem …
Po Mszy la cena (kolacja) … zbieramy się wszyscy … trochę trzeba poczekać … wspólna
modlitwa … błogosławieństwo tym razem po łacinie … hermana Lenka pyta, czy chcę
mięso, które się nazywa … Cuy (czyt. kłi) … nie mam pojęcia, co to jest … wygląda
zjadalnie … ląduje u mnie na talerzu … bardzo smaczne … po chwili dowiaduję się, co
znaczy Cuy … świnka morska … nowe doświadczenie … tutaj jedno z najbardziej
cenionych mięs … rzadko jest okazja, żeby je zjeść …
"Duża siostra" wypytuje mnie o wiele rzeczy … stwierdza, że Juan Diego to Padrecito, a ja
to Padre, mimo, że jestem pequeno (mały) … :D :D :D … siostry zapraszają do siebie …
mamy jechać do nich w czwartek …
Hermana Lenka pyta czy mógłbym jutro jechać z Padre Juna Diego do Quito …
oczywiście, że tak … "nowe przygody" … z tym człowiekiem "rozrywka" gwarantowana …
mamy tam odprawić dwie Msze … pytam czy muszę mówić kazanie … Padre stwierdza,
jak chcesz, takie 5 minut, jak w kaplicy … mówisz dobrze … esta bromeando (żartuje
sobie) … bromista (żartowniś) …
Manana (jutro) zapowiada się obiecująco …
+ JMJ
Środa (26.07)
El dia de tres Misas (dzień trzech Mszy) …
Padre mnie nie zawiódł … pobudka 5.30 … o 6.00 hermana Lenka czeka ze śniadaniem …
Padre przychodzi o 6.05 :o … jestem w szoku … wyjeżdżamy coś koło 6.20 … jedziemy do
Quito … po drodze zajeżdżamy na parafię, na której normalnie pracuje … ma 4 lata

kapłaństwa i od 3,5 roku jest proboszczem … jest tutaj, bo wszyscy chcą pracować w
Quito …
W czasie drogi brewiarz po hiszpańsku … całkiem mi to idzie … Padre jedzie swoim stylu
… mało nie wjechał w motocyklistkę … dojeżdżamy do centrum … zagadka … co będzie się
działo? … parking … o 8.00 Padre ma odprawić Mszę w kaplicy katedralnej … jest 8.05 …
"todo bien, Padrecito, no le preocupe" (wszystko dobrze, nie przejmuj się) … słyszę od
Padre … przechodzimy przez centrum historyczne Quito … przy katedrze przepiękna
kaplica … zakrystia … bardzo miła obsługa … Padre przewodniczy …
Msza … śpiewy … puszczane z komputera :D :o :o … ale ludzie śpiewają … przepisy
liturgiczne??? … hmmm w Ekwadorze chyba mają inne tłumaczenie … :P :P :P … Padre
bardzo skupiony na Mszy … tego mu nie można odebrać … po Mszy krótka adoracja …
gramolę się z Panem Jezusem, w monstrancji, na szczyt barokowego ołtarza … sporo
schodów …
Po Mszy Padre spotyka jakiegoś znajomego w kaplicy … w sumie, to co chwilę Padre
spotyka jakiegoś znajomego … prosi o błogosławieństwo … wracamy na parking …
jedziemy odebrać rzeczy dla dzieci z misji od jakiejś "donatorki" … daleko od centrum …
kuriozum … na środku skrzyżowania dwa autobusy zablokowały sobie drogę … stoimy
dwa cykle świetlne, żeby się wyrobiły … dość długo szukamy budynku, w którym
mieszka ta kobieta … w pewnym momencie … musimy zawrócić … stoimy na skrajnie
prawym pasie … trzy pasy w jedną stronę … światło czerwone … dwa gest wymienione
przez Padre z kierowcą taksówki … zawracamy … :O :O :O … przez całą szerokość ulicy …
"takie rzeczy tylko w Ekwadorze" …
Wjeżdżamy na strzeżony parking … kobieta wita nas w bramie … od razu zaczyna gadać
… bardzo płynnie udało się jej przejść do opowiadania historii swoich podróży do Polski
… cały czas stoimy w bramie … ona przy oknie samochodu … w końcu parkujemy …
jedziemy do góry windą obsługiwaną przez ochronę … bez karty bezpieczeństwa nigdzie
się nie pojedzie … mieszkanie pooootężne … trzy sypialnie … trzy łazienki … wielka
pralnia … pokoje gościnne … dwa balkony … ona sama … lat ok. 75 … syn zginął w
Afganistanie … żołnierz marines … córka w Estados Unidos (Stanach) … jest sama …
oprowadza nas po mieszkaniu … pokazuje zdjęcia, dyplomy … zrobiła doktorat … musi
być baaaardzo majętną osobą … od razu przychodzi mi do głowy porównanie tego, w
jakich warunkach żyją dzieciaki z misji … prowadzi nas do kuchni … nalewa olej na
patelnie … będzie coś robić do jedzenia … deklarujemy, że mamy za chwilę następną
Mszę … musimy wracać … nie słucha … "księża nie mogą jeść przed Mszą" … trochę mija
się z prawdą Padre … ustępuje … ofiaruje cztery duże walizki ubrań dla dzieci … ma gest
… niech Bóg wynagrodzi … pakujemy je na "pakę" camionety …
Wyjeżdżamy … jedziemy do budynku Konferencji Episkopatu Ekwadoru … tam jest
jedyny sklep, w którym mogę zrobić "kapłańskie" zakupy … dwie stuły "ekwadorskie" …
nowy nabytek … zaczepia mnie jakiś ksiądz … zaprasza na jutro na Mszę z biskupem …
jakiś ksiądz obchodzi 60 rocznicę święceń kapłańskich … Que pena! (jaka szkoda) … ale
jutro jedziemy do sióstr …
Wracamy na Mszę na 12.00 … do kaplicy wchodzimy o 11.58 … Padre stwierdza: "justo a
tiempo" (na czas) … dodaję jedno słowo … "casi" (prawie) … w zakrystii czeka ksiądz
Moises (Mojżesz) … okazuje się, że znajomy Padre z czasu studiów … przewodniczy Mszy
… odprawiam drugą … po Mszy wymieniamy kilka zdań … studiował i pracował w
Hiszpanii … w parafii koło Samosierry … zna wielu polskich studentów … dobrze ich
wspomina … co za ulga … :P :P :P … opowiada, że co roku, w rocznicę bitwy przyjeżdża
sporo Polaków … sporo ciepłych słów i zaproszenie od ks. Moisesa do parafii, na której
teraz pracuje w Ekwadorze …

Po Mszy Padre idzie do banku … zostajemy we dwóch sami … trochę zdjęć w kaplicy …
kilka zdjęć na placu … bardzo spokojnie … mały czyścibut pyta czy nie potrzeba
wyglancować obuwia … czekamy na Padre … po niedługim czasie jest … idziemy do
jakiegoś sklepu z dewocjonaliami … Padre twierdzi, że tani … mała figurka kosztuje 15
dolarów … gdzie ta taniość??? … coś się dzieje … nie słyszałem rozmowy, więc nie wiem o
co chodzi … ekspedientka i Padre stoją w ciszy … wyglądają, jakby byli na siebie obrażeni
… patrzą gdzieś przed siebie … po chwili orientuje się, że w ten sposób trwają negocjacje
… Padre chce kupić do kościoła figurę Maryi … długo, bardzo długo to trwa … w końcu się
udaje … zbił z ceny 75 dolarów … sądzę, że dużo …
Jesteśmy głodni … więc z tą figurą "pielgrzymujemy" do sklepiku z kanapkami … bardzo
smaczne … wracamy … jazda po górkach, pagórkach w Quito wymaga naprawdę wielu
umiejętności … Padre stwierdza, że im więcej jest wokół niego hałasu, tym bardziej się
koncentruje … w pewnym momencie Padre prosi, żeby go zmienić za kierownicą …
kolejne doświadczenie …
Po powrocie muszę chwilę odpocząć … potem chwila na naukę … w końcu Nieszpory … w
czasie modlitwy jest syn nauczycielki, która mieszka na misji … zasnął na stojąco w
ramionach jednej z postulantek … jest też Michael … mała Indianka, która ma swoją
mamę … ale mama nie za bardzo ma co z nią zrobić … Michael mówi mamo do hermany
Rosy … ma 7 lat … w czasie modlitwy postulantka pomyliła czytanie … zwracam jej uwagę
… tutaj wszystko komentuje się na głos i to w trakcie modlitwy … hermanita przeprasza i
się poprawia … patrzę na Michael … patrzy na mnie … składa ręce i mówi do mnie … "Dios
le page" (Bóg zapłać!) … popłakałem się ze śmiechu …
Po Nieszporach Msza … Padre poszedł do San Anity pobłogosławić mieszkanie … męczę
obecnych kazaniem … dzisiaj na Mszy, dla odmiany, jest nas mało … dużo ciszy i
skupienia …
Kolacja … okazuje się, że totalna zmiana planów ogólnych … w piątek wyjeżdżamy na
tydzień na costę (wybrzeże) …
Dzisiaj na Misji cisza zrobiła się przed 21.00 …
Ps.
W Ekwadorze wszystko jest -cito … padrecito … panecito … despacito … ale mistrzostwo
świata to dolarito (dolar) … i … Jesucito …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Bierzmowanie

26 lip

W sobotę odbyło się bierzmowanie. Młodzież przygotowywana między innymi przez księdza Marcina przystępowała do sakramentu wystrojona jak na ślub. Stwierdziliśmy ze Staśkiem, że w sumie już wyżsi nie urosną i do ślubu mogą iść tak samo ubrani. Szczególnie, że dziewczyny mogą tutaj wychodzić za mąż od 15 roku życia.

IMGP1128 IMGP1195 IMGP1196

IMGP1225

IMGP1239

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 

Ks. Marcin

26 lip

+ JMJ

Niedziela (23.07)

Piękne marzenie – odpocząć … pobudka o 7.00 … poranne modlitwy … przy śniadaniu próba ułożenia planów … wczoraj ustaliliśmy, że razem z Padre odprawiamy o 19.00 w Oyacoto … dla mnie oznacza to, że nie muszę mówić kazania … dzisiaj zmiana planów … może odprawi się w Santa Anna … w sumie można odprawić w domu jakiejś rodziny … może lepiej w kościele … tyle samo zrozumiałem z ich rozmowy, co Szanowny Czytelnik w tej chwili … ciężko za nimi nadążyć … ostatecznie – ja o 19.00 w Oyacoto … Padre o 19.00 w Santa Anna … znaczy, że muszę coś powiedzieć …

Nie ma czasu na to, żeby się przygotować … hermana Lenka prosi mnie, żeby z siostrą Sandrą pojechać do Calderonu, bo trzeba na targu kupić owoce dla dzieci … sporo krążymy …

Po powrocie decyzja, żeby pojechać zobaczyć Lagunę w kraterze Wulkanu Cotacachi … Padre prowadzi … duża prędkość … głośna muzyka … jedna z dziewczyn częstuje Padre cukierkiem … i jednocześnie Padre odbiera telefon … wszystko dzieje się naraz … mam obawy czy dotrzemy w jednym kawałku …

W trakcie podróży zajeżdżamy na targ w Otavalo … w oczach mieni się od kolorów … mało ludzi … komfort w szukaniu rzeczy … koszulka, koszula z ekwadorską ornamentyką i czarne ponczo (będzie pasowało do sutanny) … zakupy uważam za udane … ale jeszcze nie kompletne … w planie jest powrót na targ … przy straganie z koszulami na koniec wychodzi na jaw, że jestem Padrecito … kobieta prosi mnie o błogosławieństwo po polsku …

Wulkan Cotacachi … cudowne miejsce … wygasły wulkan, w którym po erupcji z roztopionego śniegu powstało jezioro, nazwane Cuicocha … nie mogę się napatrzyć … góry tutaj są zupełnie inne … trochę przypominają Tatry Zachodnie (Grześ, Rakoń, Wołowiec) … ale są o wiele, wiele, wiele większe … i nie wiem czy piękniejsze … 

Padre Juan Diego zabiera nas do wodospadu … piękny las … wysokie drzewa … trochę przypomina to dżunglę … zielono … sporo Indian mówiących w Quichua … wracam jako kierowca … presja pasażerów chyba zadziałała na Padre … sam proponuje, żebym jechał …

Wracamy zaraz przed Mszą … krótkie przygotowanie … wyjście na Mszę … oczywiście, że Msza się nie zaczęła o 19.00 … o tej godzinie nikogo nie było w kościele … zaczynamy coś koło 19.15 … czas „ekwadorski” … pierwsza Msza dla ludzi z puebla … nie ma ich za dużo … z wczorajszego bierzmowania cztery osoby … kazanie krótkie, ale na koniec pytam, czy coś zrozumieli … kiwają z uśmiechem, że tak … znak pokoju bardzo wylewny … wszyscy się ściskają … Padrecito także … starsza Indianka dziękuje mi, że przyjechałem do ich kraju … po Mszy podchodzą do mnie ludzie … dziękują za Mszę … wracamy do domu … po całym dniu jesteśmy mocno spragnieni … to może piwo … czemu nie, ale wszystko jest zamknięte … sklep jest dwie minuty stąd mówi jedna z dziewczyn … prowadzi … sklep zamknięty … jedno „Hola” i właściciel się pojawia z kluczami … zimne piwo … hmmmm …

Na jutro nie ma planów … i to mnie niepokoi …

 

 

+ JMJ

Kilka myśli ogólnych …

1. Equador … znaczy równik … będąc w La Midad del Mundo przekroczyłem równik … pierwszy raz byłem po drugiej stronie kuli ziemskiej … w sensie na jej południu …

państwo biedne … ludzie żyją bardzo skromnie … oczywiście zdarzają się bogaci … widać po samochodach … większość jest uboga lub bardzo uboga … część ludzi żyje w dżungli … do misji przyjeżdzają dzieci, które żyją w dżungli …

2. La clima … Klimat … sucho … przez to mucho polvo (dużo kurzu) … jest wszędzie … nie da się wyczyścić niczego … można się próbować chronić … wilgotność nie jest duża przez to upały, nawet jeśli są, to nie są dokuczliwe … oczywiście temperatura nie jest wysoka z powodu wysokości … ok. 2800 m.n.p.m. … 20-25 st.C… noce zimne … nieraz bardzo zimne … ale to pomaga …

3. Las montanas … Góry … są przepiękne … potężne … ciągną się wszędzie … większość porośnięta zielenią … nie mogę się napatrzeć …

4. San Francisco … mieszkamy w San Francisco de Oyacoto … niewielkie pueblo zaraz przy Quito … zasadniczo miasteczka wokół stolicy nie mają jakiś wyraźnych granic … jak na Śląsku …

5. La comida … Jedzenie … bardzo pyszne … gotują dwie postulantki i wolontariuszka z Chorwacji … muy rico (bardzo dobre) … ryż jest wszechobecny … mięsa dużo nie jedzą … nieraz nie pytam, co to jest … wolę nie wiedzieć … ważne, że smaczne … :P

6. Los perros … Psy … są wszędzie … demasiado (aż nadto) … chodzą bandami … „psie gangi” … pojawiają się nagle i otaczają człowieka czekając, że może uda się coś zjeść … kotów nie widać … podobno są w domach …

7. El trafico … ruch uliczny … wariaci za kierownicą … udaje mi się jakoś w tym odnaleźć … :P :P :P

8. Los habitantes … Mieszkańcy … duża rozmaitość w narodzie … są Metysi (mieszanka Indian i Białych) … sporo Murzynów (potomkowie przywiezionych z Afryki niewolników do pracy przy trzcinie cukrowej) … Indianie … dużo twarzy typowo indiańskich … zdarzają się także mieszanki z Azjatami … są też biali Ekwadorczycy … choć trudniej ich spotkać … bardzo uprzejmi … otwarci … uśmiechnięci …

9. „El tiempo de Equador” … „Ekwadorski czas” … przesunięcie wg zegara to siedem godzin do tyłu (w stosunku do Polski) … ale w rzeczywistości człowiek nie jest w stanie ogarnąć wg jakiego zegarka oni funkcjonują … raz spóźnieni … innym razem dużo wcześniej … justo a tiempo (na czas) … wgl nie funkcjonuje …

10. La Evangelizacion … trudna sprawa … wierzą, ale bez jakiegoś pogłębienia … ale jak wierzą to na całego … różańce zawieszone na szyi to zwyczaj oznaczający głęboką wiarę … Chrystus na krzyżu ma bardzo dużo krwi … jakie oburzenie byłoby w Europie … zbyt brutalne … figury ubrane w prawdziwe rzeczy … święci przedstawiani inaczej niż w Europie (np. Św. Franciszek w sombrero i z czaszką w ręku) … księży mało … sporo katechistów … starają się coś robić z młodzieżą …

11. Los peligros … Niebezpieczeństwa …

- el terremoto … trzęsienia ziemi … zdarzają się dość często … obok naszej Misji potężna rozpadlina po jednym z trzęsień ziemi …

- el viento … wiatr … potrafi wiać bardzo, bardzo mocno … od kiedy jesteśmy wieje cały czas … nie mocno … to pomaga w funkcjonowaniu, ale przynosi mnóstwo kurzu …

- las drogas … narkotyki … coraz popularniejsze wśród młodzieży … przyjeżdżają z Kolumbii … mówią, że teraz to już plaga …

- la prostitucion … prostytucja … coraz większe zagrożenie, zwłaszcza dla młodych … sprawa nie dotyczy tylko dziewcząt, ale także chłopców (coraz więcej) …

- los secuestros … porwania … w największym mieście Ekwadoru porywają dzieci na narządy … wiadomość, którą otrzymaliśmy w czasie pobytu … na szczęście przez planowaną podróżą do tego portowego miasta …

- los ladrones … złodzieje … tak jak w Polsce … trzeba mieć się na baczności …

Może tyle na razie …

 

+ JMJ

Poniedziałek (24.07)

Tranquilamente (spokojnie) …

Dzisiaj spokojniej … choć nie bez wrażeń … rano Msza … według „czasu ekwadorskiego” … dzisiaj jednak zadziałało to w drugą stronę … modlitwa brewiarzowa miała się zacząć o 6.30 … zaczęła się o 6.15 … więc się spóźniłem …

Śniadanie … bez konkretów … okazja do zagospodarowania dnia … postanawiam posprzątać pokój … po 6 dniach jest mnóstwo kurzu i piasku w pokoju … nie ma dużo sprzątania … znajduję czas na to, by trochę napisać na grupie na fb :P … trzeba zrobić pranie … pralka sporo zdezelowana … Eva uczy mnie sztuczek, żeby dobrze się wyprało … pierwsze pranie … pralnia jest koło zagrody ze świniami … zapomniałem wspomnieć, że są na misji … podobnie jak kaczki i kury, które żyją obok świń … i obok królików … misja pełną „gębą” …

Nowe postanowienie … uzupełniam słownictwo poprzez naukę słownictwa z Ewangelii, z pierwszego czytania … dużo nowych słów … niektóre ciężko zapamiętać … wytrwale walczę …

Obiad … po obiedzie okazja do prywatnej nauki … modlitwa prywatna … zachodzę do kuchni … dziewczyny z Chorwacji przygotowują razem z p. Joasią rogaliki … przepis chorwacki … najpierw pomagam językiem … czyli „zabawiam” gadką … potem pomagam zanurzając je w słodkiej wodzie … na koniec pomagam najbardziej … jedząc … ricisimo (przepyszne) …

w czasie pracy Eva pyta mnie o koszulkę … na koszulce mjr Hieronim Dekutowski … próbuję wyjaśnić … Eva wie kim byli komuniści i co robili …

Wychodząc z kuchni spotykam siostrę Lenkę … zaczepia mnie pytając o koszulkę … rozmawialiśmy ok. 30 minut … opowiadałem jej o Żołnierzach Wyklętych … nie podejrzewałem siebie, że tyle umiem powiedzieć po hiszpańsku o moich Bohaterach …

Nieszpory … poszedłem na modlitwę … siostra wywołuje mnie ponieważ jedziemy do Świętej Anny … jak wspominałem, trwa nowenna przed jej świętem … niedaleko przed domem, do którego mamy wejść otacza nas gromada psów … zaczynają szczekać i podbiegać do nas … jeden ugryzł p. Joasię … na szczęście rozdarł tylko spodnie … do tej pory spotykaliśmy tylko psy łagodne …

Wchodzimy do jednego z domów … tutaj znajduje się figura św. Anny … mieszkanie bardzo skromne … chociaż podobno to i tak było „na bogato” … na podłodze jakaś krótka wykładzina … reszta beton … mała dziewczynka biega boso … chłopiec (1,5 roku) mocno „usmarowany” jakimś jedzeniem przygląda nam się bardzo uważnie … dziewczynka zaczyna wygłupiać się z Evą … to jej uczennica … czekamy na hermanę Sandrę … dziewczynka zaczyna mnie zaczepiać … chwilę się wygłupiamy … przychodzi rodzina, która przyjmuje dzisiaj figurę …

Chwila czekania … pojawia się siostra … chwilę się modlimy … błogosławię dom … na figurze zawieszony różaniec … procesja ze śpiewem … na początku figura … za nią osoba sypiąca kwiaty na figurę … śpiewamy … droga krótka … w nowym domu … tak samo skromnie … mam wrażenie, że przyjmują nas w garażu …

Sporo osób … są młodsi i starsi … także osoby w średnim wieku …

Ewangelizacja … hermana Sandra rozpoczyna od zabaw ruchowych … wszyscy biorą udział … takie zabawy robimy z dziećmi na Balu Wszystkich Świętych … katecheza … oni są tylko ochrzczeni … dopiero teraz przekonuję się, że ci ludzie nie wiedzą prawie nic … siostra posługuje się opowiadaniem … o człowieku, który był dobry i dużo dobra robił … miał sen … chciał ofiarować Maryi swoje dobre uczynki jako owoce w koszu … ale na stole był brudny obrus … Maryja nie chciała tego przyjąć, bo owoce są piękne, ale obrus jest bardzo brudny … owoce to dobre czyny, obrus to brudne serce bez spowiedzi … rozmowa z ludźmi … problemy z tym, żeby odpowiedzieć na pytanie, co trzeba zrobić, jak się ma brudne serce … na takim poziomie i za pomocą takich słów rozmawiam z dziećmi z 2 klasy podstawówki … tutaj tak mówi się do dorosłych …

Znowu zabawy ruchowe … bardzo im się to podoba … psy oczywiście też nam towarzyszą … te są spokojne … nad wyraz … dzieciaki maltretują je niemiłosiernie … dziewczynka mnie znowu zaczepia … modlimy się dziesiątką różańca … znają podstawowe modlitwy … rozważamy tajemnicę pierwszą radosną … anioł przychodzi do Maryi … siostra wyjaśnia tajemnicę … porównuje nas do aniołów, które ich odwiedzają … :D :P

Poczęstunek … gorący napój … właścicielka powiedziała „cafe” … kawy to na pewno w niczym nie przypominało … coś w rodzaju kakao, ale zalane wodą … smak … mocno plastikowy … kubki duże … seniora roznosi przygotowane bułki … częstowanie „z ręki” … ona podaje nam bułkę … nie można odmówić …

Błogosławieństwo … uścisk dłoni z każdym … niektórzy mnie rozpoznają z Mszy w kościele św. Anity … wracamy … niesamowity widok … z góry, na którą musieliśmy się wydrapać widać Quito … kilka domów jest w … no właśnie … wydaje się, że to dym unoszący się z kominów … ale tutaj w domach nie ma pieców … to są chmury … kilka domów jest w chmurze … niesamowity widok … żałuję, że nie wziąłem aparatu, ani telefonu …

Kolejny dzień za nami …

Buenas noches! (Dobranoc)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Misja-Ekwador

 
 

  • RSS